Semantyka

Tak to już jest na tym najdoskonalszym ze światów, że nazywamy to, co już jest. Nie „jest” w sensie „mogę dotknąć, kopnąć, się potknąć”, tylko w sensie szerszym: coś, czego w jakiś, niekoniecznie namacalny, sposób doświadczam (choćby i w wyobraźni). Tak sądzę. Mamy na ten przykład słowo „stół”, które po naszemu oznacza, nikt by się nie domyślił, stół. Ale mamy słowo „zamek”, które w zależności od kontekstu, może oznaczać na przykład średniowieczną budowlę, suwak, albo hm… mechanizm, służący do zamykania drzwi na klucz. Nie odkrywam chyba Ameryki, pisząc, że kontekst ma znaczenie. 

Nie wiem, czy wiecie, ale na świecie istnieją jednorożce. Powaga. Kiedyś ludzie byli inni niż teraz i wierzyli np. w Boga, wiedźmy, wróżki, czarcie moce, szatany i inne temu podobne. Obecnie pozostał nam jeszcze Bóg, od biedy szatan, a w grupie dziewcząt 13+ doszedł jeszcze wampir z wilkołakiem. Za to w jednorożce już nie wierzymy. Kiedyś wierzyli, a ich istnienie prosto z Jawy Małej (obecnie Sumatra) relacjonował Marco Polo. Wedle naszego podróżnego kupca jednorożce nie są podobne do (tutaj satyryczny opis Umberto Eco) wdzięcznych białych jelonków ze spiralnym rogiem. Wyglądają raczej, jak… no, sami to sobie wyobraźcie: 

niewiele co mniejsze od słoni. Sierść mają podobną do bawolej, a nogi jak słonie. Mają róg jeden na czole bardzo wielki i czarny. Lecz mówię wam, że nie atakują rogiem tym, lecz językiem: gdyż na języku mają kły bardzo długie [...]. Głowę mają na kształt odyńca i zawsze noszą ją pochyloną ku ziemi; przebywają chętnie w błocie i mule. Szkaradny jest widok tego zwierzęcia [...].

No i kto bez cioci wikipedii i wujka google’a wie, o jakich to jednorożcach pisał Marco Polo? Jasne, że o nosorożcach.
Wszystko powyższe jest niejako wprowadzeniem do sedna niniejszego wpisu. Otóż obserwuję od jakiegoś czasu próbę „odzyskania” libertarianizmu. Już wyjaśniam. Od jakiegoś czasu w polskim światku libertariańskim używany jest termin „vulgar libertarian”. Sęk w tym, że termin ten był do tej pory stosowany raczej w formie prześmiewczej i ironicznej głównie przez tę grupę libertarian, do której w sposób śmiertelnie poważny, powinien być odniesiony. Z racji takiego, a nie innego odbioru „wulgarnego libertarianizmu”, został ukuty inny termin – propertarianizm, po raz pierwszy chyba wspomniany na jednej dyskusji na Liberalis.pl. Co ciekawe, termin propertarianizm, zdaje się, że tożsamy z „vulgar libertarian” Carsona, został przyjęty z jednej strony (nazwijmy ogólnie, lewicy libertariańskiej) entuzjastycznie, a z drugiej… W gruncie rzeczy, neutralnie, bowiem nie jest w żadnej mierze sprzeczny z tym, co oferuje nam Rothbard, Hoppe, czy 95% współczesnej tradycji libertariańskiej. 
W międzyczasie zaistniało pojęcie true libertrarian, znaczące mniej więcej to samo, co dwa powyższe stwierdzenia. Różnica była jedynie konotatywna: tam, gdzie przeciwnicy mówili o „vulgar libertarian”, tam zwolennicy określali się, jako „trv libertarian” (bo taka pisownia weszła do użytku). Obecnie pojawił się jeszcze termin hardcore propertarian (w skrócie: HP), którego konotacja różni się w zależności od przyjętej przez nas strategii interpretacyjnej. 
Dostrzegam tutaj, być może na wyrost, pewną tendencję do zastępowania słowa libertarianizm innymi, bardziej trafnymi i konkretnymi nazwami. Uważam, że jest to aspekt pozytywny, może bowiem pomóc przywrócić libertarianizm na bardziej inkluzywne i otwarte społecznie tory. Ale to nawiasem mówiąc. 
Wracając jeszcze na chwilkę do naszego kontekstu konotatywnego, naszej wspólnoty interpretacyjnej, chciałbym jeszcze wspomnieć coś o naruszaniu netykiety, a konkretnie o trollowaniu. Jak wszyscy wiemy, trolle to tępe, wielkie i silne stworzonka o skłonnościach napinowych. Otóż wracając do tego o czym napisałem na samym początku, tj. tego, że nazywamy to, co możemy w jakiś sposób doświadczyć i ponieważ sądzę, że większość czytelników tego bloga obraca się w tym samym środowisku ideowym, co ja, chciałbym, i – wreszcie – ponieważ możemy znaleźć wspólne doświadczenia pod tym względem, chciałbym wprowadzić nowe słówko. Z powyższych powodów pozwolę sobie mieć nadzieję, że nie będzie ono należało do mojego słownika prywatnego, ale znajdzie powszechne, przynajmniej do pewnego stopnia, zastosowanie. Słowo to wiąże się i z trollem i z „trv libertarianinem”. To słówko to
TRVL
Opublikowano w: Inne.
Komentarze są wyłączone

Reklama

Jak ktoś odwiedził blog Krzyśka, to już wie. A jak nie odwiedził, to ja go informuję. Ukazała się już po polsku książka Carsona Studies in mutualist political economy. Niemniejszym a większym polecam wszystkim.

Tutaj w pdf.

Opublikowano w: Inne.
Komentarze są wyłączone

Geniusz

W jednym z ostatnich numerów polskiej edycji Scietntific American, Świata Nauki, pojawił się felieton na temat wyników badań o postrzeganiu żarcia. Dwa talerze: jeden z wielkimi frytkami i hamburgerem, a drugi z wielkimi frytkami, hamburgerem i sałatką. Otóż okazało się, że większość badanych szacuje, że zestaw drugi jest mniej kaloryczny, niż pierwszy. Jakby jakość jednego dania mogła pozytywnie wpływać na kaloryczność reszty. Sytuacja troszkę straszna i troszkę absurdalna. Zupełnie jak w tym znanym kawale, gdzie gościu zamawia wielki zestaw, dodatkowego Big Maca, dodatkowe frytki, to_tamto_siamto, i na dodatek colę zero, bo „jestem na diecie”.
Amerykanie to są idioci, to wszyscy wiemy nie od dziś. Ciekawi jesteście, czy w innych zakątkach świata również żyją tacy głupi ludzie? W zasadzie to ciekawe, że to nas nie interesuje tak bardzo, jak to, czy czarny lud z dziczy umie liczyć i zna wartość perłowych paciorków. Być może wynika to z tego, że Amerykanin to jednak „swój chłop”, blada twarzy i zachodnia popkultura. Mamy popliteraturę, popfilm, popfilozofię. To nas z Jankesami łączy. A przy okazji Jankes jest idiotą, ale to nie ma związku.
A może właśnie ma? Może ta Jankeska popinteligencja tak naprawdę wcale nie jest Jankeska? Może ona jest po prostu zachodnia? Oglądałem wczoraj Panoramę. Mówili tam o jakimś pomyśle na oddłużanie samorządów, czy coś. No dobra, tak kątem oka oglądałem. Ale poniższe pamiętam doskonale. Otóż powiedział pan prowadzący_mówiący_sprawozdający, że obecnie zadłużenie Wrocławia wynosi 5% budżetu, co równe jest 150 milionom złotych. Jeżeli jakiś tam pomysł wypali, to w 2015 zadłużenie Wrocławia będzie musiało się skurczyć do 1%, czyli 30 mln. Oznacza to, powiedział prowadzący_mówiący_sprawozdający, że Wrocław będzie musiał zmniejszyć wydatki pięciokrotnie. Pięciokrotnie! – tak ten gościu powiedział. Czaicie to? Jeżeli 5% budżetu to 150 milionów, to budżet równy jest 3 miliardom. Jeżeli mamy go zmniejszyć pięciokrotnie, to… Radzę wam wyprowadzać się z Wrocławia.
Najlepiej do Hong Kongu. Trzymając poziom notki, chciałbym nadmienić, że oprócz Panoramy oglądałem wczoraj też Teleexpres,  czy jak się pisze jego nazwę. Dowiedziałem się z niego, że ponad 550 tysięcy mieszkańców Hong Kongu dysponuje co najmniej milionem. Czaicie to? 1 na 10 mieszkańców jest milionerem. Pieprzyć Wrocław. Jedźcie do Hong Kongu. Przy odrobinie szczęścia i wam się uda być tym 1/10.
Opublikowano w: Inne.
Komentarze są wyłączone

Postanowienia noworoczne

Wiem, wiem. Nowego roku jeszcze nie ma, sylwestra nawet jeszcze nie było. Problem w tym, że nie wiem, kiedy będę miał następnym razem czas, żeby cokolwiek we względnym spokoju napisać (a teraz właśnie mam), więc z moich postanowień noworocznych wyspowiadam się teraz. W zasadzie, to nie wiem, czy aby dobrze robię, gdy się z nich spowiadam. Być może to jak z życzeniami, nie powinno się ich zdradzać, bo inaczej będzie wtopa. Nie przypominam sobie, żebym miał kiedyś jakieś noworoczne postanowienia, a co za tym idzie – nie pamiętam, żebym zachowywał je w tajemnicy. Ma to swoje zalety – na przykład brak jakichś wielkich rozczarowań. Te rozczarowania  to jest w ogóle kapitalna sprawa. Zróbcie sobie kiedyś eksperyment z brakiem oczekiwań wobec siebie. Będziecie wtedy wszystkim zachwyceni. No i nie będziecie rozczarowani.

Wracając do myśli przewodniej. Chciałbym w przyszłym roku trochę częściej pisać. Wątpię, jeśli mam być szczery, żeby mi wyszło, bo z czasem obowiązków przybywa, a doba za Chiny Ludowe nie chce się rozciągnąć. Niemniej jednak, chciałbym.

To jest takie moje postanowienie poboczne. Drugie postanowienie, również związane, przynajmniej pośrednio, z blogiem. Szykuje mi się drobna, naprawdę kosmetyczna zmiana. Otóż zakładka „Biblioteczka” pod obecną postacią zniknie. Głównym powodem takiej zmiany jest brak czasu na uzupełnianie książek. Odkąd się pojawiła, edytowałem ją chyba ze dwa razy (w porywach – trzy). Tymczasem gdybym chciał dodawać na bierząco wszystkie tytuły, które przeczytałem, albo kupiłem i czekają na przeczytanie, musiałbym ją uaktualniać średnio raz w tygodniu. Brak czasu wyklucza jednak taką częstotliwość, stąd też decyzja o zwinięciu interesu. Zwyczajnie statyczna zakładka, która statyczna być nie powinna trochę się rozjeżdża z moimi własnymi planami i oczekiwaniami.

Nie znaczy to, że coś w stylu bibliografii bloga zniknie zupełnie. Nie zniknie, ale zostanie zmodyfikowane. Głównym moim postanowieniem na przyszły rok jest przeczytanie 55 książek. Nie książek, które już czytałem, tylko zupełnie nowych, świerzych i nieznanych. Począwszy od 1. stycznia* zamierzam przez następne 52 tygodnie roku przeczytać 55 książek. Dlaczego akurat tyle? Cóż, moje średnie tempo czytania to jakieś 50 stron dziennie, co daje ok. 350 w tygodniu. 350 stron to zdaje mi się taka przeciętna ilość, jeśli chodzi o książkę. Jasne, Rawls ma więcej, ale na przykład Quine – mniej. Średnia mnie obchodzi. Załóżmy więc, że czytam książkę na tydzień, co przy czytaniu nieustannym daje 52 książki w roku. Ponieważ w życiu trzeba się rozwijać, powiększam liczbę do 55.

I tutaj pojawia się miejsce dla nowej biblioteczki. Począwszy od pierwszego stycznia zamierzam zapisywać (z numeracją), co czytam, tj. wszystkie dane bibliograficzne, ile dni mi to zajęło i ile liczy stron. Mam nadzieję, że uda mi się za rok napisać, że dopiąłem swego i przeczytałem te 55 tytułów. Z czasem, jak książki będą się pojawiać na liście, będziecie mogli sobie porównać tematykę książek i tematykę bloga. I zobaczycie, jakie to są fajne zbieżności. A może ktoś zerknie na ostatnie pozycje, jakie miałem na warsztacie i przyjdzie mu do głowy jakaś fajna książka, którą mógłby mi polecić? Będę zaszczycony.

Tymczasem trzymajcie kciuki, bo do jutra, żeby wyczyścić sobie konto, przeczytać muszę jeszcze ok. 300 stron:)

* Oznacza to, że napoczęte już książki muszę skończyć do końca roku, by wyzerować sobie konto. Jeśli tego nie zrobię, w przyszłym roku będę je czytał od początku. W tym momencie kończę dwie książki, które pewnie uda mi się jutro skończyć. Są to Najswpanialsze widowisko świata Dawkinsa i Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek? Dunbara.

Opublikowano w: Inne.
Komentarze są wyłączone

O wyższości homosiów nad innymi gatunkami

Robin Dunbar w swojej książce na temat ewolucji języka (a w zasadzie pewnych rytuałów społecznych – o języku to jest tam może od połowy książki) zwraca uwagę, że iskanie u naczelnych (naprawdę nie wiem, skąd się w tytule wzięły te pchły, skoro tam o iskaniu jest – to uwaga na temat tłumaczenia, poza tym całkiem znośnego) pełni bardzo ważne funkcje społeczne.

Po kolei. Jeżeli małpka A iska małpkę B, małpka B się rozluźnia i czuje lekko na haju (iskanie, skubanie, czy masowanie powoduje zwiększone wydzielanie endorfin), a nawet zasypia. Oznacza to, że jest wtedy całkowicie bezbronna i musi całkowicie zaufać małpce A. Jeżeli więc się wkrótce obudzi, to z dużym prawdopodobieństwem pójdzie się małpce A za euforyczny hay odwdzięczyć i poiskać ją. Wtedy tamta się zrelaksuje, zaśnie i będzie bezbronna. Działanie takie jest więc nie tylko budowaniem zaufania, nie tylko nieagresywnym ćpaniem, ale też budowaniem sojuszy społecznych. Ty iskasz mnie, ja iskam ciebie. Jeśli ciebie zaatakują, to ci pomogę, ale ty pomożesz mnie.

Rewelacja. U homosiów, tj. u ludzie to tak nie do końca działa. No ale, umówmy się, ludzie to po prostu gatunek debeściaków. Mamy domy. Mamy zamki w drzwiach. Po cholerę mamy cementować sojusze jakimś iskaniem?

No właśnie, po cholerę? My nie cementujemy sojuszy iskaniem. Robimy to albo na zasadzie: lepiej się do nas przyłącz, bo jak nie..., albo: słuchajcie, nie musimy tego tak załatwiać, może się do was przyłączę?. A, nawias tutaj – wiecie, co to jest liberalny autorytaryzm? Cholera, miało być bez polityki, ale tak z tymi sojuszami mi pasuje. Otóż liberalny autorytaryzm to reżim niedemokratyczny, w którym istnieją jakieś tam swobody (np. można palić w barach), ale przede wszystkim – który jest popierany przez rząd Stanów Zjednoczonych. No wiem, wiem – rewelacja. Niestety to nie moje, copyright by Michael Walzer.

Wracając do rzeczy. U nas iskanie jako umacnianie sojuszy by nie przeszło. Po pierwsze, kto by chciał kogoś wyiskać? Po drugie, zbyt długo by to trwało (otóż, i do tego właśnie zmierzam od początku, nasz gatunek wymyślił dużo szybsze i skuteczniejsze narzędzie, które iskanie zastępuje). Po trzecie… umówmy się, więcej endorfin wydzieli ci się podczas śmiechu, albo czegoś tam.

No właśnie. Bo mi chodzi o te endorfiny i nieagresywne ćpanie. Ponieważ mamy domy, drzwi i zamki w drzwiach, możemy sobie pozwolić na dużo skuteczniejszy narkotyczny hay. I udało nam się to. Otóż dowodem na wyższość homosiów nad innymi gatunkami jest wynalezienie pozycji 69.

Opublikowano w: Inne.
Komentarze są wyłączone

Z*ma

Zima znów zaskoczyła wszystkich. No bo, bądźmy szczerzy, kto by się, kurwa, spodziewał, że w grudniu będzie śnieg padał. Przecież zazwyczaj o tej porze to się topless opalamy. A jeszcze przy globalnym ociepleniu (dla niepoznaki nazywanym teraz zmianami klimatycznymi)…

Czasami mam wrażenie, że jestem za głupi na to, co się dzieje na świecie. W związku więc z tym chciałbym zainicjować społeczną akcję grzewczą pod znamiennym hasłem i własnoręcznym logo:

Opublikowano w: Inne.
Komentarze są wyłączone

Pojebusy i parę innych

Wczoraj wróciłem ze swojego trzeciego już w tym roku urlopu. Czwarty sobie zostawię, jako zaległy:) W każdym bądź razie wróciłem chory. Gdybym był zarejestrowany w jakiejś przychodni, to bym sobie L4 załatwił i przedłużył urlop, no ale niestety tak dobrze to nie ma. Gdyby nie to, że preferuję ponętne wróżki i znachorki, to może i bym się do jakiegoś starego, pomarszczonego lekarza przeszedł…, ale jakoś dam radę. Nie, jeszcze nie wiem do czego zmierzam.

A, może do tego. Oblukałem sobie dzisiaj jakieś wydanie specjalne Wiedzy i Życia. Gazetka dotyczyła człowieczeństwa i została zatytuowana Kim jesteśmy. Bez znaku zapytania. W każdym bądź razie w środku całkiem niezły wywiad z Zimbardo i jeszcze jeden, z jakimś typem od języka, kognitywistą, czy kimś, który twierdzi, że tak naprawdę nie o prawdę tutaj chodzi. Że człowiek wcale nie prawdy szuka na świecie, tylko usprawnień swojego funkcjonowania. Tak na szybko to sobie wynotowałem z wywiadu sentencję:

Jeśli prawda pomaga w przystosowaniu do środowiska i przetrwaniu – świetnie, jeśli nie – tym gorzej dla prawdy. Przystosowanie jest jedyną rzeczą, która się liczy.

Bardzo mi się ten fragment podoba, jakoś tak miło mi w uchu brzmi. I pobrzmiewa z tym, co ze dwa dni wcześniej przeczytałem u Kooijmansa (o!, już wiem do czego zmierzałem tam na początku. W ciągu moich 6 dni urlopu przeczytałem sobie 3 i pół książki: reportarze z Turcji Szabłowskiego, reportarze z Kambodży Idlinga, Etykę Badiou i do połowy Niebezpieczną wiedzę Kooijmansa; wszystkie z czystym sumieniem mogę polecić). No w każdym bądź razie, bo pewnie nawias wybił was z rytmu czytania, u Koijmansa zakreśliłem sobie taki fragment:

Na ogół autorzy „nowożytni” byli dogmatycznymi, lub kierującymi się modą zwolennikami Kartezjusza, którzy mieli gotowe wytłumaczenie rozmaitych zjawisk, zanim jeszcze przeprowadzili jakiekolwiek badanie. Zwykle przedstawiali przypuszczenia jako prawdy i rzadko gotowi byli przyznać, że czegoś nie wiedzą.

Kooijmans po wielokroć zwraca uwagę, że system Kartezjusza, mimo kilku pozytywów, był w gruncie rzeczy spekulatywny. Kurde od kilku dni głowię się, jak to ugryźć w związku z tzw. neopozytywizmem. Wracając do gazetki. Poza wywiadami to tak na szybko znalazłem całkiem ciekawy (tak mi się zdaje) artykuł na temat pochodzenia moralności. Zdaje mi się, że jest w pełni kompatybilny z tym, co w jakimś rozdziale pisał Precht. Zasadniczo rzecz biorąc, może i warto zajrzeć do tego wydania na dłużej. Nie omieszkam.

No ale tak poszedłem jakoś dłuższą drogą, niż chciałem. Bo zasadniczo to chciałem zacząć od tych pojebów. Otóż z sentymentu zaglądam sobie od czasu do czasu na różne libertariańskie fora. Fora, na których kiedyś się udzielałem, ale z których z różnych powodów zrezygnowałem. No i tak sobie dzisiaj wszedłem na takie jedno forum, coby sprawdzić, czy jeszcze dycha. Jak się okazuje, dycha. Znam naprawdę wielu łebskich libertarian, ludzi, którzy ten bardziej ukrwiony mózg mają we łbie. No więc z góry ich przepraszam za to, co zaraz napiszę. Otóż libertarianie to są pojeby. Takie mam wnioski po przeglądnięciu jednego tematu z pewnego forum. Nie no, masakra, nie Krzysiek?:)

W gruncie rzeczy, to, co chciałem powiedzieć, to już powiedziałem, więc powoli będę kończył. Tak się tylko, wiecie, przypomnieć chciałem. Powiem wam jeszcze, że możecie sobie, co kto lubi, oczywiście, odwiedzić jakiś Empik. Wybrane tytuły tzw. „akademickie i fachowe” mają z 25% rabatem. Wśród nich m.in. ostatni Dawkins. Może więc sobie go kupię…?

A! Nie było mnie parę dni dla świata, ale świat, przynajmniej w ograniczonym stopniu, był dla mnie. Oglądając kilka dni temu Wiadomości, natknąłem się na wypowiedź Semki, że Niemce, swoim projektem wystawy chcą relatywizować historię przez odrzucenie kontekstu wydarzeń. Nie znam się na tym, ale zawsze miałem wrażenie, że to właśnie przywołanie kontekstu jest relatywizowaniem. No, ale każdy ma takich wrogów, jakich sobie stworzy.

Przy okazji w radio, albo radiu usłyszałem, że strona polska już złożyła ponoć jakieś wszystkie dokumenty, których Ruscy wymagali, żeby nasi mogli sobie polecieć do Smoleńska i obadać teren. A Ruskie dalej zgody nie chcą wydać. I pan reporter, który to mówił, albo jeden z zainteresowanych Polaków, nie pamiętam, zadał niby-retoryczne pytanie, co stoi na przeszłodzie, żeby Rosjanie taką zgodę wydali? Więc sobie wymyśliłem kawał.
- Co stoi na przeszłodzie, żeby blablabla?
- Dowody.

No. Słaby. Ale to pierwszy, który wymyśliłem, więc bądźcie wyrozumiali. Za kilka dni, jak czas pozwoli, postaram się napisać już coś konkretnego. Może o tym Badiou…?

Opublikowano w: Inne.
Komentarze są wyłączone

Gdzie Rzym, gdzie Krym

Pamiętam, jak byłem mniejszy i zaczytywałem się w Rothbardzie i innych mu podobnych kozaczkach. Nie, tym razem nie będę sobie z Rothbarda polew robił, bo nie mam ochoty, a poza tym i tak sporo rzeczy jeszcze trza załatwić przed miniurlopem. Pamiętam tylko, jak Rothbard, albo któryś z jego drużyny (a może to Mises w „Mentalności antykapitalistycznej”, albo ktoś tam jeszcze inny w czymś tam jeszcze innym) pisał o różnych intelektualistach, którzy kochliwie i zalotnie mrugali do Związku Radzieckiego. I jak jeździli do ZSRR i przywozili jakieś relacje. I ponoć część wracała i nagle okazywało się, że to jednak nie jest ta ich ukochana, pod welonem skrył się jakiś kaszalot, żrący kurczaka palcami, albo i jeszcze gorzej! Ale część wracała i dalej mówiła, jak to ZSRR jest fajnie i w ogóle wczasy. Oczywiście, jak ktoś nie był wtedy w ZSRR, to nie mógł wiedzieć, co się tam dzieje, bo i skąd. Można się było ino domyśliwać, co raz się udawało, a raz nie. Stąd też, tak sądzę, część intelektualistów wracała do ciepłych wyrek, drogich knajp i solidnych ulic, wypchanych czarnymi furkami. I mówiła, że jest dobrze, że idzie ku lepszemu.

Obecnie wczytuję się w Uśmiech Pol Pota, reportaż Petera Froberga Idlinga na temat, oczywiście, Kambodży. Idling pisze m.in. o czwórce Szwedów, którzy w 1978 roku, a więc już kilka lat po przejęciu władzy przez Czerwonych Khmerów, odwiedzili Demokratyczną Kampuczę. Ta czwórka to Hedda Ekerwald, Gunnar Bergstrom, Marita Wikander i Jan Myrdal (z tych Myrdalów). Z ich opisów wyłaniał się optymistyczny krajobraz. Zrujnowany przez Stany Zjednoczone kraj powoli stawał na własne nogi. Wszystko dzięki Czerwonym Khmerom i komunistycznej rewolucji. Nie było mordów, głodu, biedy. Zastanawia się Idling, czy ci szwedzcy podróżnicy, jedni z nielicznych, przed którymi Demokratyczna Kampucza otworzyła swoje granice, wiedzieli i widzieli, co się tam dzieje, czy naprawdę nie mieli o tym pojęcia? Przywołuje islandzkiego noblistę, Haldóra Laxness’a, który pisał o podróżach do stalinowskiego Związku Radzieckiego. Że jeśli zacznie się źle pisać o ojczyźnie rewolucji, to zahamuje się samą rewolucję w innych miejscach globu. A przecież ta rewolucja jest dobra.

Ja nie wiem, jak to było. Trudno to ocenić. No bo przecież nie będziemy Polski porównywać do ZSRR, albo Kambodży, nie? Gdzie Rzym, gdzie Krym, panie?!

Opublikowano w: Inne.
Komentarze są wyłączone

W co ci ludzie wierzą?!?

Gadałem jakiś czas temu z kumplem. Nie pamiętam już o czym z nim gadałem, pamiętam natomiast, że minęliśmy się przy okazji z dwoma mormonami. Mój kumpel, agnostyk, momentalnie podchwycił temat.

- A najbardziej to się śmieję z Mormonów – powiedział.
- Bo? – zapytałem.
- Posłuchaj, w co oni wierzą. Oni wierzą, że w XIX wieku w Ameryce jakiś kolo, Joseph Smith, miał objawienie i odnalazł jakieś tabliczki ze słowami Boga. Gdzieś w jaskini, czy coś. I on je przeczytał i zaczął tłuc swoje nauki, spisał Księgę Mormona i zaczęło się.
- No i? – dopytałem (wiedziałem do czego zmierza, ale z tego, co już powiedział, jeszce nijak to nie wynikało).
- I wiesz w co ci Mormoni wierzą? Że ten Smith naprawdę znalazł i przeczytał te tabliczki, że to były boskie tabliczki. I wiesz co? I on je gdzieś schował!

Tak mi powiedział.

Opublikowano w: Inne.
Komentarze są wyłączone

Należało się

Hiszpania ma mistrza. Miałem wczoraj to szczęście, że mecz oglądałem w 3D w Multikinie, gdzie komentatorem był chyba ten sam gościu, który komentował w Fifie. Nie musiałem się przynajmniej wstydzić za Szaranowicza, czy jakiegoś innego łosia. Należał się Hiszpanii ten puchar, tak myślę. Bądźmy szczerzy, co takiego pokazała Holandia w finale? Jedyne trzy akcje, jakie miała, to były kontry. Były kontry, bo Hiszpanie z biegiem czasu grali coraz odwazniej, chcąc strzelić tę jedną, jedyną bramkę. Najlepszą okazję miał chyba Robben, przy akcji sam na sam z Casillasem, gdzie bramkarz nogą zablokował strzał. Ten puchar należał się Casillasowi. To było chyba jedyne trofeum, którego nie zdobył. Będąc od – nie waham się tego stwierdzić – 10 lat najlepszym bramkarzem świata, już za samo to należał mu się ten puchar. I za obronione karne, i za intuicyjne i skuteczne interwencje.

To zresztą bardzo ciekawe, że drużyna z tak wielkim potencjałem ofensywnym (Villa-Torres-Iniesta-Xavi-Jesus Navas-D. Silva-Fabregas i poniekąd Xabi Alonso), straciła w turnieju tylko dwie bramki. Z drugiej strony nie strzeliła ich zbyt wielu. A propos Torresa, to mam wrażenie, że Dzieciak pojechał na ten mudial pozwiedzać. Naprawdę nie mam pojęcia, z jakich innych powodów mógł go del Bosque wziąć. Niby usprawiedliwia go świeża kontuzja, która rzekomo się odnowiła pod koniec wczorajszego meczu (na ile jest to prawdziwy uraz, a na ile syndrom końca meczu to nie chcę oceniać). El Nino, czy jak mu tam – porażka.

Należała się ta wygrana Inieście. Ta wygrana i ta bramka. Tak się wszyscy zachwycamy w Barcelonie Messim, Iniesta pozostaje w cieniu. Dopiero w reprezentacji widać, jakiej klasy jest zawodnikiem. Pamiętam sytuację sprzed kilku lat, kiedy to złote czasy miał Ronaldinho, a Iniesta grzał w Barcelonie ławę. Jakiś dziennikarz spytał się Ronaldinho, co w związku z tym, że Iniesta się buntuje na tej ławie. I Ronaldinho odpowiedział, że Iniesta jest taką samą częścią zespołu, jak i on, że jak w Brazylii w wieku 20 lat nie grasz w pierwszej drużynie, to możesz sobie darować grę w piłkę. Trzeba Barcelonie oddać, że ma przecudowną szkółkę.

Wracając do meczu. Powiem wam, że nie chciałbym dostać mandatu od Webba. ten gościu chyba zapomniał, że istnieje coś takiego, jak przywilej korzyści. Początkowo wydawało mi się, że zapomniał też czerwonego kartonika, bo – bodaj – van Bronckhorst powinien wylecieć z boiska za gwałtowne hamowania na Xabim Alonso*. Było troszkę teatru w meczu, Howard często się na niego nabierał. Było trochę cwaniactwa, jak wtedy gdy Iniesta padł zahaczony przez Heitingę padł przed polem karnym. A wcześniej jakiś Holender padł jak rażony gromem po hm…, nawet nie wiem po czym, co dostał od Iniesty. Webb – porażka.

Troszkę szkoda mi jednak Holendrów. Przynajmniej trzech – van der Vaarta, de Jonga i Snejidera. Autentycznie mi ich szkoda. Szczególnie ten pierwszy i ostatni – wielcy piłkarze, którym do szczęścia zabrakło tak niewiele. Ale powiem wam też, że żal z ich powodu został zrekompensowany szczęściem z tego, że van Bommel się wkurwiał. Swoją drogą, nazwisko van Bommela usłyszłame po raz pierwszy chyba w połowie dogrywki, gdzie w połowie boiska sfaulował jakiegoś Hiszpana. Później drugi raz go zobaczyłem już po gwizdku, jak się rzucał do sędziego. Kutas jeden. Powaga, tego gościa nie trawię, jak chyba żadnego innego piłkarza (zaraz za nim znajduje się Robben). Tak więc, należało im się.

A, właśnie, bo bym zapomniał. Oglądnijcie dzisiaj Fakty na TVN:)

___________
* To chyba nie był van Bronckhorst, ale nie pamiętam kto:)

Opublikowano w: Inne.
Komentarze są wyłączone