Myśli dość uczesane: Związek zawodowy samozatrudnionych właścicieli

Matka opętanego ideą komunistycznej rewolucji Cezarego Baryki tłumaczy mu, że „kto by chciał tworzyć ustrój komunistyczny, to powinien by podzielić na równe działy pustą ziemię, jakiś step czy jakieś góry, i tam wspólnymi siłami orać, siać, budować — żąć i zbierać. Zaczynać wszystko sprawiedliwie, z Boga i ze siebie. Cóż to za komunizm, gdy się wedrzeć do cudzych domów, pałaców, kościołów, które dla innych celów zostały przeznaczone i po równo podzielić się nie dadzą. Jest to — mówiła — pospolita grabież. Niewielka to sztuka z pałacu zrobić muzeum. Byłoby sztuką godną nowych ludzi — wytworzyć samym przedmioty muzealne i umieścić je w gmachu zbudowanym komunistycznymi siłami w muzealnym celu”.

Czy w taki właśnie konstruktywny sposób działają związki zawodowe?

Powyższe pytanie trąci nieco generalizacją. Jak to? Czy możemy wrzucić do jednego worka wszystkie związki zawodowe i traktować je jako monolit? Raczej nie. W tekście skoncentrujemy się zatem na pewnych charakterystycznych dla (większości?) działaczy związków tendencjach, na przejawianych przez nich sympatiach, podejmowanych inicjatywach.

Traktowanie związku zawodowego jako „ogółu pracowników”, „aktywu robotniczego” to część, a może nawet sedno problemu, w obliczu którego stajemy. Często zapominamy, że taki związek współtworzą konkretne osoby. Zamiast dostrzegać poszczególnych ludzi widzimy tylko „masy”.

W scenie otwierającej film Charliego Chaplina Dzisiejsze czasy widzimy olbrzymie stado pędzących owiec. Następna scena: czasy współczesne – stado ludzi wylewa się ze stacji metra i podąża do pracy przy fabrycznych taśmach. Na ile każdy z członków anonimowego tłumu odpowiada za to, w jakich warunkach pracuje? Na ile można powiedzieć, że „sam tak wybrał”? Czy podoba mu się praca w zakładzie produkcji masowej i czy czuje, że wykonując ją, wypełnia swoje powołanie?

Dzisiejsze czasy. Człowiek, który wprzągł się (został wprzęgnięty? – tu znów pytanie o świadomość poszczególnych osób) w tryby pracy najemnej na cudze potrzeby (a może i „nie-potrzeby”). Stoi osiem godzin dziennie przy taśmie w fabryce margaryny. Siedzi przy kasie, przyjmując od klientów brzęczącą monetę i coś warte papierki. Nadzorca zabrania mu wyjść do toalety. Właściciel interesu ma pracownika w nosie, bo w gruncie rzeczy fascynujące wydaje mu się wyłącznie dynamiczne obracanie wirtualnymi cyframi na kontach bankowych lub pławienie się w luksusie – a nie żywy człowiek.

Okazuje się, że wielu pracowników ma podobne odczucia: szefostwo traktuje swoich najemników jak „zło konieczne”, któremu trzeba rzucić jakiś ochłap, i nie dostrzega w nich ludzi obdarzonych godnością. Zakładamy więc związek zawodowy. Związek zawodowy, a więc organizację, która będzie walczyła o nasze „prawa”, „prawa pracownicze”, „robotnicze”. Wspólnie ustalamy, o co nam chodzi. Wysuwamy żądania. Domagamy się poprawy warunków bezpieczeństwa. Żądamy ubezpieczeń zdrowotnych. Mniej pracy. Renegocjacji kontraktów.

Chcemy, aby Święto Trzech Króli było dniem wolnym od pracy. Najpierw zwracamy się do tych, do których świadomie i dobrowolnie (?) zaciągnęliśmy się na służbę. (Skąd znak zapytania po słowach „świadomie i dobrowolnie”? Z wątpliwości co do tego, na ile świadomą i dobrowolną można nazwać decyzję człowieka, który – znalazłszy się w chorej sytuacji, przywalony podatkami, regulacjami i dyrektywami, zatrudnia się w kolaborującej z funkcjonariuszami państwowymi firmie – a nie dostrzega jeszcze na razie innych rozwiązań, mogących zapewnić jemu i jego bliskim godziwy byt.). Nie chcą nam dać wolnego? Ogarnia nas rezygnacja?… A może ogłaszamy strajk i odmawiamy przystąpienia do pracy [jednocześnie pożądając tych pieniędzy, które „należą nam się” – chociaż nie robimy tego, do czego się świadomie i dobrowolnie (?) zobowiązaliśmy]? Wywieszamy transparent i wychodzimy na ulicę?

Zaraz, zaraz! Pojawia się nowa koncepcja: wystosować do funkcjonariusza państwowego apel, aby nakazał „temu wstrętnemu kapitaliście” spełnić nasze warunki.

Taką metodę obrało wielu propagatorów żądających ogłoszenia Święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy. Na zdrowy rozum wydaje się to dosyć zaskakujące. Gdy umawiamy się o pracę najemną, możemy przecież dojść z naszym potencjalnym pracodawcą do porozumienia i zgodzić się, że 6 stycznia poświęcimy się zadaniom innym niż praca zawodowa. Czy moralne i potrzebne jest odwoływanie się do funkcjonariusza państwowego, kogoś obcego, osoby trzeciej a nawet czwartej – aby przemocą usiłował narzucić nam rozwiązanie, które sami możemy przyjąć dobrowolnie? A może w trakcie negocjacji z potencjalnym pracodawcą dojdziemy do wniosku, że w związku z rozbieżnością stanowisk na razie nie podejmujemy współpracy, ale za jakiś czas wrócimy do tego tematu?

Opisana wyżej sytuacja może wyglądać na pewną idealizację. Przypatrujemy się sytuacji człowieka, który ma warunki pozwalające w miarę swobodnie zrezygnować z podejmowania pracy na cudze zamówienie. Zapytajmy: czy jest to dziś udziałem każdego człowieka lub choćby większości ludzi? I czy takie zajęcie, które pozwala ze względną swobodą odrzucać propozycje pracy najemnej (gdy wolimy robić co innego) to coś cennego, cel, do którego warto dążyć? Jakie w ogóle są cele gospodarki?

Wśród ciekawych myśli zawartych w encyklice Benedykta XVI Caritas in veritate pojawia się i ta: „należy dążyć do osiągnięcia — uznanego za priorytetowy — celu, jakim jest dostęp wszystkich do pracy i jej utrzymanie”. Na te słowa wielu mogłoby z dzioba w dziób zawołać: „Socjalizm!”. Tymczasem, gdy przyjrzeć się nakreślonemu przez papieża ideałowi bez zbędnych emocji – okazuje się, że „dostęp wszystkich do pracy i jej utrzymanie” to nie tylko atrakcyjna wizja, ale coś, co wyraża pragnienia ogromnej większości (jeśli nie wszystkich) mieszkańców naszej planety. Przecież każdy chyba marzy o robieniu czegoś takiego, co mógłby robić właściwie w nieskończoność.

Liczne związki zawodowe umieszczają na swoich sztandarach postulat stałego zatrudnienia, tworzenia takich warunków pracy, w których pracownik mógłby nie obawiać się, że z dnia na dzień zostanie wyrzucony.

Jeśli zgodzimy się, że warto się o to starać, zadajmy sobie pytanie: jak to robić?

Pierwszym krokiem na drodze do zapewnienia każdemu dostępu do pracy i możliwości jej utrzymania byłoby chyba rzetelne określenie własnych potrzeb oraz powinności wobec tych, za których jestem odpowiedzialny (rodziny, chorych, ubogich – w szerszej i dalszej perspektywie: wszystkich ludzi). Czy uczciwie spełniam obowiązki mojego stanu? Co należy się ode mnie innym? Czy poświęcam odpowiednio dużo czasu tym, którym powinienem go poświęcać? Czy ja jeszcze jestem w stanie w spokoju z kimś porozmawiać przez dłużej niż piętnaście sekund? Ogólnie rzecz biorąc: czy jeszcze panuję nad sobą samym – czy też dałem się ponieść „logice” nowego wspaniałego współczesnego świata, w którym każdego człowieka usiłuje się umieścić w określonym z góry miejscu w „strukturze społecznej”? Czy umiem odpowiedzieć na pytanie o to, czego mi potrzeba, i dobrać odpowiednie środki do realizacji stojących przede mną zadań?

Z tymi zagadnieniami łączą się pytania bardziej „ekonomiczne”. Czy naprawdę muszę dosłownie wszędzie jeździć samochodem – czy też mogę poruszać się na własnych nogach? Czy potrzebuję nowej sześćdziesięciosześciocalowej plazmy w miejsce tej zeszłorocznej pięćdziesięcioośmiocalowej, która już mi się opatrzyła? Czy potrafię żyć bez telefonu? A bez internetu?

Colin Ward zastanawia się w eseju Self-employed Society (Społeczeństwo samozatrudnionych albo Samozatrudnione społeczeństwo) nad tym, jak to jest, że człowiek, który wraca do domu po dniu ciężkiej pracy [najemnej] z radością zabiera się do uprawy swojego ogródka. Mówi o zaletach takiego zajęcia: tu człowiek pracuje na swoim, sam jest sobie szefem. Sam decyduje o tym, kiedy zaczyna i kończy pracę. Pracuje dlatego, że chce, a nie dlatego, że musi.

Iluż to ludzi – pisze Ward – w skrytości ducha marzy o tym, aby posiadać mały sklep, zacząć działać na własną rękę, uruchomić niewielki zakład! Mnóstwo osób jest gotowych bardzo ciężko pracować – jeśli to da im większą niezależność (większe poczucie niezależności?).

Czy związek zawodowy raczej ułatwia czy utrudnia realizację takiego celu?

Jako organizacja pracowników najemnych, którzy „walczą” o swoje w ramach systemu pracy niemal wyłącznie na cudze potrzeby, związek zawodowy staje często przed pokusą podjęcia współpracy z funkcjonariuszami państwowymi i prób uzyskania pewnych przywilejów kosztem tych, którzy do danego związku nie należą. W interesie wielu działających współcześnie związków zawodowych leży wpisywanie się w „logikę” współczesnego systemu państwowego kapitalizmu z całym jego zbiurokratyzowaniem i działaniami na masową skalę. Nierzadko działaczom i „koordynatorom” związkowym opłacalne może wydawać się opłacalne trwanie w swoistej symbiozie z funkcjonariuszami państwowymi i kontrolującym produkcję masową wielkim biznesem – ze szkodą dla zwanych „przeciętnymi” (choć przecież nieprzeciętnych) zjadaczy chleba, do których grona zaliczają się również „zwykli” (choć przecież niezwykli) członkowie związku.

Zjawisko kolaboracji między „wielkimi” lub „większymi” tego świata na szkodę „maluczkich” obserwujemy od wieków. Do licznych konfliktów zbrojnych, morderstw, gwałtów, kradzieży, okrucieństw wojennych dochodziło i wciąż dochodzi wskutek decyzji i przy (milczącej niekiedy) aprobacie ministrów, menadżerów, prezesów, sekretarzy, królów, prezydentów – słowem: tzw. decydentów – widzących w drugim człowieku „zasób ludzki”, a nie osobę obdarzoną godnością. Jaki interes mają poborowi mordujący się wzajemnie na wojnach wywoływanych przez ich „panów”? Nie od dziś wiadomo, że „na wojnie świszczą kule, / Lud się wali jako snopy, / A najdzielniej biją króle, / A najgęściej giną chłopy”. [Trochę inaczej wygląda sytuacja osób dokonujących morderstw i zniszczeń na zlecenie funkcjonariuszy państwowych dobrowolnie (chodzi zarówno o żołnierzy armii państwowych, jak i pracowników prywatnych firm militarno-ochroniarskich współpracujących z funkcjonariuszami państwowymi) – to są po prostu płatni zabójcy]. Jaki sens i jakie skutki ma prześladowanie drugiego człowieka, który nie stanowi dla mnie bezpośredniego zagrożenia, nie zaatakował mnie, żyje sobie spokojnie po swojemu?

Usługujący sobie wzajemnie przedstawiciele wielkich przedsiębiorstw, wysoko postawieni funkcjonariusze państwowi oraz spece od nieuczciwej propagandy od niepamiętnych czasów starali się o to, aby „szary” człowiek wykrwawiał się w służbie swoim samozwańczym panom. Tych faktycznie świadomych charakteru swojej działalności „inżynierów społecznych” (rojących sobie, że staną się inżynierami dusz ludzkich) jest być może garstka. To właśnie ci ludzie, którzy przemocą lub groźbą jej użycia zmuszają męża i ojca do porzucenia rodziny i zaciągnięcia się do wojska albo pracy ponad siły; to ci, którzy pogróżką i szantażem zmuszają żonę i matkę do porzucenia rodziny i rezygnacji z opieki nad domowym ogniskiem („Aha – reagują niektórzy – to pańska żona nie pracuje?”. Odpowiedź: „Rzeczywiście – nie »pracuje«. Ona haruje!”) – w imię „realizacji zawodowej” i pracy na cudze potrzeby poza domem; to ci, którzy demoralizują ludzi młodych, starając się zrobić z nich bezwolnych obywateli nowego wspaniałego świata. Ci sami „architekci” mogą zdawać sobie sprawę z tego, na jak kruchych podstawach opiera się ich władza. W jak wielkiej mierze zależy ona od wpajanego „poddanym” poczucia bezradności. Gdybyśmy tylko powszechnie odrzucili postawę wyrażaną słowami: „To prawda, to niesprawiedliwe, powinno być inaczej – ale cóż ja mogę zrobić?” i w większym stopniu zdali sobie sprawę z tego, jak w dobry i istotny sposób możemy wpłynąć na kształt doczesnego świata, doprowadzilibyśmy do zmian w mgnieniu oka.

Tyler Durden, znudzony i zmęczony życiem chuligan-nihilista, bohater filmu Fight Club, uświadamia ścigającemu go i jego koleżków wysokiemu funkcjonariuszowi policji, w jakim stopniu jest on zależny od ludzi, których goni – to oni gotują jego posiłki. Wywożą jego śmieci. Łączą jego rozmowy telefoniczne. Prowadzą karetki. Strzegą go, kiedy śpi. „Nie zadzieraj z nami!”.

To właśnie ta wielka siła drzemiąca w „prolach” (George Orwell, 1984), mądrze przez nich użyta, może w krótkim czasie doprowadzić do zmian na lepsze.

Dobry chyba przykład konstruktywnego postępowania dają opisywani przez Kevina Carsona robotnicy „przejmujący” zamknięte i stojące bezczynnie przedsiębiorstwa (Carson pisze o nich m.in. w esejach zamieszczanych na stronach Homebrew Industrial Revolution oraz Center for a Stateless Society). Zamiast urządzać awantury na ulicach i domagać się życia na cudzy koszt, robotnicy z własnej inicjatywy udają się do pracy, uruchamiają porzucone maszyny, dokonują potrzebnych napraw zaniedbanego sprzętu. Niejako przy okazji zacieśniają więzy w ramach wspólnoty lokalnej. Robią dobrze to, co umieją, bez oglądania się na to, co powie „góra”. Stosując rotacyjny system pracy i prowadzenia przedsiębiorstwa, czynią ważny krok na drodze do niezależności. Jeśli w dodatku nastawią się na produkowanie tego, co jest potrzebne – to znaczy odpowiadające oczekiwaniom potencjalnych klientów (zamiast programowo tłuc setki wykoncypowanych przez projektantów egzemplarzy jakiegoś urządzenia, a potem skrobać się w głowę: „Jak by to opchnąć?”) – można by rzec: pracują w wolnym zawodzie.

Człowiek pracujący „na swoim” ma dużą motywację do jak najlepszego wykorzystywania swoich talentów i samodoskonalenia. Zdaje sobie sprawę z tego, że jakość jego pracy przekłada się bezpośrednio na jakość jej owoców. Poza tym łatwiej mu cieszyć się czymś, co własnoręcznie, samodzielnie wykonał. Taka praca po prostu daje radość.

Gdyby członkowie związku zawodowego w taki lub podobny sposób starali się o większą niezależność i kształtowali swoją organizację na wzór towarzystwa wzajemnej pomocy (friendly society), własnymi siłami zapewniając sobie np. wsparcie w chorobie, wspólną edukację, pomoc materialną na wypadek utraty pracy czy gromadzenie dobrowolnych składek na emeryturę – rezultatem byłoby społeczeństwo bardziej ludzkie.

Może na początek istnieje potrzeba zorganizowania się w związek, aby poczuć wspólnotę interesów, swego rodzaju „solidarność zawodową” (rozumianą jako troska o „dostęp wszystkich do pracy i jej utrzymanie”). Potem – jeśli nie odpowiadają nam dotychczasowe warunki zatrudnienia – każdy z nas składa wymówienie. A ponieważ się znamy, mamy do siebie zaufanie, jesteśmy chętni do pracy i łatwo nam się ze sobą dogadać, wspólnymi siłami zakładamy nowe przedsiębiorstwo, w którym produkujemy to samo, co wcześniej (a może nawet coś potrzebniejszego i lepszej jakości) – tylko że teraz na własną rękę. Odmawiamy działania na cudzych zasadach, które odbieramy jako niesprawiedliwe, i wykorzystujemy własną inicjatywę – robimy składkę i odkupujemy zakład od dotychczasowego właściciela, przejmujemy na wpół zrujnowany budynek dawnego przedsiębiorstwa państwowego, doprowadzamy go do ładu i uruchamiamy produkcję, zaczynamy coś wytwarzać we własnym garażu albo przydomowym warsztacie…

W celu wzmocnienia takich inicjatyw warto może na początku działalności związku zawodowego uznać za priorytet umożliwienie każdemu pracy „na swoim”. Potrzebujemy w tym celu wyjścia poza „logikę” systemu masowej produkcji i podejmowania skutecznych działań na skalę lokalną. Kluczem do sprawy może okazać się posiadanie na własność swojego miejsca pracy. Kawałek ziemi, fabryczka, mała przetwórnia, zakład reperujący jakieś sprzęty – dobrze by się stało, gdyby pracownik mógł powiedzieć o swoim miejscu pracy – „to moje miejsce pracy; pracuję u siebie” (czy będzie to własność jednego człowieka, czy też jakaś forma „wspólnej własności prywatnej”).

Po osiągnięciu takiego celu członkowie związku zawodowego mogliby poświęcić więcej energii innym fundamentalnym zadaniom – takim na przykład jak zapewnienie sobie i swoim rodzinom opieki zdrowotnej.

Wspólne organizowanie pracy na poziomie lokalnym sprzyja temu, aby częściej umawiał się człowiek z człowiekiem zamiast organizacja (lub jej anonimowy w gruncie rzeczy przedstawiciel) z organizacją (lub jej anonimowym przedstawicielem). (Swoją drogą fakt, że liczne organizacje wyposaża się w stanowiska „dyrektorów ds. komunikacji”, „koordynatorów ds. przepływu informacji”, „przedstawicieli ds. public relations” itp. świadczy o tym, że ich funkcjonariusze zupełnie stracili z pola widzenia człowieka i wybrali pogrążanie się w oceanie wirtualnej informacji. Jak można poważnie traktować firmę, której pracownikom przydzielają „specjalistę” od porozumiewania się między sobą?).

Można by wysunąć taki zarzut: Zaraz, zaraz. Snujesz pan tu jakieś idylliczne wizje, a cały sens związku zawodowego polega na tym, że pracujemy najemnie u kogoś obcego, ale wciąż naciskamy, domagamy się, walczymy o swoje.

Można i tak. Tylko czy ma to ręce i nogi? Ktoś może nie cierpieć przełożonego i nienawidzić tego, co robi. Proste pytanie: jak to zmienić? Co może zrobić w tej sprawie konkretny człowiek? Jak może zadziałać związek zawodowy?

Kurczowe trzymanie się posady przy jednoczesnym konflikcie z przełożonymi rodzi dość niezdrową sytuację. Z jednej strony: nie znoszę tego, co robię, i miejsca, w którym to robię, a z drugiej: poświęcam niesłychane ilości czasu i energii na to, aby tę niepotrzebną mękę kontynuować. [Nawet jeśli zdarzy się – na przykład – że sąd, którego interwencji będę się domagał, przyzna mi w sporze z pracodawcą rację i – jeśli zostałem wcześniej niesprawiedliwie zwolniony – nakaże przywrócić mnie do pracy, to wytwarza się dziwna sytuacja: ja wciąż pracuję tam, gdzie mi się nie podoba – bo muszę (czuję, że muszę?), pracodawca mnie zatrudnia – bo musi. Patrzymy na siebie wilkiem, trudno o jakiekolwiek współdziałanie, skoro już nawet wzywaliśmy obcych, trzecią stronę, aby nas rozsądzała. Czy to nie chore?].

Dziś, niestety, bardzo silna jest pokusa odwoływania się do przemocy funkcjonariuszy państwowych, dostrzegalna w oficjalnych dokumentach programowych współczesnych związków zawodowych („domagamy się regulacji państwowych / ustaw / dyrektyw, które zapewnią / spowodują, że…”). Stanowi też broń obosieczną. Skoro godzimy się na to, że funkcjonariusze państwowi kogoś okradną i „dadzą nam” – godzimy się również na to, że „nam zabiorą”, a dadzą komu innemu – a od czasu do czasu spróbują nas spacyfikować za pomocą sił zbrojnych.

Bitwy z policją lub ochroniarzami na terenach, którymi zawiadują tymczasowo funkcjonariusze państwowi bądź nasz obecny pracodawca, skutkują chyba wyłącznie niepotrzebnym uszczerbkiem na zdrowiu i pogłębianiem nienawiści między związkowcami a osobami znajdujących się obecnie na usługach reżimu – a przecież to właśnie im w sposób szczególny pomogłoby zrzucenie jarzma państwowego kapitalizmu i rezygnacja z pracy najemnej na cudze potrzeby.

Jak ulał pasuje tu cytat z Bolesława Prusa, zniechęcającego do niepotrzebnej destrukcji: „Kto słowem i osobistym przykładem występuje przeciw karciarstwu, alkoholizmowi, prostytucji – robi dobrze, gdyż stara się zapobiec marnotrawstwu czasu i pieniędzy, ciężkim chorobom i ohydnej niewoli istot ludzkich. Ale kto rozbija domy publiczne, robi źle, gdyż nie zapobiegając nierządowi, niszczy mnóstwo przedmiotów użytecznych, zuboża społeczeństwo” (Bolesław Prus, Kroniki tygodniowe, Warszawa 1987, t. II, s. 79).

Kolejna sprawa: strajk okupacyjny. Instalujemy się gdzieś i nie ruszymy się stąd! Ale co powiemy naszej żonie i dzieciom – „Nie wracam na noc do domu, bo muszę pilnować barykady, żeby tylko nas nie wywalono?”. Rodzina cierpi, produkcja staje, spędzamy dość bezczynnie całe dnie, godziny, minuty i sekundy… W ostatecznym rozrachunku tracimy wszyscy – a najwięcej nasi najbliżsi.

Jak związek zawodowy traktuje łamistrajków albo wolnych strzelców, którzy pracują razem z nami, ale nie należą do związku? Czy odnosimy się do nich jak do ludzi, choć starają się oni o zapewnienie sobie godnych warunków pracy i życia innymi sposobami niż my sami? Czy może stosujemy jakieś niesprawiedliwe szykany?

Chcesz tu pracować? Proszę bardzo. Jeśli ja sam i moi związkowi koledzy tego nie chcemy – droga wolna. Możemy złożyć wymówienia i postarać się o inne zajęcie.

Czy ja w ogóle chcę tu pracować – moglibyśmy zapytać w duchu anarchosyndykalistycznym – i walczyć na nieswoim o nieco znośniejsze warunki niewoli? Robić dla kogoś obcego? Oddawać mu to, co sam zrobiłem? Nie ma głupich! Rezygnuję! Chcę zachować pełen owoc mojej pracy! No, przynajmniej większą jego część. (Kłania się Benjamin Tucker). Umawiamy się z kumplami ze związku; razem składamy wymówienie i rozkręcamy własny interes.

Jeśli zajdzie taka potrzeba, możemy się przekwalifikować. Braterstwo ludzi pracy lepiej wyraża się w gotowości pomocy drugiemu i nauczenia go czegoś pożytecznego niż w automatycznym szufladkowaniu poszczególnych osób jako „monterów”, „elektryków”, „operatorów wózka widłowego” i nikogo poza tym. Każdy otrzymał jakiś dar, jakieś zadanie do spełnienia, każdy lubi coś robić. Wielu ma rozliczne talenty i wyraża gotowość uczenia się czegoś nowego. Praktyczna odpowiedź na pytanie, jak umożliwić (albo przynajmniej ułatwić) wszystkim ludziom i każdemu z osobna realizowanie jego potencjału – to dopiero sztuka.

Spore nadzieje można wiązać z organizacjami zrzeszającymi samozatrudnionych właścicieli – na przykład rolników. Charakter ich pracy w naturalny sposób sprzyja trosce o własność (gospodarstwo, ziemię), więzi rodzinne (wspólne staranie o obfite zbiory, częsty kontakt z pomagającymi przy różnych zajęciach dziećmi) oraz lokalne [lepsi chyba – mimo wszystko – sąsiedzi-plotkarze (jeśli na takich akurat trafimy) niż anonimowy tłum miejski?].

Jeśli pojmiemy związek zawodowy jako zrzeszenie konkretnych ludzi powołane do realizacji konkretnych zadań bez oglądania się na funkcjonariuszy państwowych i „struktury” (biurokratyzacja grozi non-stop każdej instytucji wznoszonej ludzkimi rękami) – mamy zdrową alternatywę wobec zastałych biurokratycznych molochów – zarówno państwowych, jak i prywatnych. Historia (może przede wszystkim rodzinna) dostarczy nam licznych przykładów i wskazówek, jak możemy własnymi raczej niż cudzymi siłami zapewniać sobie godny byt.

Pomoże w tym, doradzane niegdyś przez Macieja Dudka, odcięcie się od medialnego zgiełku. Faktycznie – to działa! Czas, który oszczędzamy, odmawiając zamulania sobie głowy serwowanymi odbiorcom przez sześćdziesiąt sekund na minutę pigułami informacyjnymi i sztucznego ekscytowania się cudzym życiem, wykorzystujemy na konkretne działanie – w pierwszej kolejności na skalę lokalną.

Można by się spierać, czy bezpośrednia rozmowa z drugim człowiekiem, zasadzenie kilku drzew wspólnie z sąsiadem czy skonstruowanie w przydomowym warsztacie jakiegoś przydatnego urządzenia zawsze i w każdych okolicznościach przedstawia większą wartość niż obejrzenie (mądrego skądinąd) filmu albo przeczytanie (ważnego skądinąd) artykułu – ale wahadło wychyliło się chyba już zbytnio w stronę świata sztucznego i nadszedł czas, aby rozpocząć powrót do rzeczywistości.

Członkowie związków zawodowych mogą w każdej chwili powiedzieć: „Kichamy na polityków i znajdujących się na ich usługach dziennikarzy. Mamy gdzieś naszych dotychczasowych szefów. Odrzucamy niewolę i organizujemy sobie pracę na swoim. Po naszym sześciogodzinnym (a może krótszym) dniu pracy, zamiast zatruwać sobie umysły telewizyjno-gazetową papką, idziemy na spotkanie z kolegą-związkowcem z sąsiedniej wsi albo miasteczka i dowiadujemy się o tym, jak udoskonalić wytwarzane przez nas produkty, wspólnie zastanawiamy się nad jak najlepszym sposobem zapewnienia sobie środków do życia na starość, zerkamy do internetu, gdy chcemy zdobyć jakieś wskazówki mogące pomóc nam w pracy”.

Zdumiewająco wiele osób uprawia dziś narzekactwo. „Mój dyrektor jest głupi, mój przełożony to bałwan, beznadziejna ta moja praca” – słyszymy niejednokrotnie od osób, które jednak wciąż pracują dla tego głupka czy bałwana. „Czegoś biedny? Boś głupi. Czegoś głupi? Boś biedny. Narzekasz, ale nadal dla mnie robisz” – mógłby z kolei odpowiedzieć z drwiącym uśmieszkiem prezes lub dyrektor, pamiętający o tym, że od wieków przedstawiciele klasy wyzyskiwaczy (których tak celnie sportretował Krzysztof Śledziński w tekście Ku libertariańskiej teorii klas) pasożytowali na tych, których uczynili (usiłowali uczynić?) swoimi poddanymi – również na robotnikach, członkach związków zawodowych. Baty niemal zawsze dostawał ten prosty, „biedny” człowiek. Na ile sam był za to odpowiedzialny? Na ile miał świadomość potrzeby wyrwania się z konstruowanej przez etatystów i ich kolaborantów budowli społecznej, w której stanowił dla nich tylko klocek przydatny o tyle, o ile dawał się umieścić w przeznaczonym mu miejscu? Na ile pamiętał o tym, co mówi Kościół w Gaudium et spes: „Człowiek [...] jest twórcą, ośrodkiem i celem całego życia gospodarczo-społecznego”? (Na ile tę świadomość mieli jego ciemiężcy?)

Zauważmy, że Kościół, który tradycyjnie popierał tworzenie związków zawodowych, stawia w centrum życia gospodarczo-społecznego człowieka, konkretną osobę. Zatem na pierwszym miejscu znajduje się człowiek – jego godność i potrzeby.

Związek zawodowy, którego członkowie pamiętają o tej prawdzie, może mieć do spełnienia bardzo ważną rolę. Pomóc ludziom w zdrowej samoorganizacji społecznej. Wspierać wszystkich pragnących pracować na swoim. Dawać obszar do wymiany doświadczeń i wzajemnego doskonalenia. Troszczyć się o udzielanie potrzebującym materialnego wsparcia.

Zorganizowanie się w związek zawodowy może nam szczególnie pomóc na początkowym etapie przechodzenia z systemu pracy najemnej na cudzym do takiej rzeczywistości, w której zamiast pięciu megagigakorporacji zatrudniających miliard osób mamy miliard małych przedsiębiorstw, w których pracuje po pięć osób – albo pięć miliardów samozatrudnionych. Związek zawodowy pomyślany (na początkowym etapie działalności) jako narzędzie do samowyzwolenia klasy wyzyskiwanych (rozumianej wg definicji Krzysztofa Śledzińskiego) może się z czasem przekształcić w opartą o nieformalne relacje grupę przyjaciół, współpracowników, ludzi, którzy wspólnie potrafią i lubią coś zrobić.

Takiemu kierunkowi zmian może sprzyjać postępowanie w duchu propozycji nakreślonej przez Benedykta XVI: „Gdyby każdy we własnym środowisku zdołał odrzucić kłamstwo i przemoc w intencjach, w słowach i w czynach, pielęgnując troskliwie uczucia szacunku i poważania innych, być może nie rozwiązałoby to wszystkich problemów życia codziennego, ale można by je podejmować z większym spokojem i skutecznością”. (Benedykt XVI, Rozważanie o „mądrości zstępującej z góry”)

Papież podchodzi do zagadnienia powszednich trudów człowieka podobnie jak wielu przyjaciół idei wolnościowej. Wskazuje na to, że, wbrew utopijnym marzeniom etatystów, raju na ziemi nie zbudujemy – ale nasza własna postawa, nasze osobiste świadectwo, mogą pomóc uczynić doczesny świat sprawiedliwszym. „Pielęgnując troskliwie uczucia szacunku i poważania innych” można już tu [we własnym środowisku: w gronie rodzinnym, w swoim miejscu pracy (może warto się starać, aby te obszary życia stały się tożsame)] i teraz budować coś wartościowego.

W ten sposób ułatwiamy również każdemu zrozumienie wyboru przed jakim stoi: albo opowie się za kłamstwem i przemocą w intencjach, w słowach i w czynach – albo wybierze drogę prawdy, wolności i szacunku dla godności drugiego człowieka.

_______

Tekst jest poprawioną wersją artykułu zamieszczonego na stronie Liberalis jako głos w dyskusji na temat Związki zawodowe i konsekwencje ich działalności (obrona praw pracowniczych, strajki itd.).

Benedykt XVI „Wielkim wyborem chrześcijaństwa jest wybór racjonalności oraz pierwszeństwa rozumu”*

Odpowiedź Jego Świątobliwości Benedykta XVI na pytanie, jakie skierował do niego 6 kwietnia 2006 r. podczas spotkania z młodzieżą na Placu Świętego Piotra Giovanni:

„Ojcze Święty, mam na imię Giovanni, mam 17 lat, uczę się w Technikum im. Giovanniego Giorgiego w Rzymie i należę do parafii Najświętszej Maryi Panny Matki Miłosierdzia.

Proszę Cię, byś pomógł nam lepiej zrozumieć, w jaki sposób objawienie biblijne i teorie naukowe mogą spotkać się w poszukiwaniu prawdy.

Często skłonni jesteśmy sądzić, że nauka i wiara są sobie wrogie; że nauka i technika są tym samym; że logika matematyczna odkryła wszystko; że świat jest dziełem przypadku oraz że jeśli matematyka nie odkryła teorematu-Boga, stało się tak dlatego, że Bóg po prostu nie istnieje.

Krótko mówiąc, zwłaszcza kiedy się uczymy, nie zawsze łatwo jest sprowadzić wszystko do Bożego planu, wpisanego w naturę i w dzieje człowieka. I czasami wiara staje się chwiejna albo zostaje sprowadzona do zwykłego aktu uczuciowego.

Ojcze Święty, ja również, jak wszyscy młodzi, odczuwam głód Prawdy: ale co mam robić, żeby doprowadzić do pogodzenia w moim życiu nauki z wiarą?”

_______

Wielki Galileusz powiedział, że Bóg napisał księgę natury językiem matematycznym. Był przekonany, że Bóg podarował nam dwie księgi: księgę Pisma Świętego oraz księgę natury. A językiem natury — takie żywił przekonanie — jest matematyka, a zatem to ona jest językiem Boga, językiem Stwórcy.

Pomyślmy teraz o tym, czym jest matematyka: sama w sobie jest systemem abstrakcyjnym, wynalazkiem ludzkiego umysłu, który w czystej formie nie istnieje. Jest zawsze urzeczywistniany w przybliżeniu, ale — jako taki — jest systemem intelektualnym, jest wielkim, genialnym wynalazkiem ludzkiego umysłu.

Rzeczą zaskakującą jest, że ten wynalazek naszego ludzkiego umysłu rzeczywiście jest kluczem do zrozumienia natury, że natura ma rzeczywiście strukturę matematyczną i że nasza matematyka, wynaleziona przez nasz umysł, jest rzeczywiście narzędziem pozwalającym pracować nad naturą, sprawić, by nam służyła, by dzięki technice stała się narzędziem.

Wydaje mi się rzeczą niemal niewiarygodną, że wynalazek ludzkiego intelektu i struktura wszechświata są zbieżne: wynaleziona przez nas matematyka daje nam rzeczywiście dostęp do natury wszechświata i czyni go dla nas użytecznym.

A zatem struktura intelektu ludzkiego podmiotu i obiektywna struktura rzeczywistości są zbieżne: subiektywny rozum oraz rozum zobiektywizowany w naturze są tożsame. Myślę, że ta zbieżność tego, co wymyśliliśmy, z tym, w jaki sposób realizuje się i zachowuje natura, stanowi wielką zagadkę i wielkie wyzwanie, ponieważ widzimy, że ostatecznie istnieje «jeden» rozum, łączący obydwa.

Nasz rozum nie mógłby odkryć tego drugiego, gdyby nie było jednego rozumu ponad obydwoma.

Wydaje mi się, że właśnie w tym sensie matematyka — w której Bóg jako taki nie może się objawić — pokazuje nam rozumną strukturę wszechświata. Dzisiaj mamy również teorie chaosu, ale odgrywają ograniczoną rolę, bowiem gdyby chaos miał przewagę, cała technika stałaby się niemożliwa. Tylko dzięki temu, że nasza matematyka jest wiarygodna, również technika jest wiarygodna.

Nasza nauka, która ostatecznie sprawia, że możemy wykorzystywać siły natury, zakłada wiarygodną, rozumną strukturę materii. W ten sposób widzimy, że istnieje racjonalność subiektywna oraz racjonalność zobiektywizowana w materii, i są one zbieżne.

Oczywiście, nikt nie może teraz udowodnić — tak jak się udowadnia doświadczalnie, w prawach techniki — że obydwie mają rzeczywiście źródło w jednej inteligencji, ale wydaje mi się, że ta jedność inteligencji, kryjąca się za obiema inteligencjami, objawia się naprawdę w naszym świecie. Im bardziej dzięki naszej inteligencji możemy czynić ze świata narzędzie, tym bardziej objawia się zamysł Stworzenia.

W końcu, żeby dojść do najważniejszej kwestii, powiedziałbym: Bóg albo jest, albo Go nie ma. Istnieją tylko te dwie możliwości. Albo się uznaje pierwszeństwo rozumu, stwórczego Rozumu, będącego u początku wszystkiego i będącego zasadą wszystkiego — priorytet rozumu jest również priorytetem wolności — albo też przyznaje się priorytet elementowi irracjonalnemu, skutkiem czego wszystko, co dzieje się na naszej ziemi i w naszym życiu, byłoby jedynie przypadkowe, marginalne, byłoby irracjonalnym wytworem — rozum byłby wytworem irracjonalności.

Nie można ostatecznie «udowodnić» jednej lub drugiej hipotezy, ale wielkim wyborem chrześcijaństwa jest wybór racjonalności oraz pierwszeństwa rozumu. Wydaje mi się to doskonałym wyborem, pokazującym nam, że za tym wszystkim stoi wielka Inteligencja, której możemy zaufać.

Jednocześnie wydaje mi się, że obecnie prawdziwym problemem dla wiary jest zło w świecie: pytamy się, w jaki sposób można je pogodzić z tą rozumnością Stwórcy. I tu rzeczywiście potrzebujemy Boga, który stał się człowiekiem i który nam pokazuje, że nie jest On tylko rozumem matematycznym, ale że ten pierwotny Rozum jest również Miłością. Jeśli patrzymy na te wielkie drogi, wybór chrześcijański również dzisiaj jest wyborem najbardziej racjonalnym i najbardziej ludzkim.

Dlatego z ufnością możemy wypracować filozofię, wizję świata opierającą się na tym priorytecie rozumu, na ufności, że stwórczy Rozum jest miłością, i że tą miłością jest Bóg.

_______

PRZYPIS

* Tytuł pochodzi od autora bloga.

_______

Opracowanie na podstawie:
Incontro del Santo Padre con i Giovani della Diocesi di Roma in preparazione alla XXI Giornata Mondiale della Gioventù – Colloquio di sua Santità Benedetto XVI con i giovani, http://www.jesus.2000.years.de/holy_father/benedict_xvi/speeches/2006/april/documents/hf_ben-xvi_spe_20060406_xxi-wyd_it.html

Encounter of His Holiness Benedict XVI with the Youth, http://www.jesus.2000.years.de/holy_father/benedict_xvi/speeches/2006/april/documents/hf_ben-xvi_spe_20060406_xxi-wyd_en.html

Benedykt XVI, Dawajcie świadectwo o Bogu w świecie współczesnym, http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/benedykt_xvi/przemowienia/mlodziez-rozmowa_06042006.html

Benedykt XVI „Wolność realizuje się poprzez służbę”*

20 lutego 2009 r. — w przededniu Święta Matki Bożej Zawierzenia, patronki Rzymskiego Wyższego Seminarium Duchownego — Benedykt XVI spotkał się z seminarzystami i ich formatorami. W seminaryjnej kaplicy wygłosił dla nich «lectio divina», opartą na fragmencie Listu Św. Pawła do Galatów (5, 13–16).

_______

Księże Kardynale, Drodzy Przyjaciele!

Zawsze z wielką radością przybywam do mojego Seminarium, by patrzeć na przyszłych kapłanów mojej diecezji i razem z wami oddawać cześć Matce Bożej Zawierzenia. Z Nią, która nas wspomaga i nam towarzyszy, daje nam prawdziwie pewność, że zawsze wspiera nas łaska Boża, podążajmy naprzód!

Zobaczmy teraz, co mówi nam św. Paweł w słowach: «Powołani zostaliście do wolności». We wszystkich epokach wolność była wielkim marzeniem ludzkości, od samego jej zarania, a w szczególności w czasach współczesnych. Wiemy, że ten tekst Listu do Galatów zainspirował Lutra, któremu ostatecznie reguła zakonna, hierarchia oraz nauczanie Kościoła jawiły się jako jarzmo niewoli, spod którego należało się wyzwolić. Później, w okresie oświecenia, w pełni panowało i było wszechobecne owo pragnienie wolności, którą — jak się wydawało — wreszcie osiągnięto. Również marksizm jawił się jako droga ku wolności.

Pytamy się dzisiejszego wieczoru, czym jest wolność. W jaki sposób możemy być wolni? Św. Paweł pomaga nam zrozumieć złożoną rzeczywistość, jaką jest wolność, włączając to pojęcie w kontekst podstawowych wizji antropologicznych i teologicznych. Mówi: «Tylko nie [bierzcie] tej wolności jako zachęty do [hołdowania] ciału, wręcz przeciwnie, miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie». Rektor już nam powiedział, że «ciało» to nie cielesność, lecz — w języku św. Pawła — «ciało» wyraża absolutyzację ego, które chce być wszystkim i wszystko zawłaszczyć. To «ja» absolutne, które od niczego i od nikogo nie zależy, wydaje się prawdziwie i ostatecznie wolne. Jestem wolny, jeśli nie zależę od nikogo, jeśli mogę robić wszystko, co chcę. Lecz właśnie ta absolutyzacja ego jest «ciałem», czyli degradacją człowieka, a nie zdobyciem wolności. Libertynizm nie jest wolnością, a raczej porażką wolności.

Św. Paweł odważył się zaproponować rzecz wielce paradoksalną: «Miłością ożywieni służcie sobie» (po grecku douléuete), co oznacza, że paradoksalnie wolność realizuje się poprzez służbę. Stajemy się wolni, gdy służymy sobie nawzajem. Tak więc św. Paweł ukazuje cały problem wolności w świetle prawdy o człowieku. Sprowadzenie wszystkiego do ciała, co pozornie jest podniesieniem do rangi bóstwa — «Tylko ja jestem człowiekiem» — wiedzie do kłamstwa, ponieważ rzeczywistość jest inna. Człowiek nie jest absolutem, tak jakby «ja» mogło się oddzielić i postępować jedynie według własnej woli. Jest to sprzeczne z prawdą o naszym jestestwie. Prawdą o nas jest przede wszystkim to, że jesteśmy stworzeniami, Bożymi stworzeniami, i żyjemy w relacji ze Stwórcą. Jesteśmy istotami stworzonymi do relacji. I tylko akceptując tę naszą relacyjność, dochodzimy do prawdy, w przeciwnym razie popadamy w zakłamanie, a to ostatecznie nas niszczy.

Jesteśmy stworzeniami, a zatem jesteśmy zależni od Stwórcy. W okresie oświecenia szczególnie w nurcie ateistycznym było to postrzegane jako zależność, z której należało się wyzwolić. W rzeczywistości jednak zależność ta byłaby zgubna tylko wtedy, gdyby Bóg Stwórca był tyranem, a nie Istotą dobrą, jedynie gdyby był podobny do ludzkich tyranów. Skoro natomiast ten Stwórca nas kocha i nasza zależność oznacza przebywanie w przestrzeni Jego miłości, to w takim przypadku właśnie ta zależność jest wolnością. Dzięki temu bowiem trwamy w miłości Stwórcy, jesteśmy z Nim zjednoczeni, z całą Jego rzeczywistością, z całą Jego mocą. Zatem to jest pierwszy aspekt: być stworzeniem oznacza być kochanym przez Stwórcę, pozostawać w relacji miłości, którą nas obdarza, która nas uprzedza. Z tego przede wszystkim wynika prawda o nas, która jest jednocześnie powołaniem do miłości.

Dlatego też widzieć Boga, kierować się ku Bogu, poznawać Boga, poznawać wolę Bożą, przyjmować wolę, czyli miłość Boga, to wchodzić coraz głębiej w przestrzeń prawdy. Ta droga poznawania Boga, relacji miłości z Bogiem jest wspaniałą przygodą naszego chrześcijańskiego życia, ponieważ poznajemy w Chrystusie oblicze Boga, który miłuje nas aż po Krzyż, aż po dar z samego siebie.

Ale relacyjna natura stworzeń pociąga za sobą również inny rodzaj relacji: jesteśmy w relacji z Bogiem, ale zarazem, jako rodzina ludzka, żyjemy też w relacjach wzajemnych. Innymi słowy, z jednej strony ludzka wolność jest życiem w radości i w szerokiej przestrzeni miłości Boga, ale wymaga także, byśmy byli jedno z innymi i dla innych. Nie istnieje coś takiego, jak wolność przeciwko drugiemu człowiekowi. Jeśli siebie uważam za wartość absolutną, staję się nieprzyjacielem drugiego człowieka, wspólne życie nie jest już wtedy możliwe, a całe życie staje się porażką. Jedynie wolność dzielona z innymi jest wolnością ludzką; będąc razem, możemy tworzyć symfonię wolności.

Zatem kolejnym ważnym aspektem jest to, że jedynie akceptując drugiego człowieka, akceptując również to pozorne ograniczenie mojej wolności, jakie wynika z respektowania wolności drugiego człowieka, jedynie w tej sieci zależności, dzięki której stajemy się wreszcie jedną rodziną, dążę do powszechnego wyzwolenia.

I tu pojawia się pewien bardzo ważny szczegół: co jest miarą tego współdzielenia wolności? Widzimy, że człowiek potrzebuje porządku i prawa, aby mógł realizować swoją wolność, która jest wolnością przeżywaną wspólnie. Jak znaleźć ten właściwy porządek, w którym nikt nie będzie uciśniony, natomiast każdy będzie mógł współtworzyć ową swoista symfonię wolności? Jeśli nie ma wspólnej prawdy o człowieku, jaka jawi się w wizji Boga, pozostaje jedynie pozytywizm, i odnosi się wrażenie, że coś jest narzucone, i to siłą. Stąd ten bunt przeciw porządkowi i prawu, odbieranym jako zniewolenie.

Lecz jeśli potrafimy znaleźć porządek Stwórcy w naszej naturze, porządek prawdy, która wyznacza każdemu jego miejsce, to porządek i prawo mogą być właśnie narzędziami do walki ze zniewoleniem przez egoizm. Służenie sobie nawzajem staje się narzędziem wolności i w tym miejscu możemy zastosować całą filozofię polityki, opartą na społecznym nauczaniu Kościoła, która pomaga nam znaleźć powszechny porządek wyznaczający każdemu jego miejsce w życiu wspólnoty ludzkiej. A zatem tym, czego przede wszystkim należy przestrzegać, jest prawda. Wolność w sprzeczności z prawdą nie jest wolnością. Służenie sobie nawzajem tworzy wspólną przestrzeń wolności.

Dalej Paweł mówi: «Prawo wypełnia się w tym jednym nakazie: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego». Za tym stwierdzeniem kryje się tajemnica wcielonego Boga, tajemnica Chrystusa, który przez swoje życie, śmierć i zmartwychwstanie staje się żywym prawem. Już pierwsze słowa naszego czytania: «Powołani zostaliście do wolności», nawiązują od razu do tej tajemnicy. Zostaliśmy powołani przez Ewangelię, zostaliśmy prawdziwie powołani przez chrzest do udziału w śmierci i w zmartwychwstaniu Chrystusa. W ten sposób przeszliśmy od «ciała», od egoizmu, do komunii z Chrystusem. I w ten sposób żyjemy w pełni prawa.

Prawdopodobnie wszystkim z was znane są piękne słowa św. Augustyna: «Dilige et fac quod vis — Kochaj i czyń, co chcesz». To, co mówi Augustyn, jest prawdą, jeżeli dobrze zrozumieliśmy słowo «miłość». «Kochaj i czyń, co chcesz», lecz musimy być naprawdę w ścisłej komunii z Chrystusem, zanurzyć się w jego śmierć i zmartwychwstanie, być zjednoczeni z Nim we wspólnocie Jego Ciała. Dzięki udziałowi w sakramentach oraz słuchaniu Słowa Bożego faktycznie wola Boża, prawo Boże przenikają naszą wolę, nasza wola utożsamia się z Jego wolą, stają się jedną wolą, i w ten sposób stajemy się prawdziwie wolni, możemy rzeczywiście czynić to, co chcemy, gdyż chcemy tego, co Chrystus, w prawdzie i zgodnie z prawdą.

Prośmy zatem Pana, aby nam pomógł iść tą drogą rozpoczętą na chrzcie, drogą utożsamiania się z Chrystusem, które dokonuje się zawsze na nowo w Eucharystii. W III Modlitwie Eucharystycznej mówimy: «abyśmy [...] stali się jednym ciałem i jedną duszą w Chrystusie». Jest to chwila, w której poprzez Eucharystię i poprzez nasz faktyczny udział w Misterium Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa stajemy się z Nim jedną duszą, utożsamiamy naszą wolę z Jego wolą, i dzięki temu prawdziwie osiągamy wolność.

W tym słowie wypełniło się prawo — w tym jedynym słowie, urzeczywistniającym się w komunii z Chrystusem, wyłaniają się postaci wszystkich świętych, którzy dostąpili tej komunii z Chrystusem, osiągnęli tę jedność bytu, jedność z Jego wolą. Pojawia się przede wszystkim Matka Najświętsza, w swej pokorze, dobroci i miłości. Matka Najświętsza napełnia nas ufnością, bierze nas za rękę, prowadzi nas, pomaga nam iść drogą jedności z wolą Bożą, tak jak sama od pierwszej chwili czyniła, a tę jedność wyraziła swoim fiat.

I na koniec, po tych pięknych rzeczach, w Liście znów pojawia się wzmianka o dość smutnej sytuacji panującej wśród Galatów. Paweł mówi: «A jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli. [...] postępujcie według ducha» (5, 15–16). Wydaje mi się, że w tej wspólnocie, która nie podążała już drogą jedności z Chrystusem, lecz drogą zewnętrznego prawa «ciała», naturalnie dochodzi także do polemik, a Paweł mówi: «Jesteście jak dzikie zwierzęta, jeden kąsa drugiego». Nawiązuje w ten sposób do dyskusji, jakie powstają, kiedy wiara przeradza się w intelektualizm, a pokorę zastępuje arogancja, która rodzi przekonanie o własnej wyższości.

Widzimy, że i dziś dzieje się podobnie w sytuacjach, gdy zamiast budować komunię z Chrystusem, z Ciałem Chrystusa, jakim jest Kościół, każdy chce górować nad innymi i z intelektualną arogancją daje do zrozumienia, że byłby lepszy. To rodzi destruktywne polemiki, będące karykaturą Kościoła, który powinien być jedną duszą i jednym sercem.

To napomnienie św. Pawła również dziś powinno skłaniać nas do rachunku sumienia, byśmy nie uważali się za lepszych od innych, lecz przyjęli pokorę Chrystusa, pokorę Matki Najświętszej, byśmy żyli w posłuszeństwie wiary. Dzięki temu także przed nami otworzy się rozległa przestrzeń prawdy i wolności w miłości.

Na zakończenie zechciejmy podziękować Bogu za to, że ukazał nam swoje oblicze w Chrystusie, za to, że ofiarował nam Matkę Najświętszą i świętych, że powołał nas, byśmy byli jednym ciałem i jedną duszą z Nim. Módlmy się, aby pomagał nam coraz bardziej utożsamiać się z Jego wolą, co nam pozwoli razem — z wolnością — odnaleźć miłość i radość.

[Po kolacji spożytej w rodzinnej atmosferze ze wspólnotą seminaryjną Papież pożegnał seminarzystów słowami:]

Mówią mi, że oczekujecie, iż jeszcze coś powiem. Powiedziałem już chyba zbyt dużo, lecz chciałbym wyrazić moją wdzięczność i radość z tego, że jestem z wami. W rozmowie przy stole dowiedziałem się więcej o historii Lateranu, począwszy od Konstantyna, Sykstusa V, Benedykta XIV – papieża Lambertiniego.

Poznałem dzięki temu wszystkie zawiłości historii i dzieje nieustannego odradzania się Kościoła w Rzymie. Zrozumiałem, że pomimo braku ciągłości wydarzeń zewnętrznych trwa jedność Kościoła we wszystkich czasach. Także na podstawie składu Seminarium zrozumiałem, że jest ono wyrazem katolickości naszego Kościoła. Choć pochodzimy ze wszystkich kontynentów, jesteśmy jednym Kościołem i mamy wspólną przyszłość. Miejmy jedynie nadzieję, że będzie wzrastać liczba powołań, gdyż potrzeba, jak powiedział rektor, robotników w winnicy Pańskiej. Dziękuję wam wszystkim!

_______

PRZYPIS

* Tytuł pochodzi od autora bloga.

_______

Opracowanie na podstawie:
Visita al Pontificio Seminario Romano Maggiore in occasione della Festa della Madonna della Fiducia – Discorso del Santo Padre Benedetto XVI, http://www.vatican.va/holy_father/benedict_xvi/speeches/2009/february/documents/hf_ben-xvi_spe_20090220_seminario-maggiore_it.html

Address of His Holiness Benedict XVI to the Community of the Roman Major Seminary for the Annual Feast Of Our Lady Of Trust, http://www.vatican.va/holy_father/benedict_xvi/speeches/2009/february/documents/hf_ben-xvi_spe_20090220_seminario-maggiore_en.html

Benedykt XVI, Z radością spotykam się z przyszłymi kapłanami mojej diecezji, „L’Osservatore Romano – Wydanie Polskie”, numer 4/2009, s. 28–30

Dobre zasady są po to, żeby się ich trzymać

Jeżeli mówimy o kimś jako o „człowieku zasad”, mamy na myśli to, że jest przewidywalny i można polegać na jego słowie.

„Człowiekiem bez zasad” określamy osobę, która nie kieruje się spójną hierarchią wartości i w związku z tym zachowuje się chaotycznie.

Człowiek nie może nie działać.

Jeżeli mam do wykorzystania dwie godziny, mogę iść popływać w jeziorze – wybieram pewne działanie. Mogę też zdecydować, że przeleżę ten czas na kanapie przed telewizorem – wybieram pewne działanie. Mogę się przespać – wybieram pewne działanie. Mogę spędzić czas z żoną – wybieram pewne działanie. Mogę posłuchać muzyki – wybieram pewne działanie.

Decydując się na któreś z tych działań, jednocześnie rezygnuję ze wszystkich innych. A które z nich wybieram?

Może to zależeć od wielu czynników – od tego, co powinienem zrobić; od tego, jakie obowiązki przyjąłem na siebie; od potrzeb moich bliskich; od tego, co sam uważam za potrzebne; od tego, co odbieram jako przyjemne; od tego, co odczuwam jako „samorealizację”. Krótko mówiąc – od tego, co stawiam najwyżej w mojej hierarchii wartości.

W sensie ścisłym nie ma kogoś takiego, jak „ludzie bez zasad”. Każdy człowiek – nawet jeśli sobie tego nie uświadamia – postępuje zgodnie z pewnym systemem wartości. Również osoba nazywana „człowiekiem bez zasad” działa według jakichś reguł – choć może trudno je dostrzec, może nie da się ich logicznie uzasadnić.

Moglibyśmy zatem powiedzieć, że różnica między osobami określanymi potocznie mianem „ludzi zasad” a „ludźmi bez zasad” polega na tym, że słuszne reguły postępowania zostały przez tych pierwszych przyjęte, a przez drugich – odrzucone.

Sztuka polega na tym, aby odkryć, które zasady są prawdziwe i nimi się kierować.

Obowiązujące w danym momencie przepisy państwowe nie mogą być kryterium prawdy

Popularność powiedzenia „zasady są po to, żeby je łamać” może brać się z tego, że wiele osób rozumie „zasady” nie jako „reguły, którymi powinniśmy się kierować”, ale uważa je za synonim „przepisów państwowych”. Nawet jeśli przyjęlibyśmy taką interpretację terminu „zasady”, zachęcanie do łamania w każdych okolicznościach wszystkich przepisów prawa państwowego byłoby błędem. Prawo narzucane przez funkcjonariuszy państwowych zazwyczaj zakazuje ludziom (niebędącym funkcjonariuszami państwowymi – oni przyznają sobie prawo do zabijania i grabieży) mordowania i okradania osób narodzonych. Absurdem byłoby twierdzić, że „należy zabijać niewinnych ludzi, bo każde prawo państwowe trzeba łamać”.

Inna postawa, którą można by streścić słowami „Twarde prawo państwowe, ale prawo”, jest również niewłaściwa. Osoby, które zdają sobie sprawę z tego, że wymuszane przez sprawujących władzę zasady (i sam fakt wymuszania ich) są niemoralne, a jednocześnie mówią, że „należy zawsze przestrzegać wszystkich stanowionych przez państwo przepisów”, otwarcie zachęcają do czynienia zła, włączają się do chóru głosicieli filozofii beznadziei („Rzeczywiście, to jest złe – ale cóż mogę na to poradzić?”) i próbują zdjąć z siebie oraz innych odpowiedzialność za dokonywane wybory.

Dla człowieka poszukującego odpowiedzi na pytanie „Jakie zasady są właściwe? Co jest słuszne zawsze i wszędzie?” przepisy państwowe nie mogą stanowić żadnego punktu odniesienia – chociażby z tego powodu, że podlegają nieustannym nieprzewidywalnym zmianom. Można więc mówić najwyżej o stosowaniu się do „obowiązujących w danym momencie przepisów państwowych” – bez jakiejkolwiek gwarancji, że to, co „tworzący” je legislatorzy dziś traktują jako zakazane, jutro nie zostanie uznane przez nich za dopuszczalne. Uznawanie państwowej legislacji za coś wartego rozważania, nie mówiąc już o bezkrytycznym stosowaniu się do niej, stoi w jawnej sprzeczności z poglądem, że „prawo to coś, co trzeba odkrywać, co jest odwiecznie »dane«, a nie coś, co należy »tworzyć«.” (Hans-Hermann Hoppe, Demokracja – bóg, który zawiódł (Ekonomia i polityka demokracji, monarchii i ładu naturalnego), Warszawa 2006, s. 67)

Należałoby więc zrezygnować z rozpatrywania prawdziwości zasad, którymi się kierujemy, pod kątem ich zgodności z narzucanym aktualnie prawem państwowym, a zamiast tego badać, które z nich są prawdziwe i konsekwentnie się ich trzymać.

Wspólny punkt wyjścia: zasada nieagresji

Libertarian łączy przekonanie, że sprawiedliwą zasadą, stojącą u podstaw relacji między ludźmi i porządku społecznego, jest zasada nieagresji. Murray Rothbard pisał o niej tak: „Libertariańskie kredo opiera się na jednym centralnym pewniku: żaden człowiek, ani grupa ludzi, nie ma prawa do agresji skierowanej przeciwko osobie lub własności innego człowieka. Twierdzenie to można nazwać »aksjomatem nieagresji«. »Agresję« definiuje się jako zainicjowanie użycia lub groźbę użycia fizycznej przemocy przeciwko osobie lub własności innego człowieka.” (Murray Rothbard, O nową wolność – Manifest libertariański, Rozdział 2: Własność i wymiana, http://www.mises.org.pl/o-nowa-wolnosc-manifest-libertarianski/rozdzial-2/)

U podstaw idei wolnościowej stoi zatem pewien jasno sformułowany dogmat, konkretna zasada.

Harmonijną współpracę rozmaitych osób umożliwia ciągłe odnoszenie się do aksjomatu nieagresji i zastanawianie się nad tym, co z niego wynika.

Konsekwentne stosowanie zasady nieagresji prowadzi do wniosku, że państwo (czyli grupa ludzi inicjująca użycie fizycznej przemocy lub grożąca jej użyciem) to coś złego, co nie powinno istnieć, a sprawiedliwy porządek społeczny polega na pokojowym współistnieniu, dobrowolnej współpracy i dotrzymywaniu umów. W tych kwestiach nie ma między libertarianami sporu.

Poglądy libertarian na aborcję

Istotne rozbieżności wewnątrz ruchu wolnościowego pojawiają się w dyskusji na temat aborcji. Wypowiedzi na temat ochrony człowieka od chwili poczęcia lub jej braku wywołują najczęściej zażartą dyskusję – również w środowisku polskich libertarian (por. np. teksty poświęcone aborcji i komentarze do nich na portalu Liberalis.pl (http://liberalis.pl/tag/aborcja/)).

Niektórzy mogą uważać zastanawianie się nad kwestią aborcji za stratę czasu. Przewidują, że w chwili, gdy ludzie powszechnie uznają aksjomat nieagresji za sprawiedliwą podstawę porządku społecznego, poszczególne osoby, tworzące się dobrowolnie związki, stowarzyszenia, federacje itd. przyjmą w sprawie dzieci nienarodzonych określone stanowisko – i w ramach „wolnej konkurencji idei” przekonamy się, które podejście do tych zagadnień zostanie masowo przyjęte.

Wielu sądzi jednak, że przyzwolenie na aborcję bądź jej niedopuszczalność wynika bezpośrednio z aksjomatu nieagresji i jasno formułuje swoją opinię na temat tego, co uważa za „usuwanie ciąży” bądź zabijanie człowieka.

Część twierdzi, że poczęte dziecko to nie człowiek, ale część ciała kobiety – taka jak włos czy paznokieć – w związku z czym wolno je „usunąć”.

Część mówi, że poczęte dziecko to człowiek, ale „matka ma prawo do aborcji”, ponieważ wolno jej „usunąć intruza”.

Część uznaje poczęte dziecko za człowieka i opowiada się przeciwko „aborcji na życzenie”, ale uważa ją za dopuszczalną w „szczególnych przypadkach” – przywołuje się tu np. sytuację, gdy poczęte dziecko jest wynikiem gwałtu.

Część uznaje poczęte dziecko za człowieka i sprzeciwia się jego zabijaniu w jakiejkolwiek sytuacji.

Czy to, co proponujesz, sprawia, że ludzie stają się lepsi?

Wśród tej części środowiska wolnościowego, która chce przyzwolenia na aborcję, daje się wyczuć jakby obawę, że konsekwentne opowiedzenie się za życiem i sprzeciw wobec mordowania kogokolwiek oznacza zdradę wolności. Tymczasem wolność realizuje się w pełni i ma sens tylko wtedy, kiedy łączy się z odpowiedzialnością.

Matka i ojciec zaciągają wobec dziecka pewne zobowiązania przez fakt doprowadzenia do jego poczęcia.

Oskarża się często przeciwników aborcji o „dogmatyzm” lub „fundamentalizm”. Zarzut ten brzmi dziwnie, kiedy wysuwają go libertarianie – czyli osoby opierające swój pogląd na właściwy model organizacji życia społecznego właśnie na dogmacie, fundamencie – na aksjomacie nieagresji.

Zwolennicy dopuszczalności aborcji powołują się też niekiedy na następujący argument: „w życiu społecznym nie można stosować jako norm żadnych zasad wyprowadzonych z religii”. Wysuwającym je osobom wydaje się, że wszystkie religie głoszą to samo – podczas gdy wcale tak nie jest. Kościół rzymskokatolicki stanowczo sprzeciwia się zabijaniu nienarodzonych. Episkopalianin je akceptuje. Gdybyśmy przyjęli, że zasady kierujące życiem społecznym nie mogą stać w zgodzie z tym, co głosi którekolwiek wyznanie religijne, nie bylibyśmy w stanie sformułować żadnej takiej zasady.

Samą postawę ateistyczną lub agnostyczną można zakwalifikować jako swego rodzaju „wiarę” lub „niewiarę”. Ateista lub agnostyk również w coś wierzy, wyznaje jakieś dogmaty – tyle że akurat inne niż na przykład członkowie Kościoła rzymskokatolickiego. Jeśli więc ktoś mówi, że „w życiu społecznym nie wolno stosować jako norm żadnych zasad zgodnych z czyjąś wiarą albo z nauczaniem jakiejś religii”, przeczy sam sobie – w istocie odmawiając komukolwiek (a więc również samemu sobie) prawa do formułowania jakichkolwiek postulatów.

Zamiast więc obrzucać się oskarżeniami o „dogmatyzm”, „fundamentalizm religijny” lub „fundamentalizm antyreligijny”, pytajmy: co jest słuszne? Czy proponowane przez ciebie rozwiązanie sprawia, że ludzie stają się lepsi?

Kiedy zaczyna się życie

Stanisław Michalkiewicz napisał: „od momentu urodzenia mamy do czynienia z człowiekiem. Tego nikt nie kwestionuje. No dobrze, ale jak jest na minutę przed urodzeniem? Przecież dziecko na minutę przed urodzeniem niczym nie różni się od dziecka już urodzonego – poza sposobem oddychania. Ale przecież zdarza się, że i ludzie dorośli, np. podczas operacji, nie oddychają samodzielnie, a przecież nikomu nie przychodzi do głowy kwestionować z tego powodu ich człowieczeństwo. Stanowczo, sposób oddychania nie ma tu nic do rzeczy, zatem musimy przyjąć, że na minutę przed urodzeniem dziecko nie różni się od dziecka już urodzonego żadną istotną z punktu widzenia człowieczeństwa cechą. No a na dwie minuty? Na piętnaście minut? Na godzinę przed urodzeniem? Na tydzień? Na miesiąc? [...] Niektórzy filozofowie utrzymują, że jeśli [...] dziecko nie ma jeszcze głowy, to nie jest człowiekiem, tylko »zespołem komórek«. Ale – powiedzmy sobie szczerze – gdybyśmy poddali rzetelnej analizie takiego filozofa, to też poza komórkami niczego byśmy w nim nie znaleźli. Być może niektórych komórek byłoby więcej, ale cóż to za różnica? [...] »[P]odludzie« nie istnieją, podobnie jak »płody«. Istnieją ludzie należący do różnych narodów, czy ras, albo będący w różnych fazach życiowych.” (Stanisław Michalkiewicz, Logika wystarczy, http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=226)

Precyzyjność sformułowań

Dbanie o precyzyjność sformułowań pociąga za sobą potrzebę odrzucenia zdań wewnętrznie sprzecznych.

Wiele osób uznających się za katolików opowiada się za zezwoleniem na aborcję. W związku z tym mówi się o tym, że „ileś procent katolików opowiada się za tym, aby wolno było w pewnych przypadkach dokonywać aborcji”. To tak, jakby stwierdzić: „spośród tysiąca zapytanych wegetarian 75% je mięso”. W rzeczywistości okazuje się, że w przebadanej grupie nie było tysiąca wegetarian, tylko dwustu pięćdziesięciu.

Warto zatem zadać pytanie o to, czy osoby, które uważają się za katolików, ale odrzucają naukę Kościoła w kwestii życia nienarodzonych – można jeszcze nazwać katolikami?

Podobnie możemy spytać: czy libertarianin, który odrzuca konsekwentne trzymanie się zasady nieagresji, opowiadając się za zezwoleniem na aborcję, jest jeszcze libertarianinem?

Qatryk (Patryk Bąkowski) napisał o aborcji tak: „Oczywiście[,] że jest to zabójstwo, ale moim zdaniem zabójstwo w pełni uzasadnione”.

Wiele zależy tu od tego, w jakim znaczeniu autor użył słowa „zabójstwo”. Jeśli miał na myśli „bezprawne pozbawienie niewinnej osoby życia”, to opowiedział się za złamaniem zasady nieagresji, która stanowi fundament idei libertariańskiej – a Patryk Bąkowski deklaruje się jako libertarianin.

Dla aborcji zawsze jest realna alternatywa

Nieprecyzyjność sformułowań, niechlujność bądź myślenie telewizorem mogą prowadzić do nieporozumień.

W tekście „Przedludzie” i aborcja w społeczeństwie libertariańskim napisałem: „Warto starać się o ułatwienie procesu adopcji – aby kobieta, która nie chce wychowywać własnego dziecka, miała realną alternatywę wobec aborcji.” To wyrażenie mogłoby sugerować, że – kiedy nie ma możliwości oddania dziecka do adopcji albo jest to utrudnione – aborcja jest dopuszczalna, bo nie ma wobec niej „realnej” alternatywy, wszystkie inne rozwiązania są „nierealne”.

Niniejszym wycofuję się z tego fragmentu zdania: „aby kobieta, która nie chce wychowywać własnego dziecka, miała realną alternatywę wobec aborcji”.

Realna alternatywa zawsze jest. Polega na urodzeniu dziecka.

Timur napisał: „byłbym za całkowitym [...] zakazem [aborcji] (z wyjątkiem sytuacji gdy zagrożone jest życie matki) gdyby istniały REALNE alternatywy dla młodych matek”.

To tak, jakby powiedzieć: „Byłbym za całkowitym zakazem kradzieży, gdyby istniały realne alternatywy dla tych wszystkich, których nie stać na samochód wart 500 uncji złota”. Zasady moralne nie ulegają zawieszeniu w zależności od warunków, w jakich się znajdujemy.

Istnieją tylko ludzie – nie ma „podludzi”

Timur napisał: „Dzieci nie wolno zabijać, ale czy wolno skazywać je na los obywateli drugiej kategorii bo urodziły się po niewłaściwej stronie łoża? [...] Co gorsze? Być przedczłowiekiem do 12 roku życia czy podczłowiekiem do końca życia [?]”.

Na jakiej podstawie Timur albo matka poczętego dziecka albo ojciec poczętego dziecka albo ktokolwiek inny może stwierdzić, że ktoś stanie się „podczłowiekiem”? Nawet gdyby usiłował jasno zdefiniować ten termin, to po pierwsze – ani nie zmieniłoby to faktu, że w obiektywnym porządku rzeczy istnieją ludzie, a kogoś takiego jak „podludzie” nie ma; po drugie – skąd wiedziałby, że po narodzeniu akurat ta osoba spełni kryteria, które spowodują, że Timur albo ktokolwiek inny nazwie ją „podczłowiekiem”?

Jeśli ktoś w pewnym momencie uzna się (błędnie) za „podczłowieka”, to sam może zdecydować, co chce z tym zrobić – ale nie odbierajmy mu tej wolności decydowania.

Wielkość i wspaniałość ludzkiego życia przejawia się między innymi w tym, że niczyje wybory nie są zdeterminowane; każdy w każdej chwili może wybierać dobre postępowanie.

Trudno zrozumieć tych, którzy roszczą sobie prawo do decydowania, komu „lepiej będzie umrzeć” zanim zdąży się narodzić, a komu „lepiej będzie żyć”.

Zachowanie moralnie złe, na które nie ma zgody wszystkich jego uczestników

Nawet wśród zwolenników „prawa do aborcji” dość powszechne jest przekonanie, że jej dokonywanie to coś złego.

Qatryk napisał: „W każdym razie, niezależnie [od tego,] jak traktować nienarodzone życie, jest moim zdaniem w ocenie moralnej złem zabicie go. Nie zmienia to jednak faktu że kobieta ma do tego prawo.”

Nie ma takiego prawa. Zachowanie moralne złe (np. nierząd, nadużywanie alkoholu albo narkotyków) może być z punktu widzenia prawa tolerowane, kiedy zgadzają się na nie wszystkie uczestniczące w nim osoby – ale zachowanie moralnie złe, na które nie ma zgody wszystkich jego uczestników, nie może być dozwolone.

Porównanie Ultrarechta

W tekście „Przedludzie” i aborcja w społeczeństwie libertariańskim zaproponowałem porównanie zajścia w ciążę do zaproszenia człowieka w gościnę – bez prawa usuwania go z mojego domu przed momentem, kiedy wizyta w naturalny sposób dobiegnie końca.

Ultrarecht (Olgierd Sroczyński) zaproponował porównanie bardziej zrozumiałe dla tych, którzy traktują poczętego człowieka jak „wypadek”. Napisał o „zaciągnięci[u] kogoś siłą, bez jego woli na teren mojej własności, sprawieni[u], że po opuszczeniu jej będzie musiał w sposób konieczny umrzeć, a następnie wydaleni[u] go”.

Warto zadać sobie w tym miejscu pytanie, skąd w umysłach ludzkich pojawia się myśl o tym, że aborcji wolno dokonywać – że w ogóle można jej dokonywanie rozważać. Wydaje się, że wynika to z zaburzonych relacji między kobietami a mężczyznami.

Normalni rodzice, żyjący w sakramentalnym związku małżeńskim, wcale nie zastanawiają się nad tym, czy poczęte dziecko wolno „usuwać”. Taki pomysł w ogóle nie przychodzi im do głowy i z trudem wyobrażają sobie, że ktoś mógłby o czymś takim pomyśleć. Ludzi się nie morduje i kropka. Dla normalnych rodziców dziecko to powierzony ich opiece człowiek – osoba, w stwarzaniu życia której współuczestniczyli, osoba godna miłości, osoba, której chcą pomóc w stawaniu się lepszą.

W dzisiejszej rzeczywistości wielu rodziców nie myśli jednak w tych kategoriach. Skoro więc pewne osoby uważają dziecko za „przeszkodę”, warto w pierwszej kolejności mocno podkreślać ciążące na ojcu i matce zobowiązania, zaciągnięte w momencie przekazania nowemu człowiekowi życia.

Zawsze wskazane jest zachęcanie rodziców do patrzenia na dziecko jako na dar i zadanie – ale jeśli takie próby nie odnoszą rezultatu, trzeba odwołać się do nieubłaganego logicznie porównania Ultrarechta: „Jeżeli zawrę z kimś umowę, że może korzystać z mojej własności, to nie mogę odwołać tej umowy jednostronnie, tym bardziej w momencie, kiedy opuszczenie mojej własności grozi mu śmiercią. [Aborcja jest jak] zaciągnięcie kogoś siłą, bez jego woli na teren mojej własności, sprawienie, że po opuszczeniu jej będzie musiał w sposób konieczny umrzeć, a następnie wydalenie go”.

Edukacja seksualna – jaka?

Qatryk napisał, że ludzie „niekoniecznie muszą sobie zdawać sprawę z takich konsekwencji” i zasugerował w związku z tym prowadzenie „edukacji seksualnej”.

Pytanie: co ten termin oznacza i kto powinien być za taką edukację odpowiedzialny?

Przyjęło się uważać, że „edukacja seksualna” oznacza narzucony odgórnie (i finansowany ze skradzionych w podatkach pieniędzy) program zaznajamiania młodych ludzi z budową i funkcjonowaniem układu rozrodczego człowieka. Program ów zawiera opiera się nierzadko na przekonaniu, że człowiek musi działać seksualnie i – jako że nie jest w stanie nad sobą zapanować i odpowiadać za swoje czyny – należy „minimalizować straty” albo „eliminować skutki” jego nieodpowiedzialnych zachowań. Zwolennicy takiej „edukacji seksualnej” przedstawiają człowieka jako zwierzę, którego działania mogą zostać całkowicie oderwane od ich konsekwencji. Usiłują sprowadzić „edukację seksualną” do szeregu „technicznych” uwag na temat współżycia płciowego – bez oglądania się na jego związki z innymi dziedzinami ludzkiego życia i wpływ na innych ludzi.

Prawidłowy model edukacji seksualnej – w ramach którego przede wszystkim uświadamiano by dzieciom, że w przyszłości będą matkami i ojcami i że wiążą się z tym określone powinności – wymagałby wiedzy i zaangażowania ze strony rodziców. To właśnie do nich należy pomaganie dzieciom w zrozumieniu tych prawd – a zbyt często ojcowie i matki odsuwają od siebie zadanie, licząc na to, że zastąpi ich szkolny nauczyciel albo rówieśnicy dziecka.

Istotne, aby rodzice przekazywali dziecku wiedzę nie tylko słowem, ale przede wszystkim przykładem. Co da dziecku fakt, że będzie dokładnie poinformowane o budowie układu rozrodczego człowieka, a nawet o właściwych wzorcach, jeśli nie będą one przed jego najbliższych i najważniejszych nauczycieli – rodziców – praktykowane?

Jak mogą uczyć wzrastania w miłości i odpowiedzialności ojcowie lub matki, którzy swoim postępowaniem – np. poprzez stosowanie środków antykoncepcyjnych lub wczesnoporonnych – mówią swojemu narodzonemu już dziecku: „Nie chcemy twojego możliwego rodzeństwa. Chronimy się przed nim. Przeszkadza nam. W ogóle nasza seksualność nam zawadza. Czujemy, że musimy w sztuczny sposób zmieniać to, co naturalne”?

Antykoncepcja prowadzi do aborcji

Stosowanie środków antykoncepcyjnych oznacza wrogość wobec dziecka. W mentalności używających ich osób dziecko to ktoś przed kim trzeba się „bronić”, ktoś, kto „zawadza”, „przeszkadza”, ktoś, kogo „nie powinno być”.

Obawa przed dzieckiem – to coś groteskowego.

Z jednej strony tak wiele osób drży dziś przed tak wielu wyolbrzymianymi zagrożeniami. Na opakowaniach produktów spożywczych umieszcza się szczegółowe informacje na temat składników mogących wywoływać alergie. Narodzone dzieci od maleńkości nierzadko wdraża się w rowerowy reżim kaskowy. Przemysł medialno-rozrywkowy prezentuje ludziom obraz życia jako nieprzerwanego pasma krwawych konfliktów zbrojnych, rozbojów i wypadków. Z drugiej strony – tak wiele osób jakby wcale nie przejmowało się duchowymi, fizycznymi i psychicznymi konsekwencjami stosowania środków antykoncepcyjnych i związanym z tym zabijaniem nienarodzonych.

Próba zakłócenia naturalnych procesów organizmu, aby zapobiec powstaniu nowego życia, oznacza postrzeganie dziecka jako wroga. Najlepiej, jeśli „wróg” w ogóle się nie pojawi – więc stosujemy środki antykoncepcyjne. Jeśli mimo tego „wróg” się pojawi, trzeba go zniszczyć – jak najszybciej, kiedy jest jeszcze stosunkowo mały – więc stosujemy środki wczesnoporonne. Jeśli nie dostrzeżemy „wroga” w porę i zdąży się on rozwinąć – to i tak za wszelką cenę trzeba go zniszczyć – więc dokonujemy aborcji.

Patrzenie na dziecko jak na wroga skutkuje zafałszowaniem pojęć. Środki prowadzące do sztucznego poronienia nazywa się środkami antykoncepcyjnymi (por. Jacek Salij OP, Środki poronne, http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TD/pytania_nieobojetne/srodki_poronne.html); aborcje traktuje się jako zastępczą formę antykoncepcji (por. Hilary White, Abortion as Birth Control – 1,300 UK Women Have Had at Least Five Abortions, http://www.lifesitenews.com/ldn/2008/mar/08032009.html).

Szacunek dla życia narodzonego

Qatryk napisał: „Gdyby ludzie mieli znacznie większy szacunek do życia narodzonego, na pewno zwiększyłby się również i ich szacunek do życia nienarodzonego”.

Szczera prawda – tylko czy z tego wynika, że uznamy aborcję za niedopuszczalną dopiero wtedy, kiedy ktoś stwierdzi, że w danym momencie członkowie społeczeństwa przejawiają już w wystarczającym stopniu szacunek dla życia narodzonego?

Wiele osób dobrowolnie współuczestniczy w wojnach rozpętywanych przez funkcjonariuszy państwowych albo je popiera. Biorą w tym udział również ci, którzy deklarują się jako obrońcy życia. Ich nielogiczna i niesprawiedliwa postawa, w ramach której wyrażają przyzwolenie na pewną kategorię zabójstw (tych dokonywanych przez funkcjonariuszy państwowych z użyciem ukradzionych podatnikom pieniędzy) nie powinna jednak prowadzić do postawy wyrażającej się słowami: „skoro nie krytykujecie wystarczająco wojen, to przynajmniej (niejako w ramach »rekompensaty«) pozwólcie też na inne zabójstwa”.

Zamiast przeciwstawiać sobie rzeczywistości życia narodzonego i nienarodzonego, warto przypominać, że one się splatają.

Pro-life vs. pro-murder

Tytuł tekstu Aborcja jest „pro-life”; anty-aborcja jest „anti-life” skłania do zastanowienia, czy przeciwstawianej postawie „pro-life” postawy „pro-choice” nie należałoby określać inaczej.

Przeciwnicy aborcji opowiadają się za wyborem, są „pro-choice”, w takim sensie, że chcą każdemu istniejącemu już człowiekowi dać szansę na podejmowanie (choćby i w przyszłości) wolnych decyzji.

Przeciwieństwo życia to śmierć. Śmierć może nastąpić w sposób naturalny lub nienaturalny. Pozbawianie dziecka życia to coś nienaturalnego. Może więc postawę przyzwalających na to osób nazywać „pro-death” albo „pro-murder”?

Człowiek nie jest zwierzęciem

Autor tekstu Aborcja jest „pro-life”; anty-aborcja jest „anti-life” napisał: „[Wbrew] opinii »anty-lifers« (błędnie zwanych »pro-lifers«, jako że są oni przeciwko życiu faktycznej jednostki ludzkiej związanej z zagadnieniem), kobieta nie jest po prostu rozpłodową świnią”.

Jak pogodzić powyższe stwierdzenie z faktem, że to właśnie proaborcjoniści (określający zresztą nierzadko kobiety uważane przez siebie za atrakcyjne właśnie mianem „świń”) sprowadzają kobietę do statusu zwierzęcia – tak głupiego, że nie odpowiada za swoje działanie seksualne, w związku z czym należy mu i ojcu dziecka pozwolić na zabijanie?

Wielkość i godność człowieka polega między innymi na tym, że posiada on duszę rozumną. Może decydować o swoim działaniu. Nie podlega żadnemu fatum i nie ma konieczności wybierania tzw. „mniejszego zła”. Ma wolną wolę. Może wybierać dobro. Człowiek nie ma obowiązku działania seksualnego. Jest w stanie rozumnie kierować swoim życiem płciowym.

Dziecko nie bierze się z przeciągu

Przeświadczenie o tym, że człowiek niczym nie różni się od zwierząt może z łatwością doprowadzić do przekonania, że aborcja powinna być dozwolona jako „wyjście awaryjne” dla osób, które „nie chciały” przekazywać życia nowemu człowiekowi, a zrobiły to.

Co oznacza „nie chciały przekazywać życia”? Mamy na myśli sytuację, w której rodzice dziecka twierdzą, iż go „nie planowali”, że to „wypadek”. Jak jednak mogą uczciwie twierdzić, że „nie chcieli przekazywać życia”, skoro – podejmując współżycie – naturalną koleją rzeczy powinni zdawać sobie sprawę z jego możliwych skutków?

Niektórzy mogą tłumaczyć proaborcyjną postawę rodziców ich ignorancją: „Nie wiedzieli, że może się począć dziecko, »zabezpieczyli się«, a tu »wpadka«”. Gdyby okazało się, że matka i ojciec rzeczywiście byli tak nieodpowiedzialni i nierozsądni, że nie uświadamiali sobie możliwych konsekwencji podjętego dobrowolnie działania płciowego, to czy tak nieodpowiedzialni i nierozsądni ludzie mogą wysuwać jakiekolwiek pretensje do decydowania o życiu lub śmierci swojego dziecka?

Wolność zawsze łączy się z odpowiedzialnością.

Ten związek dotyczy nie tylko obowiązków, jakie biorą na siebie rodzice w chwili przekazania dziecku życia, ale odnosi się również do sposobu, w jaki wcześniej kierują swoim życiem seksualnym. Ten zaś wiąże się z pytaniem o sens życia w ogóle.

Pytanie o sens życia

Poczucie braku sensu własnego istnienia może prowadzić – nawet w nieuświadomiony sposób – do przekonania, że – „skoro tak, to, faktycznie, po co przekazywać dzieciom życie?”

Prawdopodobnie tych, którzy świadomie i jawnie dają wyraz swojej nienawiści wobec życia, deklarując niewiarę w sens ludzkiego istnienia, jest dużo mniej niż tych, dla których te sprawy nie stanowią przedmiotu jakiejkolwiek refleksji.

Stosunkowo często w miejscu zasad moralnych człowiek stawia wtedy to, co aktualnie uważa za przyjemne.

Nierzadko i wśród libertarian daje się zauważyć tendencję do stawiania w centrum ludzkiego zainteresowania „przyjemności”, „wygody”, „tego, co aktualnie uważam za szczęście”. Łączy się z tym stosunkowo często wrogość wobec religii (wielu wolnościowców zdaje się traktować wszystkie wyznania religijne jako pewną jedność – nie dostrzegając między nimi różnic) i promowanie w sposób bezpośredni lub aluzyjny rozwiązłości seksualnej.

Qatryk, deklarujący się jako libertarianin i libertyn, niejednokrotnie dawał wyraz swojemu przekonaniu, że istotną i wartościową częścią ludzkiego życia, a może nawet jego ostatecznym sensem, powinny stać się „przyjemności” takie jak upijanie się oraz przygodne stosunki seksualne. (Por. np. Qatryk, Piłka nożna, http://qatryk.pl/pilka-nozna/ oraz Qatryk, Świat jest piękny, http://qatrykoweboje.salon24.pl/69365,index.html)

Być może to właśnie tu tkwi klucz do problemu zabijania dzieci nienarodzonych. Jeśli człowiek upatruje istoty swojego życia w swego rodzaju „używaniu” doczesności, którą traktuje wyłącznie jako ciąg nudnych i kłopotliwych kalendarzowych dni; jeśli wydaje mu się, że jego czyny nie mają znaczenia, że to, co robi, niczego nie zmienia, a „w dłuższej perspektywie wszyscy będziemy martwi” – to może sobie pomyśleć, że zabicie czy niezabicie człowieka nie pociąga za sobą żadnych konsekwencji, niczego nie oznacza. Jeśli całe życie traktuje się jako ciąg bezsensownych cierpień, to może nasuwać się myśl, że „usunięcia” dziecka dokonuje się nie tylko dla własnej wygody, ale również dla „dobra” dziecka, dla „oszczędzenia” mu trudności.

Przyzwolenie na aborcję wyraża poczucie braku sensu życia.

Libertariańsko-libertyński ideał stosunków społecznych opartych nie tyle na wolności, ale na swego rodzaju dowolności, jest jakiś taki marny. Jeśli w życiu chodziłoby wyłącznie o to, aby „dobrze się bawić”, popić, utrzymywać przygodne stosunki płciowe, „pocierpieć, tak jak wszyscy inni, ale przynajmniej starać się pocierpieć w luksusie, stwarzając sobie iluzję chwilowej wygody” – to byłoby po prostu słabe.

Taka filozofia życia wydaje się niezgodna z libertariańską koncepcją wolności i odpowiedzialności, przeświadczenia o tym, że człowiek potrafi działać racjonalnie, że warto patrzeć na rzeczywistość nie tylko w krótszej, ale i w dłuższej perspektywie.

Czy wolnościowcy promujący w swoich tekstach aborcję, rozwiązłość seksualną i niewiarę w sens życia mogliby z czystym sumieniem pokazać te artykuły swojej żonie, dzieciom? I powiedzieć: „Uważałem moje poglądy i postępowanie za słuszne i nadal je za takie uważam. Was też zachęcam do podobnego postępowania”?

„Ha, ha” – mogliby odpowiedzieć libertarianie-libertyni – „Żona? Dzieci? W jakich czasach żyjesz? O czym ty w ogóle mówisz? Dzisiaj już nikt tak nie myśli!” Nawet gdyby taka była prawda (a nie jest), to należałoby zapytać: A gdyby ludzie tak myśleli i postępowali – czy świat nie byłby lepszy?

Rola i odpowiedzialność ojca

„[O]jcostwo, podobnie jak macierzyństwo, rodzicielstwo i dziecięctwo, męskość i kobiecość są pojęciami wskazującymi na relacje. Przez relację rozumiemy taką właściwość jakiejś istoty, która określa jej ścisłą współzależność od jakiejś innej istoty. I tak, nie ma ojca bez matki i bez dziecka. Nie ma matki bez ojca i bez dziecka. Nie ma męża bez żony, nie ma kobiety bez mężczyzny.” (Karol Meissner OSB, Ojcostwo w układzie relacji rodziny, http://www.mateusz.pl/okarol/ok_oj.htm)

Dziecko powstaje wskutek współdziałania kobiety i mężczyzny. Odpowiedzialność za nie ponoszą obydwoje rodzice.

„Niestety wielu chrześcijan powtarza bardzo szkodliwy i błędny slogan, że aborcji dokonuje matka dziecka. Tymczasem za aborcję zawsze odpowiedzialni są obydwoje rodzice. Co więcej, doświadczenie potwierdza, że najczęściej głównym odpowiedzialnym za zabicie dziecka jest właśnie jego ojciec, a nie matka. To on w takiej sytuacji wycofuje zwykle zarówno miłość do kobiety, jak i do dziecka, któremu przekazał życie.” (ks. Marek Dziewiecki, Święty Józef – psychospołeczny portret dojrzałego mężczyzny, http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/swieci/s_jozef_mezcz.html)

Próby przedstawiania aborcji jako „sprawy matki”, „sprawy, o której powinna zdecydować sama kobieta” to w dużej mierze wynik tchórzliwości wielu współczesnych mężczyzn. Ci sami ludzie, którzy często w oczach współczesnego świata uchodzą za „twardzieli”, okazują się nierzadko moralnymi słabeuszami – którzy, nie dość, że sami uciekają od podjęcia odpowiedzialności za dziecko i jego matkę, to jeszcze słowem i czynem namawiają do ich niszczenia. Niekiedy może im się to wydawać nawet szlachetne – „bo przecież dałem jej pieniądze, żeby »pozbyła się« dziecka”.

W dzisiejszym świecie chyba większość ludzi czuje się pozbawiona wpływu na rzeczywistość i niejako pozwala się porywać „biegowi zdarzeń”. Nie dostrzega tego, że kształt świata zależy w dużej mierze od tego, jakie zasady postępowania zaproponują swoim dzieciom rodzice – i czy zdołają zachęcić do wcielania ich w życie. Dziwne i smutne, że niektórzy nie dostrzegają, jak bardzo świat mógłby zmienić się na lepsze, gdyby widzieli w dziecku osobę będącą darem i zadaniem, poświęcali mu tyle czasu, ile potrzeba i wierzyli, że ludzkie działanie ma sens.

„Bo zniszczysz sobie życie” – odpowiedzialność za słowo

Rodzice, którzy namawiają swoje dzieci do zabijania dzieci, posługują się często argumentem: „Musisz usunąć ciążę, bo inaczej zniszczysz sobie życie”. Nie dostrzegają, że to właśnie zamordowanie własnego dziecka bardzo poważnie grozi „zniszczeniem sobie życia”.

Nawet jeśli kobieta znajduje się w bardzo trudnej sytuacji – bo na przykład jej dziecko poczęło się w wyniku przygodnego stosunku płciowego, a ojciec dziecka okazał się tchórzem i zostawił ją samą – warto byłoby zachęcić ją do tego, aby do jednego nieodpowiedzialnego zachowania nie dokładała drugiego: „Popełniłaś błąd – żałuj i nie popełniaj następnych”. Nie brnij w zło.

Żyjemy w czasach inflacji słów. Wielu osobom wydaje się, że to, co robią, co mówią, nic nie znaczy. A tymczasem ludzie w pewien sposób „nasiąkają” postawami bliskich – liczą się ze zdaniem rodziców, przyjmują jako swoje opinie pojawiające się w środowisku przyjaciół i znajomych.

Żaden człowiek nie wie z absolutną pewnością, do kogo dotrą wypowiedziane lub napisane słowa – i jakie będą ich skutki. Tym bardziej warto byłoby zwrócić uwagę na odpowiedzialność za słowo.

Rola mediów a rola najbliższych

Dziś wielu osobom wydaje się, że nie mają na nic wpływu, że nikt się z ich zdaniem nie liczy, że nie mają żadnego sposobu, aby wpłynąć na bieg spraw. Wielkiej liczbie ludzi udało się wmówić, że nie jest ważne to, jak odnoszą się do najbliższych, co robią w domu, co mówią. Zrobiono z nich (często – jeśli nie zawsze – za ich przyzwoleniem) pokolenie bezkrytycznych konsumentów medialnej papki, którym wydaje się, że prawdziwe i ważne jest tylko to, co widzą na ekranie, to, co zostało sfotografowane albo nagrane.

Niektórzy zdają się zapominać, że w sprawach najistotniejszych, we wskazywaniu postawy życiowej, mają olbrzymi wpływ na swoich najbliższych. Człowiek nie może nie działać. Postępowanie rodziców ma wpływ na to, jakie będą ich dzieci. Jeśli rodzice dużo z dzieckiem rozmawiają – wpływa to na dziecko. Jeśli rodzice dobrowolnie zdecydują, że w wychowaniu dziecka zastąpi ich telewizor – wpływa to na dziecko. Jeśli rodzice pokazują dziecku różne ciekawe rzeczy – wpływa to na dziecko. Jeśli rodzice powierzają zadanie kontaktu z dzieckiem (szczególnie w najmłodszych latach jego życia) głównie opiekunce (może nawet określanej mianem „profesjonalnej”) albo przedszkolu – wpływa to na dziecko. Jeśli rodzice troszczą się o to, aby pokazać dziecku, że wiedza i myślenie to coś atrakcyjnego – wpływa to na dziecko. Jeśli rodzice traktują dziecko jako wroga, „wypadek”, kogoś, kogo nie powinno być – wpływa to na dziecko, a czasem kończy się pozbawieniem go życia. Jeśli rodzice traktują dziecko jako godną miłości, niepowtarzalną osobę, dar powierzony właśnie konkretnie im – wpływa to na dziecko.

Każdy człowiek jest z natury wolny. Trudno zaprzeczyć, że dziecko z rodziny patologicznej znajduje się w pewnym sensie w trudniejszej, mniej dogodnej „sytuacji wyjściowej”, może mieć „trudniejszy start” w życiu. Ale takie dziecko nie jest skazane na popełnianie tych samych błędów, co jego rodzice. Nawet narodzone dziecko, którego rodzice odnieśli się ze skrajną agresją do jego rodzeństwa, może prowadzić dobre życie (a jego rodzice mogą zrozumieć, co zrobili źle, i naprawiać to).

Pytanie, jak warto byłoby sobie postawić, brzmi: W imię czego zabijać swoje nienarodzone dziecko, wyrażając w ten sposób poczucie bezsensu istnienia? W imię czego utrudniać sobie i innym życie, pozornie „pozbywając się problemu” – a w rzeczywistości dobrowolnie decydując się na kłopoty?

Wbrew pozorom decyzja o „pozbyciu się” dziecka to nie koniec, ale początek poważnych problemów – które mogą ciągnąć się za matką i ojcem dziecka co najmniej do końca ich ziemskiego życia.

Proaborcyjni pracownicy mediów przemilczają to, co dzieje się z ludźmi, którzy zabijają własne dziecko. Dla nich koniec życia dziecka – a raczej, w ich mniemaniu, „tego czegoś” – oznacza koniec problemu. To, co dzieje się później z matką i ojcem zabitego człowieka, z innymi bliskimi, jakby nie istniało.

Tendencję do nieliczenia się z konsekwencjami czynów można po części przypisać „współczesnemu duchowi świata”, któremu poddaje się wiele osób. „Duch” ów skłania do nałogowego konsumowania coraz to nowych porcji informacyjnego kitu – niemal natychmiastowego zapominania o tym, co pięć minut wcześniej zaprezentowano jako superważną wiadomość – i żądania kolejnych newsów. W pogoni za coraz to nowszymi sensacjami i w atmosferze informacyjnej biegunki łatwo zapomnieć o tym, żeby przeznaczyć czas na przemyślenie tego, co się usłyszało, przeczytało albo obejrzało i wracać do tego, co jest wartościowe.

Ludzie często gubią się w medialnym zgiełku, w którym co i rusz odzywają się głosy za prawem do „usuwania” dzieci. Kiedy przyglądamy się wysiłkom konkretnych osób, które za pośrednictwem mediów namawiają do aborcji albo wręcz jej żądają, przypominają się słowa Josepha Ratzingera: „Bóg respektuje bezwzględnie wolność swego stworzenia. [...] [Jezus Chrystus] [n]ie traktuje [...] człowieka jako istoty niepoważnej, niezdolnej ostatecznie przyjąć odpowiedzialności za swój los. Niebo Chrystusa opiera się na wolności, pozwalającej potępionym chcieć własnego potępienia. Specyfiką chrześcijaństwa jest przekonanie o wielkości człowieka i o powadze ludzkiego życia: są w tym życiu sprawy nieodwołalne i istnieje nieodwołalne zniszczenie. Taka jest rzeczywistość i chrześcijanin musi żyć świadomy tej rzeczywistości.” (Joseph Ratzinger, Śmierć i życie wieczne, Warszawa 1986, s. 236-237)

Znaczenie decyzji poszczególnych osób

Gdyby nie było matek i ojców gotowych zabijać swoje własne dzieci, problem aborcji nie istniałby.

Kondycja moralna ludzi i kształt społeczeństwa – szczególnie dopóki istnieją jeszcze państwa – zależą w dużo większym stopniu od tego, co poszczególne osoby czynią, niż od tego, co mówi akceptowane lub tolerowane przez nich prawo.

Dlatego przed zapoznaniem się z opiniami na temat dopuszczalności aborcji w społeczeństwie bezpaństwowym, warto, aby każdy uważający się za libertarianina odpowiedział sobie na pytanie: A czy ja sam, osobiście, w jakiejkolwiek sytuacji byłbym gotów nawet rozważać możliwość zabicia swojego dziecka? Czy po prostu porzuciłbym jego matkę i stwierdził, że „to jej problem”? Czy po prostu zlekceważyłabym ojca dziecka i stwierdziła, że „to moja sprawa”? Co zrobiłbym, gdyby okazało się, że ktoś z mojej rodziny albo mój przyjaciel został rodzicem „nieplanowanego” dziecka? Co bym w takiej sytuacji powiedział, doradził? Co mówię o życiu ludzi, których nie znam bezpośrednio? Jak zachowuję się w stosunku do innych osób – w szczególności do dzieci już narodzonych?

Powyższe pytania można traktować jako wyłącznie teoretyczne. O zachowaniu każdego człowieka przekonujemy się dopiero w chwili, kiedy rozważana sytuacja ma miejsce. Nie da się jednak ukryć, że wyrabianie sobie na rozmaitych etapach życia postaw, wybieranie, których zasad chcemy się trzymać, silnie wpływa na decyzje podejmowane później – nieraz niemal automatycznie.

Cenna jest zatem deklaracja Marcina Pasikowskiego, który napisał: „jestem przeciwko aborcji w tym sensie, że sam bym jej nigdy nie popełnił”.

Ludzi się nie morduje i już

Bardzo istotną rolę w formowaniu postaw każdego człowieka mają rodzice. Od nich nabywa się pewnych odruchów, słyszy formułowane przez nich myśli, nierzadko przyjmuje ich poglądy jako swoje. Bogu dzięki, jeżeli otrzymane wzorce są właściwe. Jeśli nie – można i należy z nimi walczyć, aby zaproponować własnym dzieciom lepsze. Jak pisał Tomasz a Kempis: „Walcz dzielnie: złą siłę siłą się zwycięża”. (Tomasz a Kempis, O naśladowaniu Chrystusa, Rozdział XXI: O żalu serdecznym)

Kiedy normalny człowiek wchodzi do sklepu, nie rozważa za każdym razem: „Czy dziś coś ukraść, czy nie?”. Po prostu „coś” mówi mu: nie kradnie się – więc nie ma się nad czym zbytnio zastanawiać.

Podobnie jest z życiem nienarodzonego dziecka. Normalnemu człowiekowi w ogóle nie przychodzi do głowy, że mógłby się na nie targnąć. Po prostu – nie morduje się i już.

Jak rodzice, którzy zdecydowali o zabiciu własnego dziecka, mogą rozmawiać z jego rodzeństwem, któremu „pozwolili” się urodzić? Co mu powiedzą? Czy będą starali się tłumaczyć, że osoba, której się „pozbyli” była niepotrzebna, „nieplanowana” – a o tym, że wy, urodzeni, istniejecie, zadecydowało to, że „akurat w tym czy innym tygodniu albo miesiącu uznaliśmy, że wolno wam żyć, że mamy dosyć pieniędzy, żebyście żyli, że już jakoś to przeżyjemy, nawet z wami, jako bagażem, problemem – bo w gruncie rzeczy stanowicie dla nas przeszkodę”?

Jak uwierzyć w miłość rodzicielską tam, gdzie nienarodzonego człowieka traktuje się jako ciężar, a urodzone dzieci cierpią z powodu syndromu ocaleńca? (Por. Jacek Salij OP, Syndrom ocaleńca, http://mateusz.pl/wdrodze/nr356/18-wdr.htm)

Potrzeba uznawanej powszechnie zasady

W społeczeństwie bezpaństwowym mogą swobodnie działać obok siebie prywatni właściciele poszczególnych terenów, nieruchomości, przedmiotów, dobrowolne zrzeszenia rozstrzygające wewnętrzne spory metodami demokratycznymi, niewielkie firmy rodzinne, olbrzymie przedsiębiorstwa, w których ostateczne decyzje należą do zarządu, dobrowolne komuny, których członkowie gnieżdżą się w opuszczonych domach albo w wynajętych ekskluzywnych pokojach hotelowych. Aby ludzie wybierający tak różnorodne sposoby życia mogli pokojowo współistnieć, podejmować dobrowolną współpracę i rozstrzygać ewentualne konflikty, potrzeba istnienia pewnych „nadrzędnych” zasad, które są uznawane przez wszystkich.

Gdyby członkowie dobrowolnej komuny doszli nagle do wniosku, że nie liczą się z prawem własności i przemocą wdarli się na teren posesji pana Nowaka – usiłowaliby tym samym podważyć zasadę nieagresji. Jeśli w imię fałszywie rozumianej „wolności” przyznalibyśmy członkom takiej komuny prawo do takiej napaści, opowiedzielibyśmy się za chaosem. Harmonijna współpraca i pokojowa koegzystencja ma swoje źródło w powszechnym uznawaniu zasady nieagresji. Musi istnieć taka wspólna podstawa. Inaczej trudno w ogóle mówić o społeczeństwie wolnościowym.

Różne podejścia do aborcji w społeczeństwie wolnościowym?

Wolnościowy system konkurujących ze sobą kodeksów prawnych sprzyjałby ujednolicaniu przepisów (por. Hans-Hermann Hoppe, Idea społeczeństwa prawa prywatnego, http://luke7777777.blogspot.com/2008/03/tumaczenie-hans-hermann-hoppe-idea.html). Mogłoby się jednak zdarzyć, że na pewnym etapie kształtowania się prawa funkcjonowałyby obok siebie dwa systemy prawne – jeden dopuszczałby aborcję, a drugi zakazywałby jej jako agresji. Poszczególni ludzie mogliby podpisywać kontrakty na usługi bezpieczeństwa z osobami lub firmami, które stosowałyby którąś z tych dwóch interpretacji.

Taką sytuację można by uznać za „lepszą”, „znośniejszą” od tej, z którą mamy do czynienia w systemie etatystycznym. W społeczeństwie wolnościowym nie byłbym zmuszany do przeznaczania żadnej części mojej własności na działania zmierzające do uśmiercania nienarodzonych. Tymczasem dziś, gdy istnieje państwo, współfinansuję to, co uważam za niedopuszczalne. Z pieniędzy ukradzionych mi w podatkach funkcjonariusze państwowi opłacają „lekarzy”, którzy w majestacie państwowego prawa dokonują dzieciobójstw.

Błędem byłoby jednak twierdzić, że istnienie obok siebie dwóch systemów prawa prywatnego z różnym podejściem do aborcji stanowiłoby rozwiązanie dobre. Nawet jeżeli wszyscy uważający się za libertarian nie dojdą w jednej chwili do uznania aborcji za morderstwo – ale stworzą dwa konkurencyjne społeczeństwa wolnościowe, w jednym z których będzie wolno zabijać dzieci nienarodzone, a w drugim nie – nie można się na tym etapie zatrzymywać. Należy wciąż dążyć do odkrycia jednego, stojącego u fundamentów świata prawa i zadawać sobie pytanie: czy w ramach ogólnie uznawanej (choć przez wiele osób chyba nieświadomie) zasady nieagresji dążymy do coraz lepszego jej poznania, badamy ją, aby wyciągnąć z niej wnioski dotyczące najrozmaitszych sytuacji i zachowań – przede wszystkim tych dotyczących ochrony życia każdego człowieka? Czy uznajemy istnienie prawdy, której staramy się dociec – czy może nasz „libertarianizm” polega na głoszeniu „wolności” w oderwaniu od prawdy i odpowiedzialności, prowadząc nie do harmonijnej anarchii, ale do chaosu?

Obrona rodziny jako jeden z priorytetów libertarian

Rodzina jako podstawowa struktura anarchicznego ładu stanowi o być albo nie być społeczeństwa wolnościowego.

W rodzinie ludzie w naturalny sposób uczą się współpracować ze sobą, pomagać sobie, żyć wspólnie z innymi. W rodzinie w naturalny sposób dostrzega się wyjątkowość każdego człowieka. W rodzinie bez stosowania przymusu tworzą się autorytety i hierarchia, wytwarza się swoisty „porządek”. W wielu sytuacjach więzy rodzinne są traktowane (nawet przez zwolenników istnienia państwa) jako ważniejsze od przepisów narzucanych przemocą przez etatystów.

Ktoś mógłby powiedzieć: „Ależ w wielu rodzinach wcale nie jest normalnie! Mężowie i ojcowie katują domowników, żony i matki są bardziej zainteresowane »realizowaniem się« w pracy poza domem niż troską o najbliższych (pracą w domu), a dzieci – wychowywane przez telewizor i ulicę – stają się wprost nieznośne i niezdolne do założenia w przyszłości normalnej rodziny”. Faktycznie – w wielu rodzinach nie dzieje się dobrze. Zauważmy jednak, że zwiększanie się liczby niewłaściwie funkcjonujących rodzin, rozpowszechnianie się życia bez zobowiązań w ramach „związków partnerskich”, rozwiązłość i wrogie nastawienie względem dziecka nieodmiennie towarzyszą systemowi etatystycznemu. Tę prawidłowość podkreślał Aldous Huxley, pisząc: „W miarę jak kurczy się wolność polityczna i gospodarcza, swoboda seksualna – niejako w ramach rekompensaty – rozszerza się” (Aldous Huxley, Nowy wspaniały świat, Wstęp do wydania z roku 1946, http://luke7777777.blogspot.com/2007/03/tumaczenie-aldous-huxley-nowy-wspaniay.html). Jakby funkcjonariusze państwowi mówili tym, których uważają za swoich poddanych: „Co prawda łamiemy aksjomat nieagresji, przemocą narzucamy wam nieistniejącą faktycznie »umowę społeczną«, zmuszamy was do finansowania wojen, nie pozwalamy wam swobodnie dysponować tym, co posiadacie, ograbiamy was z dużej części waszych zarobków, utrudniamy wam odpowiedzialne życie – no ale przynajmniej poużywajcie sobie w innej dziedzinie. Współżycie płciowe bez zobowiązań i konsekwencji, swoboda zabijania nienarodzonych dzieci, eutanazja – na tym polu możecie sobie pohulać”.

Funkcjonariusze państwowi usiłują wbijać klin między żony i mężów, między rodziców i dzieci – po to, żeby utracili naturalne oparcie w rodzinie, przestali postrzegać siebie jako ludzi, żony, matki, mężów, ojców, córki, synów i widzieli się wyłącznie jako numery w urzędniczych kartotekach. Kiedy ludzie traktują się wzajemnie jak wrogowie, mają tendencję do zapominania o swoich prawdziwych wrogach – funkcjonariuszach państwowych.

Uzdrowienie stosunków międzyludzkich i budowanie społeczeństwa opartego na zasadzie nieagresji idzie przez rodzinę. Zadanie, przed którym stoimy, polega w dużej mierze na podjęciu starań o to, aby w mojej własnej rodzinie – bliższej i dalszej, w rodzinach moich przyjaciół i znajomych i w ogóle we wszystkich rodzinach troszczono się wzajemnie o swoje dobro, poważnie traktowano obowiązki wobec współmałżonka, córek i synów, kochano wszystkie dzieci i przekazywano każdemu z nich prawdę o tym, że jest potrzebne.

Jeśli członkowie rodzin zaczną się sobą wzajemnie interesować i poświęcać sobie więcej czasu, łatwiej przyjdzie im dostrzec swoje potrzeby. To z kolei może otworzyć im drogę do zastanawiania się nad tym, co służy dobru konkretnego drugiego człowieka. Rodzice mogą zapytać na przykład: „Czy rzeczywiście właściwa jest koncepcja, aby z pewna grupa ludzi (funkcjonariusze państwowi) odbierała mi pod przymusem pieniądze, organizowała za nie »system edukacyjny«, porywała moje dziecko, umieszczała je przemocą w »placówce oświatowej«, w której będzie się usiłowało wpoić mu miłość do etatyzmu i rzekomą nadrzędność państwowych przepisów wobec norm moralnych?”.

Takie i podobne pytania powodowane troską o drugiego człowieka mogą prowadzić do uczynienia normy społecznej z indywidualnych działań wolnych i odpowiedzialnych ludzi – z transakcji dokonywanych na wolnym rynku (zwanym też niekiedy „czarnym rynkiem” albo „szarą strefą”), unschoolingu (najlepiej połączonego z wychowywaniem do samodyscypliny), homeschoolingu i tak dalej.

Myślenie i działanie bardziej „na skalę rodzinną”, „na skalę lokalną” stanowi dla libertarian wielką szansę. Trudno jednak oczekiwać, aby tym, którzy nawet do najbliższych odnoszą się ze skrajną agresją, udało się zachęcać do propozycji wolnościowych kogokolwiek.

Jak pomóc w powstaniu społeczeństwa ludzi wolnych i odpowiedzialnych, jeśli sami nie będziemy wolni i odpowiedzialni? Opowiadanie się za zezwoleniem na aborcję to w pewnym sensie podcinanie gałęzi, na której sami siedzimy. Czy jedna z ostatnich dziś ostoi normalności i anarchii, czyli rodzina, ma być miejscem, w którym dziecko czuje się bezpiecznie? Czy też ma żyć w ciągłym strachu i niepewności, targane wątpliwościami o to, czy jest chciane i kochane?

„Wiesz, akurat wtedy, kiedy się począłeś, zarabialiśmy tyle, że mogliśmy pozwolić ci żyć. Gdybyś zaczął istnieć pół roku wcześniej, kiedy mieliśmy kłopoty finansowe, zostałbyś »usunięty«. No, albo jakbyś był chory, albo jakbyśmy nie mieli czasu na zajmowanie się tobą. Albo jakbyśmy nie mieli gdzie mieszkać. Gdybyśmy nie byli jeszcze »gotowi«” – czy którykolwiek libertarianin byłby gotów powiedzieć coś takiego swojej córce albo synowi?

Jak możemy mówić, że ludzie w naturalny sposób mogą ze sobą współpracować, że brak przemocy to w stosunkach międzyludzkich norma, a jednocześnie samemu słowem lub czynem brać udział w propagowaniu fałszywego poglądu, że pewnych ludzi wolno mordować?

Czy zdrowy rozsądek jest możliwy

Niektórzy, pobudzani być może pewną niecierpliwością, mogą myśleć tak: „A może już lepiej mieć jakieś państwo – najlepiej małe – ale żeby za to panowało w nim powszechne przekonanie, że aborcja to coś złego?”.

Inni, pobudzani być może pewną niecierpliwością, mogą zadawać takie pytanie: „A może zrezygnować z angażowania się w obronę życia każdego człowieka, niech już nawet w powszechnym przekonaniu aborcja będzie czymś dopuszczalnym – byle tylko doprowadzić do zaniku państwa!”.

Obydwie te postawy, obydwa sposoby formułowania zagadnienia zdradzają pewien pesymizm myślenia. Wyraża się on w przeświadczeniu o konieczności wybierania między jednym a drugim złem.

Czy to niepoprawny optymizm twierdzić, że można zachować zdrowy rozsądek zarówno w ocenie państwa jak i dzieciobójstwa i sprzeciwiać się obydwu? Czy to niepoprawny optymizm twierdzić, że można postępować dobrze i że każdy człowiek jest w stanie odnosić się do innych bez agresji?

Katolicki Ośrodek Adopcyjno-Opiekuńczy w Warszawie

Chwalebna jest praca prowadzona przez organizacje takie, jak Katolicki Ośrodek Adopcyjno-Opiekuńczy w Warszawie, którego członkowie jasno deklarują: „Proponujemy adopcję zamiast aborcji, poczęcie naturalne zamiast in vitro, rodzinę zamiast placówki”. Wśród swoich celów ośrodek wymienia: „Zapewnienie doraźnej opieki nad dzieckiem bez umieszczania go w domu dziecka” oraz „Powierzenie dziecka rodzinie adopcyjnej lub zastępczej, najszybciej jak to jest możliwe zgodnie z prawem”. Ośrodek ze zrozumiałą radością informuje na swojej stronie internetowej, że „Często nawet niewielka zapomoga w okresie ciąży na dożywienie umożliwiająca przetrwanie krytycznego okresu, pomoc w pogodzeniu się z rodziną, udzielenie porad – prowadzi do wycofania się z decyzji oddania dziecka do adopcji – co uważamy za nasz wielki sukces”.

Pracownicy Katolickiego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego w Warszawie koncentrują się na pomaganiu tym, którzy już znajdują się w trudnej sytuacji życiowej. Jednocześnie zdają sobie sprawę z tego, że życie w normalnym środowisku rodzinnym może bardzo pomóc w zapobieżeniu wielu problemom. Piszą: „Naturalnym środowiskiem rozwoju każdego człowieka jest rodzina. W Polsce jest jednak obecnie bardzo dużo osieroconych dzieci, których nikt nie chce przyjąć do własnego domu, aby przygotować do dorosłego życia w społeczeństwie oraz nauczyć prawd wiary”. Kierują również „do rodzin katolickich [apel], aby przyszły z pomocą osieroconym dzieciom. Może to być przyjęcie dziecka w formie rodziny adopcyjnej lub zastępczej, a co najmniej rodziny zaprzyjaźnionej, wspierającej potrzebujące dziecko w jego bardzo trudnym życiu. Niech nasze świadectwo wiary zadziwi pogan i niech mówią o nas, iż prawdziwie się miłujemy”.

W deklaracji powołującej ośrodek do życia biskup Kazimierz Romaniuk zaznaczył, że „zadaniem [ośrodka] będzie ratowanie poczętego dziecka przed porzuceniem go przez naturalną matkę oraz przed umieszczeniem w państwowych placówkach opiekuńczych. Ośrodek będzie służyć pomocą w zakresie spraw związanych z przygotowaniem dzieci do umieszczenia ich w rodzinach zastępczych i rodzinnych domach dziecka”. (http://www.adopcja.org/historia_status.htm)

Czy z funkcjonariuszami państwowymi wolno w jakikolwiek sposób współpracować?

Jednocześnie na internetowej stronie Katolickiego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego w Warszawie czytamy: „Najistotniejsze zadanie w walce ze zjawiskiem sieroctwa społecznego spoczywa na Państwie, które powinno stworzyć warunki do wychowywania dziecka w rodzinie naturalnej oraz na zdrowych polskich rodzinach, które przyjmą i wychowają wszystkie osierocone dzieci.” Autorzy powyższego zdania dodają jeszcze: „Polityka społeczna państwa powinna stworzyć warunki, aby nikt z powodów trudności materialnych nie był zmuszony do opuszczenia własnego dziecka.” Innymi słowy, twierdzą, że dla osiągnięcia postulowanego przez nich, dobrego celu dopuszczalne jest posługiwanie się niemoralnymi środkami – przymuszanie ludzi przemocą lub groźbą jej użycia do oddawania pewnej grupie osób (funkcjonariuszom państwowym) swojej własności.

Jednego z motywów propagowania takiego niemoralnego postępowania można upatrywać w fakcie, że „[d]ziałalność Ośrodka jest częściowo finansowana przez [...] Powiat Warszawski”.

Kradzione pieniądze stanowią jednak tylko część budżetu Ośrodka. Współfinansuje go bowiem Kuria Biskupia oraz ofiarodawcy prywatni. Okazuje się więc, że istnieją osoby gotowe wesprzeć potrzebne i wspaniałe dzieło dobrowolnie. Czy nie dałoby się doprowadzić do takiej sytuacji, w której finansowano by je wyłącznie ze środków uzyskanych bez uciekania się do przemocy funkcjonariuszy państwowych?

Katolicki Ośrodek Adopcyjno-Opiekuńczy w Warszawie informuje również o tym, że w swojej działalności nawiązuje „współpracę ze służbą zdrowia, domami dziecka, oddziałami opieki społecznej administracji terenowej, policji i prokuratury [...] z Sądami Rodzinnymi i Urzędami Stanu Cywilnego”.

Czy da się czynić dobro – i czynić go tak wiele, a nawet więcej niż dotychczas – rezygnując z jakiejkolwiek współpracy z funkcjonariuszami państwowymi? Czy tolerowanie ich działalności i chodzenie z nimi na pewien kompromis niszczą cały sens działania, czy stanowią tylko pewną trudność, która należy znosić w imię starań o większe dobro?

Czy i w jaki sposób publicznie komentować zaangażowanie się do pewnego stopnia we współpracę z funkcjonariuszami państwowymi? Brać od nich pieniądze i wykorzystywać je w dobrym celu, niejako „ratując” choć część tego, co zostało wcześniej ukradzione w podatkach? Czy w ten sposób nawet osoby mające zamiar przeznaczyć „uratowane” środki na czynienie dobra nie stają się przypadkiem współsprawcami kradzieży?

Być może agresywna działalność funkcjonariuszy państwowych doprowadziła już do takiej sytuacji, w której jesteśmy usprawiedliwieni, wybierając „mniejsze zło”. Jeśli nawet tłumaczymy w ten sposób naszą obecną współpracę z aparatem przymusu i przemocy, warto, aby każdy często pytał samego siebie: czy to, co robię, to „tylko” bierne tolerowanie pewnego istniejącego już i w wielkim stopniu niezależnego ode mnie zła (w celu zapobieżenia większemu złu), czy to już czynne uczestnictwo w niemoralnym postępowaniu, którego nigdy nie usprawiedliwia dążenie do osiągnięcia jakiegoś dobra?

„Co jest dozwolone przez państwo?” czy „Co jest moralne?”

Zadanie, przed którym stoją katolicy, polega na odrzuceniu myślenia kategoriami „państwowymi”. Zamiast kierować się w swoim postępowaniu i formułowaniu poglądów tym, „co jest legalne” (w rozumieniu: „sankcjonowane przez funkcjonariuszy państwowych”), warto zadawać sobie pytanie: co jest moralne?

Można też podejść do sprawy z drugiej strony i zapytać: co jest niemoralne?

Żeby zorganizować jakąkolwiek interwencję funkcjonariuszy państwa, trzeba najpierw przemocą lub groźbą użycia przemocy pozbawić pewną liczbę osób ich mienia. Żadne działanie państwa nie może się obejść bez kradzieży. Można się obawiać, że – jeśli w dążeniu do celu z góry nie odrzucimy wykorzystywania złych środków – nic dobrego z tego nie wyjdzie.

Czy współdziałanie z ludźmi, którzy może akurat w tym momencie z jakichś przyczyn opowiadają się przeciwko sankcjonowaniu prawem państwowym większości (albo wszystkich) aborcji na danym terenie, może przynieść dobre owoce? Niewiarygodni wydają się ci ludzie, którzy angażują się w działalność polityczną i – rzekomo zabiegając o każde życie ludzkie – akceptują prawo do mordowania niektórych nienarodzonych osób (np. chorych), popierają istnienie państwowej armii i dokonywane przez jej członków morderstwa, nie widzą nic niestosownego w okradaniu ludzi – tych, których wskutek konieczności płacenia państwu haraczu nie stać już na lekarstwa; tych, którzy wskutek konieczności płacenia państwu haraczu nie mogą zapłacić za potrzebną operację; tych, którym konieczność płacenia państwu haraczu utrudnia utrzymanie swojej rodziny.

„Czy wolno mi nie mordować?”

Odstąpienie od trzymania się dobrych zasad wywołuje zazwyczaj chaos. Doskonale ilustruje to sytuacja, w jakiej znajdują się lekarze, którzy zdecydowali się pracować jako funkcjonariusze państwowi, ale nie chcą uczestniczyć w mordowaniu nienarodzonych dzieci. Pracownicy szpitali, którzy dobrowolnie zdecydowali się na współpracę z instytucją opierającą się z zasady na przemocy i przymusie, nierzadko angażują się w „walkę o prawo do niezabijania”. Chcą nadal pracować jako funkcjonariusze państwowi, ale domagają się prawa do odmowy przeprowadzania aborcji – czyli do odmowy podporządkowania się w pewnym punkcie przepisom państwowym.

Oczywiście, lepiej, jeśli lekarz sprzeciwia się braniu udziału w niszczeniu ludzkiego życia – nawet jako funkcjonariusz państwa – niż gdyby miał mordować. Określenie opisanej sytuacji mianem „lepszej” nie oznacza jednak, że jest ona dobra. Jest tylko „lepsza w porównaniu z tą, która mogłaby mieć miejsce” i nie da się ukryć, że nosi znamiona paranoicznej.

Czy nieuniknione jest stawianie samego siebie w takiej chorej sytuacji? Czy da się zaangażować w praktykę medyczną na zasadach wolnorynkowych – konsekwentnie działając na rzecz ochrony życia – pomagać ludziom i zarobić na utrzymanie swojej rodziny? Czy warto dobrowolnie pakować się w sytuację, w której będzie trzeba stosować wykręty, wykazywać, że – „co prawda sam zdecydowałem się na współpracę ze niemoralną organizacją – ale pewne jej ustalenia mnie nie obowiązują”, prowadzić nieustanne boje o to, czy wolno nie czynić zła?

Pewna niestosowność argumentów społeczno-ekonomicznych

Wiele osób jako argument przeciw aborcji podaje czynniki „państwowotwórcze”, społeczne i ekonomiczne.

Na przykład prowadzące liczne strony internetowe Centrum Służby Rodzinie w Łodzi na jednej z nich przekonuje: „Należy wziąć także pod uwagę ekonomiczne i społeczne skutki aborcji – obecnie przyrost naturalny w Polsce wynosi 1,29, co oznacza diametralny spadek ilości mieszkańców i starzenie się społeczeństwa (według prognoz ONZ za 100 lat liczba Europejczyków spadnie do połowy, a według GUS za 25 lat mediana wieku Polaków z 36 lat – jak jest obecnie, wzrośnie do 50 lat).” (http://www.aborcja.info.pl/wybor.html)

Niewątpliwie da się zaobserwować społeczne i ekonomiczne skutki towarzyszące opowiedzeniu się za chronieniem życia każdego człowieka, jak i za przyzwoleniem na jego niszczenie. Jednak zbyt częste odwoływanie się do nich i czynienie z nich głównego argumentu przeciw aborcji zdaje się wskazywać na to, że przywołujący go widzą w dzieciach nie osoby obdarzone nieskończoną godnością, ale raczej trybiki w machinie państwowej, która akurat potrzebuje „świeżej krwi”.

Dopóki ludzie są gotowi zabijać swoje dzieci, to znaczy, idąc głębiej, nie widzą sensu swojego istnienia i życia swojego potomstwa, niczego nie zmieni ani wymachiwanie im przed oczami statystykami, ani twierdzenie, że „muszą mieć dzieci, bo państwo, naród albo społeczeństwo tego potrzebuje”, ani różnego rodzaju działania spod znaku inżynierii społecznej – na przykład bodźce finansowe, które rzekomo mają „zachęcić do posiadania dzieci”. Te ostatnie nierzadko skłaniają ludzi do przekazywania innym życia tylko po to, aby otrzymywać „przysługujące” z tego tytułu zasiłki. Ponadto ułatwiają urzędującym w danym czasie funkcjonariuszom państwowym wprzęganie coraz to nowych osób w tryby przymusowego państwowego systemu emerytalnego, przymusowego uczęszczania do budynków szkolnych, „tworzą” z nich nowe zastępy podatników.

Jeżeli jakiś naród lub grupa społeczna nie ma poczucia sensu istnienia i związanej z tym chęci przekazywania dzieciom życia, to zginie bez względu na inne czynniki. Demoralizujące działania funkcjonariuszy państwowych mogą tylko ten nieuchronny proces przyspieszyć. Jeśli zaś człowiek cieszy się swoim istnieniem, dostrzega sens i bogactwo swojego życia, którym może się podzielić ze swoimi dziećmi, żadne sztuczne „stymulatory” nie są mu potrzebne.

Troska o to, co jest normalne

Może już czas zaprzestać oglądania się na to, co usiłują wtłaczać nam do głów twórcy i wykonawcy kampanii „informacyjnych” obliczonych na odgórne sterowanie ruchami „mas”, mniej czasu poświęcać na (może i prawdziwe) doniesienia o tym, co przed kwadransem wydarzyło się 150, 1.500 albo 15.000 kilometrów od miejsca, gdzie mieszkamy, przywiązywać niewielką wagę do tego, co powiedzieli albo zrobili prezydenci, królowie, ministrowie, posłowie, wójtowie, konsulowie i wszyscy inni funkcjonariusze państwowi. Ograniczyć przebywanie w świecie chorych postaw i idei – wśród ludzi, którzy nie widzą sensu życia, którzy odnoszą się do dzieci z wrogością, którzy stawiają człowieka na równi ze zwierzęciem.

Do czego warto dążyć? O co się troszczyć? Co jest normalne?

Normalne jest to, że matka i ojciec są otwarci na każde nowe życie, że cieszą się każdym nowym dzieckiem, że interesują się tym, co robią ich córki i synowie, że towarzyszą im w poznawaniu świata i wyjaśniają jego funkcjonowanie; że mają dla każdego dziecka czas, że dają mu przykład, postępując zgodnie z tym, co mówią; że dbają o swoją małżeńską więź; że idą z dzieckiem na spacer do lasu, że rozmawiają z nim, że jedzą wspólnie posiłki, że grają z nim w piłkę i w karty, że uczą dziecko wolności i odpowiedzialności. Normalne jest to, że rodzice dają dziecku poczucie, iż jest kochane. I przekonanie, że ani jego matce, ani ojcu nawet przez myśl by nie przeszło, iż mogą odnieść się ze skrajną agresją wobec swojej córki, syna lub jakiegokolwiek innego człowieka.

Warto, aby katolicy pojęli, że przyzwalanie na działalność państwa w jakiejkolwiek dziedzinie życia oraz wspieranie czynem i słowem niemoralnych działań jego funkcjonariuszy oznacza opowiedzenie się za chaosem i szalenie utrudnia pomaganie wielu rodzinom. Warto, żeby libertarianie zrozumieli, iż nie da się doprowadzić do zaistnienia społeczeństwa wolnościowego (a przynajmniej bardziej wolnego niż obecnie) bez oparcia go o rodziny, w których panują zdrowe relacje.

Stała troska o dobro drugiej osoby i pomaganie jej w mądrym korzystaniu z wolności – bez odwoływania się do gróźb i przymusu – stanowi zadanie trudne, ale możliwe do zrealizowania. Jak mówił 5 kwietnia 2008 r. Benedykt XVI: „Kościół zachowuje niezłomną ufność w człowieka i w jego zdolność do podniesienia się z upadku. Wie on, że z pomocą łaski wolność człowieka jest zdolna do definitywnego i wiernego daru z siebie, co umożliwia zawarcie małżeństwa między mężczyzną i kobietą jako nierozerwalnego związku; wie, że ludzka wolność nawet w najtrudniejszych sytuacjach jest zdolna do nadzwyczajnych aktów poświęcenia i solidarności, aby przyjąć życie nowej istoty ludzkiej. Można zatem się przekonać, że te «nie», które Kościół wypowiada w swym nauczaniu moralnym i na których jednostronnie koncentruje się niekiedy uwaga opinii publicznej, są w rzeczywistości wielkimi «tak» afirmującymi godność osoby ludzkiej, jej życie i jej zdolność kochania. Są one wyrazem niezmiennej ufności, że pomimo swych słabości ludzie potrafią sprostać temu wielkiemu powołaniu, do którego zostali stworzeni, czyli miłości.” (Benedykt XVI, Otoczmy opieką osoby zranione, „Osservatore Romano”, wydanie polskie, 5/2008, s. 28)