Nie będzie Nergala, nie będzie niczego

Finansowanie telewizji i radia z podatków (np. z podatku od posiadania radia i telewizora, zwanego dla niepoznaki „abonamentem RTV”) prowadzi nieuchronnie do sytuacji, w której ktoś zmuszony jest płacić za coś, co mu się nie podoba – a nawet kłóci się z jego sumieniem. Na przykład katolicy zmuszeni są obecnie płacić za pokazywanie w telewizji [...]

Opublikowano w: Polityka.
Komentarze są wyłączone

Szkoła

Nigdy nie skumam dzieciaków, które narzekają na szkołę. Sam cały czas tęsknię za tamtymi czasami i noszę w sobie cały czas tego beztroskiego dzieciaka, którym byłem. Szkoła nie kojarzyła mi się ze stresem, z zaliczaniem kolejnych przedmiotów, problemami z nauką. Nigdy jakoś w ten sposób jej nie odbierałem. Jasne, miałem jakieś tam problemy wynikające z totalnego nieróbstwa i olewania tego wszystkiego co mnie nie interesowało ale zawsze jakoś tak było, że tak czy inaczej spadałem na cztery łapy. Może to też i kwestia tego na jakich nauczycieli trafiłem. Zwyczajnie Ci ludzie cenili samodzielne myślenie, indywidualność a wykucie na pamięć jakiś bzdur było rzeczą drugorzędną.

Mówiąc o szkole mam na myśli przede wszystkim liceum. Liceum, które było raczej miejscem spotkań niż jakimś obozem koncentracyjnym jak myśli o szkole większość dzieciaków. To tam poznałem fantastycznych ludzi i z nimi uwielbiałem przebywać. Do szkoły nie szło się po to aby sie uczyć a po to aby się bawić.

Od jarania szlugów w kiblu do którego wchodziło się jak do chińskiej kolejki (ktoś z zewnątrz musiał pomóc domknąć drzwi) a przez chmurę dymu trudno było dostrzec osobę która stała obok, przez wojne między rzędem „od okna” a rzędem „od ściany” na kanapki, żołędzie, strzykawki napełniane wodą do kwiatków, na piciu wina na pobliskich podwórkach kończąc. No i oczywiście „starogreckie symbole płodności” którymi obdarowywaliśmy sie nawzajem w zeszytach co doprowadziło w ostateczności do tego, że gdy ktoś szedł do tablicy najpierw sie pakował a potem zabierał cały majdan pod tablice.

Do dziś wspominamy z kumplami te wszystkie akcje. To wszystko zawsze było na granicy chamskiej bo chamskiej zabawy a skurwysyństwa i nigdy jakoś granicy tej nie przekraczaliśmy jak co i rusz słyszy się na temat współczesnych szkół.

Dzieciaki zawsze narzekają na szkołę. W każdym momencie życia mamy swoje wielkie problemy na przeciw których musimy stawać. Ja miałem ten fart, że wtedy największym problemem były zauroczenia i niespełnione miłości, które już wtedy choć bolały były naprawdę problemami małej rangi, z czego sobie świetnie zdawałem sprawę. To pozwalało na wysysanie szpiku z życia. To wtedy carpe diem przybierało realne kształty.

A dziś – dziś kolejny rok szkolny to dla mnie kolejny rok walki o to abym znów beztrosko mógł realizować tą przepiękną idee Epikura. I choć, odwołując się dalej do starożytności, nie uczestniczę w jakiejś antycznej tragedii to chwytanie dnia najlepiej wychodziło mi właśnie wtedy. Świat sam stworzył mi do tego warunki. Dziś czasem nie starcza sił na tworzenie warunków i korzystanie z nich.

Więc mimo niepowodzeń i problemów, ciesz się dzieciaku z tego co Ci świat daje. Przyszłość maluje się znacznie gorzej :D

Opublikowano w: dawno.
Komentarze są wyłączone

Szkoła

Nigdy nie skumam dzieciaków, które narzekają na szkołę. Sam cały czas tęsknię za tamtymi czasami i noszę w sobie cały czas tego beztroskiego dzieciaka, którym byłem. Szkoła nie kojarzyła mi się ze stresem, z zaliczaniem kolejnych przedmiotów, problemami z nauką. Nigdy jakoś w ten sposób jej nie odbierałem. Jasne, miałem jakieś tam problemy wynikające z totalnego nieróbstwa i olewania tego wszystkiego co mnie nie interesowało ale zawsze jakoś tak było, że tak czy inaczej spadałem na cztery łapy. Może to też i kwestia tego na jakich nauczycieli trafiłem. Zwyczajnie Ci ludzie cenili samodzielne myślenie, indywidualność a wykucie na pamięć jakiś bzdur było rzeczą drugorzędną.

Mówiąc o szkole mam na myśli przede wszystkim liceum. Liceum, które było raczej miejscem spotkań niż jakimś obozem koncentracyjnym jak myśli o szkole większość dzieciaków. To tam poznałem fantastycznych ludzi i z nimi uwielbiałem przebywać. Do szkoły nie szło się po to aby sie uczyć a po to aby się bawić.

Od jarania szlugów w kiblu do którego wchodziło się jak do chińskiej kolejki (ktoś z zewnątrz musiał pomóc domknąć drzwi) a przez chmurę dymu trudno było dostrzec osobę która stała obok, przez wojne między rzędem „od okna” a rzędem „od ściany” na kanapki, żołędzie, strzykawki napełniane wodą do kwiatków, na piciu wina na pobliskich podwórkach kończąc. No i oczywiście „starogreckie symbole płodności” którymi obdarowywaliśmy sie nawzajem w zeszytach co doprowadziło w ostateczności do tego, że gdy ktoś szedł do tablicy najpierw sie pakował a potem zabierał cały majdan pod tablice.

Do dziś wspominamy z kumplami te wszystkie akcje. To wszystko zawsze było na granicy chamskiej bo chamskiej zabawy a skurwysyństwa i nigdy jakoś granicy tej nie przekraczaliśmy jak co i rusz słyszy się na temat współczesnych szkół.

Dzieciaki zawsze narzekają na szkołę. W każdym momencie życia mamy swoje wielkie problemy na przeciw których musimy stawać. Ja miałem ten fart, że wtedy największym problemem były zauroczenia i niespełnione miłości, które już wtedy choć bolały były naprawdę problemami małej rangi, z czego sobie świetnie zdawałem sprawę. To pozwalało na wysysanie szpiku z życia. To wtedy carpe diem przybierało realne kształty.

A dziś – dziś kolejny rok szkolny to dla mnie kolejny rok walki o to abym znów beztrosko mógł realizować tą przepiękną idee Epikura. I choć, odwołując się dalej do starożytności, nie uczestniczę w jakiejś antycznej tragedii to chwytanie dnia najlepiej wychodziło mi właśnie wtedy. Świat sam stworzył mi do tego warunki. Dziś czasem nie starcza sił na tworzenie warunków i korzystanie z nich.

Więc mimo niepowodzeń i problemów, ciesz się dzieciaku z tego co Ci świat daje. Przyszłość maluje się znacznie gorzej :D

Opublikowano w: dawno.
Komentarze są wyłączone

Konkurs na narzędzia inwigilacji i cenzury

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłosiło konkurs 1/2011 na wykonanie projektów w zakresie badań naukowych lub prac rozwojowych na rzecz obronności i bezpieczeństwa państwa. Jednym z tematów konkursu są „Autonomiczne narzędzia wspomagające zwalczanie cyberprzestępczości” – projekt zgłoszony przez MSWiA i ABW, w ramach którego „opracowane mają zostać narzędzia, które w znaczący sposób poprawią możliwości organów [...]

Opublikowano w: Polityka.
Komentarze są wyłączone

Platon i technologia. O "Genezis" Bernarda Becketta

Na początku tego roku wydawnictwo Zysk i S-ka wydało książkę Bernarda Becketta Genezis. Dziś miałem sposobność przeczytania jej. Mówię dziś, gdyż zacząłem o godzinie 15, a teraz (o 19:40) mam już książkę za sobą. Nie, żeby to była broszurka, ale przy moim tempie czytania, które i tak nie jest tak szybkie, jak bym sobie tego życzył, 220 stron to przekąska. 
Jak ostatnio pisałem w zakładce o b(l)ogu, dopiero wkręcam się w klimat science-fiction i jestem dosyć wybrednym odbiorcą. Nie to, że jestem znawcą i ciężko mnie zadowolić. Po prostu nie znam się na tym i ciężko mnie zadowolić. Science-fiction, którą czytam, czy staram się wybierać, do czytania, musi być bardzo science. To musi być trudna literatura, literatura stawiająca pytania, na które wcale niekoniecznie musi udzielać jednoznacznych odpowiedzi. Stąd też moje zamiłowanie do Neala Stephensona, którego po prostu musicie przeczytać. 

W drugiej połowie XXI wieku, gdy ludzkość wyniszczył konflikt, zwany Wielką Wojną, część niedobitków z pewnym przedsiębiorcą na czele postanawia zrealizować na nowozelandzkiej wyspie Aotearoa utopijną Republikę. Ludzie zostali podzieleni na cztery klasy: Robotników, Żołnierzy, Techników i Filozofów. Klasyfikacja odbywała się na podstawie wyników badań genetycznych, a rodzice nie mogli znać swoich dzieci. Kontakty między płciami były ograniczane, a przynależność klasowa – mało elastyczna. Owszem, najzdolniejsi Robotnicy mogli awansować do klasy Żołnierzy, czy może nawet Techników, ale kasta Filozofów była zamknięta. Filozofowie to była władza, rządzili całą Republiką dla dobra każdego i wszystkich. Czy taki opis wam coś przypomina? Na przykład Starożytną Grecję? Jasne, mamy tu oczywiście przeniesioną w XXI wiek koncepcję idealnego państwa Platona. I żeby już dopełnić kontekst filozoficzny: przedsiębiorca, który stanął na czele nowej Republiki nazywał się Platon, jego podopieczną była Arystotelia, a Filozofom doradzała Akademia. Spotkamy się też z Peryklesem, Talesem, czy Anaksymandrą (główna bohaterka). Mignie nam też postać Filozofa Williama (z kontekstu wnoszę, że chodzi o Jamesa), Adama i Józefa (wnioskuję nie tylko z tytułu, że biblijnych) i androida Arta (tutaj moja teoria jest zbyt słaba, bym ją upubliczniał). A jeśli jeszcze dodamy, że Adam ma na nazwisko Forde, no to już wiemy, że mamy sporo kontekstów do wyłapania.

Krótki zarys fabuły: W czasach Republiki wszystko jest dobrze zorganizowane i, ośmielę się powiedzieć, kontrolowane. Wszelkie kontakty z ludźmi z zewnątrz są zakazane pod pretekstem przenoszonego przez nich śmiertelnego wirusa. Pewnego dnia tak się jednak dzieje, że nasz Adam się buntuje i postanawia wpuścić na wyspę przybyłą kobietę. Ściąga sobie na głowę tym samym spore problemy i zaraz zostaje aresztowany. W ramach kary zmuszony jest przebywać w jednym pomieszczeniu z androidem Artem, skonstruowanym przez Filozofa Williama. 
Wątek ten poznajemy niejako przy okazji. Przede wszystkim jesteśmy świadkami egzaminu, do jakiego staje Anaksymandra: jeśli go zaliczy, wstąpi w szeregi Akademii. Tematem jej wypowiedzi jest właśnie sprawa Adama Forde – jego czyn i jego kara. I mimo, że jest to wątek poboczny, tak naprawdę skupiamy się właśnie na jego karze, tj. jego egzystencji z androidem. Jesteśmy świadkami dialogów na temat świadomości, na temat różnicy między człowiekiem, a maszyną (jeśli przychodzi wam do głowy Blade Runner Dicka, to dobrze wam przychodzi). Maszyną myślącą i uczącą się. Maszyną, która myśli logicznie, co niejednokrotnie powodowało, że się śmiałem. Bo weźmy na przykład taki dialog:
[mówi Adam - sc] – Paskudztwo zawsze będzie paskudztwem, bez względu na to, co ty uważasz na ten temat.
- Interesujące twierdzenie. Potrafisz je udowodnić?
- Sprowadź tu dwudziestu ludzi – odparł Adam – a wszyscy powiedzą, że jesteś odrażający.
- Sprowadź tu dwudziestu Artów, a wszyscy powiemy, że twój tyłek jest piękniejszy, niż twoja gęba.
- Na świecie nie ma dwudziestu Artów.
- Masz rację. Jestem jedyny w swoim rodzaju. Mogę więc z całą pewnością stwierdzić, że wszystkie androidy uważają, że jesteś odrażający. Mnie natomiast nie wszyscy ludzie uważają za odrażającego. Jak widzisz, obiektywnie rzecz biorąc, wyglądam lepiej od ciebie. [s. 110]
A wracając jeszcze do filozofów, przywołajmy jedno zdanie, ponownie zdanie Arta, które przypomina nam lekko zapomnianego Maxa Stirnera: W tym właśnie myśl jest najskuteczniejsza: w mamieniu samego myśliciela (s. 144). 
Książkę czyta się jednym tchem. Bo i nie wymaga nabierania tchu – dwieście stron to, jak stwierdziłem na wstępie, przystawka i naprawdę chciałoby się więcej. Czy pozostaje niedosyt? Tak, pozostaje, ponieważ książka oferuje nam ciekawą tematykę i bardzo ciekawą formę. No i ma kapitalne, minimalistyczne zakończenie. 
A ja, na zakończenie, zaoferuję wam jeszcze jeden cytat (s. 138):
- Jesteś tylko odrobiną krzemu – powiedział [Adam - sc], przewracając stronę.
- A ty jesteś tylko odrobiną węgla – odparł Art. – Nie słyszałem jeszcze nigdy o dyskryminacji na tle położenia w układzie okresowym pierwiastków.
Opublikowano w: książki, kultura.
Komentarze są wyłączone

Platon i technologia. O "Genezis" Bernarda Becketta

Na początku tego roku wydawnictwo Zysk i S-ka wydało książkę Bernarda Becketta Genezis. Dziś miałem sposobność przeczytania jej. Mówię dziś, gdyż zacząłem o godzinie 15, a teraz (o 19:40) mam już książkę za sobą. Nie, żeby to była broszurka, ale przy moim tempie czytania, które i tak nie jest tak szybkie, jak bym sobie tego życzył, 220 stron to przekąska. 
Jak ostatnio pisałem w zakładce o b(l)ogu, dopiero wkręcam się w klimat science-fiction i jestem dosyć wybrednym odbiorcą. Nie to, że jestem znawcą i ciężko mnie zadowolić. Po prostu nie znam się na tym i ciężko mnie zadowolić. Science-fiction, którą czytam, czy staram się wybierać, do czytania, musi być bardzo science. To musi być trudna literatura, literatura stawiająca pytania, na które wcale niekoniecznie musi udzielać jednoznacznych odpowiedzi. Stąd też moje zamiłowanie do Neala Stephensona, którego po prostu musicie przeczytać. 

W drugiej połowie XXI wieku, gdy ludzkość wyniszczył konflikt, zwany Wielką Wojną, część niedobitków z pewnym przedsiębiorcą na czele postanawia zrealizować na nowozelandzkiej wyspie Aotearoa utopijną Republikę. Ludzie zostali podzieleni na cztery klasy: Robotników, Żołnierzy, Techników i Filozofów. Klasyfikacja odbywała się na podstawie wyników badań genetycznych, a rodzice nie mogli znać swoich dzieci. Kontakty między płciami były ograniczane, a przynależność klasowa – mało elastyczna. Owszem, najzdolniejsi Robotnicy mogli awansować do klasy Żołnierzy, czy może nawet Techników, ale kasta Filozofów była zamknięta. Filozofowie to była władza, rządzili całą Republiką dla dobra każdego i wszystkich. Czy taki opis wam coś przypomina? Na przykład Starożytną Grecję? Jasne, mamy tu oczywiście przeniesioną w XXI wiek koncepcję idealnego państwa Platona. I żeby już dopełnić kontekst filozoficzny: przedsiębiorca, który stanął na czele nowej Republiki nazywał się Platon, jego podopieczną była Arystotelia, a Filozofom doradzała Akademia. Spotkamy się też z Peryklesem, Talesem, czy Anaksymandrą (główna bohaterka). Mignie nam też postać Filozofa Williama (z kontekstu wnoszę, że chodzi o Jamesa), Adama i Józefa (wnioskuję nie tylko z tytułu, że biblijnych) i androida Arta (tutaj moja teoria jest zbyt słaba, bym ją upubliczniał). A jeśli jeszcze dodamy, że Adam ma na nazwisko Forde, no to już wiemy, że mamy sporo kontekstów do wyłapania.

Krótki zarys fabuły: W czasach Republiki wszystko jest dobrze zorganizowane i, ośmielę się powiedzieć, kontrolowane. Wszelkie kontakty z ludźmi z zewnątrz są zakazane pod pretekstem przenoszonego przez nich śmiertelnego wirusa. Pewnego dnia tak się jednak dzieje, że nasz Adam się buntuje i postanawia wpuścić na wyspę przybyłą kobietę. Ściąga sobie na głowę tym samym spore problemy i zaraz zostaje aresztowany. W ramach kary zmuszony jest przebywać w jednym pomieszczeniu z androidem Artem, skonstruowanym przez Filozofa Williama. 
Wątek ten poznajemy niejako przy okazji. Przede wszystkim jesteśmy świadkami egzaminu, do jakiego staje Anaksymandra: jeśli go zaliczy, wstąpi w szeregi Akademii. Tematem jej wypowiedzi jest właśnie sprawa Adama Forde – jego czyn i jego kara. I mimo, że jest to wątek poboczny, tak naprawdę skupiamy się właśnie na jego karze, tj. jego egzystencji z androidem. Jesteśmy świadkami dialogów na temat świadomości, na temat różnicy między człowiekiem, a maszyną (jeśli przychodzi wam do głowy Blade Runner Dicka, to dobrze wam przychodzi). Maszyną myślącą i uczącą się. Maszyną, która myśli logicznie, co niejednokrotnie powodowało, że się śmiałem. Bo weźmy na przykład taki dialog:
[mówi Adam - sc] – Paskudztwo zawsze będzie paskudztwem, bez względu na to, co ty uważasz na ten temat.
- Interesujące twierdzenie. Potrafisz je udowodnić?
- Sprowadź tu dwudziestu ludzi – odparł Adam – a wszyscy powiedzą, że jesteś odrażający.
- Sprowadź tu dwudziestu Artów, a wszyscy powiemy, że twój tyłek jest piękniejszy, niż twoja gęba.
- Na świecie nie ma dwudziestu Artów.
- Masz rację. Jestem jedyny w swoim rodzaju. Mogę więc z całą pewnością stwierdzić, że wszystkie androidy uważają, że jesteś odrażający. Mnie natomiast nie wszyscy ludzie uważają za odrażającego. Jak widzisz, obiektywnie rzecz biorąc, wyglądam lepiej od ciebie. [s. 110]
A wracając jeszcze do filozofów, przywołajmy jedno zdanie, ponownie zdanie Arta, które przypomina nam lekko zapomnianego Maxa Stirnera: W tym właśnie myśl jest najskuteczniejsza: w mamieniu samego myśliciela (s. 144). 
Książkę czyta się jednym tchem. Bo i nie wymaga nabierania tchu – dwieście stron to, jak stwierdziłem na wstępie, przystawka i naprawdę chciałoby się więcej. Czy pozostaje niedosyt? Tak, pozostaje, ponieważ książka oferuje nam ciekawą tematykę i bardzo ciekawą formę. No i ma kapitalne, minimalistyczne zakończenie. 
A ja, na zakończenie, zaoferuję wam jeszcze jeden cytat (s. 138):
- Jesteś tylko odrobiną krzemu – powiedział [Adam - sc], przewracając stronę.
- A ty jesteś tylko odrobiną węgla – odparł Art. – Nie słyszałem jeszcze nigdy o dyskryminacji na tle położenia w układzie okresowym pierwiastków.
Opublikowano w: książki, kultura.
Komentarze są wyłączone

Sala samobój(c)ów

Żeby nie było, ostrzegam na samym wstępie. Cały poniższy tekst to będzie spoiler. Obejrzałem ostatnio „Salę samobójców”, film w reżyserii Jana Komasy. Film bardzo nagłośniony, bardzo rozchwalony i bardzo istotny. Jeżeli więc ktoś z moich czytelników nie widział tego filmu, a by chciał, może opuścić tę notkę i sobie przejrzeć w tym czasie archiwum. Jeżeli ktoś nie oglądał tego filmu, a przed obejrzeniem chciałby się czegoś dowiedzieć, mogę mu w tym pomóc. Niech mnie jednak później nie wini (i tu być może przeceniam swój wpływ), że go przekonałem do mojego zdania. Jeżeli zaś już ten film widzieliście, możemy sobie o nim podyskutować, jak równy z równiejszym. Sami sobie możecie wybrać, kto będzie kim.
Zacznijmy może szyderą. Wyguglajcie sobie źródło tego komentarza:
Film rewelacyjny i godny podziwu.Dała bym za niego nobla. A dziwne jest to że to polski film ale BOSKI <33333333333
POLECAMMMMMMM!!!!!
Niezły, nie? Nie dość, że jakaś cipa „dała by za niego nobla” (NOBLA, noż kurwa, NOBLA!), to jeszcze najebała jakiś znaczek mniejszości i później 33333trzytrzyrzyrzy. Dżizas fakin krajst, brak mi słów. 
Dobra, może skupmy się na bardziej istotnych rzeczach. Film, oparty na scenariuszu Jana Komasy, reżysera, opowiada historię chłopaczka, 19-latka, który za kilka miesięcy ma zdawać maturę. Zaczynamy na studniówce, gdzie chłopcy i dziewczynki tańczą walczyka, żłopią piwko, jarają blanty i opowiadają, jacy to są trendi_dżezi_kul. Jakaś cipa chwali się, że się przespała z psiapsiółą i sobie opowiadają, kto jakie minety strzela. Potem dwie laski zapuszczają sobie ślimaki, no a potem dwóch chłopaczków robi to samo. Jednym z tych chłopaczków jest nasz główny bohater, Dominik. No i się zaczyna. Chwali się tym na fejsie i aż 6kilka osób „lubi to”. Dominik się troszkę pogubił, zaczął się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie jest gejem i tak dalej. A kilka dni później na lekcji w-f, gdy ćwiczyli dżudo, naszych dwóch kochanków się, że tak powiem, zwarło, no i sprawa stała się jasna. Dominik nie dość, że przegrał, to jeszcze pod tym drugim chłopaczkiem spuścił się w spodnie. Później już standard, znowu masa osób na fejsie to „zalajkowała”, a Kuba poczuł się nienormalny. Jego mamusia, kobieta zdecydowanie z jajami, która na wszystko miała przygotowaną ripostę, niczym mistrz błyskotliwej i szybkiej riposty, jedyne co była w stanie powiedzieć, gdy usłyszała o homoseksualnych skłonnościach synka (który postanowił zademonstrować je rodzicom w obecności Pana Ministra, liżąc się z gipsowym popiersiem Marka Aureliusza, czy innego imperatora), to „w dupach wam się poprzerwacało”. 
Wyszło mi zdanie wielokrotnie złożone i, chociaż wierzę w inteligencję moich czytelników, postaram się to teraz uprościć. Otóż Pan Minister wraz z żoną i córką, zaprosił rodziców Dominika do opery. Po operze rodzice się zgadali, że może Dominik by kiedyś się wybrał sam na sam z córcią Pana Ministra, na balet, czy coś (bo córcia Pana Ministra to baletnica). Wtedy Dominik, że on chętnie, ale jest problem, bo jest gejem. No i to zademonstrował. Trudno powiedzieć, kim są rodzice Dominika – nie wyłapałem, gdzie pracuje jego matka, a ojciec, początkowo „starający się o posadę w ministerstwie”, w kilka dni później (po tak wielkim faux pas synka) już pracę w ministerstwie ma. No i ma jeszcze jakąś formę psychozy maniakalno-depresyjnej. W domu trzyma broń, żona paralizator, synka wszędzie wozi kierowca, żeby nie musiał jeździć autobusami, alarmy, pomoce domowe itd. I pewnego razu, po lekcji judo, Dominik postanawia na złość rodzicom pojechać do domu autobusem. Zaczepia tam grupkę chłopaczków, którzy sobie słuchają głośno techno i dostaje taki wpierdol, że aż lekarzowi musiało się przykro zrobić. Ale co ciekawe, po takim wpierdolu, jedyny uszczerbek na zdrowiu, to zadrapanie pod okiem. Nieważne. W następnych kilka dni Dominik nie chodzi do szkoły i tatuś mu na to pozwala, Dominik wkaracza do virtual reality typu Sala Samobójców, gdzieś tam po drodze się tnie, ląduje w psychiatryku, zamyka się w pokoju i nie chce wyjść i bla, bla, bla, ostatecznie popełnia samobójstwo. 
W filmie jest tyle wątków, które osobno można by rozwinąć do kilku pełnometrażowych filmów. Aktorsko film jest w porządku. A jednak coś tu jest nie tak. O co chodzi? Nie wiem, może problemem jest to, że tyle pochwał się nasłuchałem na temat tego obrazu, że nie sprostał on mojemu wyobrażeniu. Być może. Ale prawda jest taka, że ten film TO JEST GNIOT. To jest że_na_da. To jest sztampa (sceny przemierzania korytarzy szkolnych w kurtce, ze słuchawkami na uszach, z muzyką rockową są amerykańską kalką, typu „Szkoła uczuć”, albo co tam jeszcze nastolatki kochają), to jest bełkot, to jest absurd i groteska. Rodzina z wyższej klasy średnio-urzędniczej, gdzie wszyscy wszystko mają i brakuje im tylko, buuuuu:(((nawiasnawias, miłości i akceptacji, a oni są tacy wrażliwi. 
Zerknąłem sobie do filmwebu, w celu obadania tego filmu i zobaczyłem, że jest sklasyfikowany, jako thriller. Nie wiem, czy to thriller, czy obyczaj, ale ja nie mogłem się pozbierać ze śmiechu, kiedy tylko na scenie pojawiał się tatuś, grany przez Krzysztofa Pieczyńskiego. Aż płakałem ze śmiechu. Obawiam się jednak, że nie było to zamierzone. 
Rozumiem, że jest to ważny polski film, film, poruszający trudny temat próby najpierw samoakceptacji, a później akceptacji społecznej przez Dominika, osobę, która jest zagubiona, bo nie wie tak naprawdę, kim jest. Ten wątek naprawdę ma potencjał. Tylko co, do kurwy nędzy, ma do tego virtual reality? Przecież cały film opiera się, przynajmniej gdyby przeczytać opis i ogarnąć zajawki, jako ukazanie roli, jaką w naszym świecie pełni rzeczywistość wirtualna. Jakieś, nie wiem, moralizatorstwo w stylu „drodzy rodzice, uważajcie, w internecie nie tylko pedofilów trzeba się bać”. Tymczasem ja odniosłem wrażenie, że rzeczywistość wirtualna jest tutaj tylko jednym z wątków, myślę zresztą, że niezbyt istotnym, sztampowym i rozdmuchanym. Mam wrażenie, że reżyser chciał się rozprawić ze wszystkim, z czym tylko się dało: brak akceptacji dla homoseksualizmu syna, brak uwagi ze strony rodziców, zagrożenia ze strony internetu, społeczna stygmatyzacja i nietolerancja, braki w systemie etycznym, i co by tam jeszcze kto znalazł. Efekt jest, jaki jest.
Film zawodzi na całej linii, od początku, do końca. No dobra, prawie do końca. Jest trochę tak, jak Katyń Wajdy. Tam też cały film jest do bani, do tak wielkiej bani, że nawet Ruscy takiej nie mają. Ale jednak ostatnia scena, masowego strzelania w potylicę i wpadania do zbiorowej mogiły robi wielkie wrażenie i zaciera cały, nieciekawy, obraz. Podobnie ostatnia scena Sali samobójców, choć sztampowa i mająca ujednolicić nam obraz, trochę przysłania, że film jest po prostu żałosny. 
I teraz tak. Skoro ten film jest ponoć tak genialny, tak wspaniały, tak ambitny i tak wielki, to znaczy, że… Albo ja jestem po prostu za głupi na ten film, albo polska kinematografia to żenada. I niestety obawiam się, że raczej to drugie.
Opublikowano w: kultura.
Komentarze są wyłączone

Sala samobój(c)ów

Żeby nie było, ostrzegam na samym wstępie. Cały poniższy tekst to będzie spoiler. Obejrzałem ostatnio „Salę samobójców”, film w reżyserii Jana Komasy. Film bardzo nagłośniony, bardzo rozchwalony i bardzo istotny. Jeżeli więc ktoś z moich czytelników nie widział tego filmu, a by chciał, może opuścić tę notkę i sobie przejrzeć w tym czasie archiwum. Jeżeli ktoś nie oglądał tego filmu, a przed obejrzeniem chciałby się czegoś dowiedzieć, mogę mu w tym pomóc. Niech mnie jednak później nie wini (i tu być może przeceniam swój wpływ), że go przekonałem do mojego zdania. Jeżeli zaś już ten film widzieliście, możemy sobie o nim podyskutować, jak równy z równiejszym. Sami sobie możecie wybrać, kto będzie kim.
Zacznijmy może szyderą. Wyguglajcie sobie źródło tego komentarza:
Film rewelacyjny i godny podziwu.Dała bym za niego nobla. A dziwne jest to że to polski film ale BOSKI <33333333333
POLECAMMMMMMM!!!!!
Niezły, nie? Nie dość, że jakaś cipa „dała by za niego nobla” (NOBLA, noż kurwa, NOBLA!), to jeszcze najebała jakiś znaczek mniejszości i później 33333trzytrzyrzyrzy. Dżizas fakin krajst, brak mi słów. 
Dobra, może skupmy się na bardziej istotnych rzeczach. Film, oparty na scenariuszu Jana Komasy, reżysera, opowiada historię chłopaczka, 19-latka, który za kilka miesięcy ma zdawać maturę. Zaczynamy na studniówce, gdzie chłopcy i dziewczynki tańczą walczyka, żłopią piwko, jarają blanty i opowiadają, jacy to są trendi_dżezi_kul. Jakaś cipa chwali się, że się przespała z psiapsiółą i sobie opowiadają, kto jakie minety strzela. Potem dwie laski zapuszczają sobie ślimaki, no a potem dwóch chłopaczków robi to samo. Jednym z tych chłopaczków jest nasz główny bohater, Dominik. No i się zaczyna. Chwali się tym na fejsie i aż 6kilka osób „lubi to”. Dominik się troszkę pogubił, zaczął się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie jest gejem i tak dalej. A kilka dni później na lekcji w-f, gdy ćwiczyli dżudo, naszych dwóch kochanków się, że tak powiem, zwarło, no i sprawa stała się jasna. Dominik nie dość, że przegrał, to jeszcze pod tym drugim chłopaczkiem spuścił się w spodnie. Później już standard, znowu masa osób na fejsie to „zalajkowała”, a Kuba poczuł się nienormalny. Jego mamusia, kobieta zdecydowanie z jajami, która na wszystko miała przygotowaną ripostę, niczym mistrz błyskotliwej i szybkiej riposty, jedyne co była w stanie powiedzieć, gdy usłyszała o homoseksualnych skłonnościach synka (który postanowił zademonstrować je rodzicom w obecności Pana Ministra, liżąc się z gipsowym popiersiem Marka Aureliusza, czy innego imperatora), to „w dupach wam się poprzerwacało”. 
Wyszło mi zdanie wielokrotnie złożone i, chociaż wierzę w inteligencję moich czytelników, postaram się to teraz uprościć. Otóż Pan Minister wraz z żoną i córką, zaprosił rodziców Dominika do opery. Po operze rodzice się zgadali, że może Dominik by kiedyś się wybrał sam na sam z córcią Pana Ministra, na balet, czy coś (bo córcia Pana Ministra to baletnica). Wtedy Dominik, że on chętnie, ale jest problem, bo jest gejem. No i to zademonstrował. Trudno powiedzieć, kim są rodzice Dominika – nie wyłapałem, gdzie pracuje jego matka, a ojciec, początkowo „starający się o posadę w ministerstwie”, w kilka dni później (po tak wielkim faux pas synka) już pracę w ministerstwie ma. No i ma jeszcze jakąś formę psychozy maniakalno-depresyjnej. W domu trzyma broń, żona paralizator, synka wszędzie wozi kierowca, żeby nie musiał jeździć autobusami, alarmy, pomoce domowe itd. I pewnego razu, po lekcji judo, Dominik postanawia na złość rodzicom pojechać do domu autobusem. Zaczepia tam grupkę chłopaczków, którzy sobie słuchają głośno techno i dostaje taki wpierdol, że aż lekarzowi musiało się przykro zrobić. Ale co ciekawe, po takim wpierdolu, jedyny uszczerbek na zdrowiu, to zadrapanie pod okiem. Nieważne. W następnych kilka dni Dominik nie chodzi do szkoły i tatuś mu na to pozwala, Dominik wkaracza do virtual reality typu Sala Samobójców, gdzieś tam po drodze się tnie, ląduje w psychiatryku, zamyka się w pokoju i nie chce wyjść i bla, bla, bla, ostatecznie popełnia samobójstwo. 
W filmie jest tyle wątków, które osobno można by rozwinąć do kilku pełnometrażowych filmów. Aktorsko film jest w porządku. A jednak coś tu jest nie tak. O co chodzi? Nie wiem, może problemem jest to, że tyle pochwał się nasłuchałem na temat tego obrazu, że nie sprostał on mojemu wyobrażeniu. Być może. Ale prawda jest taka, że ten film TO JEST GNIOT. To jest że_na_da. To jest sztampa (sceny przemierzania korytarzy szkolnych w kurtce, ze słuchawkami na uszach, z muzyką rockową są amerykańską kalką, typu „Szkoła uczuć”, albo co tam jeszcze nastolatki kochają), to jest bełkot, to jest absurd i groteska. Rodzina z wyższej klasy średnio-urzędniczej, gdzie wszyscy wszystko mają i brakuje im tylko, buuuuu:(((nawiasnawias, miłości i akceptacji, a oni są tacy wrażliwi. 
Zerknąłem sobie do filmwebu, w celu obadania tego filmu i zobaczyłem, że jest sklasyfikowany, jako thriller. Nie wiem, czy to thriller, czy obyczaj, ale ja nie mogłem się pozbierać ze śmiechu, kiedy tylko na scenie pojawiał się tatuś, grany przez Krzysztofa Pieczyńskiego. Aż płakałem ze śmiechu. Obawiam się jednak, że nie było to zamierzone. 
Rozumiem, że jest to ważny polski film, film, poruszający trudny temat próby najpierw samoakceptacji, a później akceptacji społecznej przez Dominika, osobę, która jest zagubiona, bo nie wie tak naprawdę, kim jest. Ten wątek naprawdę ma potencjał. Tylko co, do kurwy nędzy, ma do tego virtual reality? Przecież cały film opiera się, przynajmniej gdyby przeczytać opis i ogarnąć zajawki, jako ukazanie roli, jaką w naszym świecie pełni rzeczywistość wirtualna. Jakieś, nie wiem, moralizatorstwo w stylu „drodzy rodzice, uważajcie, w internecie nie tylko pedofilów trzeba się bać”. Tymczasem ja odniosłem wrażenie, że rzeczywistość wirtualna jest tutaj tylko jednym z wątków, myślę zresztą, że niezbyt istotnym, sztampowym i rozdmuchanym. Mam wrażenie, że reżyser chciał się rozprawić ze wszystkim, z czym tylko się dało: brak akceptacji dla homoseksualizmu syna, brak uwagi ze strony rodziców, zagrożenia ze strony internetu, społeczna stygmatyzacja i nietolerancja, braki w systemie etycznym, i co by tam jeszcze kto znalazł. Efekt jest, jaki jest.
Film zawodzi na całej linii, od początku, do końca. No dobra, prawie do końca. Jest trochę tak, jak Katyń Wajdy. Tam też cały film jest do bani, do tak wielkiej bani, że nawet Ruscy takiej nie mają. Ale jednak ostatnia scena, masowego strzelania w potylicę i wpadania do zbiorowej mogiły robi wielkie wrażenie i zaciera cały, nieciekawy, obraz. Podobnie ostatnia scena Sali samobójców, choć sztampowa i mająca ujednolicić nam obraz, trochę przysłania, że film jest po prostu żałosny. 
I teraz tak. Skoro ten film jest ponoć tak genialny, tak wspaniały, tak ambitny i tak wielki, to znaczy, że… Albo ja jestem po prostu za głupi na ten film, albo polska kinematografia to żenada. I niestety obawiam się, że raczej to drugie.
Opublikowano w: kultura.
Komentarze są wyłączone

Sala samobój(c)ów

Żeby nie było, ostrzegam na samym wstępie. Cały poniższy tekst to będzie spoiler. Obejrzałem ostatnio „Salę samobójców”, film w reżyserii Jana Komasy. Film bardzo nagłośniony, bardzo rozchwalony i bardzo istotny. Jeżeli więc ktoś z moich czytelników nie widział tego filmu, a by chciał, może opuścić tę notkę i sobie przejrzeć w tym czasie archiwum. Jeżeli ktoś nie oglądał tego filmu, a przed obejrzeniem chciałby się czegoś dowiedzieć, mogę mu w tym pomóc. Niech mnie jednak później nie wini (i tu być może przeceniam swój wpływ), że go przekonałem do mojego zdania. Jeżeli zaś już ten film widzieliście, możemy sobie o nim podyskutować, jak równy z równiejszym. Sami sobie możecie wybrać, kto będzie kim.
Zacznijmy może szyderą. Wyguglajcie sobie źródło tego komentarza:
Film rewelacyjny i godny podziwu.Dała bym za niego nobla. A dziwne jest to że to polski film ale BOSKI <33333333333
POLECAMMMMMMM!!!!!
Niezły, nie? Nie dość, że jakaś cipa „dała by za niego nobla” (NOBLA, noż kurwa, NOBLA!), to jeszcze najebała jakiś znaczek mniejszości i później 33333trzytrzyrzyrzy. Dżizas fakin krajst, brak mi słów. 
Dobra, może skupmy się na bardziej istotnych rzeczach. Film, oparty na scenariuszu Jana Komasy, reżysera, opowiada historię chłopaczka, 19-latka, który za kilka miesięcy ma zdawać maturę. Zaczynamy na studniówce, gdzie chłopcy i dziewczynki tańczą walczyka, żłopią piwko, jarają blanty i opowiadają, jacy to są trendi_dżezi_kul. Jakaś cipa chwali się, że się przespała z psiapsiółą i sobie opowiadają, kto jakie minety strzela. Potem dwie laski zapuszczają sobie ślimaki, no a potem dwóch chłopaczków robi to samo. Jednym z tych chłopaczków jest nasz główny bohater, Dominik. No i się zaczyna. Chwali się tym na fejsie i aż 6kilka osób „lubi to”. Dominik się troszkę pogubił, zaczął się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie jest gejem i tak dalej. A kilka dni później na lekcji w-f, gdy ćwiczyli dżudo, naszych dwóch kochanków się, że tak powiem, zwarło, no i sprawa stała się jasna. Dominik nie dość, że przegrał, to jeszcze pod tym drugim chłopaczkiem spuścił się w spodnie. Później już standard, znowu masa osób na fejsie to „zalajkowała”, a Kuba poczuł się nienormalny. Jego mamusia, kobieta zdecydowanie z jajami, która na wszystko miała przygotowaną ripostę, niczym mistrz błyskotliwej i szybkiej riposty, jedyne co była w stanie powiedzieć, gdy usłyszała o homoseksualnych skłonnościach synka (który postanowił zademonstrować je rodzicom w obecności Pana Ministra, liżąc się z gipsowym popiersiem Marka Aureliusza, czy innego imperatora), to „w dupach wam się poprzerwacało”. 
Wyszło mi zdanie wielokrotnie złożone i, chociaż wierzę w inteligencję moich czytelników, postaram się to teraz uprościć. Otóż Pan Minister wraz z żoną i córką, zaprosił rodziców Dominika do opery. Po operze rodzice się zgadali, że może Dominik by kiedyś się wybrał sam na sam z córcią Pana Ministra, na balet, czy coś (bo córcia Pana Ministra to baletnica). Wtedy Dominik, że on chętnie, ale jest problem, bo jest gejem. No i to zademonstrował. Trudno powiedzieć, kim są rodzice Dominika – nie wyłapałem, gdzie pracuje jego matka, a ojciec, początkowo „starający się o posadę w ministerstwie”, w kilka dni później (po tak wielkim faux pas synka) już pracę w ministerstwie ma. No i ma jeszcze jakąś formę psychozy maniakalno-depresyjnej. W domu trzyma broń, żona paralizator, synka wszędzie wozi kierowca, żeby nie musiał jeździć autobusami, alarmy, pomoce domowe itd. I pewnego razu, po lekcji judo, Dominik postanawia na złość rodzicom pojechać do domu autobusem. Zaczepia tam grupkę chłopaczków, którzy sobie słuchają głośno techno i dostaje taki wpierdol, że aż lekarzowi musiało się przykro zrobić. Ale co ciekawe, po takim wpierdolu, jedyny uszczerbek na zdrowiu, to zadrapanie pod okiem. Nieważne. W następnych kilka dni Dominik nie chodzi do szkoły i tatuś mu na to pozwala, Dominik wkaracza do virtual reality typu Sala Samobójców, gdzieś tam po drodze się tnie, ląduje w psychiatryku, zamyka się w pokoju i nie chce wyjść i bla, bla, bla, ostatecznie popełnia samobójstwo. 
W filmie jest tyle wątków, które osobno można by rozwinąć do kilku pełnometrażowych filmów. Aktorsko film jest w porządku. A jednak coś tu jest nie tak. O co chodzi? Nie wiem, może problemem jest to, że tyle pochwał się nasłuchałem na temat tego obrazu, że nie sprostał on mojemu wyobrażeniu. Być może. Ale prawda jest taka, że ten film TO JEST GNIOT. To jest że_na_da. To jest sztampa (sceny przemierzania korytarzy szkolnych w kurtce, ze słuchawkami na uszach, z muzyką rockową są amerykańską kalką, typu „Szkoła uczuć”, albo co tam jeszcze nastolatki kochają), to jest bełkot, to jest absurd i groteska. Rodzina z wyższej klasy średnio-urzędniczej, gdzie wszyscy wszystko mają i brakuje im tylko, buuuuu:(((nawiasnawias, miłości i akceptacji, a oni są tacy wrażliwi. 
Zerknąłem sobie do filmwebu, w celu obadania tego filmu i zobaczyłem, że jest sklasyfikowany, jako thriller. Nie wiem, czy to thriller, czy obyczaj, ale ja nie mogłem się pozbierać ze śmiechu, kiedy tylko na scenie pojawiał się tatuś, grany przez Krzysztofa Pieczyńskiego. Aż płakałem ze śmiechu. Obawiam się jednak, że nie było to zamierzone. 
Rozumiem, że jest to ważny polski film, film, poruszający trudny temat próby najpierw samoakceptacji, a później akceptacji społecznej przez Dominika, osobę, która jest zagubiona, bo nie wie tak naprawdę, kim jest. Ten wątek naprawdę ma potencjał. Tylko co, do kurwy nędzy, ma do tego virtual reality? Przecież cały film opiera się, przynajmniej gdyby przeczytać opis i ogarnąć zajawki, jako ukazanie roli, jaką w naszym świecie pełni rzeczywistość wirtualna. Jakieś, nie wiem, moralizatorstwo w stylu „drodzy rodzice, uważajcie, w internecie nie tylko pedofilów trzeba się bać”. Tymczasem ja odniosłem wrażenie, że rzeczywistość wirtualna jest tutaj tylko jednym z wątków, myślę zresztą, że niezbyt istotnym, sztampowym i rozdmuchanym. Mam wrażenie, że reżyser chciał się rozprawić ze wszystkim, z czym tylko się dało: brak akceptacji dla homoseksualizmu syna, brak uwagi ze strony rodziców, zagrożenia ze strony internetu, społeczna stygmatyzacja i nietolerancja, braki w systemie etycznym, i co by tam jeszcze kto znalazł. Efekt jest, jaki jest.
Film zawodzi na całej linii, od początku, do końca. No dobra, prawie do końca. Jest trochę tak, jak Katyń Wajdy. Tam też cały film jest do bani, do tak wielkiej bani, że nawet Ruscy takiej nie mają. Ale jednak ostatnia scena, masowego strzelania w potylicę i wpadania do zbiorowej mogiły robi wielkie wrażenie i zaciera cały, nieciekawy, obraz. Podobnie ostatnia scena Sali samobójców, choć sztampowa i mająca ujednolicić nam obraz, trochę przysłania, że film jest po prostu żałosny. 
I teraz tak. Skoro ten film jest ponoć tak genialny, tak wspaniały, tak ambitny i tak wielki, to znaczy, że… Albo ja jestem po prostu za głupi na ten film, albo polska kinematografia to żenada. I niestety obawiam się, że raczej to drugie.
Opublikowano w: kultura.
Komentarze są wyłączone

Sala samobój(c)ów

Żeby nie było, ostrzegam na samym wstępie. Cały poniższy tekst to będzie spoiler. Obejrzałem ostatnio „Salę samobójców”, film w reżyserii Jana Komasy. Film bardzo nagłośniony, bardzo rozchwalony i bardzo istotny. Jeżeli więc ktoś z moich czytelników nie widział tego filmu, a by chciał, może opuścić tę notkę i sobie przejrzeć w tym czasie archiwum. Jeżeli ktoś nie oglądał tego filmu, a przed obejrzeniem chciałby się czegoś dowiedzieć, mogę mu w tym pomóc. Niech mnie jednak później nie wini (i tu być może przeceniam swój wpływ), że go przekonałem do mojego zdania. Jeżeli zaś już ten film widzieliście, możemy sobie o nim podyskutować, jak równy z równiejszym. Sami sobie możecie wybrać, kto będzie kim.
Zacznijmy może szyderą. Wyguglajcie sobie źródło tego komentarza:
Film rewelacyjny i godny podziwu.Dała bym za niego nobla. A dziwne jest to że to polski film ale BOSKI <33333333333
POLECAMMMMMMM!!!!!
Niezły, nie? Nie dość, że jakaś cipa „dała by za niego nobla” (NOBLA, noż kurwa, NOBLA!), to jeszcze najebała jakiś znaczek mniejszości i później 33333trzytrzyrzyrzy. Dżizas fakin krajst, brak mi słów. 
Dobra, może skupmy się na bardziej istotnych rzeczach. Film, oparty na scenariuszu Jana Komasy, reżysera, opowiada historię chłopaczka, 19-latka, który za kilka miesięcy ma zdawać maturę. Zaczynamy na studniówce, gdzie chłopcy i dziewczynki tańczą walczyka, żłopią piwko, jarają blanty i opowiadają, jacy to są trendi_dżezi_kul. Jakaś cipa chwali się, że się przespała z psiapsiółą i sobie opowiadają, kto jakie minety strzela. Potem dwie laski zapuszczają sobie ślimaki, no a potem dwóch chłopaczków robi to samo. Jednym z tych chłopaczków jest nasz główny bohater, Dominik. No i się zaczyna. Chwali się tym na fejsie i aż 6kilka osób „lubi to”. Dominik się troszkę pogubił, zaczął się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie jest gejem i tak dalej. A kilka dni później na lekcji w-f, gdy ćwiczyli dżudo, naszych dwóch kochanków się, że tak powiem, zwarło, no i sprawa stała się jasna. Dominik nie dość, że przegrał, to jeszcze pod tym drugim chłopaczkiem spuścił się w spodnie. Później już standard, znowu masa osób na fejsie to „zalajkowała”, a Kuba poczuł się nienormalny. Jego mamusia, kobieta zdecydowanie z jajami, która na wszystko miała przygotowaną ripostę, niczym mistrz błyskotliwej i szybkiej riposty, jedyne co była w stanie powiedzieć, gdy usłyszała o homoseksualnych skłonnościach synka (który postanowił zademonstrować je rodzicom w obecności Pana Ministra, liżąc się z gipsowym popiersiem Marka Aureliusza, czy innego imperatora), to „w dupach wam się poprzerwacało”. 
Wyszło mi zdanie wielokrotnie złożone i, chociaż wierzę w inteligencję moich czytelników, postaram się to teraz uprościć. Otóż Pan Minister wraz z żoną i córką, zaprosił rodziców Dominika do opery. Po operze rodzice się zgadali, że może Dominik by kiedyś się wybrał sam na sam z córcią Pana Ministra, na balet, czy coś (bo córcia Pana Ministra to baletnica). Wtedy Dominik, że on chętnie, ale jest problem, bo jest gejem. No i to zademonstrował. Trudno powiedzieć, kim są rodzice Dominika – nie wyłapałem, gdzie pracuje jego matka, a ojciec, początkowo „starający się o posadę w ministerstwie”, w kilka dni później (po tak wielkim faux pas synka) już pracę w ministerstwie ma. No i ma jeszcze jakąś formę psychozy maniakalno-depresyjnej. W domu trzyma broń, żona paralizator, synka wszędzie wozi kierowca, żeby nie musiał jeździć autobusami, alarmy, pomoce domowe itd. I pewnego razu, po lekcji judo, Dominik postanawia na złość rodzicom pojechać do domu autobusem. Zaczepia tam grupkę chłopaczków, którzy sobie słuchają głośno techno i dostaje taki wpierdol, że aż lekarzowi musiało się przykro zrobić. Ale co ciekawe, po takim wpierdolu, jedyny uszczerbek na zdrowiu, to zadrapanie pod okiem. Nieważne. W następnych kilka dni Dominik nie chodzi do szkoły i tatuś mu na to pozwala, Dominik wkaracza do virtual reality typu Sala Samobójców, gdzieś tam po drodze się tnie, ląduje w psychiatryku, zamyka się w pokoju i nie chce wyjść i bla, bla, bla, ostatecznie popełnia samobójstwo. 
W filmie jest tyle wątków, które osobno można by rozwinąć do kilku pełnometrażowych filmów. Aktorsko film jest w porządku. A jednak coś tu jest nie tak. O co chodzi? Nie wiem, może problemem jest to, że tyle pochwał się nasłuchałem na temat tego obrazu, że nie sprostał on mojemu wyobrażeniu. Być może. Ale prawda jest taka, że ten film TO JEST GNIOT. To jest że_na_da. To jest sztampa (sceny przemierzania korytarzy szkolnych w kurtce, ze słuchawkami na uszach, z muzyką rockową są amerykańską kalką, typu „Szkoła uczuć”, albo co tam jeszcze nastolatki kochają), to jest bełkot, to jest absurd i groteska. Rodzina z wyższej klasy średnio-urzędniczej, gdzie wszyscy wszystko mają i brakuje im tylko, buuuuu:(((nawiasnawias, miłości i akceptacji, a oni są tacy wrażliwi. 
Zerknąłem sobie do filmwebu, w celu obadania tego filmu i zobaczyłem, że jest sklasyfikowany, jako thriller. Nie wiem, czy to thriller, czy obyczaj, ale ja nie mogłem się pozbierać ze śmiechu, kiedy tylko na scenie pojawiał się tatuś, grany przez Krzysztofa Pieczyńskiego. Aż płakałem ze śmiechu. Obawiam się jednak, że nie było to zamierzone. 
Rozumiem, że jest to ważny polski film, film, poruszający trudny temat próby najpierw samoakceptacji, a później akceptacji społecznej przez Dominika, osobę, która jest zagubiona, bo nie wie tak naprawdę, kim jest. Ten wątek naprawdę ma potencjał. Tylko co, do kurwy nędzy, ma do tego virtual reality? Przecież cały film opiera się, przynajmniej gdyby przeczytać opis i ogarnąć zajawki, jako ukazanie roli, jaką w naszym świecie pełni rzeczywistość wirtualna. Jakieś, nie wiem, moralizatorstwo w stylu „drodzy rodzice, uważajcie, w internecie nie tylko pedofilów trzeba się bać”. Tymczasem ja odniosłem wrażenie, że rzeczywistość wirtualna jest tutaj tylko jednym z wątków, myślę zresztą, że niezbyt istotnym, sztampowym i rozdmuchanym. Mam wrażenie, że reżyser chciał się rozprawić ze wszystkim, z czym tylko się dało: brak akceptacji dla homoseksualizmu syna, brak uwagi ze strony rodziców, zagrożenia ze strony internetu, społeczna stygmatyzacja i nietolerancja, braki w systemie etycznym, i co by tam jeszcze kto znalazł. Efekt jest, jaki jest.
Film zawodzi na całej linii, od początku, do końca. No dobra, prawie do końca. Jest trochę tak, jak Katyń Wajdy. Tam też cały film jest do bani, do tak wielkiej bani, że nawet Ruscy takiej nie mają. Ale jednak ostatnia scena, masowego strzelania w potylicę i wpadania do zbiorowej mogiły robi wielkie wrażenie i zaciera cały, nieciekawy, obraz. Podobnie ostatnia scena Sali samobójców, choć sztampowa i mająca ujednolicić nam obraz, trochę przysłania, że film jest po prostu żałosny. 
I teraz tak. Skoro ten film jest ponoć tak genialny, tak wspaniały, tak ambitny i tak wielki, to znaczy, że… Albo ja jestem po prostu za głupi na ten film, albo polska kinematografia to żenada. I niestety obawiam się, że raczej to drugie.
Opublikowano w: kultura.
Komentarze są wyłączone