Szkoła

Nigdy nie skumam dzieciaków, które narzekają na szkołę. Sam cały czas tęsknię za tamtymi czasami i noszę w sobie cały czas tego beztroskiego dzieciaka, którym byłem. Szkoła nie kojarzyła mi się ze stresem, z zaliczaniem kolejnych przedmiotów, problemami z nauką. Nigdy jakoś w ten sposób jej nie odbierałem. Jasne, miałem jakieś tam problemy wynikające z totalnego nieróbstwa i olewania tego wszystkiego co mnie nie interesowało ale zawsze jakoś tak było, że tak czy inaczej spadałem na cztery łapy. Może to też i kwestia tego na jakich nauczycieli trafiłem. Zwyczajnie Ci ludzie cenili samodzielne myślenie, indywidualność a wykucie na pamięć jakiś bzdur było rzeczą drugorzędną.

Mówiąc o szkole mam na myśli przede wszystkim liceum. Liceum, które było raczej miejscem spotkań niż jakimś obozem koncentracyjnym jak myśli o szkole większość dzieciaków. To tam poznałem fantastycznych ludzi i z nimi uwielbiałem przebywać. Do szkoły nie szło się po to aby sie uczyć a po to aby się bawić.

Od jarania szlugów w kiblu do którego wchodziło się jak do chińskiej kolejki (ktoś z zewnątrz musiał pomóc domknąć drzwi) a przez chmurę dymu trudno było dostrzec osobę która stała obok, przez wojne między rzędem „od okna” a rzędem „od ściany” na kanapki, żołędzie, strzykawki napełniane wodą do kwiatków, na piciu wina na pobliskich podwórkach kończąc. No i oczywiście „starogreckie symbole płodności” którymi obdarowywaliśmy sie nawzajem w zeszytach co doprowadziło w ostateczności do tego, że gdy ktoś szedł do tablicy najpierw sie pakował a potem zabierał cały majdan pod tablice.

Do dziś wspominamy z kumplami te wszystkie akcje. To wszystko zawsze było na granicy chamskiej bo chamskiej zabawy a skurwysyństwa i nigdy jakoś granicy tej nie przekraczaliśmy jak co i rusz słyszy się na temat współczesnych szkół.

Dzieciaki zawsze narzekają na szkołę. W każdym momencie życia mamy swoje wielkie problemy na przeciw których musimy stawać. Ja miałem ten fart, że wtedy największym problemem były zauroczenia i niespełnione miłości, które już wtedy choć bolały były naprawdę problemami małej rangi, z czego sobie świetnie zdawałem sprawę. To pozwalało na wysysanie szpiku z życia. To wtedy carpe diem przybierało realne kształty.

A dziś – dziś kolejny rok szkolny to dla mnie kolejny rok walki o to abym znów beztrosko mógł realizować tą przepiękną idee Epikura. I choć, odwołując się dalej do starożytności, nie uczestniczę w jakiejś antycznej tragedii to chwytanie dnia najlepiej wychodziło mi właśnie wtedy. Świat sam stworzył mi do tego warunki. Dziś czasem nie starcza sił na tworzenie warunków i korzystanie z nich.

Więc mimo niepowodzeń i problemów, ciesz się dzieciaku z tego co Ci świat daje. Przyszłość maluje się znacznie gorzej :D

Opublikowano w: dawno.
Komentarze są wyłączone

Szkoła

Nigdy nie skumam dzieciaków, które narzekają na szkołę. Sam cały czas tęsknię za tamtymi czasami i noszę w sobie cały czas tego beztroskiego dzieciaka, którym byłem. Szkoła nie kojarzyła mi się ze stresem, z zaliczaniem kolejnych przedmiotów, problemami z nauką. Nigdy jakoś w ten sposób jej nie odbierałem. Jasne, miałem jakieś tam problemy wynikające z totalnego nieróbstwa i olewania tego wszystkiego co mnie nie interesowało ale zawsze jakoś tak było, że tak czy inaczej spadałem na cztery łapy. Może to też i kwestia tego na jakich nauczycieli trafiłem. Zwyczajnie Ci ludzie cenili samodzielne myślenie, indywidualność a wykucie na pamięć jakiś bzdur było rzeczą drugorzędną.

Mówiąc o szkole mam na myśli przede wszystkim liceum. Liceum, które było raczej miejscem spotkań niż jakimś obozem koncentracyjnym jak myśli o szkole większość dzieciaków. To tam poznałem fantastycznych ludzi i z nimi uwielbiałem przebywać. Do szkoły nie szło się po to aby sie uczyć a po to aby się bawić.

Od jarania szlugów w kiblu do którego wchodziło się jak do chińskiej kolejki (ktoś z zewnątrz musiał pomóc domknąć drzwi) a przez chmurę dymu trudno było dostrzec osobę która stała obok, przez wojne między rzędem „od okna” a rzędem „od ściany” na kanapki, żołędzie, strzykawki napełniane wodą do kwiatków, na piciu wina na pobliskich podwórkach kończąc. No i oczywiście „starogreckie symbole płodności” którymi obdarowywaliśmy sie nawzajem w zeszytach co doprowadziło w ostateczności do tego, że gdy ktoś szedł do tablicy najpierw sie pakował a potem zabierał cały majdan pod tablice.

Do dziś wspominamy z kumplami te wszystkie akcje. To wszystko zawsze było na granicy chamskiej bo chamskiej zabawy a skurwysyństwa i nigdy jakoś granicy tej nie przekraczaliśmy jak co i rusz słyszy się na temat współczesnych szkół.

Dzieciaki zawsze narzekają na szkołę. W każdym momencie życia mamy swoje wielkie problemy na przeciw których musimy stawać. Ja miałem ten fart, że wtedy największym problemem były zauroczenia i niespełnione miłości, które już wtedy choć bolały były naprawdę problemami małej rangi, z czego sobie świetnie zdawałem sprawę. To pozwalało na wysysanie szpiku z życia. To wtedy carpe diem przybierało realne kształty.

A dziś – dziś kolejny rok szkolny to dla mnie kolejny rok walki o to abym znów beztrosko mógł realizować tą przepiękną idee Epikura. I choć, odwołując się dalej do starożytności, nie uczestniczę w jakiejś antycznej tragedii to chwytanie dnia najlepiej wychodziło mi właśnie wtedy. Świat sam stworzył mi do tego warunki. Dziś czasem nie starcza sił na tworzenie warunków i korzystanie z nich.

Więc mimo niepowodzeń i problemów, ciesz się dzieciaku z tego co Ci świat daje. Przyszłość maluje się znacznie gorzej :D

Opublikowano w: dawno.
Komentarze są wyłączone