Biorąc lewa poważnie

Etyka jest jak dupa. Tak, zdecydowanie – jak dupa. Nie znaczy to bynajmniej, że między etyką i dupą nie ma żadnych różnic. Są. W kwestii dupy, to weźmy takie prostytutki, które wszystkim chcą swoją podetknąć, choć większość zadowala się tym, że ma tę swoją i tylko od czasu do czasu doszukuje się w dupach innych podobieństw. Z etyką z kolei jest w tym wypadku zupełnie przeciwnie. Wszyscy chcą prostytutkom podstawić pod nos swoje własne teorie, lecz one dzielnie z tym walczą. I bardzo dobrze.

Wracając do tematu. Nie będzie chyba nietaktem moja teza, że etyka jest, nazwijmy to, zjawiskiem społecznym. Ja wiem, że wiele osób zaraz mi się tutaj zbuntuje i wyskoczy z jakąś „etyką Robinsona Crusoe”, no ale nie róbmy sobie jaj. W przypadku Robinsona Crusoe, przyjmijmy urojenia Rothbarda w tym temacie, przynajmniej chwilowo, możemy mówić co najwyżej o przekonaniach, ew. o odczuciach. Działania Robinsona możemy oceniać moralnie dopiero w momencie, gdy wprowadzimy drugą osobę, z którą dzieliłby współżycie. Tak samo, jak prawo własności jest kategorią społeczną, tak samo kategorią społeczną jest etyka.

To podstawy. Fundamenty. Społeczność, nie jednostka. Człowiek, jako zwierzę społeczne, zoon politicon (a co!), swoje życie rozpatruje w kontekście określonych wspólnot. Mimo jako takiego zindywidualizowania społeczeństw zachodnich, to jednak społeczności są naszym środowiskiem naturalnym. Nie ma się co oszukiwać. Dyskurs etyczny jest więc osadzony w społecznym kontekście. Nie ma co prezentować tego, jako prosty wpływ innych na nas, to nie tak. Nie ma też co przeginać w drugą stronę, jak to się nieraz może wydawać, że nasz kontekst nie wpływa na nas samych. Z pewnością mamy tutaj do czynienia z obustronnym przepływem idei.

Może teraz z innej mańki. Zastanawialiście się kiedyś, czy etyka jest zjawiskiem inkluzywnym, czy ekskluzywnym? Sprawa niby prosta, nie? Ponieważ etyka jest społeczna, no to inkluzywna – w końcu gdy ktoś się rodzi (a nawet gdy nie zdąży się jeszcze urodzić), stosujemy wobec niego takie same standardy etyczne, jak wobec umierającego. Łysy, rudy, blondyn, brunet, z penisem, z cyckami, wysoki, niski, mądry, głupi, biskup, pastor, rabin, mułła, czarny, biały, żółty – wobec wszystkich kategorii ludzi stosujemy takie same standardy (może poza różnymi bandami bezmózgów, ale nimi się nie zamierzam zajmować*). Przyznał to zresztą nawet Rothbard, twierdząc, że prawa

w jednakowym stopniu przysługują neandertalczykowi z jaskini, współczesnemu mieszkańcowi Kalkuty i obywatelowi dzisiejszych Stanów Zjednoczonych.**

Jednak z tą inkluzywnością tak do końca prosto nie jest. No bo niby taki mały, taki duży może podmiotem być, no ale to jednak cały czas tylko człowiek. Rothbard sam to zresztą przyznaje, mówiąc, że etyka może być odnoszona tylko do działań jednego człowieka lub grupy ludzie wobec innych istot ludzkich***. Mamy tutaj więc do czynienia z inkluzywnością wewnątrzgatunkową, ale ekskluzywnością międzygatunkową. By ująć rzecz najszerzej, jak można, odróżniamy człowieka od reszty istot żywych.

Oznacza to, że naszym zdaniem dziesięcionogi, szympansy i małże mają istotne cechy wspólne, których nie dzielą z nami, brak im natomiast cech, które tylko my mamy****.

Rothbard mówi nam, że chodzi o zakorzenione w ludzkiej naturze

zdolności jednostki do dokonywania świadomego wyboru, konieczności używania rozumu i energii do ustanawiania celów i wartości, do uczenia się świata, dążenia do określonych celów po to, by przetrwać i rozwijać się, w zdolności i potrzebie komunikowania się i wchodzenia w interakcje z innymi ludźmi oraz w uczestniczeniu w podziale pracy. Ujmując rzecz krótko, człowiek jest rozumnym i społecznym zwierzęciem*****.

Jako szympans o bardzo małym rozumku w zasadzie tylko z tym podziałem pracy musiałbym się zastanowić, czy nie występuje u zwierząt. Z drugiej strony, warto byłoby się zastanowić, czy każdy warunek spełnia, sklasyfikowany przez Rothbarda do ludzi, neandertalczyk z jaskini******. Fundamenty, na których Rothbard stara się oprzeć swoje stanowisko są w najlepszym razie wątpliwe, dużo skuteczniejsze byłoby oparcie się na jakiejś formie kultury. Zgodnie z definicją, którą ongiś usłyszałem, kulturą jest wszystko, co nie jest naturą. Jeżeli tak byśmy kulturę rozpatrywali, to każde przekształcenie natury możemy uznać za dzieło ludzkie, a więc i jego twórcę – za człowieka. Za człowieka, czyli za podmiot ludzkiej etyki. Wyobraźmy sobie dyskusję Rothbarda z Diamondem na temat różnic między zwierzęciem a człowiekiem. W pewnym momencie Diamond z pewnością by powiedział, że Rothbard uważa,

że małpy są „zwierzętami, a ludzie są ludźmi, i tyle. Kodeks etyczny dotyczący traktowania ludzi nie powinien być rozszerzany na „zwierzęta”, bez względu na to, w jakim stopniu ich i nasze geny są podobne, bez względu na to, jaka jest ich zdolność do utrzymywania stosunków społecznych i do odczuwania bólu. Jest to odpowiedź arbitralna, ale przynajmniej konsekwentna i nie można jej łatwo odrzucić*******.

Rothbard z pewnością by się obruszył na takie stawianie sprawy. Nie chodzi przecież o żadne konsekwentne trzymanie się swojej bezpiecznej pozycji, ale o racjonalną analizę natury człowieka i wszechświata********. Na gruncie tejże racjonalnej analizy, cokolwiek ona znaczy, możemy też odkryć, że nasze DNA jest zgodne z DNA szympansów w ponad 98%, w niemal takim samym stopniu zbliżone DNA mamy z gorylami. Wyglądamy jak małpy, zniknęło nam (przynajmniej niektórym) owłosienie na całym ciele, i tak dalej, i tak dalej. Naga małpa, naked ape. Ale też killer ape, małpa zabójcza. Pochodzimy od małpy. Nie znaczy to, że jesteśmy z małpami identyczni. Nie, nie jesteśmy. Ale nie znaczy też, że nie mamy z nimi nic wspólnego.

Wnioski. W różnych czasach ludzie w różne rzeczy wierzyli. Kiedyś wierzyli, że król to boski namiestnik. Później wierzyli na przykład, że owady rodzą się z błota. Po prostu. Jest błoto – są owady. Wierzyli też w różne pierdoły, jak na przykład to, że wybory są po to, żeby rządzący się nas słuchali. A, w to to ludzie wierzą do tej pory. Kiedyś może uwierzą, że w środku Ziemi żyje sobie wielki troll z uniwersalnym magnesem, który przyciąga wszystkie przedmioty. Tzw. prawo grawitacji. Ale spokojnie, już wkrótce… Czy wiecie, wracając do tematu, że spośród wszystkich dużych małp, czy jak by tu sklasyfikować goryle i szympansy, ludzie mają największe jaja? Gdy mówię „jaja”, mam tutaj na myśli penisy, bo akurat jaja największe ma szympans. Zdaję sobie sprawę, że niektórych takie rozważania mogą peszyć. Że te małpy, że te penisy. Rozumiem. Dlatego postanowiłem wam wyjść naprzeciw. Człowiek pochodzi od małpy. Małpy mają małe penisy. Ludzie mają – stosunkowo – duże penisy. Ponieważ rzeczą powszechnie wiadomą jest, że czarni mają penisy największe, wnioski, do jakich doszedłem muszą być poprawne. Otóż drogą racjonalnej analizy natury człowieka i wszechświata, doszedłem do wniosku, że człowiek biały pochodzi od małpy, czarny natomiast został stworzony na obraz i podobieństwo Boga*********.

* Z przyjemnością odsyłam w tej kwestii do Etyki Badiou, s. 79 i nast.
** O nową wolność, s. 177.
*** Etyka wolności, s. 262; również: Prawa zwierząt na Liberalis.pl.
**** Diamond, Trzeci szympans, s. 15.
***** Etyka wolności, s. 261.
****** Por. opis neandertalczyków w Trzecim szympansie, s. 64- 86.
******* Trzeci szympans, s. 30 i nast.
******** Etyka wolności, s. 261.
********* Z tym penisem, Bogiem i obrazem, to proszę nie brać tego do siebie. Takie są fakty.

Opublikowano w: filozofia.
Komentarze są wyłączone

Grząski grunt

Różnie bywa, gdy rzeczy, w które wierzyłeś całe życie, okazują się kłamstwem. Różnie bywa, gdy ludzie, którym ufałeś całe życie, okazują się kłamcami. Różnie bywa, kiedy przekonania, które uznawałeś za słuszne, okazują się niepewne, by nie powiedzieć – błędne.

Różnie bywa w takich momentach niepewności. Może dojść do wyparcia i odrzucenia faktów, teorii, czy zdarzeń, które burzą nasz utrwalony światopogląd. Może dojść do załamania naszej wiary w poprawność naszych ocen i procedur poznawczych. Może dojść do reaktywnych konceptów, agresywnych odpowiedzi na nowe. Może też dojść do próby przewartościowania dotychczasowych teorii i ukształtowania nowych prądów myślowych.

Chętnie zacząłbym od końca, ale to nie takie proste. Chodzi o to, że każda akcja powoduje reakcję. Trzecia zasada dynamiki Newtona, przełożona na stosunki społeczne, pasuje jak ulał. Jeżeli na ciało A ciało B działa z siłą Fb, to ciało A działa na działo B z siłą Fa, o takiej samej wartości i kierunku, lecz o przeciwnym zwrocie. Czy jakoś tak. O co chodzi? Banał. Jeżeli okazuje się, że Gorgoroth koncertuje w Krakowie, to nikogo, poza fanami, raczej to nie zainteresuje. Nie będzie eventu. Jeżeli natomiast ktoś z ołtarza powie, że oni wieszają odwrócone krzyże i palą Biblię, to będzie już event i będzie dym. I będą zyski z biletów i sprzedanych płyt. Akcja – reakcja.

Głupi ten przykład dałem. Może coś poważniejszego. Jeżeli Pascal pisze Prowincjałki (akcja), to Rzym książkę potępia, a francuska Rada Stanu każe książkę podrzeć i spalić (reakcja). Reakcje mogą być, jak już się wspomniało, różne. Ta powyższa może być sklasyfikowana jako pierwsza z wymienionych.

W przywoływanej ostatnio książce Koojimansa na temat rozwoju nauk przyrodniczych w drugiej połowie XVII wieku poznajemy życie i poglądy Jana Swammerdama, czy Nielsa Stensena. Obaj, wielcy naukowcy, zasłużeni dla nauk przyrodniczych, empirycy i badacze, przeżyli swoje własne reakcje. Początkowo, wierni naukom Kartezjusza, kreślili mechanistyczny obraz świata, przyrody i ciała. Z czasem odwracali się od Kartezjusza, gdyż ten, zamiast zająć się obserwacjami, zajął się spekulacją. Kartezjusz bagatelizował poznanie zmysłowe – w końcu zmysły są omylne. Wymyślił sobie za to, że rozum nasz, umysł, jest nieomylny. Stąd też na tym się skupił. Im więcej jednak obserwacji i odkryć Swammerdama i Stensena, tym więcej nieścisłości i rozbieżności, między Kartezjuszem i nimi dwoma. Odrzucili więc Kartezjusza i skupili się na empirii. W końcu i rozum jest zawodny. To ostatni z typów reakcji. Nie ostatni jednak w życiu tych dwóch badaczy. Z biegiem czasu bowiem i jeden, i drugi stwierdzili, że i zmysły, nie dają całkowitej pewności, ani pełnej wiedzy. Nadal pozostaje kopę materiału nieogarniętego. Przestając wierzyć w nauki empiryczne, zwracali się ku mistycyzmowi, że się wyrażę. Drugi, Stensen, początkowo zmienił wyznanie na katolicyzm, następnie zaczął przekonywać do katolicyzmu swoich znajomych (przekonał nawet jednego z uczniów Spinozy, czym ten ostatni był zaskoczony). Ostatecznie wyświęcił się na księdza (później został biskupem). Pierwszy z nich, Swammerdam, rzucił badania w cholerę i przyłączył się do sekty, wierzącej w rychły koniec świata. Sektą władała pewna nawiedzona baba, twierdząca, że ma bezpośredni kontakt z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Chwała Temu, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, Swammerdam szybko znalazł swój rozum i prysnął do starej wariatki. Poszperajcie sobie z resztą, co się stało z oboma w kilkaset lat po śmierci. To jest drugi z wymienionych przykładów reakcji.

Zmodyfikowaną wersję ostatniego z przykładów moglibyśmy przypisać filozofom naturalnym doby Oświecenia (za wyłączeniem do pewnego stopnia Hume’a). Zasadniczo rzecz ujmując, doszli oni do zastąpienia Boga naturą, przydając jej boskich atrybutów. Przeciekawie pisał o tym wspominany już kiedyś przeze mnie Becker.

Ostatni z wymienionych moglibyśmy przypisać jeszcze na przykład Stirnerowi, czy Nietzsche’mu i paru innym, fajnym ziomkom. Skupiając się na Nietzschem, a nie chce mi się zbyt dużo o nim pisać, dokonując destrukcji ówczesnego systemu filozoficznego nie schował się w kąt i nie czekał, by zobaczyć, z tego wyjdzie, tylko ruszył przed siebie, będąc takim protopostmodernistą. Zburzył wielkie narracje i zbudował setki małych (nie zapominajmy, że pod koniec życia porzucił ideę woli mocy; poczytajcie sobie u Heideggera na temat metafizyki u Nietzschego). Dekonstrukcja, jak chuj, jak się kiedyś w zupełnie innym kontekście wypowiedział mój znajomy.

Skoro już przy Nietzsche’m jesteśmy, to wspomnijmy może o nazistach, co? W końcu wpis o Nietzsche’m bez nazistów to jakby wpis niepełny, głupi wręcz. W powszechnej opinii (a przynajmniej w tej bardziej powszechnej) związek Nietzsche’go i nazistów można by porównać do związku mistrza i jego uczniów. Naziści prezentowani są jako spadkobiercy Nietzsche’go. Filozofia Nietzsche’go jest groźna – spójrzcie na nazistów. Nie chce mi się znowu gadać o całych machlojach z filozofią Nietzsche’go w kontekście nazistów. Pisałem już o tym wiele razy (najszerzej tu). Mam też już w połowie przygotowany tekst, który również o tym, m.in., traktuje.

Odważnie postawiłbym tezę przeciwną. Naziści nie inspirowali się Nietzsche’m, a wręcz swoimi czynami zaprzeczali jego ideom. Badiou bardzo trafnie zwrócił uwagę, że wszelkie próby odpolitycznienia nazistowskiego ludobójstwa, podejmowane przez Hannah Arendt, były po prostu kretyńsko naiwne (Badiou, o ile mi wiadomo, nigdzie tak tej postawy nie określił). Hannah Arendt politykę chciała rozpatrywać, jako procedury współżycia społecznego, współbycia (etre-ensemble). W związku z tym nazizm polityką być nie mógł, ponieważ jego głównym celem było właśnie rozbicie współbycia, likwidację wspólnoty społecznej. Badiou przytomnie jednak zwraca uwagę, że działania nazistowskie były wręcz bardzo wspólnotowe. Jedyne, co jest w nich sprzeczne z poglądami Arendt, to inne definiowanie wspólnoty. Ponieważ nie jestem tak lotny w sztuce argumentacji, jak Badiou, oddam mu głos:

Nikt bardziej niż Hitler nie pragnął współ-bycia Niemców. Nazistowska kategoria „Żyda” służyła właśnie do zdefiniowania niemieckiej przestrzeni wewnętrznej, przestrzeni współ-bycia, poprzez wytworzenie (arbitralne, ale skuteczne) pewnego zewnętrza, które można będzie z wewnątrz wyśledzić […].

Zdaje mi się, że Rorty zaakceptowałby taką argumentację. Mam wrażenie, że solidarność w słowniku Rorty’ego oznaczała właśnie coraz bardziej inkluzyjne podejście do wspólnotowości. Oznacza takie działania, które pozwolą jak największe grono ludzi uznać za „swoje”, a nie „obce”.

Mała narracja, nie wielka. Niechęć do wielkich narracji charakteryzuje nie tylko współczesnych postmodernistów. Łatwo ją zauważyć i w pismach Stirnera, i w pismach Nietzschego, a nawet wielu wcześniejszych jeszcze filozofów. Postawiłbym tezę, że to właśnie ta niechęć była główną osią myśli Nietzsche’go. To wokół niej kręciło się większość jego książek. Ten stosunek do, upraszczając, metafizyki diametralnie różnił Nietzsche’go i jego nazistowskich uczniów.

Mówi się, że uczeń przerósł mistrza. Może powinno się też mówić, że odrzucił? Choć i tutaj można postawić zasadne pytanie: na ile rzeczywiście możemy mówić o mistrzu i uczniach?

____________
A! co myślicie o zmianie kolorystyki bloga? Proponujecie jakieś kolory?

Opublikowano w: filozofia.
Komentarze są wyłączone

Człowiek rezonansu

Na tylnej okładce (?) polskiego wydania O nową wolność Rothbarda znajdują się dwie śmiesznostki. Pierwsza, to cytat, który mógłby być wyznaniem wiary rothbardiańskiej sekty (i zapewne jest), a który idzie tak:
Libertarianizm ostatecznie zwycięży, ponieważ tylko i wyłącznie on jest zgodny z naturą człowieka i świata. Tylko wolność jest wstanie [pisownia oryginalna - sc] zapewnić człowiekowi dobrobyt, spełnienie i szczęście.
Libertarianizm zwycięży, ponieważ jest prawdziwy i proponuje właściwą strategię dla ludzkości, a prawda w końcu zwycięży.

Oczywiście Rothbard gówno wie, czy libertarianizm jest prawdziwy. Prawdziwy, to może być Tomizm, ale nie daj Bóg ten Bartosia!, albo Krąpiec. Wedle moich tajemnych informacji Rothbard Krąpca nie znał i nie czytał, a jeśli czytał, to nie słuchał, a jeśli słuchał, to się nie stosował, więc Rothbard gówno wie o prawdzie. Tak to się przedstawia i taka jest Prawda. Co prawda Hoppe stara się nam to troszkę zagmatwać, gdy posiłkując się Marksem mówi, że

Historia [cywilizacji Zachodu, ukazana przez Rothbarda - sc] została ukazana jako stała walka między prawdą a fałszem oraz dobrem (sprawiedliwością) a złem.

Nie muszę chyba jednak dodawać, że Hoppe też Krąpca nie czytał.

Druga śmiesznostka, która się znajduje na tyłach książki, to fragment skrótowej notki biograficznej. Możemy w niej przeczytać co następuje:

Ze względu na szeroką wiedzę z zakresu teorii i historii państwa i prawa, dziejów myśli ekonomicznej, politologii, filozofii, kinematografii, a także niemieckich kościołów barokowych, a nawet jazzu, mówiono o nim jako o ostatnim przedstawicielu Renesansu. 

Powiem wam, że skoro Rothbard uznawany jest za człowieka Renesansu, to ja się zastanawiam, czy aby na pewno używam tego zwrotu w poprawnym rozumieniu. Bo ja może czegoś nie ogarniam. Jeżeli gościu, który ma „szeroką wiedzę” z zakresu teorii i historii państwa i prawa, by dowieść swoich teorii państwowotwórczych posiłkuje się cokolwiek słabym marksistą; jeżeli gościu o wykształceniu ekonomicznym nie potrafi policzyć w odpowiedni sposób wysokości rezerwy obowiązkowej i potencjału kreacji pieniądza w wymyślonym przez siebie przykładzie (!!!) [zajrzyjcie sobie do Podstaw bankowości, a będziecie wiedzieć o czym mówię]…

Albo z tą filozofią. Częstokroć Rothbard porywał się na utylitarystów. Jaki znacie najmocniejszy argument Rothbarda przeciwko utylitaryzmowi? Dla ułatwienia dodam, że Rothbard podał dwa takie argumenty. Jeden najchujowszy ze wszystkich, jakie można było wymyślić, a drugi… cóż, również nie najwyższych lotów (chociaż przy tym pierwszym przynajmniej pozwala przypuszczać, że Rothbard wiedział, co takiego „utylitaryzm” znaczy). No dobra, był jeszcze jeden argument, jeśli za takowy można nazwać wywód:

Po drugie – co jest równie ważne – rzadko się zdarza, żeby utylitarysta był radykalny, żeby z zapałem się domagał natychmiastowej eliminacji zła i przymusu. Utylitaryści, z ich umiłowaniem doraźnej korzyści, prawie zawsze sprzeciwiają się wszystkiemu, co byłoby radykalną zmianą i niosło ze sobą jakiekolwiek niedogodności.

Cały argument skwitowany jest stwierdzeniem, że choroba utylitaryzmu do dziś toczy libertarianizm. Tak sobie przeglądam w tym momencie O nową wolność i dostrzegam, że wysuwa Rothbard jeszcze jedną argumentację. Rothbie pisze, że utylitaryzm zakłada podejmowanie decyzji na podstawie konsekwencji odpowiednich działań, a nie – jak wg Rothbie’go powinien – na podstawie samych działań. Rothbie, jako hardcore indywidualista nie mógł przystać na to, by to konsekwencje się liczyły, a nie zasady. W końcu był nie konsekwencjalistą, tylko… Powiedzmy, że był libertarianinem deontologicznym. Właśnie te deontologiczne zapędy wychodziły na wierzch w jednym z argumentów przeciw utylitaryzmowi. Otóż problemem tego ostatniego

jest to, że niechętnie uznaje on jakąkolwiek zasadę za absolutne i konsekwentnie stosowane kryterium, do którego można by odnosić różne sytuacje rzeczywistego świata.

Zwróciliście przy tym uwagę na kompletny kretynizm tej wypowiedzi? Przecież właśnie w utylitaryzmi o to chodzi, że konsekwentnie stosuje jedno, podstawowe kryterium – użyteczność.

Najdurniejszy argument przeciwko utylitaryzmowi, jaki Rothbard wysunął to było twierdzenie, jakoby utylitarysta musiał uznać za słuszne wszystko cokolwiek tylko rząd definiuje jako legalne i właściwe. Ktoś może się przyczepić, że stwierdzenie to dotyczy utylitaryzmu w kontekście ekonomii, a nie filozofii. Na zarzut taki odpowiedziałbym, że w następnym zdaniu Rothbard odnosi się do tegoż argumentu, jako dziedzinie filozofii społecznej. Utylitarystyczny cel? Kontekst + pewna i precyzyjna alokacja tytułów własnościowych.

Masakra. Czytać tego gościa nie mogę. Jakimś jednak cudem, Krąpiec jeden wie jakim, udał się – zgrubsza – Rothbardowi jeden argument. Wcześniej jednak krótka dygresja. Strasznie mnie Rothbard wkurwia. Gościu był, takie mam wrażenie, czytając różne jego teksty, nadętym do granic bufonem z ego nadmuchanym tak, jak setki balonów, unoszących dom w Disney’owskim Odlocie. Najbardziej mnie wkurwia to, że czytając 5 jego książek, odnosisz wrażenie, że jakbyś przeczytał dwie, to by ci zupełnie wystarczyło. Gościu tak po maksie się powtarzał, że nawet równie nadęty H.H. Hoppe takich jazd nie miał. Dość powiedzieć, że Złoto, banki, ludzie… jest w gruncie rzeczy żywcem wyjętym fragmentem Tajników bankowości. Ale i w O nową wolność, i w Etyce wolności, i w Egalitaryzmie… możemy znaleźć te same wątki, złożone z tych samych zdań i akapitów, a nawet stron. Masakra. Strasznie czegoś takiego nie lubię, bo mam wrażenie, że autor traktuje czytelnika jak idiotę, który wcale-a-wcale nie zauważy, że jakiś kutas ładuje go w dupę.

Wracając. Argument, który Rothbardowi odnośnie utylitaryzmu wyszedł, to jedno, krótkie i celne pytanie: dlaczego jak najwięcej szczęścia dla jak największej liczby ludzi, a nie najmniejszej? Mimo trafności spostrzeżenia, pozostaje niedosyt, bo Rothbard chyba sam do końca nie wiedział do czego zmierza. Otóż celnie mu pod czachą świtało, że problemem jest stosunek do jednostki. Zanim dojdę do pointy akapitu, następna dygresja. Raz jeden udało mi się odkryć, że Rothbard odwołuje się do Rawls’a. Tak, tego Rawls’a. Rothbie najpierw gada sobie o tym, że utylitarysta nie ma żadnej teorii, dot. praw własności, a zaraz potem daje przypis i mówi: „porównaj, co mówi na temat utylitaryzmu Rawls!”. Więc jeśli ktoś ma tego Rawls’a, to sobie otwiera książkę i… dębieje. Przywołam kontekst. Otóż w polskim wydaniu Etyki na stronie 136 jest przypis, o którym mowa. Możemy tam przeczytać:

Por. krytykę utylitaryzmu w tym punkcie w: John Rawls, A Theory of Justice (Cambridge, Mass.: Harvard University Press 1971), s. 26-27, par. 83-84 [Teoria sprawiedliwości, tłum: M. Panufnik, A. Romaniuk, Warszawa: Wydanictwo Naukowe PWN 1994].

I później jeszcze do innej książki. Dwie sprawy. Po pierwsze, uważam za ŻAŁOSNE, że polski tłumacz (w tym wypadku tłumacze) nie raczył nawet ruszyć dupy i sprawdzić, jak się rzeczony fragment prezentuje w polskim wydaniu i wpisać polskich odpowiedników stron. I tak w całej książce. Żal mi po prostu dupę ściska. Po drugie, nowe wydanie Teorii… wyszło w roku 2009, podczas gdy na polskim wydaniu Etyki… Rothbarda, widnieje data 2010. Oznacza to, że tłumacz nawet nie raczył w przypisie odwołać się do nowszego wydania. Ba, w ogóle pominął fakt, że takowe się ukazało! Tyle w kwestiach technicznych. Skończyłem o tym dębieniu. Ja wiem, że książki wydawane w Ameryce są mniejsze, niż u nas. Amerykańce mają obsesję na punkcie wielkości, uwielbiają wielkie żarcie, małą colę litrową w kinie, popcorn w 5-litrowych wiadrach itd. Tylko książki mają małe, żeby było więcej miejsca na żarcie. Wracając do przypisu, autor zwraca naszą uwagę na strony 26-27, gdzie znajdują się paragrafy 83-84. Wiecie ile ogółem paragrafów liczy sobie książka? 87. A wiecie ile stron (polskie wydanie z 2009 r.)? 860, z czego 824 tekstu głównego. Jakim, kurwa, cudem oni ostatnie paragrafy zmieścili na pierwszych stronach?!?

Wracając jednak do rzeczy, tj. do samego argumentu Rothbarda. Otóż w ogóle Rothbard nie zauważa najważniejszego, z czego jego własny argument powinien wyjść, a na co uwagę zwraca Rawls. Do tych jednak akapitów Rawls’a Rothbard się wcale nie odwołuje, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jego znajomość Rawls’a polegała na „słyszałem, jak ktoś mówił, że Rawls napisał…”. Poza tym uwagę na to zwraca również Sandel, MacIntyre i – z tego co się orientuję – Taylor. Otóż podstawowym problemem utylitaryzmu jest to, że zasadę wyboru indywidualnego przekłada on na z góry określoną wspólnotę, co nie jest już stanowiskiem indywidualistycznym. No kto, jak kto, ale Mr Libertarian mógłby takie rzeczy dostrzegać. Jeszcze tylko jedno i już kończę. Rothbard przywołując te swoje argumenty przeciwko utylitaryzmowi konkluduje:

Takie założenie nie ma podstaw naukowych i jest jedynie dowodem wiary w utylitaryzm.

W przeciwieństwie do prawa naturalnego - zapomniał dodać.

A, przypomniało mi się coś:) Kojarzycie ten sławetny fragment, gdzie to Rothbard mówi:

Rozważmy konsekwencje odmówienia człowiekowi prawa do posiadania własnej osoby. Mamy wtedy do czynienia z dwiema możliwościami…

Możecie to sobie znaleźć choćby w O nową wolność, s. 52, w Etyce… to będzie strona 127, a w Egalitaryzmie… – 144. Mówię rzecz jasna o polskich wydaniach. Chodzi mi konkretnie o powód odrzucenia pierwszej alternatywy, w której to część ludzi posiada inną część ludzi (w domyśle: i siebie) [spostrzegłem właśnie oryginalność Rothbarda - w Etyce... zamienił kolejność alternatyw!]. W O nową wolność wniosek jest jeszcze na 52 stronie, w Etyce… – 128, a w Egalitaryzmie… – 145. Po kolei: Rothbard prezentuje takie alternatywy, by je odrzucić i przyjąć aksjomat samoposiadania, jako podstawę etyki. Jednak jak możecie przeczytać, powód odrzucenia tej alternatywy jest właśnie etyczny! Klasyczne błędne koło.

Chętnie bym się jeszcze poznęcał nad libertariańskim bożkiem, ale jest już trochę późno, a ja i tak już sporo napisałem. So, see you soon!

Opublikowano w: filozofia, libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Interpretacjomówność

Mówią mi, że są trzy prawdy. Prawda, półprawda i gówno prawda. Mówią mi, że jest jeszcze najprawdziwsza prawda. Nikt mi jeszcze nie powiedział tylko o nieprawdziwej prawdzie, ale pewnie po prostu zbyt mało mam znajomych. W każdym bądź razie najprawdziwsza prawda jest wtedy, kiedy widząc brązowy płot mówimy, że to brązowy płot. Półprawda jest wtedy, kiedy mówimy, że to płot z brązu, a gówno prawda to wtedy, kiedy zamiast płotu, mówimy o fosie. Mówią mi, że to się mówi „klasyczna teoria prawdy”, czyli mówienie o zgodności z rzeczywistością. Mówią mi, że to się mówi „korespondencyjna teoria prawdy”, bo ona koresponduje ze światem zewnętrznym.

No ale przecież to nie prawda koresponduje, tak mi mówią, tylko to, co mówimy. Tj. prawda jest wtedy, kiedy to co mówimy, mówią mi, koresponduje z tym, co jest.

Teraz poważnie. Użyteczność korespondencyjnej teorii prawdy jest, delikatnie rzecz ujmując, średnia. Jeśli mamy na przykład prawdziwe zdanie, że złodziej to ktoś, kto kradnie, to co nam z tej prawdziwości zostaje? Z jednej strony mamy złodzieja, z drugiej – kogoś, kto kradnie. Jak chu-chu wynika nam, że jedno znaczy drugie. Zróbmy sobie z tego trzy, albo i cztery zdania (wychodzi tutaj ten Tarski, oj, wychodzi…):

1. złodziej to ktoś, kto kradnie.,

2. ktoś, kto kradnie to złodziej.,

3. złodziej to złodziej.,

4. ktoś, kto kradnie to ktoś, kto kradnie.

Wow, ale mamy odkrycie. Wyszło nam, że…, że…, ough, aż mi przez gardło nie może przejść… że złodziej jest złodziejem.

Nie, sorry, bo znowu niepoważnie się zrobiło. Otóż wyszło nam, że prawda jest po prostu tautologią.

Prawda jest człowiekowi obojętna. Dowodzi tego tautologia, jako jedyna dostępna forma prawdy.

Poza problemem tautologii są jednak trudniejsze pagórki do przeskoczenia. Kiedyś już wspominałem, dla zainteresowanych link na wniosek, gdzie leży problem. Bo w końcu całe nasze poznanie zewnętrznego świata jest poznaniem naszym, a więc w pewnym sensie wewnętrznym. Skoro jest poznaniem wewnętrznym, to znaczy niechybnie, że wcale nie musi być poprawnym. Byśmy mogli stwierdzić, że to, co uznajemy za poprawne, faktycznie jest poprawne, musielibyśmy wiedzieć, co faktycznie jest poprawne. Skąd jednak to mamy wiedzieć, skoro do odkrycia tego właśnie zmierzamy? Nie możemy tego wiedzieć. Z tego powodu przyjęcie korespondencyjnej teorii prawdy uważam za bardzo nadęte i bufoniaste. Już Nietzsche uczył, że wszystko opiera się na języku.

Słowa są tylko symbolami relacji rzeczy między sobą i do nas i nigdzie nie dotykają absolutnej prawdy.

Skoro już przy Nietzsche’m jesteśmy, a jakby kto nie zauważył – jesteśmy, to na zakończenie również oddam mu głos, bo i nic mądrzejszego do dodania nie mam.

Przeciw pozytywizmowi, który zatrzymuje się przy zjawisku „istnieją tylko fakty”, powiedziałbym: nie, właśnie fakty nie istnieją, tylko interpretacje. Nie umiemy ustalić żadnego faktu „w sobie”: może to bezsens chcieć czegoś takiego. Mówicie: „wszystko jest subiektywne”, ale to już jest i n t e r p r e t a c j ą, „podmiot” nie jest czymś danym, lecz czymś do-myślanym, do-stawionym. W końcu czy trzeba za interpretacją umieszczać jeszcze interpretatora? Już to jest wymysłem, hipotezą.

Jeśli słowo „poznanie” ma w ogóle sens, to świat jest poznawalny, ale jest różnie w y t ł u m a c z a l n y, nie ma z tyłu za sobą jakiegoś sensu, lecz niezliczone sensy „perspektywizmu”.

To nasze potrzeby t ł u m a c z ą ś w i a t: nasze popędy i ich za i przeciw. Każdy popęd jest swego rodzaju żądzą panowania, każdy ma swą perspektywę, którą chciałby wszystkim pozostałym popędom narzucić jako normę.

Opublikowano w: filozofia.
Komentarze są wyłączone

Zdrowy rozsądek

Istnieje pewien językowy wytrych, taki uniwersalny klucz, który ma możność otwiarcia wszelkich dyskusyjnych drzwi. Jest jednak z tym kluczem mały problem. Klucze bowiem mają to do siebie, że poza otwieraniem, mogą również zamykać. I z tym kluczem jest ten problem, że on częściej zamyka, niż otwiera.

Tym kluczem jest „zdrowy rozsądek”. Zdrowy rozsądek to takie coś, kiedy ludziom wydaje się, że to, co mówią jest logiczne, ale nie potrafią tego uzasadnić. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że to, co im się wydaje, może być, a może im się tylko wydawać. Dlatego też zdrowy rozsądek może, ale tylko może, prowokować do docierania tez i argumentów. Tak się jednak rzadko zdarza, dużo częściej „zdrowy rozsądek” jest takim eleganckim stwierdzeniem, że współrozmówca jest, nie przymierzając, debilem i idiotą, skoro nie łapie najprostszych implikacji tego i owego.

Tak jest ze zdrowym rozsądkiem. Zdrowy rozsądek kształtuje pewne teorie, „dozasadnia” je. Problem w tym, że niekoniecznie poprawnie.

Nietzsche o zdrowym rozsądku pisał na przełomie 1867 i 68. roku w O Demokrycie. A pisał tak:

Z tymże rozsądkiem wszelako mamy osobny problem. Uważa się, że tkwi w nim coś konsystentnego, co nie zależy od epoki, i że w rezultacie sąd z epoki Peryklesa i sąd z epoki Bismarcka, jeśli wyrosły z tego samego korzenia, muszą się z pewnością zgadzać. Wielki błąd, bo dzieje odrzucają każdą naukę! Ów tak zwany zdrowy rozsądem jest raczej perpetuum mobile, rzeczą nieuchwytną, swego rodzaju probierzem zdolności logicznych danego okresu, ludu, człowieka, danej nauki. Niemiec i Francuz, fabrykant i uczony, badacz przyrody i filolog, kobieta i mężczyzna, wszyscy oni używają tego samego słowa, rozumiejąc przez nie zarazem zupełnie różne rzeczy.

Zgadnijcie, jakie nurty filozfii dwudziestowiecznej wyciągają podobne wnioski.

Opublikowano w: filozofia.
Komentarze są wyłączone

Krótko i przygodnie

Krzysiek Śledziński to bardzo inspirujący koleś. Gadałem z nim ostatnio (w piątek) kilka godzin na przeróżne tematy. W każdym bądź razie Krzysiek w pewnym momencie powiedział, że Rorty, przykładowo rzecz biorąc, nie może swojej przygodności traktować przygodnie, bo by się kompletnie zaplątał – jak, nie przymierzając, Rothbard.
Nie do końca się z tym zgadzam, tj. proponowałbym przedefiniować tezę Krzyśka tak, by była ona zgodna z moją percepcją. Tadeusz Szubka we wstępie do swojej pracy Filozofia analityczna. Koncepcje, metody, ograniczenia, napisał, że
należy się jej [filozofii analitycznej - sc] szacunek i uznanie przede wszystkim dlatego, że jej przedstawiciele mają mniejszą skłonność do napuszonego i pretensjonalnego dyskursu filozoficznego, niż zwolennicy innych kierunków, czy stylków filozofowania. Sięgając do metafory George’a Berkleya, wznoszą oni po prostu mniejsze tumany kurzu.
Po mojemu, i tylko to chcę w tym tekście powiedzieć, przygodne postrzeganie przygodności polega tylko i wyłącznie na uświadomieniu sobie, że tak, jak my patrzymy na różne kierunki filozoficzne, tak kiedyś ktoś może patrzeć na nasz. Innymi słowy: zdajemy sobie sprawę, że nasz punkt widzenia jest tylko naszym punktem widzenia i kiedyś pewnie zostanie zarzucony.
Opublikowano w: filozofia.
Komentarze są wyłączone

Inspiracje rawlsowskie

Tak to już jest, że opowiadając się za jakąś ideą polityczną, mamy na względzie skutki, jakie ona niesie. Zazwyczaj to właśnie od tych hipotetycznych skutków, które nam się podobają, bądź nie, zależy to, czy daną ideologię przyjmiemy, czy odrzucimy.

Możemy na przykład wybierać między wolnością, a równością (skutki) i odpowiednio do nich dobierać środki, czyli idee. Nie mam zamiaru rozwodzić się nad tym, czy można tutaj pogodzić wolność z równością. Może zresztą zamiast „wolność”, użyć określenia „poziom dobrobytu” (w nawiasie, że potencjalny). John Rawls tak właśnie stawia sprawę w swojej Teorii sprawiedliwości. Nie mam zamiaru się tutaj nad teorią, jako całością, rozwodzić, skupiłbym się raczej na jednym aspekcie, czyli właśnie wyborze między (potencjalnym) dobrobytem, a równością.

Przedstawione zdjęcie pochodzi ze strony 118. Teorii sprawiedliwości (Warszawa 2010). Krzywa AB określa nam maksymalny poziom dobrobytu, który możemy „rozdysponować” między osoby x1 i x2; jest w tym sensie paretooptymalna. Pole OBA jest więc jedynym dostępnym dla naszych rozważań polem (ze względu na – choćby – rzadkość zasobów. Zakreskowany prostokąt aObD, gdzie D nie jest zaznaczone, a znajduje się tam, gdzie przecinają się proste b i a, lub jak kto woli: D = (a, b)) wskazuje nam z kolei jakie mniej efektywne wariacje jesteśmy w stanie zaprezentować, uznając za efektywny punkt D (analogiczna sytuacja jest z punktem E, o czym kilka zdań niżej).

Gdybyśmy poziom dobrobytu umieścili w punkcie, gdzie krzywa AB kończy się, wkraczając w oś x1, ogólny poziom dobrobytu byłby maksymalnie efektywny, byłby paretooptymalny (tj. każda dystrybucja dobrobytu na rzecz x2, wiązałaby się z pogorszeniem sytuacji osoby x1). Możemy też stwierdzić, że bardziej optymalny od punktu E, będzie każdy punkt z pola zakreślonego między E, a krzywą (choćby punkt C) – możliwe jest bowiem takie zwiększenie ogólnego dobrobytu, które nie spowoduje żadnych uszczerbków jakiejkolwiek osoby. Tak więc krzywa AB jest miarą efektywności – punktu dobrobytu ułożone gdziekolwiek na niej są najbardziej efektywne. Możemy więc stwierdzić, że C jest bardziej pożądane, niż E, a D – niż F. Nie mamy jednak możliwości ocenić – na gruncie efektywności, czy bardziej pożądany jest dobrobyt na poziomie C, czy D.

Tego możemy dokonać dopiero na gruncie kolejnych założeń. Dla Rawlsa takim założeniem jest teoria sprawiedliwości, w uproszczeniu pokazana tutaj linią przerywaną, wychodzącą z punktu O, pod kątem 45o do prostopadłych x1 i x2. Prosta ta jest więc wyznacznikiem położenia punktów różnej dystrybucji dóbr (s. 119). W świetle tego dodatkowego założenia możemy preferować punkt D, nad C, ale też na przykład punkt F, nad C. Punkt F jest bowiem bliższy równej dystrybucji, niż punkt C, choć to ten ostatni, jest paretooptymalny.

Zarzutem Rawlsa do utylitaryzmu jest właśnie jego zwrócenie oczu a efektywność. Uderzającą cechą utylitarystycznego ujęcia sprawiedliwości jest to, że nieistotne jest, przynajmniej wprost, jak owa suma satysfakcji jest dystrybuowana między jednostki – tak samo, jak nie ma bezpośredniego znaczenia, w jaki sposób jedne człowiek dystrybuuje swoją satysfakcję w czasie. W obu przypadkach prawidłowa dystrybucja to taka, która daje maksymalne zaspokojenie (s. 60). Rawlsowi zdecydowanie nie wystarcza takie uzasadnienie; zasada efektywności nie może sama służyć jako koncepcja sprawiedliwości (s. 121). Dlaczego?

Odpowiedź na to pytanie jest dwojaka. Przede wszystkim oznaczałaby ona przyjęcie kolejnego dodatkowego założenia. Założenia, mówiącego, że sytuacja wyjściowa jest sprawiedliwa. Oznaczałoby to, że dla danych osób (w tym wypadku x1 i x2), ich pozycja społeczna, rozdysponowanie talentów, czy choćby przypadki niezależne od człowieka, są sprawiedliwe. Tego założenia tymczasem nie jesteśmy w stanie w żaden sposób uargumentować. Istniejąca dystrybucja bogactwa i dochodu jest, by tak rzec, skumulowanym efektem uprzednich dystrybucji aktywów naturalnych – to znaczy naturalnych talentów i możliwości – w zależności od tego, jak zostały rozwinięte bądź zaniedbane i w jakim stopniu sprzyjały im, bądź im przeciwdziałały, warunki społeczne i czynniki losowe, takie jak nieszczęśliwe wypadki, czy też przychylne zrządzenia losu. Intuicyjnie rzecz biorąc, najbardziej rzucającą się w oczy niesprawiedliwością systemu wolności naturalnej jest to, że pozwala ona, by udziały dystrybucyjne znajdowały się pod niestosownym wpływem tych czynników, jakże arbitralnych z moralnego punktu widzenia (s. 122-123). Oznacza to tylko i aż tyle, że ani na nasze wyjściowe położenie społeczne, ani na nasze talenty i umiejętności nie zasłużyliśmy w mocnym, konstytutywnym sensie. Nikt nie zasługuje na swą pozycję w dystrybucji wrodzonych uzdolnień, tak samo, jak nikt nie zasłużył na swe początkowe miejsce startowe w społeczeństwie (s. 165). Naturalna dystrybucja nie jest sprawiedliwa, ani niesprawiedliwa; nie jest też niesprawiedliwe, że ludzie rodzą się w określonych społecznych pozycjach. Są to po prostu fakty naturalne. Sprawiedliwe, czy niesprawiedliwe jest to, w jaki sposób instytucje z tymi faktami sobie radzą (s. 162-163). Taka, a nie inna dystrybucja aktywów jest arbitralna. Nie możemy stosować wobec niej pojęcia sprawiedliwości głównie dlatego, że sprawiedliwość jest instytucją odnoszącą się do stosunków międzyludzkich.

Skoro więc nie możemy mówić o sprawiedliwości i zasłudze, możemy dokonać takiej redystrybucji, by jednostki najgorzej usytuowane również miały realnie równe możliwości – uwidacznia się to w dążeniu do równej dystrybucji dobrobytu, w zgodzie z linią przerywaną, zamieszczoną na rysunku. Temu właśnie ma służyć teoria sprawiedliwości. Ma uzasadnić, dlaczego punkt D, czy F, jest preferowany nad punkt C.

Z takimi implikacjami pojęcia zasługi nie zgadzał się Nozick, odwołując się do regressus ad infinitum. Również Hoppe i Rothbard odnosili się krytycznie do teorii Rawlsa (choć mam wrażenie, zapoznając się z argumentacją i jednego, i drugiego, że nie czytali Teorii sprawiedliwości, a opierali się bądź to na opracowaniach, bądź na analizie Nozicka). Ciekawe jest w tym kontekście nie tylko to, na jakiej podstawie Rawls dokonuje takiego, a nie innego wyboru teorii sprawiedliwości (o tym też kiedyś jeszcze napiszę), ale raczej to, co w odpowiedzi mogą zaproponować libertarianie?

Opublikowano w: filozofia.
Komentarze są wyłączone

Kontraktalizm i libertarianizm

Niejaki Adam Grobler, tłumacz książki Michaela j. Sandela, Liberalizm a granice sprawiedliwości, który wykonał zresztą naprawdę rewelacyjną robotę (który, odnosi się do tłumacza, choć MJS również się należą brawa), w swojej przedmowie starał się wyjaśnić kilka wątpliwości, które mu się nasunęły w trakcie pracy.
Pewien problem miałem też z przedkładem terminu contractarianism (pogląd, wedle którego podstawą ustroju państwowego jest umowa społeczna). Proste zapożyczenie – „kontraktuarianizm” – ma budowę nieco obcą językowi polskiemu. Zastosowany w Wikipedii termin „kontraktualizm” nie podoba mi się ze względu na możliwe skojarzenie z „kontr-aktualizmem”, którym to terminem można byłoby określić perwersyjny pogląd, że świat aktualny nie istnieje (a istnieją tylko światy możliwe różne od aktualnego). Wybrałem „kontraktalizm”, zbudowany na wzór „kauzalizmu”.

A. Grobler, Od tłumacza, [w:] M.J. Sandel, Liberalizm a granice sprawiedliwości, Warszawa 2009, s 23.
Jako totalny laik, gdy o to chodzi, przyznam szczerze, że podoba mi się argumentacja Groblera. Rzeczywiście, choć nigdy wcześniej o tym nie myślałem, „kontraktualizm” można by rozumieć na różne sposoby (jakiekolwiek by one nie były). Z drugiej strony termin ten został już niejako przyjęty do rodziny słów okołopolskich i stał się dość powszechny. Choć przyznam szczerze, kontraktalizm mi się również podoba.

Dobra, już kończę o tym Groblerze. W każdym bądź razie jeśli ktoś nie czytał książki Sandela, to powiem tyle: przeczytać warto nawet tylko dla tłumacza:)
***
Na dziś to tyle o Sandelu. John Rawls projektując swoją koncepcję umowy społecznej, tj. teorię sprawiedliwości jako bezstronności (do którego to tłumaczenia Grobler również poczynił zastrzeżenia), napisał o jej realności:
W koncepcji sprawiedliwości jako bezstronności początkowa sytuacja (original position) równości jest odpowiednikiem stanu natury w tradycyjnej teorii umowy społecznej. Tej sytuacji początkowej nie traktuje się oczywiście jako realnego historycznego stanu rzeczy ani tym bardziej jako prymitywnej formy kultury. Rozumie się ją jako czysto hipotetyczną sytuację, scharakteryzowaną w taki sposób, by doprowadzić do określonej koncepcji sprawiedliwości.
J. Rawls, Teoria sprawiedliwości, Warszawa 2010, s. 41.
Jakiś złośliwiec mógłby się przyczepić, że jest to troszkę machlojka, tak projektować sytuację wyjściową, by osiągnąć zaplanowane uprzednio rezultaty. Zapewne niejeden libertarianin by to jako machlojkę potraktował.
***
Z kolei takiego buca, jakim był Nozick, libertarianie nie chcą widzieć w swojej drużynie (no dobra, może niektórzy chcą, na przykład na takiej samej zasadzie co zwolennicy fantastyki – Sapkowskiego). W początkach swojej Anarchii, państwa, utopii, Nozick zapisał, że
[d]owolna teoria stanu natury, która wychodzi od fundamentalnego i ogólnego scharakteryzowania działań moralnie dopuszczalnych i działań moralnie niedopuszczalnych oraz od głębogo ugruntowanych racji, dla których pewne osoby w jakimkolwiek społeczeństwie mogłyby naruszać te ograniczenia moralne, a następnie przechodzi do opisania, jak poaństwo wyłoniłoby się z tego stanu natury, ma walor wyjaśniający, jeśli nawet jakiekolwiek kiedykolwiek istniejące państwo nie powstało w ten sposób. Hempel analizował pojęcie wyjaśnienia potencjalnego, które intuicyjnie i w przybliżeniu jest tym, czym byłoby wyjaśnienie poprawne, gdyby wszystkie wymienione w nim elementy były prawdziwe i rzeczywiście wchodziły w grę.
R. Nozick, Anarchia, państwo, utopia, Warszawa 1999, s. 21.
Dalej Nozick dowodzi, że takie wyjaśnienie, jakkolwiek niepoprawne, pomaga w zrozumieniu i ogarnięciu całej dziedziny, której to miało dotyczyć. Wielu libertarian ponownie nie zgodziłoby się z tymi tezami. Na przykład ja się nie zgadzam (co może sprawić, że wielu libertarian jednak się z nimi zgodzi; ale być może przeceniam swoje możliwości;).
***
Napisałem, że wielu libertarian nie zgodziłoby się z tym twierdzeniem Nozicka. Prawdopodobnie wszyscy oponenci Nozicka z ekipy libertariańskiej zgodziliby się z wyjaśnieniem Rothbarda.
Państwo nigdy nie zostało stworzone na drodze „umowy społecznej”; zawsze rodziło się ze podbojów i wyzysku.
M.N. Rothbard, Anatomia państwa, [w:] Egalitaryzm jako bunt przeciw ludzkiej naturze, Warszawa 2009, s. 100.
Nie ma więc żadnej umowy społecznej! Nie ma stanu pierwotnego, stanu natury! – tak chciałoby się zakrzyknąć za wujkiem Rothbiem. I dodać równie bojowo: przestańcie pierdolić, panowie! Powiedzcie wprost, że wyprowadzacie teorię umowy tylko po to, by uzasadnić swoją wymarzoną wizję. I ty to robisz, Rawls, i ty, Nozick – też!
***
Ale nie przeszkadza tym krzykaczom, gdy Rothbard, czy Hoppe, czy Tannehillowie tłuką po kilkaset stron właśnie o tym, że Crosoe z Piętaszkiem, albo Kowalski z Malinowskim (polscy tłumacze mnie nieraz załamują) spotkają i będą przestrzegać praw. Niebo gwiaździste nad nimi, prawo moralne w nich. Wtedy ujęcie hipotetyczne jest wręcz wskazane.
Czy jasna jest pointa, czy mam ją wyboldować jakoś?
Opublikowano w: filozofia, libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Prawo nienaturalne – naturalnie

Widziałem dzisiaj fragment jakiegoś programu na jakimś dziwnym kanale o sam nie wiem czym. W każdym bądź razie lektor na tle jakiegoś posągu Buddy powiedział, że posąg ma oczy ze wszystkich stron, ponieważ symbolizuje to, że Budda jest wszechwiedzący.

Pierwsze, co mi przyszło wtedy do głowy to to, że jest raczej wszechwidzący, a nie wiedzący. Różnica między wiedzą a widzeniem, mimo wszystkich klasycznych definicji prawdy, jest. No dobra, odczepmy się od tej prawdy, bo ostatnio się jej przyczepiłem, co może już kogoś nudzić. Zamiast prawdy, zajmiemy się krótko prawem naturalnym, choć pierwszy mniej lotny czytelnik domyśli się, że prawo naturalne jest tutaj tylko pretekstem.

Widziałem się ostatnio z kumplem, Krzyśkiem Śledzińskim, no i sobie trochę przy piwie pogadaliśmy. Gadaliśmy o Stirnerze, o Rorty’m, o wielu mniej filozoficznych sprawach, o Nieregularniku, o szkole austriackiej, o Hayek’u, o buttersie:), czy o…, no, powiedzmy, prawie naturalnym.

W trakcie rozmowy na ten ostatni temat (która rozwinęła się z rozmowy na temat poznania, która to rozwinęła się z tematu pragmatyzmu, który to temat rozwinął się z…; no i tak od spotkania się), pomyślałem sobie jedną rzecz, którą w zasadzie jednym tchem wypowiedziałem nie zwracając pierwotnie na nią uwagi. Ponieważ nie uważam się za jakiegoś orła, jeśli o te sprawy chodzi, to dodam tylko, że Krzysiek nie oponował przeciwko moim wnioskom, więc optymistycznie zakładam, że je zaakceptował (bądź pesymistycznie – nie usłyszał ich:).

No ale po kolei. Wyobraźmy sobie – choć niektórzy nie muszą sobie tego wyobrażać – że istnieje jakieś prawo naturalne. Czy nazwiemy to lex naturalis, czy ius naturae, czy też boskim porządkiem, nie jest istotne. Przyjmujemy po prostu, że takowe jest. Samo stwierdzenie, że coś jest, może nam nasuwać z kolei myśl, że w jakiś sposób możemy to zaobserwować. Możemy na przykład zaobserwować, że „to nie jest fajka”, tylko obraz przedmiotu, który nazywamy fajką (czy nie jest to analogiczny przykład, przy czym dużo prostszy, w porównaniu z przykładem Putnama na temat wody i dwóch planet?). Innymi słowy, jeśli coś jest, to podlega również naszemu poznaniu – możemy daną rzecz sklasyfikować, zdefiniować, czy w jakiś sposób sprawdzić jej istnienie. Możemy na przykład kopnąć w kamień, albo wdepnąć w gówno.

No dobra, troszkę może teraz skomplikujmy, wprowadzając rozróżnienie. Otóż możemy, jesteśmy w stanie, dokonywać rozróżnień, między przynależnością poznawczą (musicie mi wybaczyć mój nieudolny język, ale piszę to z marszu i bez znajomości jakichś filozoficznych języków). Innymi słowy mamy tutaj podmiot poznania (ja, który poznaję) i przedmiot poznania (to, które jest poznawane). Oczywiście poznanie może być również działaniem refleksyjnym, skierowanym na sam podmiot poznania, ale to nas nie interesuje w kontekście prawa naturalnego z jednego powodu. Otóż jeśli działam refleksyjnie, poznaję sam siebie, to znaczy, że jest to niejako poczucie wewnętrzne, moje własne, indywidualne i – miałem nadzieję, że uda mi się nie wymawiać tego słowa – subiektywne. Jeżeli jednak staramy się poznać obiektywne prawa natury, nie możemy ich lokować wewnątrz podmiotu poznania. Muszą więc być niejako zewnętrzne, muszą być przedmiotem.

Co to oznacza, tj. jakie to ma dla nas konsekwencje? Doniosłe. W ostatnim tekście napisałem o hipotetycznym typie, który odkrył wreszcie tę upragnioną prawdę i zapytał „po chuj się tak spieszyliśmy?”. Nikt mi na to nie zwrócił uwagi, sprawa jest tutaj ciekawa. Otóż nasuwa mi się pytanie, SKĄD on wie, że dotarł od Prawdy? Przekładając to na nasze prawa naturalne, mamy pytanie: skąd na przykład Rothbard wie, że to, co on zidentyfikował jest faktycznie prawem naturalnym, a nie zwykłą jego (wujka Rothbie’go) projekcją? Moglibyśmy powiedzieć, że je poznał. No jasne, sprawa dotyczy raczej tego, w jaki sposób? W czasach, kiedy racjonalizmu nie da się już praktycznie brać poważnie i u myśliciela, który otwarcie sprzeciwiał się wmawianiu człowiekowi jego racjonalności (naprawdę nie wypada tłumaczyć, że jemu chodziło o aspekt ekonomiczny i dyskusję ze szkołą chicagowską), wypadałoby się dogrzebać jakichś innych metod. Zważywszy, że ten sam gościu twierdził wprost, że libertarianizm ostatecznie zwycięży, ponieważ tylko i wyłącznie on jest zgodny z naturą człowieka i świata. Mało tego, libertarianizm zwycięży, ponieważ jest prawdziwy i ponieważ jest właściwą drogą postępowania dla rodzaju ludzkiego. Amen.

No ale oczywiście nas to nie może zbijać z tropu. Propaganda propagandą, ale wartowałoby podać jakąś metodę poznania. Jaką metodę poznania możemy obrać, by dowieść istnienia praw naturalnych? Racjonalizm i aprioryzm możemy, tak sądzę, wywalić do kosza. Możemy przyjąć doktryny teologiczne, czy teleologiczne (tak, tak, to dwie różne rzeczy:), ale – podobnie jak w przypadku racjonalizmu – nie traktowałbym tego zbyt poważnie. W końcu przyjęcie tych właśnie metod zakłada dokładnie to, że prawo naturalne jest niejako w nas, jest wewnętrzne wobec poznania; poznanie jest więc refleksyjnym. No ale gdyby tak miało być, to byśmy grzęźli w tym paskudnym bagnie subiektywizmu, któremu istnienie prawa naturalnego ma dać odpór. Prawo naturalne musi więc być – konieczność dziejowa – czymś zewnętrznym wobec podmiotu poznania.

W tym momencie musimy wrócić do wcześniejszych stwierdzeń: jaką metodą będziemy w stanie uzasadnić to, że stan wiedzy, który osiągnęliśmy, pozwala nam na wysunięcie tezy, że to-a-to jest już prawem naturalnym, a nie kolejnym etapem w tym wyścigu, że nie jest tylko checkpointem? Moglibyśmy spróbować to ogarnąć empirycznie. Wtedy rzeczywiście moglibyśmy to pogodzić z twierdzeniem o zewnętrzności prawdy. Pojawia nam się jednak jeden problem; problem, mam wrażenie, nie do przeskoczenia.

Poznanie empiryczne jesteśmy w stanie zweryfikować tylko empirycznie, tylko post factum. Co to ma do rzeczy? Ma, w sumie dosyć dużo. Żeby bowiem stwierdzić empirycznie, że dane twierdzenie („prawo naturalne jest i jest właśnie takie, jakim je opisałem”) może zostać przyjęte za konkluzywne, musimy dojść do sytuacji, w której żadne doświadczenie nie będzie mu przeczyć. Ale post jakiemu factum? Problem jest taki, że nigdy nie wiemy, czy tezy, do których doszliśmy, są ostatecznymi możliwymi tezami w danej dziedzinie. Innymi słowy, twierdzenie o ostateczności danych twierdzeń jest wewnętrznym poczuciem. Jeszcze innymi słowy – by dowieść istnienie przyjętych wcześniej zewnętrznych praw naturalnych, musimy na pewnym etapie odwołać się do naszych wewnętrznych projekcji.

Ostatecznie więc możemy stwierdzić tyle, że taki twór, jak prawo naturalne, jeśliby miało istnieć, istniałoby zawsze poza granicą naszego poznania. Nie jesteśmy w stanie dowieść ani istnienia prawa naturalnego, ani też jego kształtu. A co dopiero twierdzić, że my to odkryliśmy i że nasze projekcje stosują się do wszystkich.

Opublikowano w: filozofia, libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Subiektyw za subiektywem za subiektywem

Nigdy nie przestanie mnie chyba zadziwiać wiara w Prawdę. Nie, żebym miał coś do jakichś prawd, w gruncie rzeczy nawet prawdy lubię (choć prawdę mówiąc jeszcze bardziej lubię mieć rację). Mimo to, wiarę w różnego rodzaju Prawdy, Zasady, czy Tradycje uważam za cokolwiek śmieszne błahostki. Taki zwykły oldschool, który nie chce się położyć na wieczny spoczynek tam, gdzie jego miejsce.
Nie chodzi o to, że ja nie wierzę w istnienie jakiejś Wielkiej Prawdy. To nie tak, że Boga nie ma; Bóg umarł, sami żeśmy go zabili. Gott is tot. Być może, że sami go zatłukliśmy. Nevermind. W gruncie rzeczy nie to jest najważniejsze. Uważam, że być może gdzieś istnieje jakaś Prawda, uważam też, że być może kiedyś ktoś do niej dotrze, a potem w imieniu całej ludzkości powie: „no i na chuj się tak spieszyliśmy?”.
Przede wszystkim uważam jednak, że nie ma większego sensu tej prawdy szukać. Uważam, że niepotrzebnie trwonimy czas i energię na bezustanne poszukiwanie tej Prawdy. Głównym powodem takiego, a nie innego mojego poglądu jest to, że w gruncie rzeczy nawet nie mamy możliwości poznania tej Prawdy. Kto wie, być może kiedyś ją osiągniemy, w jaki jednak sposób będziemy w stanie kategorycznie oświadczyć, że „tak, to jest właśnie cały ten shit, po który szliśmy i za który ginęliśmy”. Do czego zmierzam? W gruncie rzeczy do tego, że nie istnieje żaden zewnętrzy aparat poznawczy, zmysł poznawczy, czy sposób poznania rzeczy samych w sobie. Nie jesteśmy w stanie wyodrębnić natury rzeczy od naszych o rzeczy odczuciach. O co chodzi? Mówiąc wprost, natura rzeczy jest pewnym sposobem, w jaki dana rzecz sama by opisała swoją kategorię. Nie jesteśmy w stanie nawet ustalić, czy istnieje ogólna ludzka natura, ani też – jeśli tak – jaką ma formę. Skoro zaś nie jesteśmy w stanie sami o sobie przedstawić odpowiednich esencjalnych przekonań, to zakrawa na niemałą butę twierdzenie, że możemy to zrobić odnośnie przedmiotów trzecich.
Nie chcę się tutaj wgłębiać w to, że – za Nietzschem – zakładając istnienie jakiegoś podmiotu, zakładamy istnienie jego substancji, esencji, czy natury, bo i nie o to chodzi. Gdybyśmy mieli w jak najbardziej przystępny sposób przedstawić powyższe moje stanowisko, to na usta cisną się słowa: opisujemy świat takim, jakim go widzimy. Opisujemy przedstawienie świata, a nie świat sam w sobie. Oznacza to, że wszelkie dążności do osiągnięcia poznawczego absolutu, takiego universum, są z góry skazane na niepowodzenie.
Pojawia nam się teraz pytanie, czy w związku z tym powinniśmy zaprzestać wyrażania jakichkolwiek sądów na jakiekolwiek tematy? Pytanie takie jest jednak źle postawione, tj. kładzie nacisk na coś, czego w ogóle nie powinniśmy brać pod uwagę. Nie jest problemem nasze „prawo” do wygłaszania sądów, ale to, czemu te sądy mają służyć? Nie musimy na wciąż szukać i zdążać w stronę światła, bo nie jest to naszym celem na gruncie poznania. Naszym celem jest komunikacja. Ustalamy nasze teorie po to, by w sposób wystarczający dla naszego „tu i teraz” pomagały nam osiągać cele komunikacyjne, czy szerzej – cele pewnej wspólnoty, którą konstytuujemy.
Wyprowadzane przez nas teorie muszą więc spełniać de facto jedną funkcję – scalającą. W tym sensie mówimy o nauce, jako niedobrowolnej grze językowej – musimy przekonać innych członków naszej hipotetycznej wspólnoty do przyjęcia takich, a nie innych zasad gry. Nie jest przy tym tak, że narzucamy im swoje przekonania - takie działanie jest działaniem typowo esencjalnym, czyli działaniem, które powinniśmy odrzucić. Musimy działać pragmatycznie, tj. raczej za pomocą perswazji, niż siły. Oznacza to nie tylko przekonanie innych do naszych poglądów, ale też taką modyfikację naszych wizji, by pasowała do wizji innych. To jest nasza mała struktura rewolucji naukowych, nasze docieranie się stanowisk.
Pytanie, jakie się tutaj pojawia, brzmi: czy wobec tego powinniśmy zarzucić nasze poszukiwania obiektywizmu? Czy raczej: Obiektywizmu? Nie. Powinniśmy odrzucić nasze starania od osiągnięcia jakiejś zewnętrznej prawdy, lecz powinniśmy przy tym zachować obiektywizm. Obiektywizm, rozumiany raczej jako intersubiektywności. Obiektywizm, który jest raczej środkiem przyjmowania kolejnych przekonać przez coraz większą liczbę ludzi, niż celem samym w sobie. Obiektywizm, rozumiany raczej jako umiejętność, czy zdolność do osiągania porozumienia.
Nie jest więc tak, że dysponujemy możliwością spojrzenia, jak by powiedział Palachniuk, zza obiektywu, zza obiektywu, zza obiektywu. Dysponujemy raczej możliwością takiego wglądu w świat, który prezentowałby się jako subiektyw za subiektywem za subiektywem, gdzie pierwszy „subiektyw” to nasza świadomość ułomności naszych metod poznawczych, „subiektyw” drugi to nasze własne przekonania, a „subiektyw” trzeci to nasze projekcje na temat otaczającego nas świata.
Sam świat to zupełnie osobna historia. Historia, którą również sami musimy opowiedzieć.
Opublikowano w: filozofia.
Komentarze są wyłączone