Liberalizm i europocentryzm

Pisząc o korzeniach liberalizmu moglibyśmy się cofnąć daleko w przeszłość. Żeby oszczędzić tego i wam, i sobie, postaram się zacząć i skończyć na XVII wieku, a konkretnie – na Johnie Locke’u. Sam liberalizm też zostanie zakresowo zawężony jedynie do jego nurtu fundamentalistycznego i libertariańskiego. Niniejszy liberalizm rozumiem trochę jak John Gray, który stwierdził, że wedle takiego punktu widzenia liberalne instytucje są postrzegane jako ucieleśnienie uniwersalnych wartości. Jest ten liberalizm więc, ponownie słowami Johna Gray’a, receptą na system uniwersalny. Zdaję sobie sprawę, że takie zawężenie tematu jest, metodologicznie rzecz biorąc, nieuzasadnione, niemniej jednak mam nadzieję, że mam podstawy, by tak uczynić. Po pierwsze, skupiam się na idei Johna Locke’a, a więc na korzeniach liberalizmu fundamentalistycznego; po drugie, w interesujących mnie czasach trudno dostrzec formę liberalizmu, ponownie za Gray’em, pluralistycznego, a więc nieeuropocentrycznego; wreszcie po trzecie, jest to temat, w którym w dyskusji okołofilozoficznej czuję się dosyć swobodnie.


Dla porządku jeszcze odniosę się do pierwszych dwóch powodów takiego ograniczenia tematu. Ktoś mógłby podnieść zarzut, że niedużo przed Locke’m liberalną teorię pluralistyczną nakreślił Thomas Hobbes. Nie chcę się tutaj wdawać w tę dyskusję, stwierdzę tylko dla porządku, że nie jestem pewien, na ile rzeczywiście odczytywanie Hobbes’a na nasz współczesny sposób pokrywałoby się z percepcją wieku XVII. Nie chodzi mi o to, że pojmujemy Hobbes’a w sposób „błędny”, cokolwiek miałoby to znaczyć. O ile jednak Locke podświadomie, a może i w pełni świadomie, zdawał sobie sprawę, że jego teorie mają uniwersalistyczne roszczenia, o tyle nie wiem, czy Hobbes zdawał sobie sprawę z przeciwnych tendencji jego własnych prac.

Główną tezą, jaką postaram się tu przedstawić i uzasadnić, jest twierdzenie, mam wrażenie, że niezbyt odkrywcze i kontrowersyjne, że współczesna doktryna liberalna uosabiana m.in. przez libertarian, ale również przez liberałów pokroju Rawlsa, Dworkina, czy Kymlickę, a wywodząca się od Johna Locke’a (u libertarian te korzenie są jawne, z kolei liberałowie w stylu Rawlsa i Dworkina dystansują się od Johna Locke’a, obie teorie jednak są w jednakowym stopniu uniwersalistyczne), jest doktryną europocentryczną i fundamentalistyczną. Gdyby wyrazić tę tezę jednym, prostym zdaniem, można powiedzieć, co następuje. Liberalizm polityczny, wywodzący się od Johna Locke’a, przez swoje roszczenia do uniwersalizmu jest doktryną fundamentalistyczną. Wydaje mi się, że powyższa teza została już dawno zaakceptowana przez świat akademicki, co może być uzasadnieniem niewielkiej liczby libertarian w tych kręgach, a z drugiej strony, jest kolejną poszlaką na naukową słabość doktryny libertariańskiej.

Jak każdy libertarianin doskonale wie, John Locke sformułował doktrynę praw naturalnych, która opierała się na triadzie życia, wolności i własności. [k]ażdy człowiek dysponuje własnością swojej osoby. Nikt oprócz niego samego nie ma do niej żadnego prawa. Możemy więc powiedzieć, że praca jego ciała i dzieło jego rąk są jego własnością. Jeśli więc jakaś rzecz, którą wydobędzie ze stanu, jaki jej natura nadała i w jakim ją pozostawiła, zostanie połączona z jego pracą, czyli czymś, co jest jego własnością, to ta rzecz staje się przez to jego własnością (Dwa traktaty…, s. 181) – tak brzmi słynny, skrócony passus idei prawa naturalnego. Oczywiście Locke czyni pewne zastrzeżenia, tzw. proviso, ale nie jest to główny zarzut, jaki do Johna Locke’a można mieć (w gruncie rzeczy nie wydaje mi się, by dołączenie do teorii owego proviso mogło być jakimkolwiek zarzutem). Locke czyni jeszcze jedno zastrzeżenie, które nas żywotnie będzie interesować, od którego wyjdziemy i wokół którego będziemy się obracać. Zanim jednak przejdziemy do sedna, pokuszę się o drobne wprowadzenie. Od razu powiem, żebym później nie zapomniał, że opieram się tutaj na artykule Mariusza Turowskiego, Europocentryzm – technologia i ontologia kolonizacji, zamieszczonym na stronach 391-319 26-27 numeru Nowej Krytyki. Locke’owska doktryna życie-wolność-własność może być, i była przez samego Locke’a odbierana w dwójnasób. Z jednej strony, wolność i własność to inne nazwy życia (a więc są to pojęcia, a także instytucje społeczne substytutywne), z drugiej strony – własność jest zbiorczą nazwą życia, wolności i majątku (Europocentryzm…, s. 306). Gdybyśmy pokusili się tutaj o wyznaczenie najważniejszej instytucji, musielibyśmy postawić na własność. Wynika to właśnie z uznania prawa do samoposiadaniu (czy lepiej: autowłasności) i stwierdzenia, że to we własności zawiera się życie, wolność i majątek. Własność jest zatem warunkiem podmiotowości.

Powyższe rozważania same w sobie jeszcze nie zapalają nam w głowach czerwonej lampki – skoro każdy jest właścicielem siebie, a własność tworzy podmiotowość, znaczy, że każdy z nas jest podmiotem. Sprawa jednak nie jest tak prosta, na jaką wygląda, a to przez locke’ańskie tezy o sprawiedliwej wojnie. Co ma sprawiedliwa wojna do podmiotowości? No, coś, wbrew pozorom, ma. Zacznijmy może od tego, że nie za bardzo wiadomo, co u Locke’a oznaczała sytuacja wojny sprawiedliwej (przynajmniej ja ani u Locke’a, ani w Internecie nie znalazłem zbyt wiele w tym temacie). Można zasadnie domniemywać, jak sądzę, że wojna sprawiedliwa jest przede wszystkim wojną obronną, a więc „nieagresywną” – jej celem jest zapobieżenie naruszania praw własności, wolności i życia prawowitych członków społeczności (ew., jeśli wolicie, jednostek). Ludzie z natury posiadają pewne uprawnienia – do siebie, do owoców swojej pracy, itd., których inni nie mogą prawomocnie naruszać. Jeżeli by do tego doszło, usprawiedliwiony jest konflikt zbrojny (przypomnijmy sobie w jakim kontekście społeczno-politycznym Locke pisał te słowa!). Powtórzmy jeszcze raz, bo jest to niezmiernie istotne w kontekście następnych akapitów: wojna jest sprawiedliwa (usprawiedliwiona, uprawomocniona), gdy jej celem jest obrona, czy odzyskanie naturalnie przynależnych ludziom praw. Abstrahując od wojny, można tę tezę uogólnić do twierdzenia, że moralnie naganne i bezprawne jest inicjowanie agresji, obrona przed agresją jest więc uprawniona.

Tak więc trawa, którą gryzie mój koń, darń, którą ścina mój sługa, czy kruszec, który wydobywam w miejscu, gdzie jestem wraz z innymi uprawniony to czynić, staje się moją własnością […]. Moja praca wydobyła je ze wspólnego stanu, w którym znajdowały się uprzednio i ustanowiła w nich moją własność. (s. 182, podkr. w oryginale)

Problemem powyższego rozumowania jest to, że nie opiera się bezpośrednio na słowach Johna Locke’a, być może więc są to li tylko moje domysły, wysuwane z perspektyw libertariańskich. Jeżeli jednak mam rację i Locke rzeczywiście w ten sposób ujmował wojny sprawiedliwe, są w jego teorii niebezpieczne uogólnienia i zastrzeżenia. Na stronie 221 Traktatów czytamy o niewolnikach, a więc ludzi[ach] będących jeńcami wziętymi do niewoli w sprawiedliwej wojnie. Zdaniem Locke’a, jeńcy ci tracąc swe życie, a wraz z nim wolność i majątek, znajdują się w stanie niewoli i nie są zdolni do dysponowania żadną własnością, nie mogą więc w tym stanie być traktowani jako członkowie społeczeństwa obywatelskiego, którego przecież naczelnym celem jest zachowanie własności. W powyższym passusie mamy dwie ciekawostki. Przede wszystkim, okazuje się, że i wojna sprawiedliwa może być agresywna, w sensie: odbierać ludziom przynależne im z natury prawa. Po drugie, odbierając im (bądź ograniczając) prawa do dysponowania samym sobą (niewolnictwo) zostają wykluczeni z wolnego społeczeństwa. Sami stają się własnością.

Z jednej strony możemy w powyższym twierdzeniu dopatrywać się podstawy laborystycznej teorii wartości (choć raczej własności). Bardziej by mnie jednak interesowało uzasadnienie tejże. O ile przyjmujemy bez mrugnięcia okiem, że kruszec, który wydobywam i mogę wydobywać (i wydobędę) będzie należał do mnie, o ile możemy się jeszcze zgodzić z trawą, gryzioną przez konia, o tyle zupełnie nie jesteśmy w stanie uzmysłowić sobie przejścia od „darni, którą ścina mój sługa” do „mojej pracy, która wydobyła je ze wspólnego stanu”. Dochodzi tutaj do pomieszania osób i własności, odbierania ludziom prawa do swojego ciała („nikt nie ma do nie[go] żadnego uprawnienia, poza nim samym”, s. 181). Jeżeli praca i jej owoce są „przedłużeniem ciała” (określenie, bodaj, Bastiata), to moja własność jest tożsama ze mną. Mój niewolnik jest tożsamy ze mną; mój niewolnik jest mną, a jego praca jest moją pracą. Niewolnik jest moją własnością, przestaję widzieć w nim człowieka, któremu przynależą jakiekolwiek prawa – niewolnik jest żywym inwentarzem, niczym krowa, owca, czy koń (który gryzie trawę). Ta degradacja (niektórych) ludzi do roli przedmiotów była, z punktu widzenia teorii liberalnej niezbędna. Liberalizm, jako zjawisko historyczne był po prostu ontologią imperializmu. Nic dziwnego, skoro Locke zaangażowany był w działalność Royal African Company, „przedsiębiorstwa”, które wysługiwało się armią do zajęcia terenów Afryki Zachodniej, a następnie handlowało niewolnikami. Nie było to jedynie akcydentalne zajęcie; Locke współtworzył również konstytucję Karoliny, która uprawomocniała niewolnictwo.
Myślę, że możemy pokusić się o stwierdzenie, że liberalizm był pierwotnie ideologią ekskluzywną, wykluczającą i bynajmniej nie emancypacyjną. Był wyrazem politycznych i ekonomicznych interesów konkretnych klas społecznych i nawet, jeśli by uznać, że „co było, a nie jest…”, nie należy o tym zapominać. Pozostaje pytanie, czy aby na pewno nie jest?

Opublikowano w: filozofia.
Komentarze są wyłączone

Prywata – debata

Jeśli się zgadzacie, to zaczniemy prywatą, później przejdziemy do rzeczy bardziej umysłogimnastycznych, by skończyć ponownie prywatą. Jeśli się nie zgadzacie, to obawiam się, że i tak nie macie na to wpływu.
W pierwszej więc kolejności chciałbym wszystkich odwiedzających przeprosić za tak długą nieobecność, ale nawał innych, niestety ważniejszych, obowiązków odtrącał mnie od zajęcia się tym, co zodiakalne byki lubią najbardziej (a bynajmniej nie jest to rozjebywanie w pył czerwonych, gdyż ponieważ dowiedziałem się ostatnio, że ponoć byki nie rozróżniają koloru czerwonego – chuj jeden zresztą wie, co tam byki widzą). Pierwsze przesłanki, że może mi brakować czasu pojawiły się już dawno temu, gdy jakiś cymbał postanowił, że doba będzie miała tylko 24 godziny. Później następny cymbał wymyślił, że nie można pracować więcej, niż 12 godzin dziennie, a następny cymbał, w tym momencie wkraczam ja, stwierdził, że jednak można, a nawet trzeba, bo przecież ktoś pracować musi, żeby nie pracować mógł ktoś. Tym sposobem oględnie dowiedzieliście się, że powodem mojej nieobecności był najzwyczajniej w świecie brak czasu. Brak czasu na sen, brak czasu na se… na bloga, brak czasu na cokolwiek. Na szczęście powoli wracamy do normy, a to z racji tego, że zaczynam urlop i w pracy pojawię się dopiero w okolicach połowy lipca. Anyway, zdaję sobie sprawę, że pod moim poprzednim wpisem pojawiły się komentarze, na które wartowałoby było odpowiedzieć. Tym bardziej wszystkich chciałem przeprosić, że tego nie zrobiłem. Przede wszystkim przeprosiny należą się Maćkowi Dudkowi, któremu obiecałem odpowiedź w postaci odpowiednich cytatów. Jeżeli chcesz, Maćku, możemy uznać, że zdezerterowałem, ale naprawdę tak byłem zaganiany ostatnio, że nie miałem czasu. 
W tym momencie pozwolę sobie przywołać tylko jeden cytat, który po mojemu, w pełni oddaje sens mojej argumentacji. Są to słowa Rothbarda z 67. strony Manifestu (wyboldowanie moje):

Wolność to stan, w którym prawa jednostki do posiadania własnego ciała i uczciwie nabytej własności materialnej nie są naruszane, nie spotykają się z agresją. Ktoś, kto kradnie, dokonuje inwazji i ogranicza wolność ofiary tak samo, jak ktoś bije inną osobę po głowie. Wolność i nieograniczone prawo własności prywatnej są ze sobą ściśle związane.

Jacek Sierpiński wysunął zastrzeżenie, że wprowadzanie pojęcia suwerenności do teorii libertariańskiej jest przyprawianiem gęby. Jak sądzę, opiera się na tym, że suwerenność ma takie, a nie inne konotacje. Nie przekonuje mnie ten argument, ale by uczynić zadość Jackowi pozwolę sobie przeformułować moją tezę: właściciel jest nie tyle suwerenem, co hm…, jak by to skleić? Powiedzmy sobie tak (za Rothbardem, rzecz jasna): prawo do samoposiadania oznacza, że każdy człowiek ma wyłączne prawo do sprawowania kontroli nad swoim ciałem. Ponieważ dokonujemy tutaj sztuczki i przenosimy coś, co odnosi się do człowieka, do świata zewnętrznego, uznajemy, że właściciel ziemi ma prawo wyłącznej jej kontroli i tak dalej. Tyle Rothbard. Owszem, gdzieś tam w Etyce wolności wspomina o jakiejś proporcjonalności, ale tak do końca to sam nie wie, czego chce, na co zwracał uwagę np. Mikołaj Barczentewicz. Jacek z kolei twierdzi, że tenże właściciel niekoniecznie ma prawo całkowitego decydowania o ludziach, użytkujących tę nieruchomość [...], albo zabicia dla kaprysu. Nawet, jeśli ktoś użytkuje jego nieruchomość [...] bez jego zgody, to ma prawo użyć siły tylko w takim zakresie, jaki jest potrzebny do wymuszenia tego, by ten ktoś przestał tego użytkować [...]. Ale mi właśnie o to chodzi, że na jakiej podstawie „tylko w takim zakresie”? Przecież libertarianizm ma doprowadzić do tego, by takie rzeczy działały same z siebie: mamy aksjomat, naruszenie i sankcję, wszystko jest proste. Przecież w żadnym aksjomacie nie będziemy mieli rozważań nt. proporcjonalności. Libertarianizm w ostatecznym rozrachunku opiera się, choć nie chce tego przyznać i usilnie temu zaprzecza, na innych. Bo przecież sądy i zdrowy rozsądek. Po pierwsze więc nie zdrowy rozsądek a po drugie nie tyle sądy, co po prostu wspólnota. A skoro wspólnota, to tu wracamy już do Rawlsa, Sandela i sporu komunitarian z liberałami.
Skoro już przy tym sporze jesteśmy, to się na chwilę przy nim zatrzymamy. Powiem wam, że jest to chyba najbardziej interesujące zjawisko z zakresu filozofii polityki XX wieku. W samym obrębie sporu moglibyśmy wyróżnić kilka różnych płaszczyzn, na których odbywają się debaty między jednymi, a drugimi. Pozwolę sobie nie referować całego sporu, ponieważ zależy mi tylko na małym, malusim jego wycinku, który nijak się ma do całości (tzn. trochę ma, ale w tym momencie to jest nieistotne). Jeżeli ktoś chciałby przystępnego wprowadzenia do debaty, polecam artykuł Ariela Modrzyka. Zacznijmy może od tego, że spór jest… dziwny. W gruncie rzeczy nigdy nie ustalono tego, czy spór jest o to, czy zachować liberalizm, czy go odrzucić, czy może po prostu o bardziej komunitarny liberalizm. Co do samych stron sporu, to i w obrębie poszczególnych ekip nie ma zbytniej jedności. Sandel i MacIntyre w ogóle się dystansują od komunitarian, obaj zresztą poruszają się na różnych płaszczyznach, możemy dostrzec gigantyczne różnice między np. Walzerem, a Bellah’em, między Taylorem i Etzionim. Z drugiej strony, by pokazać rozbieżności wśród stronników liberałów, wystarczy przywołać nazwiska, jakie się przewijają: Dworkin – Rawls – Nozick – Rorty. Na marginesie pozostawiam w gruncie rzeczy szalenie interesującą kwestię tego, jak to jest, tj. co jest w ich myśli takiego, że wszystkich możemy postawić po jednej stronie w kontaktach z komunitarianami. No bo powaga, gdzie w obrębie samego liberalizmu plasuje się Dworkin, a gdzie Nozick, tak? Rozumiecie ocb? Chodzi mi o to, że jednak istnieje coś, pytanie brzmi: co?, że możemy ich zaliczać do jednej ekipy?
Dobrze, jako się rzekło, zostawiam to na marginesie. Skupić bym się chciał za to na pewnym sporze w liberalnej rodzinie, a konkretnie na czymś, co dla niektórych czytelników może być kompletnie marginalne, choć w istocie prowadzi do dosyć sporych i istotnych rozbieżności. Chodzi mi o polemikę, jaką z Rorty’m wszczął Will Kymlicka. Na wstępie już powiem, że nie znam odpowiedzi Rorty’ego na zarzuty Kymlicki, więc może daremny jest mój wkład. 
Zacznijmy może od przedstawienia postaci i samej fabuły konfliktu. Rorty jest postmodernistycznym, burżuazyjnym liberałem o mocnym nastawieniu (neo)pragmantycznym. Skoro liberałem i do tego pragmatycznym, to od razu na myśl przychodzi Dewey, jako – zdaniem Rorty’ego – heglowski liberał, tj. gościu, który etykę polityczną rozpatruje w kontekście konkretnych tradycji społeczno-historyczno-interpretacyjnych. Po drugiej stronie mamy liberałów kantowskich, typu Rawls, hołdujących ahistorycznej i ponadkulturowej koncepcji moralności (i nie tylko). Rorty jest chyba najbardziej komunitariańsko nastawionym liberałem, przez co podziela niektóre zarzuty, wysuwane m.in. przez Sandela. Kymlicka z kolei stara się obronić tezy Rawlsa nie tyle przez odrzucenie Rorty’ego, co raczej reinterpretowanie samego Rawlsa. Tutaj zresztą też ciekawa sprawa, bo sam Rawls w późniejszych pismach postanowił zrewidować niektóre ze swoich tez i przyjąć zarzuty komunitarian. Rorty z kolei doszedł do wniosku, że skoro późny Rawls zgodził się z pewną częścią krytyki komunitariańskiej, to ani chybi pisma wczesnego Rawlsa również można tak odczytywać. 
Przechodząc do samego sporu w rodzinie, Rorty używa czterech argumentów przeciwko kantowskim liberałom.  Mnie interesuje tylko jeden, dotyczący języka i moralności. Moralność, zdaniem Rorty’ego – uważa Kymlicka – sprowadza się do stwierdzeń typu „My takich rzeczy nie robimy”. Rorty powołuje się na Sellarsa, twierdząc, że moralność jest pewnym wyrazem „grupowych intencji”, albo „my intencjonalnego”. W celu odrzucenia twierdzenia Rorty’ego Kymlicka daje głos muzułmańskiej kobiecie, która powiada: „seksualna dyskryminacja jest zła”. Ale przecież, zdaniem Kymlicki, wcale nie oznacza to, że powiedziała ona, jak by chciał Rorty, „my nie dyskryminujemy seksualnie” – wręcz przeciwnie, dyskryminujecie. Przeciwnie, twierdzi Kymlicka, ta kobieta mówi to, co mówi, właśnie dlatego, że takie rzeczy tam robione, zawsze były robione i są mocno zakorzenione we wszystkich mitach, symbolach i instytucjach tamtejszej historii i ta,temtejszego społeczeństwa [W. Kymlicka, Liberalizm a komunitarianizm [w:] Komunitarianie. Wybór tekstów, wybór i wstęp P. Śpiewak, Warszawa 2004, s. 174]. Gdybyśmy więc przyjęli punkt widzenia Rorty’ego, musielibyśmy usłyszeć, że owa kobieta mówi: „Nie robimy tu takich rzeczy, chociaż je robimy”.

Są dwa argumenty, jakie możemy wysunąć w odpowiedzi na tak postawiony zarzut i są to raczej argumenty komplementarne, niż alternatywne. Pierwszy z argumentów dotyczy precyzji wypowiedzi i zgodnie z nim, Rorty, mówiąc kolokwialnie, przegiął pałę i powiedział szybciej, niż pomyślał. Faktycznie bowiem, w ustach kobiety muzułmańskiej w Egipcie słowa „nie dyskryminujemy seksualnie” brzmiałyby (w obrębie tezy Rorty’ego) następująco: „nie dyskryminujemy seksualnie, ale dyskryminujemy seksualnie). Zwyczajnie więc, by zlikwidować sprzeczność możemy wysunąć tezę, iż moralność w intencji Rorty’ego dotyczy raczej potencji. Zgodnie z takim ujęciem, stwierdzenie „my takich rzeczy nie robimy” winniśmy zastąpić przez „my uważamy, że nie powinniśmy tego robić”. Oczywiście, jest to tylko częściowe odrzucenie argumentu Kymlicki, a to z tego względu, że daje pozostaje nieszczęsny zaimek „my”. Co bowiem może oznaczać, w ustach egipskiej muzułmanki stwierdzenie, że „my uważamy, że powinniśmy zaniechać dyskryminacji seksualnej”, jeśli dyskryminacja seksualna jest tam na porządku dziennym, a nawet jest szeroko akceptowalna? Kim jest owo „my”, o którym wspomina muzułmanka? Drugi argument, a w zasadzie kontynuacja powyższego, tylko na innym poziomie, jest właśnie poszukiwaniem desygnatu zaimka „my”. Jest to argument typowo rorty’ański, tj. Rorty sam go przywołuje, ale czyni to w innym niż powyższy kontekście. Dylematy moralne, stwierdza Rorty,

stanowią na ogół odzwierciedlenie faktu, że przeważnie utożsamiamy się z rozmaitymi wspólnotami, na ogół żywiąc jednakową niechęć do marginalizowania siebie w stosunku do nich. Rozmaitość takich identyfikacji wzrasta wraz z poziomem wykształcenia, tak samo jak wraz z rozwojem cywilizacji wzrasta liczba wspólnot, z którymi dana osoba mogłaby się utożsamiać. [R. Rorty, Obiektywność, relatywizm i prawda, Warszawa 1999, s. 298]

W świetle powyższych słów możemy pokrótce naszkicować nasz schemat argumentacyjny. Mnogość i złożoność relacji społecznych w obrębie jednej i więcej społeczności jest czymś naturalnym we współczesnym świecie. Jedna osoba może być wplątana w wiele, nierzadko sprzecznych (przynajmniej do pewnego stopnia) relacji. W świecie kultury zachodniej uważamy to za normalne, ostrożnie szacując, od ponad 100 lat. W świecie niezachodnim taki wynik szacunku byłby zdecydowanie przesadzony, co nie zmienia faktu, że złożoność relacji społecznych jest tam na porządku dziennym. W świetle tego stwierdzenie muzułmańskiej kobiety „my nie dyskryminujemy seksualnie” jest zbyt ogólne, by można było wysnuć z niego wniosek, dotyczący relacji między moralnością a faktycznością i potencją. Kobieta w gruncie rzeczy może należeć do społeczeństwa muzułmańskiego, gdzie dyskryminacja seksualna jest na porządku dziennym, ale może również postulować zaniechanie tego procederu. Jeśli tak, stwierdzenie „my nie dyskryminujemy seksualnie” odnosiłoby się do grupy jej stronników, którzy 1) rzeczywiście tego nie robią („my nie robimy takich rzeczy”) i 2) wysuwają postulat, dotyczący całego świata muzułmańskiego („my uważamy, że nie powinniśmy tego robić”). Powyższy schemat argumentacyjny ciężko jest w sposób jednoznaczny określić, jako komunitarny, bądź liberalny. Z pewnością mamy tu do czynienia z działaniem w obrębie dwu wspólnot, a konkretnie jednej wspólnoty (muzułmańscy przeciwnicy dyskryminacji seksualnej) i wspólnoty do niej nadrzędnej, metawspólnoty (ogół świata muzułmańskiego). A przecież wspólnota muzułmańskich przeciwników dyskryminacji seksualnej jest z kolei fragmentem jeszcze innej metawspólnoty – przeciwników dyskryminacji seksualnej nie tylko w świecie muzułmańskim. Z której strony byśmy na to nie spojrzeli, mamy tutaj do czynienia z przenikaniem się różnych wspólnot, kultur i tradycji interpretacyjnych. Mamy też, co chyba jeszcze ważniejsze, próbę reformy, podważenia, swojej własnej (meta)wspólnoty właśnie od wewnątrz. Wymaga to pewnej krytycznej samoświadomości, mówiąc słowami Stanley’a Fisha. Fish zwraca uwagę, że umysł nie jest strukturą statyczną, lecz złożeniem powiązanych przekonań, z których każde może wywierać nacisk na każde inne w ruchu, który może prowadzić do samoprzekształcenia. (S. Fish, Interpretacja, retoryka, polityka, Kraków 2008, s. 258) – jest „projektem w ruchu”.

Przy takiej interpretacji tezy Rorty’ego, zdaje mi się, że interpretacji dosyć bliskiej samemu Rorty’emu, zarzut Kymlicki wydaje się nietrafiony. Przynajmniej ten zarzut. Następne? Innym razem.

Obiecałem, że na koniec wracamy do prywaty. Otóż więc tak: 2 lipca, w sobotę, wyjeżdżam i do dnia 10., prawdopodobnie włącznie, nie będę miał dostępu do sieci. Oznacza to, że wszystkie komentarze, jakie się pojawią, zostaną przeze mnie przeczytane (i, miejmy nadzieję, skomentowane) dopiero po tym okresie. Na czas mojej nieobecności, chciałbym wam powiedzieć tyle: oglądajcie, kupujcie, ściągajcie, pamiętajcie, film The United States of Leland, na polski przetłumaczony jako Odmienne stany moralności. Najpiękniejszy film na świecie.

Opublikowano w: filozofia, libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Przerost formy nad treścią

Wy wiecie, że ja się chwalić nie lubię i skromny jestem. Powiem wam jeszcze, że jestem hardkorem. No bo jak nazwać człowieka, który już nie uważa się za libertarianina, libertarianizm uważa za głupi, a mimo to nadal czyta o libertarianizmie, albo libertarian? Ba! wydaje na to ciężko zarobione pieniądze! Dobrze, przejdźmy do rzeczy. Czytam obecnie najświeższego Hansa Hermanna Hoppe’go, wydania Fijora (Ekonomia i etyka własności prywatnej…). Zaznaczam, że nie przeczytałem jeszcze całej książki, więc to, co niżej przeczytacie, odnosić się będzie jedynie do tej części, którą mam już za sobą. 
Zanim pogadamy o kwestiach merytorycznych, chciałbym kilka słów powiedzieć na temat samej formy wydania. Nie podoba mi się. Ani mi się nie podoba twarda oprawa (nie uważam, by tego typu książki warte był twardych opraw), ani tłumaczenie, ani wiele innych rzeczy. Po kolei. A, może zacznijmy od plusów: podoba mi się, że książka jest szyta. Ja wiem, że to nie ma lekko i albo szyjemy twardą oprawę, albo kleimy miękką. A mnie się i tak podoba szycie i nie podoba twarda. Dobrze, jeśli mam być szczery, uważam, że Fijor mógłby sobie darować twardą oprawę i szycie i zamiast tego zainwestować w korektę. Ilość błędów jest wręcz ma_sa_krycz_na i zaczyna się już na stronie ze stopką redakcyjną. I weź tu człowieku decyduj teraz, czy cytować z błędem, czy poprawić (i ew. zaznaczyć, że cytat modyfikowany), czy w ogóle nie cytować. Ja wiem, że na rynku wydawniczym rządzi cięcie kosztów (inaczej jest u tych, co naprawdę rządzą, ale to nie ma związku), no ale na litość boską, tu już nie chodzi o interpunkcję! Zresztą, gdyby chodziło tylko o interpunkcję (która nota bene również pozostawia wiele do życzenia), to bym olał sprawę – w końcu 3/4 Polaków nie wie gdzie, kiedy i po kiego chuja stawiać przecinki. Ale mamy na przykład coś takiego (zwróćcie uwagę na tłumaczenie, jest…. kapitalne?):


Wyjaśniliśmy już strategiczne funkcje wszystkie z nich, poza jedną: z jakiego powodu nie są to ne:one normalnymi elementami gospodarki, zdeterminowanymi przez siły popytu i podaży, czy nawet zwykłymi dobrymi uczynkami, lecz działaniami redystrybucyjnymi, mającymi na celu stabilizację a, jeśli to możliwe, zwiększenie wolumenu zdobywanego przez państwo – w drodze wyzysku – dochodu i bogactwa. (s.97)

Witki opadają, mam nadzieję, nie tylko mi. W stopce co prawda jest wpisany ktoś do korekty, ale to chyba ten ktoś, niczym ta blondynka z kawału, „korektorował” monitor. Słabiutko wygląda indeks, ma zbyt dużą czcionkę i wali po oczach. Nie ma też w indeksie nazwisk, przewijających się w przypisach – a szkoda, bo gościu jak się do kogoś odwołuje, to głównie w przypisach. Można więc by było dodać numer strony przy nazwisku jakiegoś ziomka i dyskretnie dopisać literkę „p”, albo „ff”. Nie inaczej wygląda sprawa bibliografii: w układzie alfabetycznym zaczyna się od Hayeka, a pozycje przytaczane i cytowane w przypisach nie zostały w niej uwzględnione. Jestem skłonny zaakceptować za to okładkę. Wreszcie bez żadnych bazgrołów – stonowana i poważna. W przeciwieństwie do reszty książki.
***
No właśnie, reszta książki. Zacznijmy może tak: kiedyś już powiedziałem, co myślę o HHH. Podtrzymuję tamto zdanie, a niezorientowanym powtórzę: HHH jest bucem. Dlaczego tym razem? Książka składa się z dwu części: ekonomicznej i filozoficznej. Pierwsza zawiera 8 rozdziałów, druga -7. Trudno zresztą nazwać to rodziałami, to raczej artykuły, zupełnie bez związku (ok, związek jest, ponieważ HHH na wciąż pisze o tym samym i jest w swoim bucostwie strasznie monotematyczny). W dodatku – wtórne: na 15 rozdziałów (artykułów) mamy jeden premierowy, jeden zmodyfikowany i jeden napisany przy współpracy dwóch innych ziomów. Reszta – z odzysku. Można co prawda powiedzieć, że libertarianie są zieloni – recycling. Można, tylko po co?
Może część z was uważa, że to żaden problem, że niektóre z tych artykułów były już raz, lub częściej (!) publikowane. Jasne. Żaden problem. Żadnym problemem jest też to, że część akapitów została przeniesiona w różne miejsca za pomocą „ctrl+c ctrl+v”. No dobra, może przesadzam – u Rothbarda zmieniała się kolejność, u Hoppe’go też mamy drobne zmiany. Na stronie 60. możemy przeczytać:

Własność można nabyć albo przez zawłaszczenie, produkcję i umowy, albo przez wywłaszczenie i wyzysk zawłaszczających, producentów i zawierających umowy. Nie ma innych sposobów. Obie metody są dla ludzkości naturalne.

Z kolei na stronie 92 czytamy, co następuje:

Zdobycie i pomnażanie bogactwa możliwe jest albo poprzez pierwotne zawłaszczenie, produkcję i wymianę opartą na umowach, albo przez wywłaszczenia i wyzysk właścicieli, producentów oraz osób prowadzących interesy oparte na umowach wymiany. Nie ma innych sposobów. Obie metody są dla ludzkości naturalne.

Podstawy tłumaczenia również wam podam, żebyście mogli poznać sztukę kreatywnego tłumaczenia: (1) One can acquire property either through homesteading, production, and contracting, or else through the expropriation and exploitation of homesteaders, producers, or contractors. There are no other ways. Both methods are natural to mankind. i (2) One can acquire property either through homesteading, production and contractual exchange, or by exprorpriating and exploiting homesteaders, producers, or contractual exchangers. There are no other ways. Both methods are natural to mankind. 

Wy nie wiecie, ale ja wiem, dlaczego on to powtarza. To jak z rzucaniem zaklęć – będziesz powtarzać, to może staną się prawdą. Już, już się odczepię od tłumacza, tylko jeszcze jedną rzecz wam pokażę (raczej odnośnie Hoppe’go, niż tłumacza). Na stronie 19. przeczytałem, że każde dobro może wciąż zmieniać swoje cechy; może nawet z publicznego czy prywatnego dobra stać się publicznym bądź prywatnym złem i vice versa. Powaga, Hoppe sam pisał „public or private bad or evil”! Co to ma w ogóle, kurwa, być?!?
***
Myślałem, że uda mi się to szybko załatwić, ale nie dotarłem jeszcze nawet do połowy. Pozwolę więc sobie skrócić moje obiekcje i skupić się tylko na kilku sprawach. Zacznijmy może od opodatkowania. Hoppe po kilkunastostronnicowym wywodzie dochodzi do wniosku, że w jakikolwiek sposób by tego nie wyrazić, nie można uciec od wniosku, że opodatkowanie jest sposobem na utrudnienie formowania bogactwa i tym samym względne zubożenie (s. 59). No więc ja bym chciał wysunąć następującą tezę: jeżeli opodatkowanie jest sposobem na utrudnienie formowania bogactwa, to znaczy, że w jakiś sposób negatywnie wpływa na akumulację kapitału w postaci gotówki. A gdzie trzymamy gotówkę? Na koncie. A skoro na koncie, to znaczy, że w banku. Jeżeli wpłacamy pieniądze do banku, to on tworzy (rezerwa cząstkowa) xxx gotówki więcej, niż dostał. Do czego to prowadzi – każdy libertarianin wie: boom&bust, czyli cykl koniunkturalny. Możemy więc wyprowadzić logicznie poprawny wniosek, że opodatkowanie jest formą zapobiegania cyklom koniunkturalnym. Ba, możemy wyprowadzić wniosek, że były prezes Jarosław Kaczyński, jako trzymający gotówę w skarpecie, jest kryptolibertarianinem!
***
To było w kwestii formowania bogactwa. A teraz zubożenie. Oczywiście, względne, bo jak zmierzyć bezwzględne? Chciałbym zwrócić przy tym uwagę, że równie poprawny byłby wniosek, że opodatkowanie służy względnemu wzbogaceniu społeczeństwa. Jakim cudem? Zacznijmy od definicji:

Opodatkowanie jest przymusowym, nie opartym na umowie transferem określonych zasobów fizycznych (obecnie najczęściej, choć nie tylko, pieniędzy) [...] od osoby lub grupy osób, która pierwotnie je posiadała, do innej, która obecnie je posiada [...] (s. 45).

Weźmy te pieniądze. Wyobraźmy sobie taką akcję: gościu ma kasę. Opodatkowują go. Przekazują jego kasę w formie redystrybucji komuś innemu. Kasę miał gościu A, a ma gościu B. Transfer? Transfer. A dlaczego nie zrobili na odwrót, tj. nie zabrali gościowi B i nie przekazali gościowi A? Może dlatego, że gościu B to menel jakiś, który kasy nie miał, a gościu A do burżuj, który kasę miał? Zamiast odwoływać się w tym miejscu do piramidy potrzeb Maslowa, chciałbym się powołać na prawo malejącej użyteczności krańcowej, czy tam marginalnej. Jeżeli ktoś ma dużo kasy, to zabranie mu nadwyżki ponad jakimś, arbitralnie ustalonym progiem, będzie jego zubożeniem. Z drugiej strony, jeżeli ktoś nie ma kasy, to wręczenie mu jej będzie jego wzbogaceniem. Prawo malejącej użyteczności krańcowej może nam pozwolić wysunąć wniosek, że de facto opodatkowanie, czyli redystrybucja dochodu jest wzbogaceniem społeczeństwa – zabieramy typkowi A, a dajemy typkowi B, który wyżej ceni pierwszą pomarańczę, niż A – 16-tą. Niech żyją podatki!
***
Fajnie Hoppe gada na temat pieniędzy. Na przykład zgodnie z amerykańskim mitem self-made man’a uważa, że [p]ieniądz został wynaleziony przez nastawionego na własny interes człowieka (s. 87). Jest to tak fascynujące i wiekopomne twierdzenie, że aż dziw, że królowa brytyjska, czy tam księżna, czy kto tam teraz rządzi, nie wręczyli Hoppe’mu tytułu sir. A jeszcze lepiej, Hoppe powinien wskazać palcem tego człowieka, który ten pieniądz wymyślił (a przynajmniej jego szczątki), żeby powstało nowe miejsce kultu. W końcu tak wielki odkrywca, jak odkrywca pieniądza nie mógł pozostać anonimowy i swą sławą powinien zdmuchnąć Dżizaza z kart biblijnej historii. 
Ale nie jest to najmocniejsza teza odnośnie pieniędzy. Otóż w pewnym momencie Hoppe mówi wprost, że 

myśleć o wolnym rynku w odniesieniu do konkurujących banków, ale i konkurujących pieniędzy, byłoby fundamentalnym nieporozumieniem co do istoty pieniądza. Konkurujące pieniądze nie są wynikiem działań na wolnym rynku, lecz zawsze stanowią rezultat przymusu, narzuconych przez rząd przeszkód na drodze racjonalnych zachowań gospodarczych. (s. 89).

Myślicie, że nowomowa? Możliwe, w końcu

Zamiast mówienia o państwowym kapitalizmie monopolistycznym [jak chcą marksiści - sc], bardziej stosowne byłoby nazywanie obecneg[o - brak literki, sc] systemu „finansowanym przez państwo socjalizmem monopolistycznym, albo „socjalizmem burżuazyjnym”. (s. 105).

Naczytał się Foucault’a i teraz wszędzie widzi dyskursy władzy. Świr.
***
Wiąże się to z hoppe’ańską teorią stosunków międzynarodowych i wojen. Hoppe twierdzi bowiem, że im bardziej liberalne jest państwo wewnętrznie, tym bardziej prawdodobne, że zajmie się agresją. Wewnętrzny liberalizm czyni społeczeństwo bogatszym; bogatsze społeczeństwo, któremu można zabierać, czyni bogatszym państwo, a bogatsze państwo oznacza coraz więcej zakończonych powodzeniem wojen zaborczych (s. 111).
Czaicie ten argument? Pamiętacie Małego księcia i rozmowę z pijakiem? Pijak pił, żeby zapomnieć, że się wstydzi, że pije. Odnoszę wrażenie, że Hoppe też powinien się napić. Albo przestać. W gruncie rzeczy Hoppe, będąc pod wielkim, do czego sam się przyznaje, wpływem Rothbarda, wyprowadza rothbardiańskie wnioski, tylko tak… dookoła. Już Rothbard twierdził bowiem, że Stany Zjednoczone w trakcie zimnej wojny były stroną napastliwą, w przeciwieństwie do Sowietów, którzy to wypracowali politykę zagraniczną, którą libertarianie uznają za jedynie słuszną i uzasadnioną (O nową wolność…, s. 358).
***
Najbardziej żałosna jest jednak „analiza” teorii klasowych marksizmu i libertarianizmu (czy szkoły austriackiej). Jest tak żałosna, że musiałbym naprawdę wiele kartek zapełnić, żeby poważnie o niej napisać. Tutaj ograniczę się tylko do jednej drobnostki. Otóż Hoppe twierdzi, że Marks bardzo dobrze opisał, w jaki sposób pierwotna własność kapitalistyczna powstała w wyniku rabunku, grodzenia i podbojów. Sam Hoppe twierdzi, że jest to „generalnie prawdziwe”. Trzeba być jednak świadomym faktu, pisze dalej,

że Marks wprowadza pewien trick. Zajmując się badaniami historycznymi i wzmagając oburzenie czytelnika brutalnością stojącą za ukształtowaniem się wielu kapitalistycznych fortun, omija tak naprawdę omawiane zagadnienie. Odciąga uwagę od faktu, że jego teza jest tak naprawdę zupełnie inna: dokładniej, że jeśli nawet mielibyśmy „czysty” kapitalizm, by tak to ująć (taki, w którym pierwotne przejęcie kapitału było wyłącznie rezultatem zawłaszczeń), czyli pracę i oszczędności, kapitalista, który zatrudniłby robotników do pracy z tym kapitałem, mimo wszystko dokonywałby wyzysku. (s. 130, pisownia oryginalna – sc).

Żeby być uczciwym ze sobą, muszę zauważyć, że to nie Marks, tylko Hoppe dokonuje tutaj tricku. Może ktoś z was wie, dlaczego niby to Marks miałby wyobrażać sobie czysty kapitalizm Hoppe’go i pisać o nim, a nie o kapitalizmie, jaki znał? Co kogokolwiek w ogóle obchodzi, jaki kapitalizm sobie wymyślił Hoppe i co to ma do Marksa?!?
Nie wiecie? Otóż ja wiem. Wiem to ze strony 47., gdzie przeczytałem, że [d]oświadczenie nie może pokonać logiki. Tym gorzej dla faktów.
Opublikowano w: filozofia, książki, libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Przerost formy nad treścią

Wy wiecie, że ja się chwalić nie lubię i skromny jestem. Powiem wam jeszcze, że jestem hardkorem. No bo jak nazwać człowieka, który już nie uważa się za libertarianina, libertarianizm uważa za głupi, a mimo to nadal czyta o libertarianizmie, albo libertarian? Ba! wydaje na to ciężko zarobione pieniądze! Dobrze, przejdźmy do rzeczy. Czytam obecnie najświeższego Hansa Hermanna Hoppe’go, wydania Fijora (Ekonomia i etyka własności prywatnej…). Zaznaczam, że nie przeczytałem jeszcze całej książki, więc to, co niżej przeczytacie, odnosić się będzie jedynie do tej części, którą mam już za sobą. 
Zanim pogadamy o kwestiach merytorycznych, chciałbym kilka słów powiedzieć na temat samej formy wydania. Nie podoba mi się. Ani mi się nie podoba twarda oprawa (nie uważam, by tego typu książki warte był twardych opraw), ani tłumaczenie, ani wiele innych rzeczy. Po kolei. A, może zacznijmy od plusów: podoba mi się, że książka jest szyta. Ja wiem, że to nie ma lekko i albo szyjemy twardą oprawę, albo kleimy miękką. A mnie się i tak podoba szycie i nie podoba twarda. Dobrze, jeśli mam być szczery, uważam, że Fijor mógłby sobie darować twardą oprawę i szycie i zamiast tego zainwestować w korektę. Ilość błędów jest wręcz ma_sa_krycz_na i zaczyna się już na stronie ze stopką redakcyjną. I weź tu człowieku decyduj teraz, czy cytować z błędem, czy poprawić (i ew. zaznaczyć, że cytat modyfikowany), czy w ogóle nie cytować. Ja wiem, że na rynku wydawniczym rządzi cięcie kosztów (inaczej jest u tych, co naprawdę rządzą, ale to nie ma związku), no ale na litość boską, tu już nie chodzi o interpunkcję! Zresztą, gdyby chodziło tylko o interpunkcję (która nota bene również pozostawia wiele do życzenia), to bym olał sprawę – w końcu 3/4 Polaków nie wie gdzie, kiedy i po kiego chuja stawiać przecinki. Ale mamy na przykład coś takiego (zwróćcie uwagę na tłumaczenie, jest…. kapitalne?):


Wyjaśniliśmy już strategiczne funkcje wszystkie z nich, poza jedną: z jakiego powodu nie są to ne:one normalnymi elementami gospodarki, zdeterminowanymi przez siły popytu i podaży, czy nawet zwykłymi dobrymi uczynkami, lecz działaniami redystrybucyjnymi, mającymi na celu stabilizację a, jeśli to możliwe, zwiększenie wolumenu zdobywanego przez państwo – w drodze wyzysku – dochodu i bogactwa. (s.97)

Witki opadają, mam nadzieję, nie tylko mi. W stopce co prawda jest wpisany ktoś do korekty, ale to chyba ten ktoś, niczym ta blondynka z kawału, „korektorował” monitor. Słabiutko wygląda indeks, ma zbyt dużą czcionkę i wali po oczach. Nie ma też w indeksie nazwisk, przewijających się w przypisach – a szkoda, bo gościu jak się do kogoś odwołuje, to głównie w przypisach. Można więc by było dodać numer strony przy nazwisku jakiegoś ziomka i dyskretnie dopisać literkę „p”, albo „ff”. Nie inaczej wygląda sprawa bibliografii: w układzie alfabetycznym zaczyna się od Hayeka, a pozycje przytaczane i cytowane w przypisach nie zostały w niej uwzględnione. Jestem skłonny zaakceptować za to okładkę. Wreszcie bez żadnych bazgrołów – stonowana i poważna. W przeciwieństwie do reszty książki.
***
No właśnie, reszta książki. Zacznijmy może tak: kiedyś już powiedziałem, co myślę o HHH. Podtrzymuję tamto zdanie, a niezorientowanym powtórzę: HHH jest bucem. Dlaczego tym razem? Książka składa się z dwu części: ekonomicznej i filozoficznej. Pierwsza zawiera 8 rozdziałów, druga -7. Trudno zresztą nazwać to rodziałami, to raczej artykuły, zupełnie bez związku (ok, związek jest, ponieważ HHH na wciąż pisze o tym samym i jest w swoim bucostwie strasznie monotematyczny). W dodatku – wtórne: na 15 rozdziałów (artykułów) mamy jeden premierowy, jeden zmodyfikowany i jeden napisany przy współpracy dwóch innych ziomów. Reszta – z odzysku. Można co prawda powiedzieć, że libertarianie są zieloni – recycling. Można, tylko po co?
Może część z was uważa, że to żaden problem, że niektóre z tych artykułów były już raz, lub częściej (!) publikowane. Jasne. Żaden problem. Żadnym problemem jest też to, że część akapitów została przeniesiona w różne miejsca za pomocą „ctrl+c ctrl+v”. No dobra, może przesadzam – u Rothbarda zmieniała się kolejność, u Hoppe’go też mamy drobne zmiany. Na stronie 60. możemy przeczytać:

Własność można nabyć albo przez zawłaszczenie, produkcję i umowy, albo przez wywłaszczenie i wyzysk zawłaszczających, producentów i zawierających umowy. Nie ma innych sposobów. Obie metody są dla ludzkości naturalne.

Z kolei na stronie 92 czytamy, co następuje:

Zdobycie i pomnażanie bogactwa możliwe jest albo poprzez pierwotne zawłaszczenie, produkcję i wymianę opartą na umowach, albo przez wywłaszczenia i wyzysk właścicieli, producentów oraz osób prowadzących interesy oparte na umowach wymiany. Nie ma innych sposobów. Obie metody są dla ludzkości naturalne.

Podstawy tłumaczenia również wam podam, żebyście mogli poznać sztukę kreatywnego tłumaczenia: (1) One can acquire property either through homesteading, production, and contracting, or else through the expropriation and exploitation of homesteaders, producers, or contractors. There are no other ways. Both methods are natural to mankind. i (2) One can acquire property either through homesteading, production and contractual exchange, or by exprorpriating and exploiting homesteaders, producers, or contractual exchangers. There are no other ways. Both methods are natural to mankind. 

Wy nie wiecie, ale ja wiem, dlaczego on to powtarza. To jak z rzucaniem zaklęć – będziesz powtarzać, to może staną się prawdą. Już, już się odczepię od tłumacza, tylko jeszcze jedną rzecz wam pokażę (raczej odnośnie Hoppe’go, niż tłumacza). Na stronie 19. przeczytałem, że każde dobro może wciąż zmieniać swoje cechy; może nawet z publicznego czy prywatnego dobra stać się publicznym bądź prywatnym złem i vice versa. Powaga, Hoppe sam pisał „public or private bad or evil”! Co to ma w ogóle, kurwa, być?!?
***
Myślałem, że uda mi się to szybko załatwić, ale nie dotarłem jeszcze nawet do połowy. Pozwolę więc sobie skrócić moje obiekcje i skupić się tylko na kilku sprawach. Zacznijmy może od opodatkowania. Hoppe po kilkunastostronnicowym wywodzie dochodzi do wniosku, że w jakikolwiek sposób by tego nie wyrazić, nie można uciec od wniosku, że opodatkowanie jest sposobem na utrudnienie formowania bogactwa i tym samym względne zubożenie (s. 59). No więc ja bym chciał wysunąć następującą tezę: jeżeli opodatkowanie jest sposobem na utrudnienie formowania bogactwa, to znaczy, że w jakiś sposób negatywnie wpływa na akumulację kapitału w postaci gotówki. A gdzie trzymamy gotówkę? Na koncie. A skoro na koncie, to znaczy, że w banku. Jeżeli wpłacamy pieniądze do banku, to on tworzy (rezerwa cząstkowa) xxx gotówki więcej, niż dostał. Do czego to prowadzi – każdy libertarianin wie: boom&bust, czyli cykl koniunkturalny. Możemy więc wyprowadzić logicznie poprawny wniosek, że opodatkowanie jest formą zapobiegania cyklom koniunkturalnym. Ba, możemy wyprowadzić wniosek, że były prezes Jarosław Kaczyński, jako trzymający gotówę w skarpecie, jest kryptolibertarianinem!
***
To było w kwestii formowania bogactwa. A teraz zubożenie. Oczywiście, względne, bo jak zmierzyć bezwzględne? Chciałbym zwrócić przy tym uwagę, że równie poprawny byłby wniosek, że opodatkowanie służy względnemu wzbogaceniu społeczeństwa. Jakim cudem? Zacznijmy od definicji:

Opodatkowanie jest przymusowym, nie opartym na umowie transferem określonych zasobów fizycznych (obecnie najczęściej, choć nie tylko, pieniędzy) [...] od osoby lub grupy osób, która pierwotnie je posiadała, do innej, która obecnie je posiada [...] (s. 45).

Weźmy te pieniądze. Wyobraźmy sobie taką akcję: gościu ma kasę. Opodatkowują go. Przekazują jego kasę w formie redystrybucji komuś innemu. Kasę miał gościu A, a ma gościu B. Transfer? Transfer. A dlaczego nie zrobili na odwrót, tj. nie zabrali gościowi B i nie przekazali gościowi A? Może dlatego, że gościu B to menel jakiś, który kasy nie miał, a gościu A do burżuj, który kasę miał? Zamiast odwoływać się w tym miejscu do piramidy potrzeb Maslowa, chciałbym się powołać na prawo malejącej użyteczności krańcowej, czy tam marginalnej. Jeżeli ktoś ma dużo kasy, to zabranie mu nadwyżki ponad jakimś, arbitralnie ustalonym progiem, będzie jego zubożeniem. Z drugiej strony, jeżeli ktoś nie ma kasy, to wręczenie mu jej będzie jego wzbogaceniem. Prawo malejącej użyteczności krańcowej może nam pozwolić wysunąć wniosek, że de facto opodatkowanie, czyli redystrybucja dochodu jest wzbogaceniem społeczeństwa – zabieramy typkowi A, a dajemy typkowi B, który wyżej ceni pierwszą pomarańczę, niż A – 16-tą. Niech żyją podatki!
***
Fajnie Hoppe gada na temat pieniędzy. Na przykład zgodnie z amerykańskim mitem self-made man’a uważa, że [p]ieniądz został wynaleziony przez nastawionego na własny interes człowieka (s. 87). Jest to tak fascynujące i wiekopomne twierdzenie, że aż dziw, że królowa brytyjska, czy tam księżna, czy kto tam teraz rządzi, nie wręczyli Hoppe’mu tytułu sir. A jeszcze lepiej, Hoppe powinien wskazać palcem tego człowieka, który ten pieniądz wymyślił (a przynajmniej jego szczątki), żeby powstało nowe miejsce kultu. W końcu tak wielki odkrywca, jak odkrywca pieniądza nie mógł pozostać anonimowy i swą sławą powinien zdmuchnąć Dżizaza z kart biblijnej historii. 
Ale nie jest to najmocniejsza teza odnośnie pieniędzy. Otóż w pewnym momencie Hoppe mówi wprost, że 

myśleć o wolnym rynku w odniesieniu do konkurujących banków, ale i konkurujących pieniędzy, byłoby fundamentalnym nieporozumieniem co do istoty pieniądza. Konkurujące pieniądze nie są wynikiem działań na wolnym rynku, lecz zawsze stanowią rezultat przymusu, narzuconych przez rząd przeszkód na drodze racjonalnych zachowań gospodarczych. (s. 89).

Myślicie, że nowomowa? Możliwe, w końcu

Zamiast mówienia o państwowym kapitalizmie monopolistycznym [jak chcą marksiści - sc], bardziej stosowne byłoby nazywanie obecneg[o - brak literki, sc] systemu „finansowanym przez państwo socjalizmem monopolistycznym, albo „socjalizmem burżuazyjnym”. (s. 105).

Naczytał się Foucault’a i teraz wszędzie widzi dyskursy władzy. Świr.
***
Wiąże się to z hoppe’ańską teorią stosunków międzynarodowych i wojen. Hoppe twierdzi bowiem, że im bardziej liberalne jest państwo wewnętrznie, tym bardziej prawdodobne, że zajmie się agresją. Wewnętrzny liberalizm czyni społeczeństwo bogatszym; bogatsze społeczeństwo, któremu można zabierać, czyni bogatszym państwo, a bogatsze państwo oznacza coraz więcej zakończonych powodzeniem wojen zaborczych (s. 111).
Czaicie ten argument? Pamiętacie Małego księcia i rozmowę z pijakiem? Pijak pił, żeby zapomnieć, że się wstydzi, że pije. Odnoszę wrażenie, że Hoppe też powinien się napić. Albo przestać. W gruncie rzeczy Hoppe, będąc pod wielkim, do czego sam się przyznaje, wpływem Rothbarda, wyprowadza rothbardiańskie wnioski, tylko tak… dookoła. Już Rothbard twierdził bowiem, że Stany Zjednoczone w trakcie zimnej wojny były stroną napastliwą, w przeciwieństwie do Sowietów, którzy to wypracowali politykę zagraniczną, którą libertarianie uznają za jedynie słuszną i uzasadnioną (O nową wolność…, s. 358).
***
Najbardziej żałosna jest jednak „analiza” teorii klasowych marksizmu i libertarianizmu (czy szkoły austriackiej). Jest tak żałosna, że musiałbym naprawdę wiele kartek zapełnić, żeby poważnie o niej napisać. Tutaj ograniczę się tylko do jednej drobnostki. Otóż Hoppe twierdzi, że Marks bardzo dobrze opisał, w jaki sposób pierwotna własność kapitalistyczna powstała w wyniku rabunku, grodzenia i podbojów. Sam Hoppe twierdzi, że jest to „generalnie prawdziwe”. Trzeba być jednak świadomym faktu, pisze dalej,

że Marks wprowadza pewien trick. Zajmując się badaniami historycznymi i wzmagając oburzenie czytelnika brutalnością stojącą za ukształtowaniem się wielu kapitalistycznych fortun, omija tak naprawdę omawiane zagadnienie. Odciąga uwagę od faktu, że jego teza jest tak naprawdę zupełnie inna: dokładniej, że jeśli nawet mielibyśmy „czysty” kapitalizm, by tak to ująć (taki, w którym pierwotne przejęcie kapitału było wyłącznie rezultatem zawłaszczeń), czyli pracę i oszczędności, kapitalista, który zatrudniłby robotników do pracy z tym kapitałem, mimo wszystko dokonywałby wyzysku. (s. 130, pisownia oryginalna – sc).

Żeby być uczciwym ze sobą, muszę zauważyć, że to nie Marks, tylko Hoppe dokonuje tutaj tricku. Może ktoś z was wie, dlaczego niby to Marks miałby wyobrażać sobie czysty kapitalizm Hoppe’go i pisać o nim, a nie o kapitalizmie, jaki znał? Co kogokolwiek w ogóle obchodzi, jaki kapitalizm sobie wymyślił Hoppe i co to ma do Marksa?!?
Nie wiecie? Otóż ja wiem. Wiem to ze strony 47., gdzie przeczytałem, że [d]oświadczenie nie może pokonać logiki. Tym gorzej dla faktów.
Opublikowano w: filozofia, książki, libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Notatki na marginesach

Zaczniemy z grubej rury.
- Do you know why Beyonce sings „To the left/To the left”?
- Because Niggers don’t have rights.
***
Porozmawiajmy o tekstach. W tym o literaturze. Zasadniczo rzecz biorąc, uważam, że literatura pełni, a przynajmniej może pełnić, ważną funkcję. Skupiam się na literaturze, ale równie dobrze mógłbym mówić o filmie, muzyce, czy sztuce. Mówię o literaturze, bo o reszcie nie mam zbyt dużego pojęcia. A, póki pamiętam, jeśli już mowa o filmie, to oblukajcie sobie The other guys, słabo przetłumaczoną na Policję zastępczą
Niestety główną rolą literatury jest rozrywka. Nie uważam bynajmniej, że literatura w ogóle nie powinna służyć rozrywce. Powinna. Literatura trochę nam mówi o życiu. Czasami mówi nam o życiu, które chcielibyśmy mieć, a czasami – o takim, którego pożyczylibyśmy swoim wrogom. Oczywiście możemy też ruszyć w stronę fantastyki (fantasy i s-f), która o życiu mówi nam mniej. Wszyscy widzimy różnicę między Ludlumem, Sapkowskim a Grocholą. Pozwolę sobie jednak kompletnie olać taki podział i zaproponować inny. W moim podziale Grochola, Ludlum, Sapkowski, czy Coelho stoją w jednym rzędzie. Trzymają się za rączki i bronią swojej wersji historii. Powiem wprost, że jest to ten rodzaj literatury, którym niezbyt poważam. Owszem, Ludluma, czy Sapkowskiego fajnie się czyta, natomiast w żadnym razie nie uważam, by była to literatura warta zachodu. A może właśnie jest to literatura warta Zachodu? By wyrazić rzecz jaśniej: uważam, że powyżsi autorzy piszą książki typowo rozrywkowe. Książki, których nie warto kupować, bo poza jednorazowym przeczytaniem nie będzie po co do nich wracać. Emocje i rozrywkę na podobnym poziomie może zaoferować kino. A jest przy tym formą wizualną i prostszą, a więc z większym potencjałem. Potwierdzają to przeróżne badania, dotyczące poziomu czytelnictwa (jakkolwiek nie uważałbym ich w żadnej mierze za miarodajne, ani też aspirujące do miarodajności). Oczywiście, jeśli jedna kobieta codziennie sypia z innym facetem, a jej siostra w ogóle nie sypia (w domyśle: z facetami), to statystycznie obie puszczają się co drugi dzień. Niemniej uważam, że ciekawie wyglądałyby statystyki sprzedaży bestsellerów i oglądalności (w kinie) różnych filmów[1]. Najlepiej na przełomie kilku lat.
Dobrze, mamy pierwszą drużynę. Po drugiej stronie stoją m.in. Eco (choć ja osobiście za głupi jestem, żeby wyciągnąć z Eco tyle, ile bym chciał), Conrad, Mann, czy Nabokow. Pozwolę sobie nie wspomnieć przy tym o Orwellu i całej masie innych pisarzy, którzy „zmienili moje życie”. W ich książkach rozrywka ustępuje miejsca, powiedzmy, refleksji. Refleksji, uściślijmy, niekoniecznie stricte filozoficznej. Ba!, wręcz z rzadka filozoficznej.

Uważam raczej, że funkcja literatury jest, a przynajmniej być powinna, społeczna. Literatura (ale również film, czy sztuka[2]) może – powinna! – przede wszystkim uwrażliwiać. Tak, jak to czyni Carlos Fuentes, albo Alice Walker, albo Yann Martel, albo… No, na podorędziu mam jeszcze kilka nazwisk. Co znaczy, że literatura powinna uwrażliwiać? Otóż wedle mojej projekcji, rolą literatury jest ukazanie, czy uświadomienie nam cierpienia. Ponieważ, jak napisałem w poprzedniej notce, uważam, że ludziom należy się szacunek, za istotną uważam minimalizację cierpienia. Sama świadomość, że cierpienie istnieje, że – być może – to my jesteśmy jego przyczyną, może przynieść zmianę takiego stanu rzeczy. Literatura może nam pomóc w dostrzeżeniu siebie w innych postaciach, czy to fikcyjnych, czy rzeczywistych – tak, jak to zrobiła na przykład Chata wuja Toma[3]. Szukajmy książek, które, powtarzając za Rorty’m, zmieniają nasze życie.

Wszystko to, co powyżej napisałem o roli literatury przechodzi teraz w naszą rolę, rolę czytelników tejże literatury. Czytanie, albo wyczytywanie, literatury nie jest rzeczą prostą. Nie jest to zresztą wyłącznie problem literatury. Wszelkie aspekty, nazwijmy to, sztuki[4] pobudzają nasze zmysły estetyczne. Dopiero przeżycie estetyczne może być wprowadzeniem do ujęcia etycznego, a więc społecznego[5]. Fundamentem, na którym budowane jest znaczenie tekstu jest doznanie estetyczne, a więc subiektywne. Autor jest tylko przyczynkiem do budowania znaczenia – to on przyniósł nam litery, słowa, zdania. To, co my zrozumiemy z tych stron jest zaś w dużej mierze niezależne od autora[6]. Wyczytywanie literatury w pewien konkretny, określony sposób uzależnione jest po części treścią, że tak powiem, empiryczną dzieła, kontekstem jego napisania, naszą wiedzą i erudycją i wreszcie – last, but not least – kontekstem, w którym się znajdujemy. Oczywiście na ten nasz kontekst składa się m.in. to, co już przeczytaliśmy, to w jaki sposób myślimy, to co myślimy, czy nawet, gdzie. To nie jest więc tak, że interpretacja dzieła jest dowolna. Interpretacja jest uzależniona kontekstowo. To kontekst ma przywilej dowolności.

Interpretacja dzieła zależy od odbiorcy. Tyle interpretacji, ilu odbiorców. Nie chcę wnikać w dywagacje, czy i ewentualnie jakie interpretacje są lepsze, niż inne, i dlaczego. W tym temacie powiem tylko, że nie uważam wszystkich interpretacji za równie dobrych i „poprawnych”, co, mam nadzieję, wystarczy.

Abstrahując już od literatury, chciałbym zwrócić uwagę na rolę interpretacji w codziennym życiu. Ostrzegam od razu, że mogę dokonać niemałej herezji tym, co zaraz napiszę. Otóż opierając się na klasycznej definicji prawdy[7], adaequatio rei i tak dalej, uważamy, że zdanie „Ziemia jest okrągła” (w przybliżeniu) jest prawdziwe, ponieważ Ziemia jest okrągła (w przybliżeniu). Innymi słowy, a konkretnie słowy Ajdukiewicza,

Myśl m jest prawdziwa – to znaczy: myśl m stwierdza, że jest tak a tak, i rzeczywiście jest tak a tak.

Nie chodzi o to, że myśl jest z rzeczywistością identyczna – ciężko o myśli powiedzieć, że jest identyczna z czymkolwiek, poza nią samą. Raczej chodzi o pewną zgodność (adaequatio). Chciałbym to powiązać z pewnym dualizmem, zapożyczając tytuł od Foucault, słów i rzeczy. Twierdząc, że słowa (myśl m) są zgodne z rzeczywistością, twierdzimy tym samym, że te słowa (ta konkretna myśl m) są językowym odpowiednikiem przestrzennej (materialnej?) rzeczywistości. Słowa są reprezentacją rzeczywistości. Różne są procedury dochodzenia do tej relacji słów do rzeczy. To wszystko zależy, od czego wychodzimy – jeśli rozpoczynamy od myśli, będziemy szukać tej rzeczywistości, którą dana myśl będzie urzeczywistniać. Jeśli wychodzimy od rzeczywistości, musimy odpowiednio „doprecyzowywać” myśl tak, by ta zgodność była jak najpełniejsza[8]. Z której strony byśmy nie wychodzili, naszym zadaniem jest szukanie jak najściślejszego podobieństwa.

Podobieństwo jest tutaj sprawą kluczową. Pozwólcie, że teraz troszkę zagmatwam. Patrząc na stół, mogę powiedzieć o nim „to jest stół”, ponieważ mam we łbie (i większość władających językiem polskim ma) pewną ideę wyglądu i funkcji stołu, a przedmiot, o którym mówię, odpowiada tej idei. Nie znaczy to, że przedmiot musi wyglądać tak, jak wygląda moja idea stołu. Ten, na który patrzę, może mieć okrągły blat i jedną nogę, albo może być wręcz dębową ławą, albo łamanym „półstołem”, przytwierdzanym do ściany, jak kiedyś się widywało. Spoko, ze stołem sprawa jest jeszcze względnie prosta. Pomyślcie sobie o zamku…

Chodzi mi o dwie rzeczy. Zwróćcie uwagę, że z jednej strony pewna idea (w przywoływanym wypadku, idea stołu) jest konkretnie naszą ideą, tj. pewien stół an sich u każdego człowieka będzie wyglądał inaczej (choć oczywiście nie na tyle, by być kompletnie „niewspółmiernym” z idealnymi stołami innych ludzi); z drugiej jednak strony wszelkie „nasze” ding an sich‘y nie są do końca nasze – wykształciły się w konkretnym kontekście, tj. klimacie kulturowym, wychowaniu, edukacji, etc. To wszystko ma wpływ na to co i jak myślimy. Wróćmy teraz do podobieństwa. Mówiliśmy już, że klasyfikując rzeczy do myśli, szukamy między nimi podobieństw, które pomagają nam zwiększyć zakres zgodności. Widząc dwukropek i zamykająca nawias klamra „:)” przywołują w nas ideę uśmiechniętej gęby. Obrazek fajki skłania nas do mylnego stwierdzenia, że to fajka.   I tak dalej.

Pareidolia. Pareidolia jest tym zjawiskiem, które ułatwia nam, czasem aż do przesady, przez co nawet utrudnia, dopatrywanie się znanych kształtów w przypadkowych, niespotykanych wcześniej szczegółach. Widzimy serduszka w chmurach, twarz diabła w dymie po zamachach w Nowym Jorku, twarze na skałach, penisy z konarów drzew i tak dalej.

Chciałbym już zmierzać do końca, gdyż i tak mi się tekst rozciągnął. Mam nadzieję, że dosyć wyraźnie widać związki i zależności między dwoma częściami tego wpisu. Na koniec mam tylko jeden test dla czytelników. Czy dostrzegacie znajomy kształt na tym zdjęciu?

[1] Miałem nadzieję, że obejdzie się bez adnotacji przypisopodobnej, ale nic to. Zdaję sobie sprawę z niemiarodajności badania sprzedaży książek i oglądalności kinowej. Niestety wielu badaczy, którzy zajmują się projektowaniem takich badań, nie dostrzega tego błędu.
[2] Oglądnijcie sobie np. Mississippi burning, albo A time to kill.
[3] Mówię tu o literaturze, ale prywatnie podrzuciłbym wam temat reportażu, który w genialny sposób może realizować rolę, którą przypisuję literaturze. Jeśli chodzi akurat o moje zdanie nt. reportaży, to na piedestale stawiam Jeana Hatzfelda (w ogóle tematyka rwandyjska, czy szerzej: afrykańska, trafia w samo moje sedno), czy Froberga. Ale poczytajcie też reportaże o Bałkanach, albo o Turcji Szabłowskiego.
[4] Mówię „nazwijmy to”, gdyż tutejsze rozumienie sztuki jest bardzo płynne i mieści się w niej zarówno literatura, malarstwo, rzeźba, muzyka, film, architektura, fotografia, jak również wszystko, co w odbiorcy może wywołać odpowiednią reakcję. Zamiast budować ściany wokół pojęcia sztuki, proponuję jak najbardziej inkluzywne podejście.
[5] Można powiedzieć, być może na wyrost, że mamy tutaj do czynienia z dychotomią estetyka-etyka, gdzie estetyka jest wyłącznie subiektywną i autokreatywną interpretacją, a etyka przenosi nas na poziom intersubiektywny i społeczny. Wynika to z mojego przekonania, że problemy etyczne rozpatrywane muszą być tylko w społecznym kontekście, a wszelkie dywagacje nt. etyki Robinsona Crusoe są niepotrzebnym i nieistotnym słowotokiem.
[6] Celowo dodałem zwrot „w dużej mierze”, by nie padł zarzut, że kompletnie zlewam postać, a zarazem funkcje, autora.
[7] Zaznaczam tylko, że prywatnie odszedłbym od klasycznej definicji prawdy, ale nie chce mi się chyba o tym dyskutować w tym momencie, dlatego w tekście ograniczam się tylko do niej.
[8] Przyszło mi w tym momencie do głowy, że połączenie tych procedur w jedną (na zasadzie: myśl-rzeczywistość-myśl), może odpowiadać procedurom stosowanym w naukach empirycznych; teza/hipoteza-eksperyment-wnioski.
Opublikowano w: filozofia, kultura.
Komentarze są wyłączone

O wnioskowaniu ciąg dalszy

Uprzednio w dwóch historyjkach chciałem pokazać dwie argumentacje. Na chwilę obecną chciałbym zająć się tylko drugim przykładem, tj. wnioskowaniem z lesbijki, czyli dedukcji. Jak wiadomo, dedukcja, jeśli wyprowadzona poprawnie, jest kapitalną formą wnioskowania. Na przykład w klasycznym już przykładzie z Sokratesem: „Wszyscy ludzie są śmiertelni; Sokrates jest człowiekiem; Więc Sokrates jest śmiertelny”. Jak wiadomo, Grecy, słabi z logiki, miast dojść do tego na podstawie „racjonalnej analizy natury człowieka i wszechświata” (czy jakoś tak), postanowili przeprowadzić eksperyment, dając tym samym początek bogatej i w perspektywie czasu płodnej tradycji empiryzmu. W gruncie rzeczy są Grecy usprawiedliwieni, wiadomo nie od dziś, że częściej spotykaną wersją powyższej argumentacji, jest wersja następująca: „Wszyscy ludzie są śmiertelni; Sokrates jest śmiertelny; Więc Sokrates jest człowiekiem”.
Mówiąc już poważnie, uważam, że gdyby powiedzieć „Wszyscy ludzie żyją w poleis; Sokrates żyje w polis; Zatem Sokrates jest człowiekiem”, byłoby – na gruncie Greckim, oczywiście – rozumowaniem nie tylko prawomocnym, ale nawet konkluzywnym. Wniosek powyższego może być więc tylko jeden: wnioskowanie może być poprawne, lub niepoprawne. Inne być nie może. Mamy oczywiście w pamięci uwagę Neuratha:
Jeżeli wyprowadzenie czegoś słusznego na podstawie fałszywych przesłanek oraz poprawnego rozumowania nie byłoby możliwe, ludzkość nie istniałaby od dawna.
Czuć w tym stwierdzeniu, przynajmniej ja je wyczuwam, inspiracje Russell’em. W obawie przed Jasiem, chciałbym jeszcze dodać, że oczywiście Neurath mógł się mylić (a więc jesteśmy zajebiści), a autor, a zarazem właściciel bloga, nie bierze odpowiedzialności za treści w nim występujące.

Mając już to wyjaśnione i zastrzeżone możemy przejść do rzeczy, czyli do tych wnioskowań. Zasadniczo chodzi mi o dwa przykłady. Jeden przykład uosabia Noam Chomsky, a drugi – Jerzy Vetulani. Zanim jednak przejdziemy do rzeczy, krótkie wprowadzenie. Czytam obecnie książkę Vetulaniego Mózg: fascynacje, problemy, tajemnice, na którą składają się teksty już publikowane w różnych czasopismach popularnonaukowych, czy branżowych, bardziej naukowe referaty i teksty wcześniej niepublikowane. Książka zasadniczo jest ciekawa, ale niestety bardzo nierówna. Ta nierówność, jeśli chodzi o aspekty merytoryczne, wynika przede wszystkim z różnych form zamieszczonych w niej artykułów. Kilkudziesięciostronnicowy, naukowy referat z PAU i artykuł do Dużego Formatu, czy się tego chce, czy nie, prezentują zupełnie różny poziom naukowy. Nie ukrywam, że bardziej kręci mnie ten pierwszy. Pierwsza część książki dotyczy m.in. sfery moralności. Możemy tam przeczytać, że z różnych badań wynika, że ludzie z różnych kultur, z różnych kontynentów, wzorców wychowawczych, środowisk itd. wykazują podobny, nazwijmy to, zmysł etyczny. Podobnie reagują na różne dylematy moralne, podobnie reagują na różne działania i podobnie oceniają zachowania osób trzecich.

Z tychże badań ich pomysłodawca, Marc Hauser, wysnuł wniosek, i odnoszę wrażenie, że Vetulani się z nim zgadza, że w mózgu ludzkim musi istnieć jakiś uniwersalny wzorzec, w nawiązaniu do Chomsky’ego „gramatyka moralności”, która byłaby w różnych kulturach, miejscach na świecie i czasach w historii człowieka, zbliżona w ogólnych zasadach. Istnieje więc, zdaniem Hausera, taka uniwersalna gramatyka moralności, która umożliwia powstanie systemów moralnych, na których opierają się więzi społeczne (określenie Vetulaniego).

Powyższy wniosek jest analogiczny do wniosku, jaki wyprowadził ze swoich badań dobre pół wieku temu Noam Chomsky. Chomsky zwrócił uwagę, mówiąc w telegraficznym skrócie, że w językach na całym świecie możemy zaobserwować, że mają one swoją, nierzadko sformalizowaną, strukturę gramatyczną. A jednak dzieci w trakcie nauki języka, początkowo bez żadnego formalnego wykształcenia, są w stanie opanować duże ilości zwrotów i prawideł gramatycznych. Zdaniem Chomsky’ego jest to dowód na istnienie niejako „w mózgu” uniwersalnej gramatyki, wspólnej wszystkim ludziom, jako gatunkowi.

Oczywiście nie przeżyłem tyle, co Hauser, Chomsky, czy Vetulani. Zapewne nie przeżyłem nawet połowy ich żyć (-ia). Nie przeprowadziłem też pewnie tylu badań. Ośmielę się jednak zwrócić uwagę, że oba powyższe przykłady dedukcji są błędne. Zasadniczo rzecz wygląda tak, że w obu tych teoriach przyjmujemy jakieś przesłanki (Hauser: taka, a nie inna forma etyki jest sprawą nieprzygodną, ponadkulturową i powszechną; Chomsky: [wstaw zamiast "forma etyki" "gramatyka językowa"]) i następnie z nich wyprowadzamy jakiś wniosek (istnieje „uniwersalna gramatyka”, albo „uniwersalna etyka”). Po pierwsze, takie rozumowanie jest nieprawomocne – wniosek nie wynika z przesłanek w sposób konieczny (choć dałoby się przesłanki przeformułować w ten sposób, by wynikał, co byłoby tautologiczne). Po drugie, uważam, że rozumowanie powyższe jest niekonkluzywne, bowiem nie uznaję za poprawne przesłanek, z których wychodzą obaj badacze. Uważam, że opierają się one na argumencie z analogii, który w tym przypadku jest nieuprawniony. To, że w różnych kulturach podstawowe zasady etyczne są zbliżone treścią do siebie, bynajmniej nie musi oznaczać, że są one uniwersalne i nieprzygodne tj. konieczne. Nietrudno sobie wyobrazić, że taki, a nie inny system etyczny jest sprawą przygodną i „konkretną”, a jego podobieństwa z innym systemem etycznym wynikają jedynie z przypadku. Uważam więc, że nie tylko przesłanki są błędne, ale również z tych błędnych przesłanek wnioski nie wynikają w sposób konieczny. Skoro tak, proponuję odrzucić obie teorie.

Opublikowano w: filozofia.
Komentarze są wyłączone

Kain i Babel, czyli coming out

Nie będę gadał o żadnym Kainie, żeby nie było. Możemy jednak uznać, że powód tego niegadania o Kainie (a gadał o nim nie będę, bo Kain nic mnie nie interesuje) jest tym coming out’em. Coming out wziął się zresztą stąd, żeby trochę prywaty pouprawiać. Zachęcił mnie do niego, nie wiem, czy świadomie, Maciek Dudek, który pod ostatnim wpisem wyraził chęć podyskutowania na poważnie ze mną i z Jasiem. No a w takiej dyskusji to nie ma przebacz, pokaż lekarzu, co masz w garażu. Problem w tym, że ja do swojego garażu w ogóle rzadko zaglądam, więc ciężko mi powiedzieć, co tam trzymam. Raczej jestem domowym majsterkowiczem, który idąc na spacer znajduje jakiś złom i myśli, że może mu się przydać. Biorę więc w łapę (ten złom) i zanoszę do garażu. No i to tak sobie leży. Kiedyś może wyjdzie z tego fajny wehikuł, no a może nie. Wracając na ziemię, obecnie na blogu raczej sobie „aleatorycznie krytykuję”, nie (po tłumaczenie odsyłam do Krzyśka)? Albo głośno myślę.
Wracając do coming out’u, czyli prywaty. Dawno mnie tu nie było, nie? Cóż, prawdę mówiąc, chciałem poczuć się jak gwiazda i być gdzieś indziej. Wybrałem Toma Hanksa, zapuściłem wykurwiście długą brodę i byłem cast away poza światem. Z tydzień temu na przykład dowiedziałem się, że w Egipcie są jakieś zamieszki, a w Sudanie – referendum. Dobrze mi z tym było. Tak więc wracam do tego. Tzn. niedługo pewnie się ogolę, może będę częściej tu zaglądał, ale i tak zamierzam być poza światem*.
No dobra, kończmy tę prywatę w miejscu publicznym. Teraz Babel, czyli wieża Babel, czyli język. Zacznijmy dowcipem (jedna uwaga: dowcip w formie drukowanej, czytelnej jest mniej śmieszny, niż opowiadany „z werwą”).
Pewien Anglik postanowił wynająć w Polsce pokój w hotelu. Wieczorem dzwoni do recepcji i mówi:
- Two tea to room two.
Chwila ciszy (szłyszycie to mlaskanie i ciamkanie przy żuciu gumy?), po czym słychać odpowiedź:
- Tra tata tata.

Czyli co, 2+2=5? – pewnie bym zaraz usłyszał. Wierzcie, lub nie, ale w dyskusjach nad znaczeniem, prawdziwością, czy językiem jest to chyba najczęstszy – i jeden z głupszych – argumentów. No bo, jeżeli prawda jest względna (bo przecież zależna od kontekstu, przyjętej aparatury pojęciowej, background’u, „przedzałożeń”, czy choćby kultury, znaczy tyle, co „względna”), to co za problem kłócić się, że 2+2=5? Przy odpowiednio zakutołbistej logice można jeszcze dojść do wniosków (i różni ludzie naprawdę do nich dochodzili!), że Żydzi zabijali się sami, PRL był złotym okresem w dziejach ludzkości, a Generał Franco przyniósł Hiszpanom wolność (tak samo zresztą postąpił Pinochet, czy ktoś w ogóle śmie w to wątpić?). 2+2=5. Pfff, trzeba być chyba debilem, żeby tak uważać, nie? Przecież wiadomo, że istotą „2″, jest to, że jej dwukrotność daje „4″, a istotą „4″ jest to, że składa się z dwóch „2″. Żaden język, rzeczywistość, jak w mordę strzelił. Kopiemy w kamień, nie? [a teraz niech mi ktoś, kto bez cienia ironii uznaje powyższy wywód za prawdziwy, pokaże w rzeczywistości "2" i "4"].

Jeżeli jednak chcielibyśmy, a nie ukrywam, że czasami bym chciał, pogadać sobie o tym wszystkim poważnie, to wartowałoby zacząć od początku. Ja proponuję tak: Ajdukiewicz twierdził, że zdanie „Kwadrat to prostokąt równoboczny” jest zdaniem analitycznym, a jego prawdziwość zależy od prawdziwości składających się na nie słów. Jeżeli więc uznajemy, że to zdanie jest prawdziwe, to przyznajemy poszczególnym słowom sens, który te słowa w języku polskim zawierają. Jeżeli więc ktoś uzna zdanie „kwadrat to prostokąt równoboczny” za nieprawdziwe, znaczy to tyle, co stwierdzenie, że poszczególne słowa (bądź pojedyńcze słowo) rozumie inaczej, niż to jest w języku polskim przyjęte (na przykład może uważać, że kwadrat, to figura, powstała z 3 prostych, przecinających się po dwie).

Jeżeli więc, wracając do tandetnego przykładu z dodawaniem, ktoś zgadza się, że „dwa plus dwa równa się cztery”, znaczy to, że przyjmuje i akceptuje „polski sens” słów, z których to równanie się składa. Anglik nie przyjmie takiego znaczenia i zapewne w ogóle nie zrozumie, ocb. Zapewne zrozumiałby – i pewnie nawet by się z tym zgodził - jakieś „two plus two equals four”, czy jak by to w tym imperialnym języku brzmiało. Ktoś może powiedzieć, że z pewnością by zrozumiał, gdyby mu napisał, że „2+2=4″, co już ani chybi jest dowodem na pewną rzeczywistą oczywistość tego twierdzenia. Ale taka pisownia znaczy tyle, że tak, a nie inaczej wyglądające znaczki uznajemy za niosące odpowiedni sens. Nie zastanawiałem się, przyznam szczerze, na ile to, o czym mówię, może być skojarzone z teorią nazw własnych Russella, czy Kripkego. Myślę przy tym, na marginesie, że to, o czym mówię, mogłoby w dosyć kreatywny sposób być połączone z dywagacjami na temat tego, czym jest ta „istota”, czy ta „wewnętrzna prawda”, dzięki której uznajemy, że znaczek „2″ zawiera w sobie takie, a nie inne znaczenie. A co za tym idzie, dlaczego przy całej zmienności świata posługujemy się pewnymi stałymi, typu „natura” (np. ludzka), „istota”, „rzecz sama w sobie” (ding an sich, jak wymyślił wielki bonza z Królewca; copyright by Nietzsche).

Wracając, przynajmniej trochę, do języka, prawdy, czy czego tam jeszcze. Kiedyś w rozmowie z Krzyśkiem, a było to w czasach, kiedy jeszcze ekonomia znajdowała się w obrębie moich zainteresować (tak dawno!) mówiliśmy sobie o cenach, wartościach i innych pierdołach. Powiedziałem mu wtedy, o ile dobrze pamiętam, że cenę traktuję jako pewną zobiektywizowaną wartość. Krzysiek stanowczo zaoponował, a ja nie bardzo potrafiłem uzasadnić swojej tezy. Nie wiem, jak by ta rozmowa wyglądała dzisiaj, ale powiem wam, o co mi chodziło. Powiem wam czyli, w jaki sposób traktuję „obiektywizację”. Otóż obiektywizacja nie polega na odkrywaniu jakichkolwiek stałych i niezmiennych prawd, istot samych w sobie, czy natur. Obiektywizacja jest raczej intersubiektywizacją. Jest konwencją, efektem współżycia społecznego, wypadkową.

Jeżeli więc obiektywizacja, a więc i prawda, jest konwencją, to warto zastanowić się, o co z tą konwencją tak naprawdę chodzi. Wróćmy na chwilę do Ajdukiwicza, który, formułując w latach 30. teorię ”skrajnego konwencjonalizmu”, napisał:

Chemy tu mianowicie sformułować i uzasadnić twierdzenie, że nie tylko niektóre, ale wszystkie sądy, które przyjmujemy i które tworzą cały nasz obraz świata, nie są jeszcze jednoznacznie wyrażone przez dane doświadczenia, lecz zależą od wyboru aparatury pojęciowej, przy pomocy której odwzorowujemy dane doświadczenia. Możemy jednak wybrać taką lub inną aparaturę pojęciową, przez co zmieni się cały nasz obraz świata. To znaczy: póki ktoś posługuje się pewną określoną aparaturą pojęciową, póty dane doświadczenia zmuszają go do uznania pewnych sądów. Same te dane doświadczenia nie zmuszają go jednak bezwzględnie do uznania tych sądów. Może on bowiem obrać inną aparaturę pojęciową, na gruncie której te same dane doświadczenia nie zmuszą go do uznania owych sądów, gdyż w nowej aparaturze pojęciowej te sądy w ogóle już nie występują.

Zdaje mi się, że jest to na tyle widoczne we wszelkich dyskusjach ideologicznych (których niżej niepodpisany doświadczył całkiem sporo), że nie muszę tego uzasadniać. No dobrze, zostawmy na razie Ajdukiewicza i skupmy się na językach. Mógłby ktoś zapytać, że no dobra, konwencja to konwencja, ale jednak na jakiejś podstawie przyjmuje się taką, a nie inną aparaturę pojęciową. Czy nie słusznie byłoby przyjmować ją na podstawie jej prawdziwości?

Otóż stawiam tezę, że bynajmniej. Jeżeli naprawdę interesują was powody, które skłaniają mnie do takiego odrzucenia, to oto najgłówniejszy: prawdziwość jest konwencją. To, czym się kierujemy w wyborze aparatury pojęciowej, jest jej praktyczność. Przyczyną jest to, co możemy za jej pomocą zrobić. Zaryzykuję tutaj też tezę, że jest to nawet zbieżne z tezami neopozytywizmu. Ostatnio przywoływałem Neuratha, dziś pora na Bertranda Russell’a**:

Nauka zachęca więc do zaniechania poszukiwań prawdy absolutnej na rzecz czegoś, co można by nazwać prawdą „techniczną”, a co przysługuje każdej teorii, którą można skutecznie wykorzystać w wynalazczości, lub przewidywaniu przyszłości. Prawdziwość „techniczna” jest stopniowalna: teoria, która umożliwia więcej wynalazków i więcej trafnych przewidywań, jest prawdziwsza niż ta, która umożliwia ich mniej. „Wiedza” przestaje być mentalnym zwierciadłem wszechświata, stając się jedynie praktycznym środkiem manipulowania materią.

Do powyższego wywodu mam tylko jedno zastrzeżenie. Wydaje mi się, że stopniowalność tej „prawdy technicznej” jest zupełnie niepotrzebna. Oczywiście, można ją stosować, natomiast jest pytanie, czy gdyby pominąć tę stopniowalność, istotnie zmieniłby się sens powyższego wywodu? Zdaje mi się, że nie, dlatego też chętnie posługuję się alternatywnym prawem grawitacji, czyli wielkim trollem z uniwersalnym magnesem. Gdyby ktoś nowy tu zajrzał i nie wiedział, ocb, akcja jest taka. Jako „ludzie zachodu”, „ludzie racjonalni”, czy „cywilizowani” uznajemy pewne prawidła, które rządzą przyrodą. Na przykład prawo grawitacji, czy ściślej – prawo powszechnego ciążenia. W odniesieniu do Ziemi obserwujemy, że kamień, który rzucimy do góry [przy założeniu, że nie jesteśmy Herkulesem, Supermanem, albo innym Übermensch'em], spadnie na Ziemię. Mamy więc prawo grawitacji, że przedmioty się przyciągają – w tym przypadku Ziemia kamień (ew. jeśli ktoś woli kamień Ziemię). Załóżmy jednak, że gdzieś tam w dalekiej Amazonii żyje nieodkryte plemię (które przy dzisiejszym tempie wycinki odkryjemy coming soon), które nie zna czegoś takiego, jak prawo grawitacji. Nie chodzi o to, że nie zaobserwowali oni, że kamień spada na Ziemię. Zaobserwowali. Szwendając się jednak po różnych miejscowych skałkach i jaskiniach znaleźli kiedyś skałę, która w jakimś stopniu przyciągała do siebie ich kamienne paciorki. Wywnioskowali stąd, że gdzieś tam pod ich stopami istnieje wielka ilość, ew. wielkie stężenie, takiej skały który przyciąga rzucone kamienie. Ponieważ lud taki ma również swoje wierzenia, przesądy itp., wierzą oni, że Królem Ziemi jest wielki troll. Łącząc te dwa „fakty” doszli do wniosku, że Król Ziemi trzyma w dłoni wielki magiczny kamień i przyciąga wszystko, co się zbytnio od niego oddali. Dlatego drzewa nie rosną w nieskończoność, a ptaki nie wylatują hen w te małe białe w nocy świecące.

Gra? Gra i trąbi. Oczywiście my, jako „ludzie cywilizowani”, mający w pamięci średniowiecznego golibrodę Ockhama pamiętamy, że nie ma po co mnożyć bytów (a nie pamiętamy, że sam zainteresowany napisał: Nie wolno przyjąć niczego bez uzasadnienia, że ono jest, musi ono być oczywiste albo znane na mocy doświadczenia, albo zapewnione przez autorytet Pisma Świętego), możemy jedynie pobłażliwie się uśmiechnąć. Mimo tego politowania, widocznego na naszych twarzach, cały czas pozostaje pytanie, czy nasz system z prawem grawitacji jest lepszy, niż ten ich, z trollem i uniwersalnym magnesem? Stoję na stanowisku, że nie. Tzn., nie, że jest gorszy. Uważam, że mamy ograniczone możliwości oceny tego. Dzieje się tak, ponieważ – i mam wrażenie, że stoję tu na stanowisku Fisha – nasze myślenie jest wbudowane w pewien racjonalizujący system. To, co uznajemy, z czym się zgadzamy i dlaczego, podlega takiej a nie innej ocenie, ponieważ jesteśmy w takim, a nie innym kontekście. Myślimy za pomocą takich, a nie innych dyrektyw. Mając jeszcze w pamięci radykalny konwencjonalizm, musimy przyznać, że prawo grawitacji lepiej nam służy (stąd uznajemy, że jest prawdziwe), niż teoria trolla z magnesem (stąd jest fałszywa). Musimy jednak pamiętać, że one nam lepiej służą. Nie mamy możliwości, by bezstronnie ocenić, które twierdzenie lepiej by służyło ludom amazońskim.

Zanim przejdę do następnej części, chciałbym pokrótce podsumować przyjęte przeze mnie stanowisko. Przede wszystkim, stawiam tezę (choć raczej przychylam się do tezy), że to, w jaki sposób postrzegamy świat, zależy od tego, z pomocą jakich dyrektyw to robimy. Oznacza to, że mniej ważne jest to, jak myślimy, ważniejsze natomiast – za pomocą czego myślimy. Konsekwencją takiego poglądu jest dla mnie odrzucenie prawd absolutnych, ducha dziejów, natury, esencji, czy istoty i skupienie się raczej na konwencjach. Można więc najogólniej powiedzieć, że prezentuję stanowisko antyfundacjonistyczne. Ponadto uważam, że nie jesteśmy żadnymi tabulami rasami, a nasze widzenie świata jest już zakorzenione w obrębie „wspólnot interpretacyjnych” (zdaje się, że w ten sposób poszerzam znaczenie, które nadał temu zwrotowi Fish; może i faktycznie – zdaje się). Wszystko to prowadzi do wniosku, że pewne twierdzenie uznajemy za prawdziwe z innych powodów. Uważam, że tym powodem jest pragmatyzm. I, jak zapewne już zauważyliście, duże znaczenie przypisuję językowi. Który traktuję zresztą również konwencjonalnie, w przeciwieństwie do np. Chomsky’ego.

Powyższe tezy połączone w jeden względnie spójny pogląd mogą prowadzić do różnych wniosków. Możemy na przykład zwrócić uwagę, że Hitler sobie pragmatycznie uznał, że Niemcy i Aryjczycy to rasa panów, czyli Übermensch‘e, a Żydzi – Untermensch‘e. Dając już spokój staremu, martwemu dekadentowi (dekadent chciał być nadczłowiekiem, czyż to nie ironia?!), współcześnie co i rusz jesteśmy świadkami przyjmowania różnych aparatur pojęciowych. A jedni mówią, że PRL była cool, a drudzy mówią, że nie, śpiewał Kazik i coś w tym niewątpliwie jest. Jedni mówią, że kapitalizm jest super, a drudzy mówią, że kapitalizm sam sobie kręci (produkuje) sznur. Jedni mówią, że człowiek jest od seksu, a inni, że od porodówki. I tak dalej w ten deseń.

Sęk w tym – i właśnie na tym teraz chciałbym się skupić -, że przyjęcie takiej, a nie innej aparatury pojęciowej ma wpływ na kształtowanie naszej polityki, czyli naszego, mówiąc za Arendt, współ-bycia, être-ensemble. Język nie jest bynajmniej neutralny, bo i ciężko nam by było ocenić, co miało by to oznaczać. Język zawsze jest nacechowany i naładowany znaczeniami, bo jest konwencją. A jeżeli jest konwencją, to znaczy, że jest zmienny. Te dwie cechy języka kierują nas w pewnym kierunku. Otóż, jeżeli język nie jest neutralny, to znaczy to, że przyjęty i powszechnie używany język może być przez różnych ludzi różnie oceniany. Oznacza to, że język może być źródłem krzywdy jednego człowieka względem drugiego. Warto też tutaj zaznaczyć, że nie tylko co się mówi, może ranić, ale też kto. Inaczej brzmi, gdy w Harlemie jeden ziom do zioma mówi „nigger”, a inaczej, gdy mówi tak w Harlemie jakiś biały policjant. Inaczej brzmi, gdy jakiś facet śmiertelnie poważnie mówi o kurach domowych, a inaczej, gdy rozmawiają sobie dwie psiapsióły na wychowawczym. Truizmem jest, że punkt widzenia zależy od punktu siedzienia.

Jeżeli więc uznajemy, że słowa mogą ranić (a mówiąc szerzej, słowa mogą służyć jednemu człowiekowi przeciw drugiemu), to możemy na tej podstawie dokonać trzech wyborów. Możemy powiedzieć, że owszem, (1) mogą ranić, ale tak być właśnie powinno, bo takie jest życie, że się go nie da przetrwać w prezerwatywie, (2) ranią, ale tak to już jest z językiem, nic na to nie poradzimy (co jest sprzeczne z wymienioną przez nas drugą cechą języka, tj. zmiennością), albo (3) możemy uznać, że faktycznie, ranią, ale można i powinno się to zmienić. Trzecia możliwość wyboru prowadzi do postulatu takiej zmiany języka, czy paradygmatu, by był on jak najbardziej delikatny, tj. by nie dotykał, nie ranił osób trzecich, poniekąd zmuszonych do korzystania z niego. Jest to więc postulat nieagresywnego języka. Jeżeli teraz uważamy, że przeciwdziałanie, czy minimalizowanie okrucieństwa jest czymś, do czego warto dążyć, możemy trzecią możliwość określić, jako nasz cel. Możemy uznać, jak Rorty, że jest to typowy liberalizm (za Judith Shklar, która uznaje, że liberałowie to ludzie, dla których okrucieństwo jest najgorszą rzeczą jakiej się dopuszczamy). Jaś Skoczowski z kolei uważa, że jest to już nie liberalizm, tylko libertarianizm. Jakkolwiek chcielibyśmy określić ten pogląd, musimy pamiętać, że nasz język wspólnotowy jest słownikiem sprawiedliwości i solidarności. A to z kolei oznacza, że powinien być coraz bardziej inkluzywny. A więc mniej okrutny.

*W momencie, gdy kończę pisać te słowa, po mojej brodzie zostały jedynie obraźliwe fotografie.
**Przy okazji chciałbym stanąć w obronie Russella przeciwko Gwiazdowskiemu i innym „pożal się boże” logikom. Otóż Gwiazdowski przywołał komentarz Russella z czasów przedwojennych. Miał tedy Russell powiedzieć, że „Wielka Brytania powinna się rozbroić, bo nawet jak Niemcy dokonają inwazji, to Anglicy nie będą im sprzedawali żywności i się będą musieli wycofać”. Już widziałem te szydery pt. „ale ten Russell głupi był, jak but”. Więc ja, już post factum, chciałbym powiedzieć, że Niemcy nie dokonali inwazji na Wielką Brytanię (z kilku powodów, główny był ten, ze Hilter był debilem). Co prawda naloty było, ale tam był Dywizjon 303, itd. A! I nie zapominajmy, że w pierwszych tygodniach wojny Brytyjczycy zbombardowali Berlin… ulotkami antywojennymi.

Opublikowano w: filozofia.
Komentarze są wyłączone

Dwa w jednym

Wiecie, kim jest Raj Patel? Nie? Ok, ja też nie za bardzo. Muza wydała jednak jego książkę, na okładce której przeczytałem, że pracował dla Banku Światowego, potem WTO, potem był doradcą ONZ, a potem przeszedł jakieś katharsis i zwrócił się przeciwko swoim byłm pracodawcom. Jeśli to jeszcze dla was mało, to dodam, że o książce Wartość niczego Naomi Klein napisała, że jest wspaniała.

Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej Patel tłumaczy, dlaczego obecny system społeczno-gospodarczy, nazywany przez Patela wolnym rynkiem, jest zły. Punktem wyjścia są zeznania Greenspana przed Komisją Izby Reprezentantów. Wszyscy pamiętamy tamten kontekst, więc pozwolę sobie tego nie przywoływać. Wszyscy wiemy też, kim jest Greenspan. Patel, kreśląc sylwetkę byłego szefa FED zwraca uwagę, że ten pełnoprawny członek brygady wolnego rynku siadywał u stóp Ayn Rand, która to była czirliderką skrajnej szkoły wolnorynkowych libertarian, którą sama nazwała „obiektywizmem”. Patel zwraca przy tym uwagę, że Greenspan, przyjmując posadę w FED, zachował się jak hipis, który stąpił do marines (s. 8-9). Oczywiście związki ideologiczne Greenspana i Rand ten pierwszy omawia w swojej Erze zawirowań i nie są one tak gładkie, jak by Patel tego chciał, choć niewątpliwie sporo prawdy w jego słowach jest.

W drugiej części autor ukazuje, jak w różnych częściach świata ludzie starają się zmienić ten system. Skupia się głównie na wyzwaniach żywnościowych (tzw. suwerenność żywnościowa), ale możemy też przeczytać trochę np. o budżecie partycypacyjnym, ruchu wolnego oprogramowania, czy zapatystach. Z pewnością są to fajne tematy, niemniej jednak jak dla mnie – zdecydowanie zbyt pobieżnie poruszone. Być może wynika to z tego, że o budżecie partycypacyjnym można było sporo się dowiedzieć z jednego z ostatnich numerów Przeglądu Anarchistycznego. Dużo informacji na zbliżone tematy zawiera też książka, nieżyjącego już, Rafała Górskiego Bez państwa. Demokracja uczestnicząca w działaniu. Gdyby jednak książkę Patela potraktować, jako pewien manifest, no to jeszcze ujdzie.

Zdecydowanie jednak najmocniejszą stroną książki są dwa akapity. Wróćmy na chwilkę do Greenspana i Rand. W pewnym momencie Patel napisał:

Są dwie książki, które mogę wywrzeć niezatarty wpływ na życie czternastoletniego mola książkowego – Władca pierścieni oraz Atlas zbuntowany. Jedna to infantylny sen na jawie, jej czytelnik może wyrosnąć na karłowatego emocjonalnie i upośledzonego społecznie dorosłego, któremu znaczna część dnia będzie upływać na wymyślaniu sposobów, jak upodobnić życie do powieści fantasy. Druga książka traktuje o ograch. (s. 210)

Kapitalne. Po prostu kapitalne, nie mam więcej pytań. Drugi akapit to w zasadzie dowcip:

- Ilu ekonomistów szkoły chicagowskiego potrzeba, żeby wkręcić żarówkę?
- Ani jednego. Gdyby należało ją wymienić, rynek już by to zrobił. (s. 17)

W gruncie rzeczy, czytając pierwszą część tej książki, zastanawiałem się, na ile to, co pisze Patel odnosić się może do libertarian i ich analizy. Nie będę ukrywał, że moją uwagę skupiałem raczej na libertarianach o typowo austriackim podejściu do ekonomii (przy czym zawężam to podejście do Misesa i Rothbarda – być może, zapewne, błędnie, jednak mam wrażenie, że to na nich opiera się większość libertarian, przynajmniej na polskiej ziemi). Oczywiście wiem, że przeciętny libertarianin, czytając Patela, zatrzymałby się na pierwszych kilku stronach i dalej nie ruszył. Wszystko przez ten nieszczęsny wolny rynek, który obwinia Patel. Libertarianin w życiu wolnego rynku by nie obwiniał – wręcz przeciwnie, uznałby go za najlepsze remedium. Mnie tylko dziwi,  dlaczego wolny rynek nie był jeszcze bohaterem odcinka Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?.

Zasadniczo mógłbym się nawet przychylić do tezy, że książka Patela akurat do libertarian (przynajmniej pod tym względem) nic nie ma, jednak to nie efekt takiej, a nie innej definicji. Niezależnie od tego, na ile zgadzam się z definicją Patela, a na ile nie, definicja libertarian jest tak abstrakcyjna, że aż niepraktyczna. To, co mnie jednak przekonało do tego, że książka nie traktuje o libertarianach i ekonomii austriackiej, to przytoczony wyżej dowcip. Otóż Patel w swojej krytyce skupia się na domniemanej racjonalności rynku, która jest podstawą szkoły chicagowskiej. Austro-libertarianie tymczasem opierają się na subiektywnej racjonalności poszczególnych rynkowych podmiotów. Ma to dwa, a nawet trzy, zasadnicze problemy. Po pierwsze, takie rozumienie racjonalności jest de facto „puste” – pasuje do niego dosłownie każda decyzja. Dzieje się tak dlatego, że jednostka, dokonując jakiegokolwiek wyboru, decyduje się na takie działanie, które w najlepszym stopniu zaspokoi jej potrzeby (kupię nowy jacht, oddam biednym, przejdę na dietę, rozwiodę się, zainwestuję w akcje, itp.), w związku z czym każda jej decyzja będzie dla niej racjonalnie wybrana (oczywiście w chwili podejmowania decyzji). Jest to więc kompletnie bezużyteczne podejście. Jeśli by się jednak przy nim upierać, możemy dojść do wniosku, że skoro podmioty są racjonalne (subiektywnie) i te podmioty składają się na „rynek”, to rynek też jest racjonalny (subiektywnie). W tym wypadku subiektywność rynku polega na niczym innym, jak na tym, że wszystko, co się na rynku dzieje, jest racjonalne. No, chyba, że zakładamy, że (subiektywny) racjonalizm to by istniał na „wolnym rynku”, a ponieważ wolnego rynku nie ma, to i nie ma racjonalizmu.

Odchodząc już od rynku, ale pozostając przy racjonalizmie. Przeczytałem kiedyś gdzieś, obecnie nie pamiętam już, gdzie, że Kartezjusz wpadł na pomysł racjonalizmu (tak, celowo tak napisałem), ponieważ doszedł do wniosku, że oparcie się na doświadczeniu zmysłowym jest zawodne. Skoro jest zawodne (pomyślcie o tych wszystkich fatach morganach i wypchanych skarpetkami stanikach), to trzeba znaleźć inną drogę poszukiwania pewności. No i wymyślił chłopak, że wystarczy pomyśleć. Do dziś niektóre szkoły filozoficzne nie są w stanie się z tego otrząsnąć.

Być może dokonam nadużycia, gdy stwierdzę, że racjonalizm kartezjański odrzuciło w pierwszej połowie XX wieku Koło Wiedeńskie. Ktoś mi zaraz przywoła Philippa Franka, który z sympatią się o Kartezjuszu wypowiadał. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że w zestawieniu, kończącym pierwszą część Naukowej koncepcji świata. Neurath z kolei uważał Wittgensteina z czasów Traktatu za metafizyka. Na marginesie, czy wiecie, że Neurath 30 lat przed Feyerabendem postulował coś na kształt anarchizmu metodologicznego? Napisał: ten, kto szuka, może posłużyć się dowolną metodą. Hans Hahn mówi wprost:

[u]znajemy się za kontynuatorów kierunku  e m p i r y s t y c z n e g o  w  filozofii, zatem stoimy w zdecydowanej opozycji do każdego  r a c j o n a l i z m u, który czy to uważa rozumowanie za jedyne, czy to za wyżej uprawnione w porównaniu z doświadczeniem źródło poznania.

Scjentyzm, jak go opisuje Neurath, opiera się nie tylko na logice i matematyce (do czego przyznaje się też kartezjański racjonalizm), ale też na antymetafizyce i empiryzmie (które racjonalizm traktował pobieżnie i nie do końca poważnie). W innej pracy Neurath dosyć pozytywnie wypowiada się o pragmatyzmie.

Pragmatyzm, ujmijmy to krótko, zasadza się na przekonaniu, że słuszność danych teorii, czy idei, powinna być określana przez wzgląd na ich praktyczne konsekwencje. Jest dość późno, więc wybaczcie, że nie będę grzebał w szafce w poszukiwaniu małego tomiku Jamesa, by zaszczycić tę notkę odpowiednimi cytatami. Śmiem twierdzić, ciekawe ile osób uważa, że na wyrost, że Rothbard przy całym swoim ograniczeniu, doskonale zdawał sobie sprawę z czegoś takiego, jak pragmatyzm. Otóż zdawał sobie sprawę, że – i będę powtarzał ten cytat do znudzenia –

libertarianizm ostatecznie zwycięży, ponieważ tylko i wyłącznie on jest zgodny z naturą człowieka i świata. [...]
Libertarianizm zwycięży, ponieważ jest prawdziwy i proponuje właściwą strategię dla ludzkości, a prawda w końcu zwycięży.

Skoro więc tak rzeczy się mają, nikt nie może libertarianizmu, a zarazem natury człowieka i świata, podważać. Ponieważ libertarianizm jest debeściak, to zwyciężyć musi. I to jest ta praktyczna konsekwencja – libertarianizm jest debeściak, a każdy, kto tego nie uznaje ma prawo zamknąć mordę i się nie wychylać. Oto kwintesencja libertarianizmu.

Opublikowano w: filozofia, książki, libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Udawanie Greka

Na misesie pojawił się tekst Jezusa Huertusa, tj. Huerty de Soto nt. myśli ekonomicznej w Starożytnej Grecji. Zanim go sobie odpalicie, zastrzegam, że poziom, jeśli chodzi o filozofię, to masakra. Gdzieś na równi z poziomem morza, co oznacza, że widywałem już gorsze filozoficznie teksty. No, ale nie pisał ich żaden profesor, więc nie wiem, czy się liczy. Co do poziomu merytorycznego jeśli idzie o ekonomię, to nie chcę się wypowiadać, bo to trochę pokręcona kwestia.

W każdym bądź razie na przykładzie tego jednego tekstu chciałbym zasygnalizować, co takiego u libertarian leży i kwiczy (jakby cokolwiek nie leżało i nie kwiczało). Oczywiście, z tego co wiem, to de Soto nie podejmuje kwestii politycznych w typowo libertariański sposób, ale jednak zalicza się do anarchokapitalistów (chyba równo w zeszłym roku we Wprost był z nim wywiad, w którym mówił o sobie, jako o anarchokapitaliście).

Do rzeczy. Otóż gościu w tym tekście napisał takie coś:

Prawdą jest, że Arystoteles podzielał błędy Sokratesa i Platona, jako że nie rozumiał ani prawa zwyczajowego, ani rynku, ani pozostałych instytucji społecznych jako spontanicznych porządków; nie był tez w stanie dokonać rozróżnienia pomiędzy społeczeństwem obywatelskim a rządem [...]. [podkreślenie moje - sc]

Wiecie, że libertarianie chętnie nawiązują do Greków? Chętnie, ale niezbyt świadomie i niezbyt inteligentnie. Tak, tak. Kojarzycie takie hasło, jak sąd skorupkowy? No dokładnie, wklepcie w wikipedię. Otóż sąd skorupkowy mógł doprowadzić do wykluczenia jakichś dziwnych typków ze społeczności – normalnie, zbierali się obywatele i sobie na ostrakach zapisywali, kogo to nie lubimy, więc z miasta wywalimy? I delikwent na 10 lat musiał wyjeżdżać. Ostracyzm był więc formą wykluczenia ze społeczności. Libertarianie też często mówią o ostracyzmie, o bojkocie, banicji, czy wykluczeniu. Problem jednak w tym, choć problem to chyba niezbyt dobre słowo, że coś, co u Greków było bardzo surową karą, u libertarian raczej taką nie będzie. Trywializując. Żyć bez ludzi może tylko dzika bestia – powiedział któryś z Greków. Niezależnie od tego, czy rację miał, czy nie miał, wszyscy jeszcze ze szkoły pamiętamy (choć znając nasz system szkolnictwa, to pewnie nie), że Grecy politykę pojmowali, jako formę obywatelskiego spełnienia. Etos obywatelski wymagał uczestnictwa w polityce, przez co jakakolwiek działalność społeczna z definicji była polityczną, a polityczna – społeczną. Indywidualizm? Panie, daj pan spokój.

No wiem, wiem, strrrrasznie spłycam (?) sprawę, ale naprawdę chcę się z tym szybko uwinąć. U libertarian z kolei działalność społeczna jest sprzeczna z działalnością polityczną. Do powiedzenia jednego Greka ktoś dodał ze dwa tysiąclecia późnie, że albo bogiem – i libertarianin to podłapuje. Indywidualizm? No a jakże by inaczej?

Kara, która dla Greków była bolesna, bo wymagała porzucenia swojej ojczyzny na 10 lat, porzucenia swoich obowiązków i praw (ale przede wszystkim obowiązków) obywatelskich (na 10 lat, nie dożywotnio), dla libertarianina jest co najwyżej naganą, zwróceniem uwagi. Wszystko wynika z tego, że Grecy upatrywali człowieka nie jako wyizolowaną esencję, ale właśnie jako wytwór wspólnoty, wyraz uspołecznienia – ujmowali go, jako część większej całości – jako obywatela. Libertarianie z kolei zdają się zapominać, że nie wszystkie zależności społeczne są wynikiem rynkowych, nazwijmy to, transakcji. Zupełnie pomijają, w jak wiele kontekstów jesteśmy wrzuceni i od ilu jesteśmy de facto uzależnieni, na które mamy cokolwiek ograniczony wpływ. Libertarianie ze swoim indywidualizmem, skądinąd bardzo przeze mnie cenionym, etosem samorealizacji zapominają, że w kontekst jesteśmy już wrzuceni – nie kreślimy go sami, a co najwyżej dookreślamy.

Wszystko to mogą być banały. No bo są. Dla kogoś, kto filozofię i historię opanował w stopniu ponadlicealnym, czyli powyżej mojego, to są takie masakryczne uogólnienia, że aż się za głowę łapie. No ja wiem. Ale sęk w tym, że, jak widać, nie wszyscy to wiedzą. I ja wiem, że tych Greków to się już nawet nie czyta, bo oni to ze dwa i pół tysiaka lat temu żyli, że, heloł, no ale… Kurwa, Hannah Arendt to chyba znane nazwisko, nie? Więc jeśli już mamy jej koncepcję polityczności (jak ostatnio, tu również polecam Chantal Mouffe i Alana Badiou) i jej powrót do Greków, to, na Sokratesa!, nie piszmy, że głupi Grecy nie rozumieli różnicy między społeczeństwem obywatelskim i rządem. Bo wtedy do chyba jednak my czegoś nie rozumiemy…

Opublikowano w: filozofia.
Komentarze są wyłączone

Śmierć

Tak się złożyło, że byłem dzisiaj na cmentarzu. W ogóle tak się składa, że raz w roku się tam zjawiam. Przyznam szczerze, że nie bardzo pamiętam, jak to było rok temu, ale dzisiaj zaobserwowałem przecudny festiwal. I bynajmniej nie żaden pokaz mody, czego się w gruncie rzeczy obawiałem najbardziej. Pomyślcie. Idziecie na cmentarz. Czego się spodziewacie przed wejściem? Tzn. czym handlować mogą ludzie przed cmentarzem? No, z całą pewnością jakieś znicze (ale gdzie w tym okresie zniczami nie handlują?), jakieś wieńce, zapałki, czy inne pierdoły. A poza tym? Mi by jeszcze przyszło do głowy, że może jakieś odpustowe żarcie, obwarzanki etc. Nie spodziewałbym się już innych towarów. Po tym jednak, co zaobserwowałem, postawię śmiałą tezę, że, może nie za rok, ale za dwa, cmentarze będą zdominowane galeriankami (cmentarianki?). Jak się okazało, przed cmentarzem można się całkiem nieźle i drogo ubrać (bo to przecież pokaz mody, a i zmarły może zza grobu podejrzeć, czy aby się wstydzić przed kumplami nie trzeba), kupić ciacho i chlebek, jakąś zabawkę dzieciakowi, balonika (i to dmuchanego helem!), a gdyby kto się na dłużej zapędził, to watę cukrową, albo american hot-doga sobie może strzelić. Festyn, normalnie festyn.

Przy śmierci będąc. Za sprawą ostatnio wydanej książki Zadie Smith wróciłem do Barthes’a. Po kolei: Znak ze jakieś półtora miesiąca temu wydał Jak zmieniałam zdanie. Eseje okolicznościowe, Zadie właśnie Smith. De facto są to różne eseje literacko-filozoficzne, w tym jeden dotyczący Barthes’a.

Wyrus zacytował ostatnio Archera (taki kolo od książek sensacyjnych), który ponoć mówił coś o pisaniu, jako opowiadaniu historii. Wyrus ponoć też gada, że dobre pisanie, to ciekawe historie no i w ogóle tak z Archerem na jedno kopyto grają. Nie wiem, na ile to, co zaraz powiem, będzie sprzeczne z tym, co mówi Archer&wyrus, bo mam wrażenie, że będziemy gadać trochę obok, ale mnie się wydaje, że to chodzi o coś innego. Przyznam szczerze, że ciężko mi się czytało naprawdę wiele książek. I nie mówię tutaj o Foucault, którego zrozumieć można chyba tylko po uprzednim przeczytaniu i sprawdzeniu Narkotyków Witkacego, ani o Kuhn’ie, który sam zresztą przyznawał, że nigdy nie miał lekkości pisania, ani też o sobie samym (mi lekkość pisania uciekła już wiele lat temu). Chodzi mi o zwykłą prozę. Ciężko mi się czytało na przykład Orwella, albo Irvine’a Welsh’a. Co nie znaczy, że uważam te książki za słabe, czy niewarte uwagi. Wręcz przeciwnie. Moja teza jest raczej taka, że najlepsze książki to takie, które autor pozwala pisać czytelnikowi.

Krytyka Polityczna ma swoje wydawnictwo. Całkiem, naprawdę, zgrabne. No i tym swoim wydawnictwem puścili ostatnio książkę, bodaj, Michała Zygmunta Lata walk ulicznych, czy coś takiego. Książki nie czytałem, a obrazki, jakie odkryłem po pobieżnym przeglądnięciu bynajmniej mnie do tego nie zachęciły. Nie to, że widzę coś złego w szkicu, na którym jeden facet robi drugiemu facetowi laskę (przecież można zinterpretować faceta robiącego, jako krótko ściętą, pozbawioną cycków niezbyt urodziwą kobietę), ale po prostu mój zwulgaryzowany zmysł estetyczny jeszcze do tego nie dorósł. Tym niemniej książkę w końcu przeczytam, a to za fragment, który Krytyka puściła na okładce. Bo w ogóle okładka jest z widełkami. Brasilian cover, czy jak to się nazywa. Mamy tam dialog Młodego i Starego (mogę coś pokręcić, bo będą już ze dwa tygodnie, jak go przeczytałem). Zaczyna się od rozmowy kwalifikacyjnej. Jeden pyta drugiego, co to takiego jest. No i drugi odpowiada w dosadnych słowach, że to lizanie dupy gościowi, któremu byś laski do ryja nie dał, czy jakoś tak, ale musisz mu tę dupę lizać, bo inaczej zdechniesz z głodu. A tak, to nie zdechniesz z głodu, tylko będziesz oddawał połowę swojego dnia za gównianą kasę, która choćbyś nie wiem, jak się starał, i tak nie starczy do pierwszego. Czy jakoś tak. No i następuje konstatacja: – Ekonomia. – Często używasz tego słowa? – Ja nie, ale to słowo często używa mnie.

Za to jedno, kurewsko, ale to jak bardzo kurewsko genialne zdanie przeczytam tę książkę. Tako rzeczę ja, postmodernistyczny prostak i cham (tak zostałem określony przez jednego ziomka po moim tekście Biorąc lewa poważnie).

Wracając do śmierci, Barthes’a i mojej tezy. Pierwszy raz Śmierć autora czytałem na tyle dawno, by nic z niej nie tylko nie pamiętać, ale i nie rozumieć. Za sprawą Zadie Smith i jej eseju na temat Barthes’a i Nabokowa, wróciłem do tego pierwszego. Przy okazji sięgnąłem też po Kim jest autor? Foucault.

Zapewne chcielibyście poznać jakąś dobrą pointę do tej historii. Jakieś wnioski, spostrzeżenia, albo przynajmniej kilka słów rozwinięcia. Hm… nie bardzo wiem, co wam dać. Pamiętacie historię, gdy Wielce Szanowna Noblistka Szymborska postanowiła typowo maturalnie zinterpretować własny wiersz? Co autor miał na myśli i te sprawy. I, zdała, dostała ze 30%. Interpretacja. Nie co autor miał na myśli, bo nie autora pytamy, ale co czytelnik ma na myśli, bo jego dotyczy pytanie. Wylukajcie sobie w guglu teksty piosenek zespołu pn. Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. I powiedzcie mi później, co autor miał na myśli.

Więc robimy tak: zabieramy tekstowi autora. Zabieramy tekstowi sens, nadawany mu przez autora. I dopiero produkujemy tekst. Zadie Smith zwraca uwagę, że zdaniem Barthes’a, ideologicznie związanego z postmarkstowską analizą tekstu, zły czytelnik był konsumentem, a idealny – producentem. Wykluczenie, czy odsunięcie (ew. zdystansowanie – te dwa ostatnie zwroty używa Barthes) autora ma dwa powody. Choć na pierwszy rzut oka tego nie widać, oba mają filozoficzny charakter. Autor jest tylko tym, kto pisze, tak jak  j a  jest tylko tym, kto mówi  j a. Zlikwidujmy więc ten, cokolwiek wątpliwy, abstrakcyjny podmiot. Zastąpmy go konkretem: zastąpmy go każdorazowym czytelnikiem, słuchaczem, interpretatorem. Drugi powód odsunięcia autora od tekstu niejako wynika z pierwszego. Autor stanowi dla tekstu, słowami Barthes’a, hamulec bezpieczeństwa – jest ostatecznym znaczonym tekstu. Ujmuje jego sens. Pojawia się pytanie, co autor miał na myśli. Usunięcie autora ze sceny burzy ten punkt widzenia. Literatura odżegnując się od przypisania tekstowi […] jakiejś „tajemnicy”, czyli ostatecznego sensu, wyzwala aktywność, którą można by nazwać aktywnością kontrteologiczną, a właściwie rewolucyjną, gdyż odmowa położenia kresu sensowi to w ostatecznej instancji odrzucenie samego Boga i jego hipostaz: rozumu, nauki, wiary. Foucault pogłębia analizę Barthes’a. Zwraca uwagę, że nie możemy po prostu autora ze sceny ściągnąć. Musimy go zgrabnie ukryć, nadać mu drugo-, czy nawet trzeciorzędną rolę, ale mieć na oku. Autor jest funkcją. Wyobraźmy sobie próbę w teatrze, gdy aktor, grający główną rolę zapomina fragmentu tekstu. Zjawia się głos, podpowiedź, słowo, zdanie, gest. I gramy dalej. Autor jest naszą podpowiedzią. Możemy się do niego odwołać i choćby dlatego warto mieć go pod ręką. Nie jest jednak naszym punktem docelowym.

Wniosek może być tylko jeden: narodziny czytelnika trzeba przypłacić śmiercią Autora.

Opublikowano w: filozofia.
Komentarze są wyłączone