Tłumaczenie: Anthony Buono „Jak Bóg działa prowadząc ludzi do małżeństwa”

Drogi Anthony!

Zawsze czułam, że Bóg obmyślił na mojego męża konkretną osobę i wpłynie na bieg mojego życia w taki sposób, abym na pewno ją spotkała. Ale mam już 38 lat, a Ten Właściwy wciąż się nie pojawił. Czy mylę się, sądząc, że Bóg ma udział w prowadzeniu do mnie tej osoby, która w Jego zamierzeniu ma być moim mężem?

_______

Nie, nie mylisz się. Bóg nieustannie angażuje się w nasze życie we wszystkich jego wymiarach. Nie inaczej jest z powołaniem do małżeństwa. Bóg wpływa na ludzi, z którymi się spotkamy, i na to, jak dochodzi do naszego spotkania. Bóg naprawdę pomaga w znalezieniu właściwego towarzysza życia. Mówimy nawet w trakcie ceremonii zaślubin: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”.

Ale my, ludzie, zbyt często mamy skłonność do działań autodestrukcyjnych. Innymi słowy: robimy głupie rzeczy. Niemądre działania i decyzje (albo całkowity brak decyzji) wpływają na sposób realizacji naszego powołania do małżeństwa – tak jak wpłynęłyby na jakikolwiek inny ważny aspekt naszego życia. Dzieje się tak z powodu egoizmu. Chcemy tego, czego chcemy. Ale czego chce Bóg? Jeśli chce, abyśmy zawarli związek małżeński, pragnie pomóc nam w urzeczywistnieniu tego zamiaru i to raczej wcześniej niż później.

Bóg NIE wyznacza nam konkretnej osoby na współmałżonka. Działa natomiast w taki sposób, abyśmy spotkali osoby potencjalnie odpowiednie. Musimy mieć rozum i serce otwarte na to, kim są nasi potencjalni współmałżonkowie i postępować tak, aby rozpoznać tę osobę, która sprawi, że miłość zagości w naszych sercach. Jest tajemnicą, w jaki sposób Bóg prowadzi dwoje konkretnych ludzi do małżeństwa. Ale rola człowieka w tym procesie jest bardzo wielka i ostatecznie decyzja należy do nas.

Sakrament małżeństwa łączy dwoje ludzi dobrowolnie ślubujących wzajemne oddanie się sobie. „Dobrowolność” oznacza, że to my dokonujemy wyboru, a następnie Bóg błogosławi nasze postanowienie. Nasza decyzja to także zrezygnowanie z wszystkich innych potencjalnych współmałżonków. Twoim towarzyszem życia mógł teoretycznie zostać kto inny, ale decydujesz się na dozgonny związek z tą osobą, z którą się pobieracie.

Tajemnicą jest, w jaki sposób Bóg łączy rolę wpływającego na bieg zdarzeń z rolą ich obserwatora. Bóg z wielkim zaangażowaniem pomaga ci w znalezieniu kogoś, ale czeka na decyzję tych dwojga, którym pomógł. Dlatego też, niestety, rzeczywiście zdarza się, że – ze względu na wolną wolę człowieka – dwoje ludzi, którym Bóg pomógł, NIE łączy się węzłem małżeńskim. Czy dla któregokolwiek z niedoszłych małżonków to już koniec? Nie! Bóg nadal działa, ponieważ powołanie to coś zbyt ważnego. Może jest ktoś inny gotów ślubować (to znaczy dobrowolnym aktem przysiąc) Ci miłość do końca życia.

Dopóki będzie istnieć wolna wola, dopóty nie dojdzie do pewnych małżeństw, które powinny zostać zawarte. Sądzę, że człowiek mógł przegapić swoją najlepszą szansę na zawarcie małżeństwa, gdy w przeszłości dobrowolnie zdecydował o powiedzeniu „nie” komuś, kto był dobrym, odpowiednim kandydatem na współmałżonka. Nie oznacza to, że wszystko skończone; oznacza tylko, że znalezienie odpowiedniego towarzysza życia może stać się dużo trudniejsze albo zająć więcej czasu niż się spodziewamy itd.

Bóg nie ześle nam kogoś tak po prostu, „przeciwdziałając” brakowi wysiłku z naszej strony, ale raczej doprowadzi nas do właściwej osoby, „współdziałając” z naszymi staraniami. Musimy zacząć spotykać się z ludźmi, wśród których mamy szansę poznać uczciwych katolików stanu wolnego. W przeciwnym razie utrudniamy Bogu zadanie. Nie staje się ono niemożliwe do zrealizowania – ale jest dla Niego trudniejsze Na przykład: jeśli mieszkasz w takim miejscu, gdzie prawie nie ma katolików, i jesteś niechętna, aby się przeprowadzić albo pojechać gdzieś dalej, żeby kogoś spotkać, próbujesz zmusić Boga do uczynienia cudu. Musimy robić to, co do nas należy. Bóg pomaga tym, którzy pomagają sami sobie.

Nie zrzucajmy odpowiedzialności na Boga, twierdząc, że nie zsyła nam „tego jedynego” („tej jedynej”). To prawdopodobnie nasza wina; czy to ze względu na to, że jesteśmy zanadto zajęci, aby się z kimś spotkać; czy dlatego, że mamy zbyt wysokie oczekiwania; albo wymagamy doskonałości w każdym calu; albo pragniemy małżeństwa na naszych własnych warunkach i w określonych przez nas ramach czasowych. Jeśli masz wstąpić w związek małżeński, musisz zabrać się do roboty i zrobić wszystko to, czego potrzeba, aby znaleźć odpowiedniego towarzysza życia.

Zacznij od uświadomienia sobie, że istnieje wiele osób, którą staną się wspaniałymi (i odpowiednimi) towarzyszami życia, gotowymi do spełniania celów małżeństwa – to znaczy wzajemnej miłości i wydania na świat potomstwa dla chwały Bożej. Bóg jest w tym procesie obecny; wiedz więc, że to On jest zawsze Tym, który prowadzi nas do spotkania z innymi ludźmi. Przypatruj się uważnie wszystkim, którzy pojawiają się w Twoim życiu. Nie skreślaj ludzi pośpiesznie. Bądź gotowa (gotowy) otworzyć serce dla wartościowego mężczyzny (wartościowej kobiety). Nie przegap szansy na małżeństwo z kimś dobrym, tylko dlatego, że wydaje ci się, iż gdzieś żyje ktoś lepszy. Zaangażuj również w sprawę swoich rodziców. Mogą ci podpowiedzieć, czy jesteś z właściwą, czy też z niewłaściwą osobą. Częściej niż rzadziej kończy się na tym, że rodzic mówi: „Co z nim (nią) było nie tak?”, bo ich dziecko właśnie rozstało się z kimś wspaniałym i na pozór bez żadnego zrozumiałego powodu. A był to pewnie jakiś głupi powód.

W dzisiejszych czasach potrzeba, byś była w swoich wysiłkach „heroiczna”. Katolikom stanu wolnego nie jest dziś łatwo. Znalezienie odpowiedniego towarzysza życia może wymagać sporych nakładów (zarówno czasowych, jak i finansowych). Z pewnością jednak warto podjąć cały ten trud, który owocuje tym, że obdarzasz miłością męża (żonę), i wiesz, że robisz to, czego oczekuje od Ciebie Bóg.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Anthony Buono, How God works in bringing people together, http://www.6stonejars.com/index.cfm/2008/2/26/How-God-Works-in-Bringing-People-Together

How God works in bringing people together opublikowano na blogu Anthony’ego Buono 6 Stone Jars 26 lutego 2008 r.

Benedykt XVI „Wielkim wyborem chrześcijaństwa jest wybór racjonalności oraz pierwszeństwa rozumu”*

Odpowiedź Jego Świątobliwości Benedykta XVI na pytanie, jakie skierował do niego 6 kwietnia 2006 r. podczas spotkania z młodzieżą na Placu Świętego Piotra Giovanni:

„Ojcze Święty, mam na imię Giovanni, mam 17 lat, uczę się w Technikum im. Giovanniego Giorgiego w Rzymie i należę do parafii Najświętszej Maryi Panny Matki Miłosierdzia.

Proszę Cię, byś pomógł nam lepiej zrozumieć, w jaki sposób objawienie biblijne i teorie naukowe mogą spotkać się w poszukiwaniu prawdy.

Często skłonni jesteśmy sądzić, że nauka i wiara są sobie wrogie; że nauka i technika są tym samym; że logika matematyczna odkryła wszystko; że świat jest dziełem przypadku oraz że jeśli matematyka nie odkryła teorematu-Boga, stało się tak dlatego, że Bóg po prostu nie istnieje.

Krótko mówiąc, zwłaszcza kiedy się uczymy, nie zawsze łatwo jest sprowadzić wszystko do Bożego planu, wpisanego w naturę i w dzieje człowieka. I czasami wiara staje się chwiejna albo zostaje sprowadzona do zwykłego aktu uczuciowego.

Ojcze Święty, ja również, jak wszyscy młodzi, odczuwam głód Prawdy: ale co mam robić, żeby doprowadzić do pogodzenia w moim życiu nauki z wiarą?”

_______

Wielki Galileusz powiedział, że Bóg napisał księgę natury językiem matematycznym. Był przekonany, że Bóg podarował nam dwie księgi: księgę Pisma Świętego oraz księgę natury. A językiem natury — takie żywił przekonanie — jest matematyka, a zatem to ona jest językiem Boga, językiem Stwórcy.

Pomyślmy teraz o tym, czym jest matematyka: sama w sobie jest systemem abstrakcyjnym, wynalazkiem ludzkiego umysłu, który w czystej formie nie istnieje. Jest zawsze urzeczywistniany w przybliżeniu, ale — jako taki — jest systemem intelektualnym, jest wielkim, genialnym wynalazkiem ludzkiego umysłu.

Rzeczą zaskakującą jest, że ten wynalazek naszego ludzkiego umysłu rzeczywiście jest kluczem do zrozumienia natury, że natura ma rzeczywiście strukturę matematyczną i że nasza matematyka, wynaleziona przez nasz umysł, jest rzeczywiście narzędziem pozwalającym pracować nad naturą, sprawić, by nam służyła, by dzięki technice stała się narzędziem.

Wydaje mi się rzeczą niemal niewiarygodną, że wynalazek ludzkiego intelektu i struktura wszechświata są zbieżne: wynaleziona przez nas matematyka daje nam rzeczywiście dostęp do natury wszechświata i czyni go dla nas użytecznym.

A zatem struktura intelektu ludzkiego podmiotu i obiektywna struktura rzeczywistości są zbieżne: subiektywny rozum oraz rozum zobiektywizowany w naturze są tożsame. Myślę, że ta zbieżność tego, co wymyśliliśmy, z tym, w jaki sposób realizuje się i zachowuje natura, stanowi wielką zagadkę i wielkie wyzwanie, ponieważ widzimy, że ostatecznie istnieje «jeden» rozum, łączący obydwa.

Nasz rozum nie mógłby odkryć tego drugiego, gdyby nie było jednego rozumu ponad obydwoma.

Wydaje mi się, że właśnie w tym sensie matematyka — w której Bóg jako taki nie może się objawić — pokazuje nam rozumną strukturę wszechświata. Dzisiaj mamy również teorie chaosu, ale odgrywają ograniczoną rolę, bowiem gdyby chaos miał przewagę, cała technika stałaby się niemożliwa. Tylko dzięki temu, że nasza matematyka jest wiarygodna, również technika jest wiarygodna.

Nasza nauka, która ostatecznie sprawia, że możemy wykorzystywać siły natury, zakłada wiarygodną, rozumną strukturę materii. W ten sposób widzimy, że istnieje racjonalność subiektywna oraz racjonalność zobiektywizowana w materii, i są one zbieżne.

Oczywiście, nikt nie może teraz udowodnić — tak jak się udowadnia doświadczalnie, w prawach techniki — że obydwie mają rzeczywiście źródło w jednej inteligencji, ale wydaje mi się, że ta jedność inteligencji, kryjąca się za obiema inteligencjami, objawia się naprawdę w naszym świecie. Im bardziej dzięki naszej inteligencji możemy czynić ze świata narzędzie, tym bardziej objawia się zamysł Stworzenia.

W końcu, żeby dojść do najważniejszej kwestii, powiedziałbym: Bóg albo jest, albo Go nie ma. Istnieją tylko te dwie możliwości. Albo się uznaje pierwszeństwo rozumu, stwórczego Rozumu, będącego u początku wszystkiego i będącego zasadą wszystkiego — priorytet rozumu jest również priorytetem wolności — albo też przyznaje się priorytet elementowi irracjonalnemu, skutkiem czego wszystko, co dzieje się na naszej ziemi i w naszym życiu, byłoby jedynie przypadkowe, marginalne, byłoby irracjonalnym wytworem — rozum byłby wytworem irracjonalności.

Nie można ostatecznie «udowodnić» jednej lub drugiej hipotezy, ale wielkim wyborem chrześcijaństwa jest wybór racjonalności oraz pierwszeństwa rozumu. Wydaje mi się to doskonałym wyborem, pokazującym nam, że za tym wszystkim stoi wielka Inteligencja, której możemy zaufać.

Jednocześnie wydaje mi się, że obecnie prawdziwym problemem dla wiary jest zło w świecie: pytamy się, w jaki sposób można je pogodzić z tą rozumnością Stwórcy. I tu rzeczywiście potrzebujemy Boga, który stał się człowiekiem i który nam pokazuje, że nie jest On tylko rozumem matematycznym, ale że ten pierwotny Rozum jest również Miłością. Jeśli patrzymy na te wielkie drogi, wybór chrześcijański również dzisiaj jest wyborem najbardziej racjonalnym i najbardziej ludzkim.

Dlatego z ufnością możemy wypracować filozofię, wizję świata opierającą się na tym priorytecie rozumu, na ufności, że stwórczy Rozum jest miłością, i że tą miłością jest Bóg.

_______

PRZYPIS

* Tytuł pochodzi od autora bloga.

_______

Opracowanie na podstawie:
Incontro del Santo Padre con i Giovani della Diocesi di Roma in preparazione alla XXI Giornata Mondiale della Gioventù – Colloquio di sua Santità Benedetto XVI con i giovani, http://www.jesus.2000.years.de/holy_father/benedict_xvi/speeches/2006/april/documents/hf_ben-xvi_spe_20060406_xxi-wyd_it.html

Encounter of His Holiness Benedict XVI with the Youth, http://www.jesus.2000.years.de/holy_father/benedict_xvi/speeches/2006/april/documents/hf_ben-xvi_spe_20060406_xxi-wyd_en.html

Benedykt XVI, Dawajcie świadectwo o Bogu w świecie współczesnym, http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/benedykt_xvi/przemowienia/mlodziez-rozmowa_06042006.html

Benedykt XVI „Wolność realizuje się poprzez służbę”*

20 lutego 2009 r. — w przededniu Święta Matki Bożej Zawierzenia, patronki Rzymskiego Wyższego Seminarium Duchownego — Benedykt XVI spotkał się z seminarzystami i ich formatorami. W seminaryjnej kaplicy wygłosił dla nich «lectio divina», opartą na fragmencie Listu Św. Pawła do Galatów (5, 13–16).

_______

Księże Kardynale, Drodzy Przyjaciele!

Zawsze z wielką radością przybywam do mojego Seminarium, by patrzeć na przyszłych kapłanów mojej diecezji i razem z wami oddawać cześć Matce Bożej Zawierzenia. Z Nią, która nas wspomaga i nam towarzyszy, daje nam prawdziwie pewność, że zawsze wspiera nas łaska Boża, podążajmy naprzód!

Zobaczmy teraz, co mówi nam św. Paweł w słowach: «Powołani zostaliście do wolności». We wszystkich epokach wolność była wielkim marzeniem ludzkości, od samego jej zarania, a w szczególności w czasach współczesnych. Wiemy, że ten tekst Listu do Galatów zainspirował Lutra, któremu ostatecznie reguła zakonna, hierarchia oraz nauczanie Kościoła jawiły się jako jarzmo niewoli, spod którego należało się wyzwolić. Później, w okresie oświecenia, w pełni panowało i było wszechobecne owo pragnienie wolności, którą — jak się wydawało — wreszcie osiągnięto. Również marksizm jawił się jako droga ku wolności.

Pytamy się dzisiejszego wieczoru, czym jest wolność. W jaki sposób możemy być wolni? Św. Paweł pomaga nam zrozumieć złożoną rzeczywistość, jaką jest wolność, włączając to pojęcie w kontekst podstawowych wizji antropologicznych i teologicznych. Mówi: «Tylko nie [bierzcie] tej wolności jako zachęty do [hołdowania] ciału, wręcz przeciwnie, miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie». Rektor już nam powiedział, że «ciało» to nie cielesność, lecz — w języku św. Pawła — «ciało» wyraża absolutyzację ego, które chce być wszystkim i wszystko zawłaszczyć. To «ja» absolutne, które od niczego i od nikogo nie zależy, wydaje się prawdziwie i ostatecznie wolne. Jestem wolny, jeśli nie zależę od nikogo, jeśli mogę robić wszystko, co chcę. Lecz właśnie ta absolutyzacja ego jest «ciałem», czyli degradacją człowieka, a nie zdobyciem wolności. Libertynizm nie jest wolnością, a raczej porażką wolności.

Św. Paweł odważył się zaproponować rzecz wielce paradoksalną: «Miłością ożywieni służcie sobie» (po grecku douléuete), co oznacza, że paradoksalnie wolność realizuje się poprzez służbę. Stajemy się wolni, gdy służymy sobie nawzajem. Tak więc św. Paweł ukazuje cały problem wolności w świetle prawdy o człowieku. Sprowadzenie wszystkiego do ciała, co pozornie jest podniesieniem do rangi bóstwa — «Tylko ja jestem człowiekiem» — wiedzie do kłamstwa, ponieważ rzeczywistość jest inna. Człowiek nie jest absolutem, tak jakby «ja» mogło się oddzielić i postępować jedynie według własnej woli. Jest to sprzeczne z prawdą o naszym jestestwie. Prawdą o nas jest przede wszystkim to, że jesteśmy stworzeniami, Bożymi stworzeniami, i żyjemy w relacji ze Stwórcą. Jesteśmy istotami stworzonymi do relacji. I tylko akceptując tę naszą relacyjność, dochodzimy do prawdy, w przeciwnym razie popadamy w zakłamanie, a to ostatecznie nas niszczy.

Jesteśmy stworzeniami, a zatem jesteśmy zależni od Stwórcy. W okresie oświecenia szczególnie w nurcie ateistycznym było to postrzegane jako zależność, z której należało się wyzwolić. W rzeczywistości jednak zależność ta byłaby zgubna tylko wtedy, gdyby Bóg Stwórca był tyranem, a nie Istotą dobrą, jedynie gdyby był podobny do ludzkich tyranów. Skoro natomiast ten Stwórca nas kocha i nasza zależność oznacza przebywanie w przestrzeni Jego miłości, to w takim przypadku właśnie ta zależność jest wolnością. Dzięki temu bowiem trwamy w miłości Stwórcy, jesteśmy z Nim zjednoczeni, z całą Jego rzeczywistością, z całą Jego mocą. Zatem to jest pierwszy aspekt: być stworzeniem oznacza być kochanym przez Stwórcę, pozostawać w relacji miłości, którą nas obdarza, która nas uprzedza. Z tego przede wszystkim wynika prawda o nas, która jest jednocześnie powołaniem do miłości.

Dlatego też widzieć Boga, kierować się ku Bogu, poznawać Boga, poznawać wolę Bożą, przyjmować wolę, czyli miłość Boga, to wchodzić coraz głębiej w przestrzeń prawdy. Ta droga poznawania Boga, relacji miłości z Bogiem jest wspaniałą przygodą naszego chrześcijańskiego życia, ponieważ poznajemy w Chrystusie oblicze Boga, który miłuje nas aż po Krzyż, aż po dar z samego siebie.

Ale relacyjna natura stworzeń pociąga za sobą również inny rodzaj relacji: jesteśmy w relacji z Bogiem, ale zarazem, jako rodzina ludzka, żyjemy też w relacjach wzajemnych. Innymi słowy, z jednej strony ludzka wolność jest życiem w radości i w szerokiej przestrzeni miłości Boga, ale wymaga także, byśmy byli jedno z innymi i dla innych. Nie istnieje coś takiego, jak wolność przeciwko drugiemu człowiekowi. Jeśli siebie uważam za wartość absolutną, staję się nieprzyjacielem drugiego człowieka, wspólne życie nie jest już wtedy możliwe, a całe życie staje się porażką. Jedynie wolność dzielona z innymi jest wolnością ludzką; będąc razem, możemy tworzyć symfonię wolności.

Zatem kolejnym ważnym aspektem jest to, że jedynie akceptując drugiego człowieka, akceptując również to pozorne ograniczenie mojej wolności, jakie wynika z respektowania wolności drugiego człowieka, jedynie w tej sieci zależności, dzięki której stajemy się wreszcie jedną rodziną, dążę do powszechnego wyzwolenia.

I tu pojawia się pewien bardzo ważny szczegół: co jest miarą tego współdzielenia wolności? Widzimy, że człowiek potrzebuje porządku i prawa, aby mógł realizować swoją wolność, która jest wolnością przeżywaną wspólnie. Jak znaleźć ten właściwy porządek, w którym nikt nie będzie uciśniony, natomiast każdy będzie mógł współtworzyć ową swoista symfonię wolności? Jeśli nie ma wspólnej prawdy o człowieku, jaka jawi się w wizji Boga, pozostaje jedynie pozytywizm, i odnosi się wrażenie, że coś jest narzucone, i to siłą. Stąd ten bunt przeciw porządkowi i prawu, odbieranym jako zniewolenie.

Lecz jeśli potrafimy znaleźć porządek Stwórcy w naszej naturze, porządek prawdy, która wyznacza każdemu jego miejsce, to porządek i prawo mogą być właśnie narzędziami do walki ze zniewoleniem przez egoizm. Służenie sobie nawzajem staje się narzędziem wolności i w tym miejscu możemy zastosować całą filozofię polityki, opartą na społecznym nauczaniu Kościoła, która pomaga nam znaleźć powszechny porządek wyznaczający każdemu jego miejsce w życiu wspólnoty ludzkiej. A zatem tym, czego przede wszystkim należy przestrzegać, jest prawda. Wolność w sprzeczności z prawdą nie jest wolnością. Służenie sobie nawzajem tworzy wspólną przestrzeń wolności.

Dalej Paweł mówi: «Prawo wypełnia się w tym jednym nakazie: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego». Za tym stwierdzeniem kryje się tajemnica wcielonego Boga, tajemnica Chrystusa, który przez swoje życie, śmierć i zmartwychwstanie staje się żywym prawem. Już pierwsze słowa naszego czytania: «Powołani zostaliście do wolności», nawiązują od razu do tej tajemnicy. Zostaliśmy powołani przez Ewangelię, zostaliśmy prawdziwie powołani przez chrzest do udziału w śmierci i w zmartwychwstaniu Chrystusa. W ten sposób przeszliśmy od «ciała», od egoizmu, do komunii z Chrystusem. I w ten sposób żyjemy w pełni prawa.

Prawdopodobnie wszystkim z was znane są piękne słowa św. Augustyna: «Dilige et fac quod vis — Kochaj i czyń, co chcesz». To, co mówi Augustyn, jest prawdą, jeżeli dobrze zrozumieliśmy słowo «miłość». «Kochaj i czyń, co chcesz», lecz musimy być naprawdę w ścisłej komunii z Chrystusem, zanurzyć się w jego śmierć i zmartwychwstanie, być zjednoczeni z Nim we wspólnocie Jego Ciała. Dzięki udziałowi w sakramentach oraz słuchaniu Słowa Bożego faktycznie wola Boża, prawo Boże przenikają naszą wolę, nasza wola utożsamia się z Jego wolą, stają się jedną wolą, i w ten sposób stajemy się prawdziwie wolni, możemy rzeczywiście czynić to, co chcemy, gdyż chcemy tego, co Chrystus, w prawdzie i zgodnie z prawdą.

Prośmy zatem Pana, aby nam pomógł iść tą drogą rozpoczętą na chrzcie, drogą utożsamiania się z Chrystusem, które dokonuje się zawsze na nowo w Eucharystii. W III Modlitwie Eucharystycznej mówimy: «abyśmy [...] stali się jednym ciałem i jedną duszą w Chrystusie». Jest to chwila, w której poprzez Eucharystię i poprzez nasz faktyczny udział w Misterium Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa stajemy się z Nim jedną duszą, utożsamiamy naszą wolę z Jego wolą, i dzięki temu prawdziwie osiągamy wolność.

W tym słowie wypełniło się prawo — w tym jedynym słowie, urzeczywistniającym się w komunii z Chrystusem, wyłaniają się postaci wszystkich świętych, którzy dostąpili tej komunii z Chrystusem, osiągnęli tę jedność bytu, jedność z Jego wolą. Pojawia się przede wszystkim Matka Najświętsza, w swej pokorze, dobroci i miłości. Matka Najświętsza napełnia nas ufnością, bierze nas za rękę, prowadzi nas, pomaga nam iść drogą jedności z wolą Bożą, tak jak sama od pierwszej chwili czyniła, a tę jedność wyraziła swoim fiat.

I na koniec, po tych pięknych rzeczach, w Liście znów pojawia się wzmianka o dość smutnej sytuacji panującej wśród Galatów. Paweł mówi: «A jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli. [...] postępujcie według ducha» (5, 15–16). Wydaje mi się, że w tej wspólnocie, która nie podążała już drogą jedności z Chrystusem, lecz drogą zewnętrznego prawa «ciała», naturalnie dochodzi także do polemik, a Paweł mówi: «Jesteście jak dzikie zwierzęta, jeden kąsa drugiego». Nawiązuje w ten sposób do dyskusji, jakie powstają, kiedy wiara przeradza się w intelektualizm, a pokorę zastępuje arogancja, która rodzi przekonanie o własnej wyższości.

Widzimy, że i dziś dzieje się podobnie w sytuacjach, gdy zamiast budować komunię z Chrystusem, z Ciałem Chrystusa, jakim jest Kościół, każdy chce górować nad innymi i z intelektualną arogancją daje do zrozumienia, że byłby lepszy. To rodzi destruktywne polemiki, będące karykaturą Kościoła, który powinien być jedną duszą i jednym sercem.

To napomnienie św. Pawła również dziś powinno skłaniać nas do rachunku sumienia, byśmy nie uważali się za lepszych od innych, lecz przyjęli pokorę Chrystusa, pokorę Matki Najświętszej, byśmy żyli w posłuszeństwie wiary. Dzięki temu także przed nami otworzy się rozległa przestrzeń prawdy i wolności w miłości.

Na zakończenie zechciejmy podziękować Bogu za to, że ukazał nam swoje oblicze w Chrystusie, za to, że ofiarował nam Matkę Najświętszą i świętych, że powołał nas, byśmy byli jednym ciałem i jedną duszą z Nim. Módlmy się, aby pomagał nam coraz bardziej utożsamiać się z Jego wolą, co nam pozwoli razem — z wolnością — odnaleźć miłość i radość.

[Po kolacji spożytej w rodzinnej atmosferze ze wspólnotą seminaryjną Papież pożegnał seminarzystów słowami:]

Mówią mi, że oczekujecie, iż jeszcze coś powiem. Powiedziałem już chyba zbyt dużo, lecz chciałbym wyrazić moją wdzięczność i radość z tego, że jestem z wami. W rozmowie przy stole dowiedziałem się więcej o historii Lateranu, począwszy od Konstantyna, Sykstusa V, Benedykta XIV – papieża Lambertiniego.

Poznałem dzięki temu wszystkie zawiłości historii i dzieje nieustannego odradzania się Kościoła w Rzymie. Zrozumiałem, że pomimo braku ciągłości wydarzeń zewnętrznych trwa jedność Kościoła we wszystkich czasach. Także na podstawie składu Seminarium zrozumiałem, że jest ono wyrazem katolickości naszego Kościoła. Choć pochodzimy ze wszystkich kontynentów, jesteśmy jednym Kościołem i mamy wspólną przyszłość. Miejmy jedynie nadzieję, że będzie wzrastać liczba powołań, gdyż potrzeba, jak powiedział rektor, robotników w winnicy Pańskiej. Dziękuję wam wszystkim!

_______

PRZYPIS

* Tytuł pochodzi od autora bloga.

_______

Opracowanie na podstawie:
Visita al Pontificio Seminario Romano Maggiore in occasione della Festa della Madonna della Fiducia – Discorso del Santo Padre Benedetto XVI, http://www.vatican.va/holy_father/benedict_xvi/speeches/2009/february/documents/hf_ben-xvi_spe_20090220_seminario-maggiore_it.html

Address of His Holiness Benedict XVI to the Community of the Roman Major Seminary for the Annual Feast Of Our Lady Of Trust, http://www.vatican.va/holy_father/benedict_xvi/speeches/2009/february/documents/hf_ben-xvi_spe_20090220_seminario-maggiore_en.html

Benedykt XVI, Z radością spotykam się z przyszłymi kapłanami mojej diecezji, „L’Osservatore Romano – Wydanie Polskie”, numer 4/2009, s. 28–30

Tłumaczenie: Pius XII „Człowiek uprawiający ziemię wciąż reprezentuje naturalny porządek rzeczy chciany przez Boga – Papież o życiu na wsi”*

Przemówienie wygłoszone przez Jego Świątobliwość Piusa XII 15 listopada 1946 r. w Rzymie do delegatów zgromadzonych na Konwencji Narodowej Konfederacji Właścicieli i Zarządców Gospodarstw Rolnych.

_______

Powitanie

Za każdym razem, gdy witamy przedstawicieli zawodów tworzących ekonomiczne i społeczne życie narodu, doświadczamy szczególnej przyjemności. Dodatkową satysfakcję czerpiemy przy tej okazji, witając was, ukochanych synów, delegatów rozległej Narodowej Konfederacji, złożonej z wielkiej liczby właścicieli-zarządców gospodarstw rolnych. Ziemia, którą uprawiacie, to „żyzne pola”, „dulcia arva”, tak drogie szlachetnemu Wergiliuszowi (Bukoliki). To ziemia Italii, której trwałe i życiodajne zdrowie, której żyzne pola, słoneczne pagórki i cieniste lasy, której płodne winorośle i drzewa oliwkowe, której zadbane trzody opiewał Pliniusz (Naturalis Historia). „O fortunatos nimium, sua si bona norint, agricolas!” (Wergiliusz, Georgiki). „O więcej niż szczęśliwi rolnicy” – wołał wielki poeta wsi. – „Gdyby tylko znali swoje szczęście!”. Nie mogliśmy zatem pozwolić, aby ta okoliczność minęła bez słowa zachęty i napomnienia, szczególnie że wszyscy dobrze zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo odrodzenie moralne całego naszego narodu zależy od rozsądnej społecznie i stałej w wierze klasy rolników.

Kontakt z naturą

Żyjecie bardziej niż ktokolwiek inny w stałym kontakcie z naturą. Ten kontakt jest prawdziwy, ponieważ prowadzicie swoje życie w miejscach wciąż odległych od zbytków sztucznej cywilizacji. Pod słońcem Niebieskiego Ojca poświęcacie wasze życie wydobywaniu z głębi ziemi obfitych bogactw, które ukryła tam dla was Jego ręka. Wasz kontakt z Matką Ziemią ma również głębokie znaczenie społeczne, ponieważ wasze rodziny to nie tylko społeczności konsumentów, ale również i w szczególności wspólnoty producentów.

Zakorzenieni w rodzinie

Wasze życie jest zakorzenione w rodzinie – uniwersalnie, głęboko i całkowicie. W rezultacie przebiega w ścisłej bliskości z naturą. W tym leży wasza siła ekonomiczna i wasza umiejętność przezwyciężenia trudności w czasach kryzysu. Owo silne zakorzenienie w rodzinie stanowi o wadze waszego udziału we właściwym rozwoju prywatnego i publicznego porządku społecznego. Z tego względu jesteście wezwani do pełnienia niezbędnej funkcji źródła i obrońcy nieskazitelnego życia moralnego i religijnego. Ziemia bowiem jest jakby szkołą, która daje zdrowych na duszy i ciele ludzi do wszystkich zajęć, dla Kościoła i dla Państwa.

Kultura wiejska

Tym bardziej należy zatem wykazać się wielką troska o zachowanie dla narodu istotnych elementów tego, co można by nazwać autentyczną kulturą wiejską. Musimy chronić wartości takie jak pracowitość, proste i uczciwe życie, szacunek dla autorytetu, szczególnie dla autorytetu rodziców, miłość do ojczyzny i wierność tradycjom, które okazywały się na przestrzeni wieków krynicą dobra. Musimy pielęgnować gotowość do pomagania sobie wzajemnie w kręgu rodziny i między rodzinami; dom domowi. Wszystkie te przymioty musimy ożywiać prawdziwym duchem religijnym, bo bez takiego ducha te właśnie cnoty mają tendencję do przeradzania się w nieokiełznaną pogoń za zyskiem. Niech bojaźń Boża i wiara w Boga, wiara, która znajduje swój codzienny wyraz w modlitwach odmawianych wspólnie przez całą rodzinę, podtrzymuje życie osób pracujących na roli i kieruje nim. Niech kościół pozostanie sercem wsi, świątynią ludzi. Niech w każdą niedzielę gromadzi wyznawców, trwających przy świętych tradycjach swoich przodków. Tam wierni mogą wznieść swoje umysły ponad rzeczy materialne, chwaląc Boga i służąc Mu oraz zanosząc prośby o siłę do myślenia i życia w prawdziwie chrześcijański sposób podczas nadchodzącego tygodnia.

Godziwe wynagrodzenie

Uprawa ziemi ma ze swej natury charakter rodzinny, a zatem jest bardzo istotnym elementem społecznej i ekonomicznej pomyślności całego narodu. Człowiek uprawiający ziemię ma zatem szczególne prawo do godziwego wynagrodzenia za swoją pracę. W ciągu ostatniego wieku, a nawet obecnie, dochodziło do zniechęcających prób realizowania innych celów kosztem uprawy roli. Jeśli ktoś stara się o stojącą na najwyższym poziomie i najszybciej rozwijającą się gospodarkę narodową albo o zaopatrzenie narodu w produkty rolnicze możliwie najtańszym sposobem, w obydwu przypadkach stanie przed pokusą podporządkowania rolnictwa takim właśnie celom.

Obowiązki względem ziemi i bliźniego

Ciąży na was zatem obowiązek pokazania, że mimo swego rodzinnego charakteru uprawa roli nie oznacza rezygnacji z korzyści, jakie odnosi się w związku z innymi rodzajami działalności gospodarczej, a ponadto pozwala uniknąć związanych z nimi niebezpieczeństw. Bądźcie otwartymi na zmiany, troskliwymi i pełnymi inicjatywy włodarzami waszej ojczystej ziemi, której należy używać, ale nigdy nie nadużywać. Niech będzie widoczne, że jesteście rozumnymi, gospodarnymi ludźmi, otwartymi na postęp; ludźmi, którzy odważnie wykorzystują kapitał własny i innych dla wspomożenia i uzupełnienia waszej pracy – pod warunkiem, że takie wydatki nie będą stanowić zagrożenia dla przyszłości waszych rodzin. Pokażcie, że uczciwie prowadzicie sprzedaż, że nie bogacicie się podstępnie i zachłannie kosztem innych, i że jesteście życzliwymi nabywcami na waszych lokalnych rynkach.

Dobrze wiemy, jak często sprostanie temu ideałowi może się nie powieść. Mimo że dostrzegamy prawość intencji oraz godność w postępowaniu, którymi może chlubić się wielu rolników, nie ulega jednak wątpliwości, że obecne czasy wymagają wielkiej stałości przekonań i siły woli. Musicie przedkładać zdobywanie środków do życia w pocie czoła nad poddawanie się diabelskiej pokusie łatwego zysku, który oznaczałby wyzysk znajdującego się w naglącej potrzebie bliźniego.

Edukacja do życia na wsi

Egoizm wyraża się również w inny sposób poprzez błąd rodziców, którzy zbyt wcześnie przymuszają dzieci do pracy, zaniedbując ich formację duchową, kształcenie, edukację szkolną oraz specjalistyczne szkolenie zawodowe. Nic bardziej błędnego niż przekonanie, że człowiek uprawiający ziemię nie potrzebuje gruntownej i odpowiedniej edukacji, która umożliwi mu wykonywanie różnych pojawiających się obowiązków we właściwym czasie.

Grzech, ziemia i praca

To prawda, że grzech uczynił pracę na roli uciążliwą, ale to nie grzech sprowadził na świat taką pracę. Zanim pojawił się jakikolwiek grzech „Bóg dał człowiekowi ziemię, aby ją uprawiał – jako najpiękniejsze i najbardziej zaszczytne zajęcie w naturalnym porządku rzeczy”. Wskutek grzechu pierworodnego naszych pierwszych rodziców wszystkie grzechy uczynkowe ludzkości ściągały na ziemię ciążące coraz bardziej przekleństwo. Dotykały ją kolejne nieszczęścia wszelkiego rodzaju: powodzie, trzęsienia, zarazy, niszczące wojny i miny lądowe. W niektórych miejscach ziemia stała się jałowa, nieurodzajna i zniszczona – i odmówiła człowiekowi swoich ukrytych skarbów. Ziemia to wielkie zranione stworzenie; jest chora. Pochylając się nad nią – nie jako niewolnik nad czymś niewdzięcznym, ale jako lekarz nad powalonym chorobą pacjentem – rolnik z miłością, hojnie obdarza ją swoją troską. Ale miłość, mimo że jest tak potrzebna, nie wystarczy. Znać naturę, znać, można by powiedzieć, usposobienie własnego kawałka ziemi, czasem tak innego od sąsiedniego; umieć dostrzec bakterie niszczące ziemię, gryzonie ryjące pod nią korytarze, szkodniki zjadające jej owoce, chwasty atakujące uprawy; ustalić, czego jej brakuje, i dokonać wyboru kolejnych pór sadzenia, które wzbogacą ziemię, nawet gdy będzie odpoczywać – te i tak wiele innych rzeczy wymagają szerokiej i zróżnicowanej wiedzy oraz informacji.

Reformy ziemskie

W dodatku, całkiem niezależnie od procesu odbudowy wymuszonego przez wojnę, w wielu miejscach sytuacja dotycząca ziemi wymaga ostrożnych i dobrze zaplanowanych kroków wstępnych, które należy podjąć, aby dokonać jakiejkolwiek reformy w zakresie własności ziemi oraz kontraktów rolnych. Jak uczą nas historia oraz doświadczenie, bez takich działań improwizowana reforma przerodziłaby się w czystą demagogię. Zatem – zamiast przynosić zyski – byłaby zarówno bezużyteczna, jak i niebezpieczna, szczególnie dziś, gdy ludzkość wciąż musi bać się o swój chleb powszedni. W dawniejszych czasach stosunkowo często zwodnicze i pełne przechwałek nawoływania mówców bez zasad czyniły z mieszkańców wsi nieświadome ofiary wyzysku i niewolników podległych zwierzchności, której instynktownie starali się unikać.

Miasto czy wieś

Ze względu na to, że życie rolnika toczy się tak blisko natury i opiera w tak znacznym stopniu na rodzinie, tym drastyczniej ujawniają się w związku z nim pewne typowe rodzaje niesprawiedliwości. Są one najbardziej widoczne w konflikcie między miastem a wsią. Jaki jest powód tego konfliktu, tak charakterystycznego – niestety – dla naszych czasów?

Współczesne miasta, ze swoim nieprzerwanym wzrostem i olbrzymim zagęszczeniem mieszkańców, są typowym wytworem kontroli sprawowanej nad życiem ekonomicznym i samym życiem człowieka przez interesy wielkiego kapitału. Jak Nasz znakomity Poprzednik Pius XI pokazał tak celnie w Swojej encyklice Quadragesimo Anno, zbyt często zdarza się, że to nie potrzeby ludzkie – w zgodzie ze swą naturalną i obiektywną doniosłością – rządzą życiem ekonomicznym i korzystaniem z kapitału. Wręcz przeciwnie – kapitał i jego żądza zysku decydują o tym, jakie powinny być potrzeby człowieka i do jakiego stopnia zostaną zaspokojone. Zatem to nie ludzka praca w służbie wspólnej pomyślności jest tym, co przyciąga kapitał i zmusza go do służby. To raczej kapitał miota pracą i samym człowiekiem na wszystkie strony – jak piłką w grze. Jeśli z powodu tego nienaturalnego stanu rzeczy cierpi mieszkaniec miasta, w o ileż większej sprzeczności stoi to z samą istotą życia rolnika. Mimo wszystkich spotykających go trudności, człowiek uprawiający ziemię wciąż reprezentuje naturalny porządek rzeczy chciany przez Boga. Rolnik wie, że człowiek ma przez swoją pracę panować nad rzeczami materialnymi; rzeczy materialne nie mają panować nad człowiekiem.

Ucieczka do miasta

Na tym zatem polega głęboko ukryta przyczyna współczesnego konfliktu między miastem a wsią – ludzie stają się całkowicie różni w zależności od swojego punktu widzenia. Różnica poglądów staje się tym bardziej wyrazista, im bardziej kapitał, zrezygnowawszy ze szlachetnej misji starania o dobro wszystkich grup w społeczeństwie, przenika świat rolnika albo innym sposobem angażuje go w swoje niegodziwości. Świeci swoim złotem i pełnym uciech życiem przed oczami rolnika, aby wywabić go z jego ziemi do miasta, gdzie będzie mógł roztrwonić swoje ciężko zarobione oszczędności. Miasto zazwyczaj nie ma mu do zaoferowania nic poza rozczarowaniem; rolnik często traci tam zdrowie, siłę, szczęście, honor i samą duszę.

Monopol ziemski

Gdy ziemia zostaje w ten sposób opuszczona, kapitał spieszy, aby objąć ją w posiadanie; ziemia staje się wtedy już nie czymś, co się kocha, ale przedmiotem wyrachowanej eksploatacji. Ziemia – hojna opiekunka – tak miasta, jak i wsi – zostaje zmuszona do produkcji wyłącznie w celu spekulacji – podczas gdy ludzie cierpią głód; rolnik, obciążając się długami, powoli zbliża się ku ruinie; narodową gospodarkę ogarnia wyczerpanie wskutek płacenia wysokich cen za żywność, którą zmuszona jest importować z zagranicy. To wypaczenie prywatnej własności wiejskiej jest wysoce szkodliwe. Nowi posiadacze nie okazują ani miłości, ani troski temu kawałkowi ziemi, który z miłością uprawiało tak wiele pokoleń, a rodziny, które uprawiają ją i mieszkają na niej teraz, traktują bez serca. To jednak nie własność prywatna, choć prowadząca czasami do wyzysku, jest przyczyną tego wynaturzenia. Nawet w tych przypadkach, kiedy Państwo przywłaszcza sobie cały kapitał i wszystkie środki produkcji, interesy przemysłu i handlu zagranicznego, charakterystyczne dla miasta, biorą górę. Ktoś, kto faktycznie uprawia rolę, cierpi wtedy tym bardziej. Naruszona zostaje fundamentalna prawda, której Kościół trzyma się konsekwentnie w swoim nauczaniu społecznym. Kościół uczy, że cała gospodarka narodu stanowi pewną całość i że wszystkie możliwości produkcyjne danego terytorium narodowego powinny być rozwijane w zdrowych proporcjach. Konflikt między miastem a wsią nigdy nie osiągnąłby dzisiejszych rozmiarów, gdyby trzymano się tej podstawowej prawdy.

Każdemu to, co mu się należy

Wy, rolnicy, z pewnością nie pragniecie takiego konfliktu; chcecie, aby każda z gałęzi gospodarki narodowej otrzymała swoją należność; jednakże chcecie również zachować swoją część. Musicie zatem otrzymać wsparcie roztropnego planowania politycznego oraz rozsądnego prawa. Ale najistotniejsza część pomocy musi pochodzić od was samych, ze strony waszych związków spółdzielczych, szczególnie unii kredytowych. Wtedy być może uzdrowienie całej gospodarki przyjdzie ze strony rolnictwa.

Wspólnota pracy

I wreszcie słowo o pracy. Wy, uprawiający rolę, tworzycie w ramach waszych rodzin wspólnotę pracy. Wraz z innymi rolnikami i współpracownikami tworzycie kolejną wspólnotę pracy. Wreszcie, pragniecie utworzyć wielką wspólnotę pracy ze wszystkimi innymi grupami zawodowymi. Stoi to w zgodzie z nakazami Boga i natury. To prawdziwa katolicka koncepcja pracy. Praca łączy wszystkich ludzi we wspólnej służbie potrzebom innych i stanowi wspólny wysiłek na drodze do osobistej doskonałości ku czci Stwórcy i Zbawiciela. Bądźcie stali w szacunku dla waszej pracy jako istotnej wartości. Wy i wasze rodziny przyczyniacie się do wspólnego dobra; taka praca chroni wasze fundamentalne prawo do dochodu wystarczającego na utrzymanie harmonizujące z waszą godnością i potrzebami kulturalnymi jako ludzi. Oznacza również uznanie konieczności łączenia się z wszystkimi innymi grupami zawodowymi, które trudzą się dla różnych potrzeb społeczeństwa. Wasza praca to urzeczywistnienie waszego wsparcia dla zasad pokoju społecznego.

Błogosławieństwo końcowe

Z całego Naszego serca, drodzy synowie, przyzywamy Bożego błogosławieństwa dla was i waszych rodzin. Kościół zawsze błogosławił was w szczególny sposób i na wiele sposobów włączał wasz rok pracy w swój rok liturgiczny. Przyzywamy tych błogosławieństw dla pracy waszych rąk, z których święty ołtarz Boży otrzymuje chleb i wino. Niech Bóg da wam, cytując słowa Pisma Świętego, „z rosy niebieskiej i z tłustości ziemskiej obfitość zboża i wina” (Genesis XXVII, 28). Niech wasza ziemia, jak żyzne etruskie pola między Fiesole i Arezzo, tak podziwiane przez Liwiusza, „obfitują w zboże, bydło i inne wszelkie inne dobra”, „frumenti ac pecoris et omnium copia rerum opulenti” (Liwiusz, Ab Urbe Condita). Z tymi uczuciami i życzeniami udzielamy wam i wszystkim drogim wam osobom Naszego ojcowskiego Apostolskiego Błogosławieństwa.

_______

Pięćdziesiąt pięć lat wcześniej Papież Leon XIII napisał:

Zalety posiadania ziemi

„Otóż, jeśli się rozwinie zapobiegliwość w ludzie przez nadzieję posiadania kawałka ziemi, wówczas zniknie przepaść między olbrzymim bogactwem i straszną nędzą, a jedna klasa stanie się drugiej bliższą. Ponadto wzmoże się wydajność ziemi. Rośnie bowiem w człowieku ochota do pracy i pilności, jeśli wie, że na swoim pracuje; wnet przywiązuje się człowiek serdecznie do ziemi, którą pracą rąk własnych uprawia, spodziewając się od niej nie tylko środków do utrzymania życia potrzebnych, ale jeszcze pewnego dostatku dla siebie i dla swoich. I każdy przyzna; że to pobudzenie woli ludzkiej walnie przyczyni się do wzmożenia wydajności ziemi i bogactwa państw. I wreszcie trzecią korzyścią będzie; że łatwiej da się utrzymać ludzi w państwie, w którym ujrzeli światło dzienne; nie porzucaliby bowiem ojczyzny, gdyby im dawała możność prowadzenia znośnego życia.”

(Leon XIII, Rerum Novarum, 15 maja 1891. Cyt. w jęz. polskim za: Leon XIII, Rerum Novarum, nr 35, http://pl.wikisource.org/wiki/Rerum_novarum)

_______

PRZYPIS TŁUMACZA

* Tytuł pochodzi od tłumacza.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Pius XII, The Pope Speaks on Rural Life, http://www.ewtn.com/library/PAPALDOC/POPRURAL.HTM

The Pope Speaks on Rural Life opublikowano na stronie EWTN (Eternal Word Television Network).

Tłumaczenie: Neil Postman „Zainformować się na śmierć”

Poniższe przemówienie zostało wygłoszone 11 października 1990 r. na spotkaniu Niemieckiego Stowarzyszenia Informatyki (Gesellschaft fuer Informatik), sponsorowanym przez IBM-Germany.

_______

Wielki angielski dramaturg i filozof społeczny George Bernard Shaw zauważył niegdyś, że wszystkie środowiska zawodowe to zmowa przeciw zwykłym ludziom. Miał na myśli to, że ci, którzy stanowią elitę danego zawodu – lekarze, prawnicy, nauczyciele oraz naukowcy – chronią swój specjalny status, tworząc słownictwo niezrozumiałe dla przeciętnego człowieka. Takie postępowanie uniemożliwia osobom z zewnątrz zrozumienie, co środowisko zawodowe robi i dlaczego, oraz chroni członków owych środowisk przed bezpośrednią analizą i krytycznym spojrzeniem. Innymi słowy, środowiska zawodowe wznoszą złowrogie mury specjalistycznego żargonu, których nie przeniknie wścibskie oko obcego.

W przeciwieństwie do George’a Bernarda Shawa nie narzekam na to, ponieważ uważam się za zawodowego nauczyciela i cenię specjalistyczny żargon tak samo, jak inni. Nie sprzeciwiam się jednak, jeśli od czasu do czasu komuś nieznającemu tajników mojej profesji zezwala się na wstęp do mojego królestwa, aby przedstawił swój niezawodowy punkt widzenia. Ktoś taki może niekiedy wyrazić jakąś nieszablonową opinię albo, nawet lepiej, dostrzec coś, co profesjonaliści przegapili.

Myślę, że zaproszono mnie do wygłoszenia przemówienia na tej konferencji w takim właśnie celu. O technologii komputerowej wiem niedużo więcej od przeciętnego człowieka – czyli niewiele. Mam nikłe pojęcie o tym, co ekscytuje programistę komputerowego albo informatyka; gdy przyglądałem się opisom prezentacji na tę konferencję, każda kolejna wydawała mi się bardziej tajemnicza od poprzedniej. Zatem niewątpliwie kwalifikuję się jako outsider.

Sądzę jednak, że to, czego tutaj oczekujecie, to nie tylko outsidera, lecz outsidera, którego punkt widzenia może się okazać użyteczny dla insiderów. Właśnie dlatego przyjąłem zaproszenie do wygłoszenia przemówienia. Sądzę, że wiem trochę o tym, jak technologie wpływają na kulturę, a nawet więcej o tym, jak jej szkodzą. Na samym początku mogę powiedzieć, że o tym, co jakaś technologia niszczy, komputerowi eksperci zdają się wiedzieć właściwie bardzo niewiele. Słyszałem wielu ekspertów od technologii komputerowej mówiących o korzyściach, jakie przyniosą komputery. Nigdy natomiast, z jednym wyjątkiem – chodzi o Josepha Weizenbauma – nie słyszałem, aby ktokolwiek mówił w sposób poważny i wyczerpujący o ujemnych stronach technologii komputerowej – co uderza mnie jako osobliwe i powoduje, że zastanawiam się, czy środowisko zawodowe czegoś ważnego nie ukrywa. Innymi słowy, zdaje się, że to, czego brakuje ekspertom komputerowym, to poczucie technologicznej skromności.

Przecież każdy, kto studiował historię technologii, wie, że technologiczna zmiana to zawsze faustowski targ: technologia coś daje i coś odbiera – i nie zawsze w równych proporcjach. Nowa technologia czasami więcej tworzy niż niszczy. Czasami więcej niszczy niż tworzy. Ale nigdy nie jest jednostronna.

Wspaniały przykład stanowi wynalezienie maszyny drukarskiej. Druk sprzyjał nowoczesnej idei indywidualizmu, ale zniszczył średniowieczne poczucie wspólnoty oraz integracji społecznej. Druk stworzył prozę, ale uczynił poezję egzotyczną i elitarną formą wypowiedzi. Druk umożliwił powstanie współczesnej nauki, ale przekształcił wrażliwość religijną w ćwiczenia z zabobonu. Druk pomógł w rozwoju państwa narodowego, ale tym samym uczynił z patriotyzmu nikczemne – jeśli nie mordercze – odczucie.

Ujmując to samo inaczej, można powiedzieć, że nowa technologia przyczynia się do faworyzowania pewnej grupy ludzi, a szkodzenia innym grupom. Na przykład na dłuższą metę telewizja doprowadzi najpewniej do tego, że szkolni nauczyciele staną się przeżytkiem, tak jak samochód doprowadził do zaniku kowalstwa, a balladzistów uniepotrzebniła maszyna drukarska. Innymi słowy, zmiana technologiczna zawsze czyni kogoś wygranym, a kogoś przegranym.

Jeśli chodzi o technologię komputerową, to komputer bezdyskusyjnie zwiększył władzę wielkich organizacji, takich jak instytucje militarne, firmy lotnicze, banki albo urzędy skarbowe. Równie oczywiste jest to, że komputer jest dziś nieodzowny dla najwybitniejszych badaczy fizyki oraz innych nauk przyrodniczych. Ale w jakim stopniu technologia komputerowa stanowi korzyść dla mas? Dla metalowców, właścicieli warzywniaków, nauczycieli, mechaników samochodowych, muzyków, piekarzy, murarzy, dentystów i większości pozostałych osób, w których życie wtrąca się teraz komputer? Prywatne sprawy tych ludzi uczyniono dostępniejszymi dla potężnych instytucji. Łatwiej ich śledzić i nadzorować; poddaje się ich większej liczbie kontroli, stają się coraz bardziej zdezorientowani decyzjami, które podejmuje się w ich sprawach. Częściej redukuje się ich do zwykłych obiektów numerycznych. Zasypuje się ich reklamowym śmieciem. Są łatwym celem dla agencji reklamowych i organizacji politycznych. Szkoły uczą ich dzieci posługiwania się systemami komputerowymi zamiast uczyć ich rzeczy, które są dla dzieci bardziej wartościowe. Słowem, przegranym nie przydarza się niemal nic z tego, czego potrzebują, i dlatego są przegranymi.

Można się spodziewać, że wygrani – na przykład większość spośród mówców na tej konferencji – będą zachęcać przegranych do entuzjazmowania się technologią komputerową. To jest sposób postępowania zwycięzców, którzy czasami mówią przegranym, że z pomocą osobistych komputerów przeciętny człowiek może utrzymywać w lepszym porządku książeczkę czekową, lepiej śledzić rachunki i sporządzać logiczniejsze listy zakupów. Mówią im też, że mogą głosować nie wychodząc z domu, robić zakupy nie wychodząc z domu, uzyskiwać wszystkie informacje, jakich sobie życzą, nie wychodząc z domu i w ten sposób uczynić życie społeczne niepotrzebnym. Mówią im, że ich życie stanie się efektywniejsze, dyskretnie zaniedbując poinformowanie ich, z czyjego punktu widzenia tak będzie albo jakie mogą być koszty takiej efektywności.

Aby przegrani nie stali się sceptyczni, wygrani otumaniają ich cudownymi osiągami komputerów – spośród których wiele niemal wcale nie wpływa na jakość życia przegranych – niemniej jednak robią wrażenie. W końcu przegrani ulegają – po części dlatego, że wierzą, iż specjalistyczna wiedza władców technologii komputerowej stanowi formę mądrości. Władcy, oczywiście, też zaczynają w to wierzyć. Wskutek tego nie stawia się pewnych pytań, takich jak: komu komputer da większą władzę i wolność, a czyja władza i wolność zostanie ograniczona?

Być może to wszystko zabrzmiało jak opis dobrze zaplanowanego spisku; jakby zwycięzcy znakomicie zdawali sobie sprawę z tego, co się wygrywa, a co przegrywa. Ale nie do końca tak się dzieje, bo wygrani nie zawsze wiedzą, co robią i do czego to wszystko doprowadzi. Benedyktyńscy mnisi, którzy w XII i XIII wieku wynaleźli zegar mechaniczny, sądzili, że taki zegar zapewni precyzję i regularność siedmiu godzinom modlitw, które musieli odprawić w ciągu dnia. I rzeczywiście zapewnił. Ale to, z czego zakonnicy nie zdawali sobie sprawy, to fakt, że zegar to nie tylko środek do śledzenia mijających godzin, ale również do synchronizowania i kontrolowania działań ludzi. I tak, do połowy XIV wieku zegar wyszedł poza ściany klasztoru i przyniósł nową i precyzyjną regularność życiu robotnika i kupca. Mechaniczny zegar umożliwił realizację idei regularnej produkcji, regularnych godzin pracy i produktu zestandaryzowanego. Bez zegara kapitalizm byłby całkiem niemożliwy. A więc tu leży wielki paradoks: zegar został wynaleziony przez ludzi, którzy chcieli bardziej rygorystycznie poświęcić się Bogu, a skończył jako technologia najbardziej użyteczna dla ludzi, którzy chcieli poświęcić się gromadzeniu pieniędzy. Technologia zawsze niesie ze sobą nieprzewidziane konsekwencje i nie zawsze jest na początku jasne, kto lub co wygra, a kto lub co przegra.

Mógłbym dodać w ramach innego przykładu historycznego, że według tego, co się mówi, Johann Gutenberg był gorliwym chrześcijaninem, który przeraziłby się, słysząc jak Marcin Luter, przeklęty heretyk, głosi, że druk to „największy akt łaski Bożej, dzięki któremu sprawa Ewangelii posuwa się naprzód”. Gutenberg sądził, że jego wynalazek pomoże sprawie Świętej Stolicy Apostolskiej, podczas gdy w istocie okazało się, że przyniósł rewolucję, która zniszczyła monopol Kościoła.

Możemy też spytać samych siebie, czy jest coś takiego, o czym władcy technologii komputerowych myślą, że robią dla nas, a czego oni i my możemy potem żałować? Myślę, że tak, i zostało to zasugerowane w tytule mojego wystąpienia: „Zainformować się na śmierć”. W pozostałym do mojej dyspozycji czasie postaram się wyjaśnić, co jest w komputerze niebezpiecznego i dlaczego. I ufam, że będziecie wystarczająco otwarci, aby rozważyć to, co mam do powiedzenia. Myślę, że mogę się do tego zabrać, opowiadając wam o małym eksperymencie, który prowadziłem z przerwami w ciągu ostatnich kilku lat. Niektórzy ludzie uważają to doświadczenie za przejaw przewrotności i wykorzystywania innych, ale ufam, że wasze poczucie humoru pozwoli mi przez to przebrnąć.

Odbywa się to następująco: Najlepiej robić to rankiem, kiedy widzisz kolegę z pracy, który zdaje się nie dysponować egzemplarzem „The New York Times”. „Czytałeś dziś rano »Timesa«?” – pytam. Jeśli kolega mówi, że tak, tego dnia nie przeprowadza się eksperymentu. Ale jeśli odpowiedź brzmi „nie”, można kontynuować doświadczenie. „Powinieneś zajrzeć na dwudziestą trzecią stronę – mówię. – Jest tam fascynujący artykuł o badaniu przeprowadzonym na Harvardzie”. „Naprawdę? Na jaki temat?” – brzmi zwykle odpowiedź. W tym momencie moje możliwości ogranicza jedynie moja wyobraźnia. Ale mogę powiedzieć coś takiego: „Wiesz, zrobili to badanie, żeby dowiedzieć się, co najlepiej jeść, żeby stracić na wadze i okazuje się, że najlepszy sposób to normalna dieta wzbogacona o czekoladowe eklery jedzone sześć razy dziennie. Wygląda na to, że w eklerach jest pewien szczególny środek odżywczy – encomial dioxin – który w niewiarygodnym tempie spala kalorie.”

Inna możliwość, którą lubię wykorzystywać w rozmowie z kolegami znanymi ze świadomości zdrowotnej, jest taka: „Myślę, że chciałbyś o tym wiedzieć – mówię. – Neurofizjologowie z Uniwersytetu w Stuttgarcie odkryli związek między joggingiem a ograniczoną inteligencją. W ciągu pięciu lat poddali testom ponad tysiąc dwieście osób i odkryli, że im więcej czasu ludzie uprawiali jogging, tym bardziej zmniejszała się ich inteligencja. Nie wiedzą dokładnie dlaczego, ale tak jest.”

Jestem pewien, że już rozumiecie, jaka jest moja rola w tym eksperymencie: donieść o czymś absurdalnym – można by rzec: nie do uwierzenia. Pozwólcie zatem, że powiem wam o tym, co z tego wynikło: Poza wypadkami, kiedy próbuję na jednej osobie tego samego po raz drugi czy trzeci, większość uwierzy albo przynajmniej nie będzie niedowierzać temu, co im powiedziałem. Czasami odpowiadają: „Naprawdę? To możliwe?”. Czasami spoglądają z niedowierzaniem i odpowiadają: „Gdzie – mówiłeś – zrobiono to badanie?”. A czasami mówią: „Wiesz, słyszałem coś takiego”.

Otóż z wyników badania można wyciągnąć kilka wniosków, z których jeden wyraził pięćdziesiąt lat temu H.L. Mencken, gdy stwierdził, że nie ma tak głupiego poglądu, że nie znajdzie się profesor, który weń uwierzy. To bardziej oskarżenie niż wyjaśnienie – w każdym razie próbowałem tego eksperymentu na nie-profesorach z mniej więcej tymi samymi rezultatami. Inny możliwy wniosek, to ten wyrażony – również jakieś pięćdziesiąt lat temu – przez George’a Orwella, który zauważył, że przeciętny człowiek w jego czasach jest z grubsza tak samo naiwny jak przeciętny człowiek w średniowieczu. W średniowieczu ludzie wierzyli w autorytet swojej religii – bez względu na to, co się działo. Dziś wierzymy w autorytet naszej nauki – bez względu na to, co się dzieje.

Myślę jednak, że można wyciągnąć jeszcze inny, ważniejszy wniosek, związany z opinią Orwella, choć dotyczący trochę innej kwestii. Odnoszę się do faktu, że świat, w którym żyjemy, jest dla większości z nas prawie całkowicie niezrozumiały. Prawie żadne zdarzenie – czy to prawdziwe, czy zmyślone – nie zadziwia nas przez dłużej, bo nie mamy zrozumiałego i spójnego obrazu świata, powodującego, że przedstawiony fakt wydawałby się nam sprzecznością nie do przyjęcia. Wierzymy, bo nie ma powodu, żeby nie wierzyć. Żadnego społecznego, politycznego, historycznego, metafizycznego, logicznego albo duchowego powodu. Żyjemy w świecie, w którym – w przeważającej części – nie dostrzegamy sensu. Nawet sensu technicznego. Nie mam zamiaru przeprowadzać mojego eksperymentu na tej publiczności, szczególnie, że wam o nim opowiedziałem, ale gdybym poinformował was, że siedzenia, które w tej chwili zajmujecie, wyprodukowano specjalną metodą, w której używa się skóry z marynowanego śledzia, na jakiej podstawie zakwestionowalibyście moje twierdzenie? O ile wam wiadomo – rzeczywiście, o ile mi wiadomo – skóra marynowanego śledzia mogła posłużyć do wykonania krzeseł, na których siedzicie. I gdyby udało mi się skłonić pracującego w branży chemika, żeby potwierdził ten fakt, opisując jakiś niepojęty proces, w którym to by się działo, prawdopodobnie jutro opowiadalibyście komuś, że spędziliście wieczór siedząc na skórze marynowanego śledzia.

Być może zdołam zbliżyć się trochę bardziej do tego, o co mi chodzi, poprzez analogię: Gdybyście rozpakowali zupełnie nową talię kart i zaczęli je jedną po drugiej przekładać, mielibyście całkiem niezłe pojęcie o tym, w jakim znajdują się porządku. Po dojściu od asa pik do dziewiątki pik, spodziewalibyście się, że następna będzie dziesiątka pik. I gdyby zamiast niej pojawiła się trójka karo, bylibyście zdziwieni i zastanawialibyście się, cóż to za talia. Ale gdybym dał wam talię przetasowaną dwadzieścia razy, a potem poprosił o odkrycie kart, nie spodziewalibyście się żadnej karty w szczególności – trójka karo byłaby tak samo prawdopodobna jak dziesiątka pik. Nie mając żadnych podstaw do zakładania danego porządku, nie mielibyście żadnego powodu, aby reagować niedowierzaniem albo nawet zdziwieniem na pojawienie się którejkolwiek karty.

Chodzi o to, że w świecie pozbawionym porządku duchowego albo intelektualnego, nic nie jest niewiarygodne; nic nie jest przewidywalne, a zatem nic nie stanowi szczególnej niespodzianki.

Tak naprawdę George Orwell był bardziej niż trochę niesprawiedliwy wobec przeciętnego człowieka w średniowieczu. Średniowieczny system wierzeń przypominał moją całkiem nową talię kart. Istniał uporządkowany, możliwy do pojęcia sposób postrzegania świata, wyrastający z koncepcji, według której cała wiedza i dobro pochodzą od Boga. To, co kapłani mieli do powiedzenia o świecie, było czerpane z logiki ich teologii. W rzeczach, wiary w które domagano się od ludzi, nie było nic arbitralnego – włącznie z faktem, że sam świat został stworzony o dziewiątej rano 23 października 4004 roku przed Chrystusem. To dawało się wyjaśnić – i wyjaśniano to dość klarownie – ku zadowoleniu wszystkich. Tak samo fakt, że dziesięć tysięcy aniołów mogło tańczyć na główce szpilki. To było całkiem sensowne, jeśli wierzyłeś, że Biblia to objawione słowo Boga i że wszechświat jest zamieszkały przez anioły. Świat średniowieczny był niewątpliwie tajemniczy i pełen cudowności, ale nie brakowało w nim poczucia ładu. Zwykli mężczyźni i kobiety mogli w nie do końca jasny sposób pojmować, jak surowe realia ich życia wpisują się w wielki i życzliwy zamysł [Boży], ale nie wątpili w to, że taki zamysł istnieje, a ich kapłani byli w stanie bez problemu – drogą dedukcji z garści zasad – uczynić go, jeśli nie racjonalnym, to przynajmniej spójnym.

Sytuacja, w której znajdujemy się obecnie, jest od średniowiecznej bardzo różna. I, powiedziałbym, smutniejsza, bardziej zagmatwana oraz z pewnością bardziej zagadkowa. Przypomina potasowaną talię kart, do której się odwoływałem. Nie ma logicznej, usystematyzowanej koncepcji świata, służącej za fundament, na którym opiera się nasz system wierzeń. A więc w pewnym sensie jesteśmy bardziej naiwni niż ludzie średniowiecza i bardziej wylęknieni, bo da się nas skłonić do uwierzenia niemal we wszystko. Skóra marynowanego śledzia ma mniej więcej taki sam sens jak vinyl alloy albo encomial dioxin.

Otóż w pewnym sensie nic z tych rzeczy nie jest naszą winą. Jeśli mógłbym postawić na głowie mądrość Kasjusza: Wina nie leży w nas samych, ale niemal dosłownie w gwiazdach. Gdy Galileusz skierował w niebiosa swój teleskop i umożliwił spojrzenie także Keplerowi, żaden z nich odkrył w gwiazdach sztuki magicznej ani władzy – tylko wzory geometryczne i równania. Bóg, jak się zdawało, był mniej filozofem moralności, a bardziej mistrzowskim matematykiem. To odkrycie dało impuls do rozwoju fizyki, ale teologii wyrządziło tylko szkody. Przed Galileuszem i Keplerem można było wierzyć, że Ziemia to stabilne centrum wszechświata i że Bóg w szczególny sposób interesuje się naszymi sprawami. Po ich odkryciu Ziemia stała się samotnym wędrowcem w mrocznej galaktyce w ukrytym kącie wszechświata, a nam pozostawiono zastanawianie się, czy Bóg interesuje się nami w jakimkolwiek stopniu. Uporządkowany, zrozumiały świat średniowiecza zaczął się rozsypywać, bo ludzie nie widzieli już w gwiazdach oblicza przyjaciela.

I coś jeszcze, co niegdyś było naszym przyjacielem, również obróciło się przeciw nam. Mam na myśli informację. Był taki czas, kiedy informacja stanowiła środek, który pomagał istotom ludzkim rozwiązać konkretne i naglące problemy ich otoczenia. To prawda, że w średniowieczu mieliśmy do czynienia z rzadkością informacji, ale właśnie ta rzadkość czyniła ją zarówno ważną, jak i nadającą się do użytku. Zaczęło się to zmieniać, jak wszyscy wiedzą, pod koniec XV wieku, kiedy złotnik z Mainz nazwiskiem Gutenberg przerobił starą prasę winiarską na maszynę drukarską i tym samym wywołał to, co obecnie nazywamy eksplozją informacji. Czterdzieści lat po wynalazku Gutenberga maszyny drukarskie były już w stu dziesięciu miastach w sześciu różnych krajach; przez pięćdziesiąt kolejnych lat wydrukowano ponad osiem milionów książek, prawie wszystkie z nich wypełnione informacjami niedostępnymi wcześniej dla przeciętnego człowieka. Nic bardziej mylnego niż pogląd, że epokę informacji rozpoczęła technologia komputerowa. Tę epokę rozpoczęła prasa drukarska i od tego czasu nie uwolniliśmy się od niej.

Ale to, co początkowo było oswobadzającym strumieniem, przekształciło się w chaotyczną powódź. Jeśli mogę wziąć jako przykład mój własny kraj, oto, w obliczu czego stoimy: W Ameryce jest 260000 billboardów; 11520 dzienników; 11556 innych gazet; 27000 wypożyczalni kaset video; 362 miliony telewizorów i ponad 400 milionów odbiorników radiowych. Rokrocznie publikuje się 40000 nowych książek (na całym świecie 300000), w Ameryce codziennie robi się 41 milionów zdjęć, a – dodajmy dla porządku – do naszych skrzynek pocztowych co roku przychodzi 60 miliardów śmieciowych przesyłek reklamowych. Wszystko – od telegrafii i fotografii w wieku XIX do krzemowego układu scalonego w XX – zintensyfikowało informacyjny gwar – aż dziś sprawy osiągnęły takie proporcje, że dla przeciętnego człowieka informacja nie ma już żadnego związku z rozwiązywaniem problemów.

Rozerwano związek między informacją i działaniem. Informacja to teraz towar, który może być kupiony i sprzedany, albo użyty jako forma rozrywki, albo włożony jak ubiór dla podwyższenia swojego statusu. Przybywa w masie, nie kierowana w szczególności do nikogo, bez związku z użytecznością; jesteśmy przesyceni informacją, toniemy w informacji, nie mamy nad nią żadnej kontroli, nie wiemy, co z nią robić.

Są dwa powody, dla których nie wiemy, co z nią robić. Po pierwsze, jak wspominałem, nie mamy już spójnej koncepcji nas samych i naszego wszechświata oraz naszych wzajemnych relacji i odniesienia do naszego świata. Nie wiemy już – inaczej niż w średniowieczu – skąd przychodzimy i dokąd idziemy, albo dlaczego. Innymi słowy, nie wiemy, które informacje są dla naszego życia istotne, a które nieistotne. Po drugie, skierowaliśmy całą naszą energię oraz inteligencję na wymyślanie maszynerii, która nie robi nic poza zwiększaniem zasobu informacji. W rezultacie nasze zdolności do obrony przed przesytem informacji załamały się; naszego układu odpornościowego przeciw informacji nie da się już zoperować. Nie wiemy, jak filtrować informacje; nie wiemy, jak zmniejszać ich liczbę; nie wiemy, jak z nich korzystać. Cierpimy na rodzaj kulturalnego AIDS.

I w tych okolicznościach pojawia się komputer. Komputer, jak wiemy, cechuje uniwersalność, nie tylko ze względu na niemal nieskończone sposoby jego wykorzystania, ale również dlatego, że komputery są zwykle zintegrowane ze strukturą innych maszyn. Zatem byłoby z mojej strony głupotą, gdybym ostrzegał przeciw każdemu wyobrażalnemu sposobowi użycia komputera. Ale nie da się zaprzeczyć, że najpowszechniejsze metody korzystania z komputera mają związek z informacją. Kiedy ludzie mówią o „naukach informacyjnych”, mówią o komputerach – jak przechowywać informacje, jak odnajdywać informacje, jak organizować informacje. Komputer stanowi odpowiedź na pytania, jak mogę uzyskać więcej informacji, szybciej i w użyteczniejszej formie. Te pytania wyglądają na uzasadnione. Teraz jednak chciałbym przedstawić wam parę innych pytań, które wydają mi się bardziej uzasadnione. Czy Irak najechał na Kuwejt ze względu na brak informacji? Czy gdyby w następstwie tego miała wybuchnąć okropna wojna między Irakiem a Stanami Zjednoczonymi, to dojdzie do niej z powodu braku informacji? Czy jeśli w Etiopii dzieci umierają z głodu, to dzieje się to ze względu na brak informacji? Czy rasizm w RPA istnieje ze względu na brak informacji? Czy jeśli po ulicach Nowego Jorku grasują przestępcy, to robią to ze względu na brak informacji?

Albo zejdźmy na bardziej osobisty poziom: Jeśli ty i twój współmałżonek jesteście razem nieszczęśliwi i kończycie wasz związek rozwodem, czy dzieje się to ze względu na brak informacji? Jeśli wasze dzieci zachowują się niewłaściwie i przynoszą waszej rodzinie wstyd, czy dzieje się to ze względu na brak informacji? Jeśli ktoś w waszej rodzinie przeżywa załamanie nerwowe, czy dzieje się to ze względu na brak informacji?

Sądzę, że będziecie musieli przyznać, iż to, co nam dolega, co powoduje najwięcej niedoli i bólu – zarówno na poziomie kulturalnym, jak i osobistym – nie ma żadnego związku z tym rodzajem informacji, do których dostęp dały nam komputery. Komputer i jego informacje nie potrafią dać odpowiedzi na żadne z fundamentalnych pytań, do których musimy się odnieść, aby nadać naszemu życiu większy sens i uczynić je bardziej ludzkim. Komputer nie umie dostarczyć nam uporządkowanych ram moralnych. Nie potrafi powiedzieć nam, które pytania warto zadawać. Nie umie dostarczyć nam środków do zrozumienia, dlaczego tu jesteśmy, dlaczego ze sobą walczymy, ani dlaczego tak często nie zachowujemy się przyzwoicie, zwłaszcza wtedy, gdy najbardziej powinniśmy o to zabiegać. Komputer jest w pewnym sensie imponującą zabawką, która odwraca naszą uwagę od stawiania czoła temu, z czym potrzebujemy zmierzyć się najpilniej – z duchową pustką, wiedzą o samych sobie, użytecznymi koncepcjami przeszłości i przyszłości. Czy ktoś wini za to komputer? Oczywiście, że nie. Przecież to, mimo wszystko, tylko maszyna. Ale przedstawia się go nam przy dźwięku trąb, tak jak na tej konferencji, jako technologicznego mesjasza.

Dzięki komputerowi – mówią jego heroldowie – uczynimy lepszymi edukację, religię, politykę, nasze umysły – a, co najlepsze, nas samych. To, rzecz jasna, nonsens i tylko niedojrzali, niedouczeni, albo niemądrzy mogliby w to uwierzyć. Przed chwilą powiedziałem, że nie można za to winić komputerów. I to prawda, przynajmniej w tym sensie, że nie obarczamy słonia winą za jego ogromny apetyt, kamienia za to, że jest twardy albo chmury za to, że zakrywa słońce. Taka jest ich natura i nie spodziewamy się po nich niczego innego. Ale komputer też ma swoją naturę. To prawda, jest tylko maszyną, ale maszyną zaprojektowaną do manipulowania informacją i generowania informacji. To jest to, co robią komputery, a zatem mają one swoją agendę oraz niosą oczywiste przesłanie.

Przesłanie, że dzięki coraz większej ilości informacji, wygodniej upakowanej, szybciej dostarczanej, znajdziemy rozwiązanie naszych problemów. A więc wszyscy ci błyskotliwi młodzi mężczyźni i kobiety, wierząc w to, wymyślają dla komputera wymagające kunsztu zadania do wykonania, mając nadzieję, że w ten sposób staniemy się mądrzejsi, przyzwoitsi i szlachetniejsi. I któż może ich winić? Stając się władcami tej cudownej technologii, zdobędą prestiż i władzę, a niektórzy staną się nawet sławni. W świecie zamieszkałym przez ludzi przekonanych, że da się osiągnąć raj przez coraz więcej i więcej informacji, informatyk jest królem. Ale nadal twierdzę, że wszystko to stanowi olbrzymie i niebezpieczne marnotrawstwo ludzkich talentów i energii. Wyobraźcie sobie, co można by osiągnąć, gdyby te talenty i energię skierować w stronę filozofii, teologii, sztuki, literatury z wyobraźnią albo edukacji? Kto wie, czego moglibyśmy się dowiedzieć od takich ludzi – może tego, dlaczego są wojny i głód, i bezdomność, i choroby umysłowe, i gniew.

W obecnym stanie rzeczy geniusze technologii komputerowej dadzą nam Gwiezdne Wojny i oznajmią, że to odpowiedź na wojnę nuklearną. Dadzą nam sztuczną inteligencję i powiedzą, że to jest sposób na zdobycie wiedzy o nas samych. Dadzą nam błyskawiczną komunikację globalną i powiedzą, że to jest droga do wzajemnego zrozumienia. Dadzą nam Rzeczywistość Wirtualną i powiedzą, że to jest odpowiedź na duchową nędzę. Ale to tylko metoda technika, podżegacza faktowego, informacyjnego ćpuna i technologicznego idioty.

Oto, co mówił nam Henry David Thoreau: „Wszystkie nasze wynalazki to tylko ulepszone środki do nieulepszonego celu”. Oto, co mówił nam Goethe: „Człowiek powinien co dnia próbować posłuchać pieśni, przeczytać dobry wiersz, obejrzeć ładny obraz i, jeśli to możliwe, powiedzieć kilka rozsądnych słów”. A oto, co mówił nam Sokrates: „Nie warto żyć życiem niebadanym”. A oto, co mówił nam prorok Micheasz: „I czegoż żąda Pan od ciebie, jeśli nie pełnienia sprawiedliwości, umiłowania życzliwości i pokornego obcowania z Bogiem twoim?”. I mogę wam powiedzieć – gdybym miał czas (chociaż wy wszyscy wystarczająco dobrze o tym wiecie) – co mówili nam Konfucjusz, Izajasz, Jezus, Mahomet, Budda, Spinoza i Szekspir. Mówili to samo: Nie zdołamy uciec przed samymi sobą. Ludzki dylemat jest taki, jak zawsze, i nie rozwiązujemy niczego fundamentalnego, okrywając się technologiczną chwałą.

Wie o tym nawet najskromniejszy bohater komiksowy i zakończę moje wystąpienie cytując mądrego oposa imieniem Pogo, stworzonego przez rysownika Walta Kelley’a. Powierzam jego słowa wszystkim obecnym technologicznym utopistom i mesjaszom. „Spotkaliśmy wroga – powiedział Pogo. – I jesteśmy nim my”.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Neil Postman, Informing Ourselves To Death, http://www.frostbytes.com/~jimf/informing.html