Tłumaczenie: Anthony Buono „Jak Bóg działa prowadząc ludzi do małżeństwa”

Drogi Anthony!

Zawsze czułam, że Bóg obmyślił na mojego męża konkretną osobę i wpłynie na bieg mojego życia w taki sposób, abym na pewno ją spotkała. Ale mam już 38 lat, a Ten Właściwy wciąż się nie pojawił. Czy mylę się, sądząc, że Bóg ma udział w prowadzeniu do mnie tej osoby, która w Jego zamierzeniu ma być moim mężem?

_______

Nie, nie mylisz się. Bóg nieustannie angażuje się w nasze życie we wszystkich jego wymiarach. Nie inaczej jest z powołaniem do małżeństwa. Bóg wpływa na ludzi, z którymi się spotkamy, i na to, jak dochodzi do naszego spotkania. Bóg naprawdę pomaga w znalezieniu właściwego towarzysza życia. Mówimy nawet w trakcie ceremonii zaślubin: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”.

Ale my, ludzie, zbyt często mamy skłonność do działań autodestrukcyjnych. Innymi słowy: robimy głupie rzeczy. Niemądre działania i decyzje (albo całkowity brak decyzji) wpływają na sposób realizacji naszego powołania do małżeństwa – tak jak wpłynęłyby na jakikolwiek inny ważny aspekt naszego życia. Dzieje się tak z powodu egoizmu. Chcemy tego, czego chcemy. Ale czego chce Bóg? Jeśli chce, abyśmy zawarli związek małżeński, pragnie pomóc nam w urzeczywistnieniu tego zamiaru i to raczej wcześniej niż później.

Bóg NIE wyznacza nam konkretnej osoby na współmałżonka. Działa natomiast w taki sposób, abyśmy spotkali osoby potencjalnie odpowiednie. Musimy mieć rozum i serce otwarte na to, kim są nasi potencjalni współmałżonkowie i postępować tak, aby rozpoznać tę osobę, która sprawi, że miłość zagości w naszych sercach. Jest tajemnicą, w jaki sposób Bóg prowadzi dwoje konkretnych ludzi do małżeństwa. Ale rola człowieka w tym procesie jest bardzo wielka i ostatecznie decyzja należy do nas.

Sakrament małżeństwa łączy dwoje ludzi dobrowolnie ślubujących wzajemne oddanie się sobie. „Dobrowolność” oznacza, że to my dokonujemy wyboru, a następnie Bóg błogosławi nasze postanowienie. Nasza decyzja to także zrezygnowanie z wszystkich innych potencjalnych współmałżonków. Twoim towarzyszem życia mógł teoretycznie zostać kto inny, ale decydujesz się na dozgonny związek z tą osobą, z którą się pobieracie.

Tajemnicą jest, w jaki sposób Bóg łączy rolę wpływającego na bieg zdarzeń z rolą ich obserwatora. Bóg z wielkim zaangażowaniem pomaga ci w znalezieniu kogoś, ale czeka na decyzję tych dwojga, którym pomógł. Dlatego też, niestety, rzeczywiście zdarza się, że – ze względu na wolną wolę człowieka – dwoje ludzi, którym Bóg pomógł, NIE łączy się węzłem małżeńskim. Czy dla któregokolwiek z niedoszłych małżonków to już koniec? Nie! Bóg nadal działa, ponieważ powołanie to coś zbyt ważnego. Może jest ktoś inny gotów ślubować (to znaczy dobrowolnym aktem przysiąc) Ci miłość do końca życia.

Dopóki będzie istnieć wolna wola, dopóty nie dojdzie do pewnych małżeństw, które powinny zostać zawarte. Sądzę, że człowiek mógł przegapić swoją najlepszą szansę na zawarcie małżeństwa, gdy w przeszłości dobrowolnie zdecydował o powiedzeniu „nie” komuś, kto był dobrym, odpowiednim kandydatem na współmałżonka. Nie oznacza to, że wszystko skończone; oznacza tylko, że znalezienie odpowiedniego towarzysza życia może stać się dużo trudniejsze albo zająć więcej czasu niż się spodziewamy itd.

Bóg nie ześle nam kogoś tak po prostu, „przeciwdziałając” brakowi wysiłku z naszej strony, ale raczej doprowadzi nas do właściwej osoby, „współdziałając” z naszymi staraniami. Musimy zacząć spotykać się z ludźmi, wśród których mamy szansę poznać uczciwych katolików stanu wolnego. W przeciwnym razie utrudniamy Bogu zadanie. Nie staje się ono niemożliwe do zrealizowania – ale jest dla Niego trudniejsze Na przykład: jeśli mieszkasz w takim miejscu, gdzie prawie nie ma katolików, i jesteś niechętna, aby się przeprowadzić albo pojechać gdzieś dalej, żeby kogoś spotkać, próbujesz zmusić Boga do uczynienia cudu. Musimy robić to, co do nas należy. Bóg pomaga tym, którzy pomagają sami sobie.

Nie zrzucajmy odpowiedzialności na Boga, twierdząc, że nie zsyła nam „tego jedynego” („tej jedynej”). To prawdopodobnie nasza wina; czy to ze względu na to, że jesteśmy zanadto zajęci, aby się z kimś spotkać; czy dlatego, że mamy zbyt wysokie oczekiwania; albo wymagamy doskonałości w każdym calu; albo pragniemy małżeństwa na naszych własnych warunkach i w określonych przez nas ramach czasowych. Jeśli masz wstąpić w związek małżeński, musisz zabrać się do roboty i zrobić wszystko to, czego potrzeba, aby znaleźć odpowiedniego towarzysza życia.

Zacznij od uświadomienia sobie, że istnieje wiele osób, którą staną się wspaniałymi (i odpowiednimi) towarzyszami życia, gotowymi do spełniania celów małżeństwa – to znaczy wzajemnej miłości i wydania na świat potomstwa dla chwały Bożej. Bóg jest w tym procesie obecny; wiedz więc, że to On jest zawsze Tym, który prowadzi nas do spotkania z innymi ludźmi. Przypatruj się uważnie wszystkim, którzy pojawiają się w Twoim życiu. Nie skreślaj ludzi pośpiesznie. Bądź gotowa (gotowy) otworzyć serce dla wartościowego mężczyzny (wartościowej kobiety). Nie przegap szansy na małżeństwo z kimś dobrym, tylko dlatego, że wydaje ci się, iż gdzieś żyje ktoś lepszy. Zaangażuj również w sprawę swoich rodziców. Mogą ci podpowiedzieć, czy jesteś z właściwą, czy też z niewłaściwą osobą. Częściej niż rzadziej kończy się na tym, że rodzic mówi: „Co z nim (nią) było nie tak?”, bo ich dziecko właśnie rozstało się z kimś wspaniałym i na pozór bez żadnego zrozumiałego powodu. A był to pewnie jakiś głupi powód.

W dzisiejszych czasach potrzeba, byś była w swoich wysiłkach „heroiczna”. Katolikom stanu wolnego nie jest dziś łatwo. Znalezienie odpowiedniego towarzysza życia może wymagać sporych nakładów (zarówno czasowych, jak i finansowych). Z pewnością jednak warto podjąć cały ten trud, który owocuje tym, że obdarzasz miłością męża (żonę), i wiesz, że robisz to, czego oczekuje od Ciebie Bóg.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Anthony Buono, How God works in bringing people together, http://www.6stonejars.com/index.cfm/2008/2/26/How-God-Works-in-Bringing-People-Together

How God works in bringing people together opublikowano na blogu Anthony’ego Buono 6 Stone Jars 26 lutego 2008 r.

Części stałe Mszy świętej na A4 do pobrania

Teksty Mszy św. w języku łacińskim oraz polskim. Odpowiedzi wiernych wyróżniono pogrubioną czcionką. Części stałe Mszy świętej przygotowano do dwustronnego druku na kartce formatu A4.

Pliki w formatach .doc, .pdf oraz .rar można ściągnąć stąd:
http://www.steekr.com/n/50-17/share/LNK74464c28cb71e7423/

Zapraszam do pobierania.

Tłumaczenie: O. Dennis Koliński SJC „Kanonicy Regularni Św. Jana Kantego – Przywracanie Świętości”

Czytania i kolędy (grudzień 2008)

Gdy o. C. Frank Phillips CR [1] w 1998 r. powoływał do życia Kanoników Regularnych Św. Jana Kantego, nie chodziło mu o reformę jego własnej wspólnoty zakonnej, zmartwychwstańców, lecz raczej o zrealizowanie czegoś zupełnie nowego. Była to wizja powstała z natchnienia Ducha Świętego i wznoszona w oparciu o liturgiczne dziedzictwo dwóch osób, które wywarły na Phillipsa znaczący wpływ we wcześniejszych latach: Mons. Martina B. Hellriegela oraz Mons. Richarda Schulera.

Mons. Hellriegel, z pochodzenia Niemiec, należał, obok osób takich jak Pius Parsch, do najwybitniejszych postaci powstałego z inspiracji Papieża Piusa X dwudziestowiecznego ruchu liturgicznego. Prężność życia liturgicznego, zwłaszcza w sferze muzyki sakralnej, w parafii Świętego Krzyża w Baden w stanie Missouri, gdzie pracował Hellriegel, wywarła głębokie wrażenie na o. Phillipsie, który towarzyszył mu tam jako seminarzysta. Gdy pod koniec studiów Phillips szykował się do opuszczenia parafii, Hellriegel powiedział mu: „Poniesiesz ze sobą iskrę ze Świętego Krzyża”. Wiele lat później ta iskra wznieciła płomień, który miał się przeobrazić w Kanoników Regularnych Św. Jana Kantego.

Drugą osobą, która miała wywrzeć na o. Phillipsa ogromny wpływ, był Mons. Richard Schuler, przez ponad trzy dekady proboszcz kościoła św. Agnieszki w St. Paul w stanie Minnesota. Jako jeden z założycieli Amerykańskiego Stowarzyszenia Muzyki Kościelnej [Church Music Association of America] Mons. Schuler odegrał znaczącą rolę w ochronie i popularyzacji kościelnego dziedzictwa muzyki sakralnej oraz wiernej wskazaniom Kościoła celebracji liturgicznej po Soborze Watykańskim II. O. Phillips odziedziczył po Mons. Schulerze między innymi troskę o piękno i prawdę w liturgii.

O. Phillips SJC głosi bożonarodzeniową homilię (2008).

Gdy w 1988 r. o. Phillips został proboszczem parafii św. Jana Kantego w Chicago, nie rozpoczynał od jakiegoś wielkiego planu, ale zamierzał robić po prostu to, o co prosił go Kościół. Zaczął od wcielania w życie liturgicznych ideałów Hellriegela i Schulera. Dla upiększenia liturgii wprowadził do niej chorał i polifonię. Zaczął składać ofiarę Mszy św. w zwyczajnej formie [rytu rzymskiego] po łacinie. Sprawował Mszę św. w godny sposób, ubrany w piękne szaty, i starał się wzbogacić celebrację tym wszystkim, co zawsze stanowiło część naszego wspólnego katolickiego dziedzictwa. Powodowany głęboką miłością do Świętej Liturgii, wykorzystywał całą swą energię i umiejętności, aby otworzyć skarbiec muzyki sakralnej oraz piękna kościelnych ceremonii i tym sposobem pomóc w ukazaniu wiernym blasku Świętych Tajemnic. Krok po kroku parafia zaczęła się rozwijać i zaczęły się w niej dziać wspaniałe rzeczy.

Po wydaniu przez Jana Pawła II w 1988 r. motu proprio Ecclesia Dei kard. Joseph Bernardin zapytał o. Phillipsa, czy chciałby sprawować w swojej parafii Mszę św. indultową. Odtąd w parafii św. Jana Kantego regularnie odprawiane są Msze św. w obydwu formach rytu rzymskiego. W rezultacie wielu dawnych członków Bractwa Św. Piusa X przybyło obejrzeć tę parafię, widząc w niej miejsce, w którym mogliby pojednać się z Kościołem, nie zrywając przy tym swojej więzi z tradycyjną liturgią.

Prezbiterium i krucyfiks (Boże Narodzenie 2008)

Po kilku latach praca o. Phillipsa wydała obfite owoce. Borykająca się niegdyś z problemami mała parafia stała się parafią pełną życia. I choć o. Phillips radował się tym, że dzieją się tu wspaniałe rzeczy, wiedział też, że – gdyby coś mu się przytrafiło – parafia zaczęłaby znowu podupadać (miał zaobserwować taki proces w parafii Hellriegela po jego śmierci). Wśród wielu nowych osób przyciągniętych do parafii św. Jana Kantego dzięki odnowie liturgicznej, pojawiło się kilku mężczyzn rozpoznających swoje powołanie do kapłaństwa i życia zakonnego. Pobudziło to o. Phillipsa do zastanowienia nad tym, czy to nie Duch Święty wzywa go, aby kontynuował dzieło przywracania świętości liturgii w nowy sposób Wreszcie zdecydował, że musi zrobić to, do czego wzywał nas Jan Paweł II – „wypłynąć na głębię!”. Zwrócił się zatem do kard. Francisa George’a OMI, ordynariusza archidiecezji chicagowskiej, aby porozmawiać o możliwości powołania do życia wspólnoty zakonnej mężczyzn oddanych sprawie „przywracania świętości”.

Kard. George spostrzegł, że dzieje się coś naprawdę dobrego i usilnie zachęcał o. Phillipsa, aby zaczął prowadzić życie wspólnotowe z osobami, które wyraziły zainteresowanie tego rodzaju nowym zgromadzeniem. Kardynał nazwał je „Stowarzyszeniem Św. Jana Kantego”, a o. Phillips obrał za jej motto „Przywracanie Świętości”.

Oficjalna data założenia Stowarzyszenia to 15 sierpnia 1998 r., Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, bo właśnie tego dnia pierwsi członkowie zostali do niego oficjalnie przyjęci. Obłóczyny pierwszych nowicjuszy miały miejsce 20 czerwca 1999 r., a pod koniec roku, 23 grudnia, w święto św. Jana Kantego, kard. Francis George OMI wydał dekret formalnie erygujący Stowarzyszenie Św. Jana Kantego jako publiczne stowarzyszenie wiernych. Pierwsze śluby zakonne członkowie Stowarzyszenia złożyli 15 sierpnia następnego roku.

Profesja zakonna (sierpień 2008). (Środek, pierwszy rząd) o. C. Frank Phillips SJC; (bracia – od lewej do prawej) br. Joshua Caswell (śluby wieczyste), br. Jonathan Ryan (pierwsze śluby), br. Robert Brajkovich (pierwsze śluby), br. Robin Kwan (odnowienie ślubów), br. Scott Thelander (pierwsze śluby), br. Brian Schafer (odnowienie ślubów), br. Kevin Mann (pierwsze śluby) oraz br. Nathan Caswell (odnowienie ślubów).

W lutym 2003 r. kard. George zaakceptował ad experimentum tymczasowe konstytucje jako regułę Stowarzyszenia. Następnie, w 2007 r., gdy Stowarzyszenie wprowadziło do wspomnianych konstytucji niezbędne zmiany, kard. George wysłał je do Kongregacji Życia Konsekrowanego w Rzymie, pytając o możliwość nadania rozwijającej się wspólnocie statusu instytutu diecezjalnego. Kongregacja odpowiedziała pozytywnie i kard. George zlecił swemu łącznikowi ze Stowarzyszeniem, biskupowi pomocniczemu Chicago, Josephowi Perry’emu, rozpoczęcie potrzebnych przygotowań. W tym samym czasie oficjalnie zmieniono nazwę wspólnoty na „Kanoników Regularnych Św. Jana Kantego”, aby ściślej odzwierciedlić jej charakter.

Spotkanie kard. Francisa George’a OMI z Kanonikami Regularnymi Św. Jana Kantego

W miarę rozwoju zgromadzenia Kanonicy Regularni czekali na moment, w którym mogliby objąć swoim apostolatem inne parafie. Kard. George wyznaczył na drugą parafię Kanoników kościół św. Piotra w Volo, rozwijającej się wiejskiej społeczności na północ od Chicago, a w sierpniu 2004 r. polecił księżom ze zgromadzenia Kanoników Regularnych, aby zaczęli odprawiać tam Mszę św. w nadzwyczajnej formie [rytu rzymskiego]. Gdy w październiku 2007 r. kardynał na stałe przypisał Kanoników Regularnych do tej parafii, o. Phillips wyznaczył na jej nowego proboszcza o. Dennisa Kolińskiego SJC. Przy wsparciu parafian o. Koliński zaczął rozwijać życie liturgiczne i praktyki modlitewne w duchu, w którym Kanonicy Regularni prowadzą je w macierzystej parafii w Chicago.

Parafia św. Piotra w Volo w stanie Illinois

Od chwili powstania Kanonicy Regularni Św. Jana Kantego są zgromadzeniem kapłanów i braci, których misja polega na pomaganiu katolikom w odkrywaniu na nowo głębokiego znaczenia świętości poprzez uroczyście sprawowaną liturgię, modlitwę, sztukę i muzykę sakralną, jak również wykłady na temat dziedzictwa Kościoła, jego nauczania oraz kultury katolickiej w ramach parafialnego duszpasterstwa. Wielką rolę w pracy duszpasterskiej odegrały także zajęcia dla młodych parafian, które pomogły im wyrosnąć na dobrze ukształtowanych dojrzałych katolików.

W myśl wierności tradycji kanoników regularnych, duchowość Kanoników Regularnych Św. Jana Kantego jest w swej istocie duchowością liturgiczną – skupia się wokół publicznej celebracji Najświętszej Ofiary oraz Liturgii Godzin, które stoją na pierwszym miejscu i tworzą fundament całego życia zgromadzenia. Msza św. i Liturgia Godzin stanowią też centralny punkt apostolatu Kanoników.

Szczególnym elementem charyzmatu Kanoników Regularnych jest sprawowanie Najświętszej Ofiary oraz sakramentów według obydwu obowiązujących form liturgii rytu rzymskiego – formy zwyczajnej oraz nadzwyczajnej. W trosce o zachowanie tradycji muzycznej, obrzędowej i artystycznej, które zawsze wzbogacały liturgię, prowadzone są stanowiące niezwykle ważną część formacji Kanoników Regularnych warsztaty liturgiczne i muzyczne, jak również zajęcia z łaciny, historii Kościoła, sztuki sakralnej i inne. Podstawowym przejawem liturgicznego apostolatu Kanoników jest sprawowanie liturgii w ścisłej wierności wskazaniom Kościoła, z wykorzystaniem całego ich bogactwa odnajdywanego w tradycji liturgicznej Kościoła.

Msza św. Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego w zwyczajnej formie rytu rzymskiego (2007)

Ze względu na to, że w tradycji Kościoła muzyka sakralna zawsze stanowiła nieodłączny element liturgii, szczególnie istotny aspekt apostolatu zgromadzenia – „Przywracania świętości” – stanowi troska o zachowanie i pielęgnowanie bogatego dziedzictwa muzyki sakralnej Kościoła w oparciu o zajmujące centralne miejsce chorał [gregoriański] i polifonię. Kanonicy Regularni śpiewają przeznaczoną na każdy dzień Liturgię Godzin i mają swoją własną Scholę Cantorum. Korzystają także z pomocy innych chórów i muzyków w wykonywaniu trudniejszych utworów z kościelnego skarbca muzyki sakralnej. W macierzystej parafii Kanoników Regularnych w Chicago działa siedem różnych chórów, które specjalizują się m.in. w chorale gregoriańskim, polifonii renesansowej, wielkich mszach z orkiestrą okresu klasycyzmu, jak również kompozycjach współczesnych. Kanonicy kształcą także świeckich – przede wszystkim w zakresie chorału gregoriańskiego – aby oni również mogli odzyskać to, co stanowi część ich wspólnego dziedzictwa, ucząc się wspólnego śpiewania po łacinie tych części Mszy św., które wolno im wykonywać. Wszyscy członkowie zgromadzenia w jakiś sposób uczestniczą we wspomnianych szkoleniach muzycznych, szczególnie tych poświęconych śpiewowi gregoriańskiemu – przynajmniej w okresie swojej formacji.

Br. Chad McCoy dyryguje jednym z chórów kościoła św. Jana Kantego.

W duchowość Kanoników Regularnych Św. Jana Kantego wpisany jest także żarliwy kult Męki Pańskiej oraz kult Jego Przenajświętszej Matki. W liturgicznym i modlitewnym życiu Kanoników szczególnie wyróżniają się: obchodzenie uświęconych tradycją uroczystości w okresach Wielkiego Postu i Wielkanocy, takich jak uroczysta celebracja liturgii Wielkiego Tygodnia oraz odprawianie tradycyjnego nabożeństwa kościołów stacyjnych w Wielkim Poście. Kult Maryi objawia się w uroczystym obrzędzie poświęcenia Błogosławionej Dziewicy przed złożeniem pierwszych ślubów zakonnych, codziennym wspólnym odmawianiu Różańca i szczególnie uroczystych obchodach świąt maryjnych.

Relikwie Męki Pańskiej wystawione w kościele św. Jana Kantego

7 lipca 2007 r. Kanonicy Regularni, ku swemu wielkiemu zdumieniu, pojawili się na pierwszej stronie największej chicagowskiej gazety. I od tego dnia głosy znaczących osób zaangażowanych w nowy ruch liturgiczny widziały w nich przykład wcielania w życie wizji, którą przedstawił w swoim motu proprio [Summorum Pontificum] Benedykt XVI. Niektórzy obawiali się, że szersze stosowanie nadzwyczajnej formy Mszy św. doprowadzi do podziałów. Doświadczenie Kanoników Regularnych Św. Jana Kantego było jednak inne. Wizja Benedykta XVI, według której zarówno stara, jak i nowa forma liturgiczna mogą harmonijnie współistnieć, od wielu lat była dla nich czymś naturalnym. Ponadto program nauczania muzyki sakralnej tworzy pomost między dwiema formami liturgii i stanowi w rękach Kanoników Regularnych szczególnie silne narzędzie ewangelizacji, wiodące wielu katolików, którzy odeszli od Kościoła, do powrotu i przygotowujące grunt pod nowe nawrócenia.

Miesiąc po promulgacji Summorum Pontificum Kanonicy Regularni Św. Jana Kantego uruchomili nową stronę internetową www.sanctamissa.org, podręcznik w formacie multimedialnym, aby pomóc kapłanom w nauczeniu się sprawowania Mszy św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego według Missale Romanum z 1962 r., jak również ułatwić wiernym świeckim lepsze zrozumienie jej ceremonii i duchowości. Portal SanctaMissa.org był pierwszym, a obecnie jest najobszerniejszym anglojęzycznym źródłem internetowym dotyczącym nadzwyczajnej formy Mszy św. i docelowo zostanie przetłumaczony na kilka innych języków. Ze względu na olbrzymie zapotrzebowanie na materiały dotyczące celebracji nadzwyczajnej formy Mszy św. Kanonicy Regularni wydali również szereg szkoleniowych płyt DVD oraz publikacji.

Kard. George poprosił ponadto Kanoników Regularnych Św. Jana Kantego o współpracę z Archidiecezją Chicago we wprowadzaniu w życie postanowień Summorum Pontificum poprzez organizację szkoleń w zakresie celebracji liturgicznych według nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego dla kapłanów i seminarzystów oraz prowadzenie katechezy na temat tej formy świętej liturgii dla wiernych świeckich. Pierwszy z warsztatów, w którym uczestniczyli księża z całego obszaru Stanów Zjednoczonych, jak również z zagranicy, był przedsięwzięciem tak udanym, że Kanonicy już zaczęli przygotowywać kolejne kursy dla kapłanów i seminarzystów oraz świeckich.

Po otrzymaniu święceń prezbiteratu, o. Anthony Rice i o. Bart Juncer udzielają wspólnocie swojego pierwszego kapłańskiego błogosławieństwa (maj 2008).

Kanonicy Regularni Św. Jana Kantego nigdy nie określali się mianem tradycjonalistycznego bastionu. Od chwili powstania nieprzerwanie trwali w głównym nurcie liturgicznego życia Kościoła, wierni dokumentom Soboru Watykańskiego II i w szczególny sposób przestrzegając zasad Sacrosanctum Concilium [2] oraz Mediator Dei [3]. Kanonicy Regularni ze skwapliwością i śmiałością przyjmują całe bogactwo liturgicznych darów Kościoła, a wszystko, co robią, odzwierciedla jedność pięknej liturgii i wspaniałej muzyki opartych na głębokim przywiązaniu do ortodoksyjnej wiary.

Dla Kanoników Regularnych Św. Jana Kantego piękne i godne sprawowanie liturgii według obu obowiązujących form rytu rzymskiego w pełnym bogactwie liturgicznej tradycji Kościoła stanowi doskonałe wypełnienie nieustannie stojącego przed Kościołem obowiązku oddawania należnego hołdu naszemu Bogu, który jest źródłem wszelkiego życia. To najważniejszy aspekt duchowości i życia religijnego Kanoników Regularnych – najważniejsza z dróg, którymi co dzień próbują zbliżać się do Boga. Pragną przywracania w Kościele świętości nie tylko dla własnego uświęcenia, ale także dla zbawienia i uświęcenia wszystkich. Starają się o wspieranie ciągłego procesu odnawiania życia chrześcijańskiego karmiącego się tajemniczym pięknem liturgicznego dziedzictwa Kościoła. Parafie Kanoników dążą do tego, aby stać się ośrodkami modlitwy i autentycznego życia katolickiego zakorzenionego w bogatym i różnorodnym dziedzictwie naszej wiary – tak, aby być prawdziwymi ośrodkami Przywracania Świętości w Kościele naszych czasów.

Frontowe drzwi kościoła św. Jana Kantego ze sceną Narodzenia Pańskiego

_______

PRZYPISY TŁUMACZA

[1] CR (łac. Congregatio a Resurrectione Domini Nostri Iesu Christi) – skrót oznaczający przynależność do Zgromadzenia Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa, potocznie zwanego zmartwychwstańcami.

[2] Sacrosanctum Concilium – konstytucja o liturgii świętej promulgowana przez Pawła VI w 1963 r.

[3] Mediator Dei – encyklika o liturgii świętej wydana przez Piusa XII w 1947 r.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
O. Dennis Koliński SJC, Canons Regular of St. John Cantius: A Restoration of the Sacred, „Via Sacra”, Volume XII, Number 1, winter 2009, s. 1–7, http://www.sanctamissa.org/via-sacra-winter-2009.pdf

Canons Regular of St. John Cantius: A Restoration of the Sacred opublikowano na stronie Sancta Missa w 2009 r.

Archiwalne numery „Via Sacra” są dostępne na stronie Canons Regular Of Saint John Cantius:
http://www.canons-regular.org/go/newsletter/

Tłumaczenie: Michael Hennessy „Ojciec Vincent McNabb – głos sprzeciwu”

I

Sądzę, że powinienem napisać o tym na samym początku: gdybym żył mniej więcej wtedy, kiedy ojciec Vincent McNabb, w czasie, gdy wiek dziewiętnasty stawał się dwudziestym, byłby on – poza kanonizowanymi świętymi – tą osobą, którą chciałbym spotkać najbardziej (choć nie ukrywam, że po piętach deptałby mu Hilaire Belloc). Napisałem poniższy tekst prawie pięć lat temu. (Noszę się z zamiarem napisania dłuższej biografii/studium ojca McNabba i jego myśli. W ciągu ostatnich paru lat prace posunęły się bardzo niewiele – ten brak postępu przyczynił się po części do powstania tego bloga).

_______

Każdy kapłan świętej religii musi zaangażować w walkę całą moc swojego umysłu i cały hart swego ducha.

Jeżeli istnieje jedna rzecz, jedna linijka tekstu, o której można by powiedzieć, że stanowiła motywację do niestrudzonej pracy apostolskiej dla ojca Vincenta McNabba, to jest nią powyższe zdanie z encykliki papieża Leona XIII Rerum novarum. To wielkie papieskie „wezwanie do broni” ogłoszone przez Świętą Matkę Kościół zaledwie kilka tygodni przed tym, jak ojciec McNabb został w wieku 23 lat wyświęcony na kapłana w zakonie dominikanów, kształtowało całą jego pracę i działanie – po Piśmie Świętym i dziełach św. Tomasza zajmowało w jego sercu najważniejsze miejsce. Prawdopodobnie nie powinno to specjalnie zaskakiwać, skoro był on dominikaninem pracującym przez większą część życia w angielskich slumsach, a – jak się mówi – Rerum novarum napisał we współpracy z papieżem kardynał Zigliara, wybitny dominikański uczony. Na ojca McNabba wpłynęły również niewątpliwie życie i praca wielkiego angielskiego kardynała Manninga. Jednak z pewnością żaden kapłan, żaden zakonnik w Anglii nie żywił tak niewzruszonego jak ojciec McNabb pragnienia, aby ujrzeć, jak projekt nakreślony w Rerum novarum jest wprowadzany w życie – i nie pracował nad tym tak niezmordowanie. W rzeczy samej, dominikańscy studenci, których uczył podczas swojego pobytu w klasztorze w Hawkesyard, pamiętali, jak polecano im, aby trzymali egzemplarz encykliki koło swoich łóżek, a (swego rodzaju) biograf ojca McNabba, ojciec Ferdinand Valentine, wspominał, jak kazano mu nauczyć się na pamięć akapitu, który ojciec McNabb uważał za kluczowy w dziele papieża Leona:

[J]asno widzimy, że trzeba prędko znaleźć odpowiedni sposób zaradzenia nędzy i niedolom, których tak silnie i niezasłużenie doświadcza większa część klasy pracującej; co do tej potrzeby panuje powszechna zgoda. W ostatnim wieku zniszczono istniejące od wieków stowarzyszenia robotnicze, a w ich miejsce nie pojawiła się żadna inna organizacja, która dawałaby robotnikom ochronę. Państwowe instytucje i przepisy pozbawiono tradycyjnego wpływu religii. W rezultacie stopniowo doszło do tego, że osamotnionych i bezbronnych robotników wydano na pastwę bezlitosnych pracodawców i chciwości nieokiełznanej rywalizacji. Zło powiększyła jeszcze drapieżna lichwa, którą łapczywi i zachłanni ludzie wciąż uprawiają w innej niż dawniej, choć tak samo niesprawiedliwej, postaci – mimo że Kościół niejednokrotnie lichwę potępiał. Dodać trzeba jeszcze, że możliwość najmowania do pracy i prowadzenia handlu są skupione stanowią przywileje skupione w rękach stosunkowo niewielu. Skutkiem tego mała grupa ludzi bardzo bogatych zdołała nałożyć nieprzeliczonym rzeszom pracującej biedoty niewolnicze niemal jarzmo.

Te słowa Wikariusza Chrystusa ojciec McNabb przynosił ludziom żyjącym w slumsach albo rozpadających się domach czynszowych oraz pracującym w fabrykach i zakładach pracy niewolniczej [sweat-shops]; jako kapłan zaś przynosił im Chrystusową moc, która ożywia i leczy.

Wyraźnie widać, że ojciec McNabb jest dziś postacią mało znaną przez katolików. Nawet wśród tych, którzy troszczą się o Tradycję, być może sporo osób wie, jak się nazywał, ale niewiele ponad to. Niektórzy mogą mieć świadomość, że jest związany ze zbiorem idei znanym jako dystrybutyzm (dla którego stanowił główną inspirację); niektórzy – że był dominikańskim zakonnikiem, który często przemawiał na Parliament Hill i na Speakers’ Corner do złożonego z najrozmaitszych osób londyńskiego tłumu; niektórzy – że był on niegdyś przyjacielem Eryka Gilla i związał się z jego wspólnotą w Ditchling; prawdopodobnie większość z tych, którzy słyszeli o ojcu McNabbie, natknęła się na jego nazwisko czytając o Hilarym Bellocu albo G.K. Chestertonie. Wszystkie te skojarzenia rzeczywiście opisują w pewnym stopniu tego człowieka, tego kapłana; ale, jak sądzę, on sam najbardziej chciałby, aby znano go jako orędownika Rerum novarum.

Ojca McNabba – z pewnymi specyficznymi wyjątkami, głównie wśród jego zakonnych współbraci – wysoko cenili jego współcześni – nawet osoby takie jak George Bernard Shaw czy [Sidney i Beatrice] Webbowie, założyciele socjalistycznego Towarzystwa Fabiańskiego, po których można by się z największym prawdopodobieństwem spodziewać, że nie będą darzyć go sympatią. Za życia ojca McNabba G.K. Chesterton napisał o nim we wstępie do jego książki Francis Thompson i inne eseje [Francis Thompson And Other Essays]:

Odczuwam zdenerwowanie myśląc o przelaniu na papier tego, co naprawdę sądzę o ojcu Vincencie McNabbie, w obawie, że jakimś sposobem zdobędzie on wersję tekstu przeznaczoną do korekty i usunie moje uwagi. Ale powiem krótko i stanowczo, że jest on jednym z nielicznych wielkich ludzi, których spotkałem w życiu; jest wielki pod wielu względami: umysłowym, moralnym, mistycznym i praktycznym [...] nikt, kto kiedykolwiek spotkał, zobaczył albo usłyszał ojca McNabba, nigdy go nie zapomniał.

Hilaire Belloc, który pod wielu względami przypominał ojca McNabba swoim usposobieniem, po jego śmierci w 1943 r. napisał w dominikańskim czasopiśmie „Blackfriars” te słowa:

Wielkość jego [ojca McNabba] charakteru, wiedzy, doświadczenia i – nade wszystko – jego roztropności była w otaczającym go świecie czymś zupełnie wyjątkowym [...] najbardziej niezwykłym ze wszystkich aspektem [osobowości ojca McNabba] była świętość [...] Mogę pisać o tym w oparciu o bardzo osobiste doświadczenie [Belloc odnosi się tutaj do wizyty, jaką ojciec McNabb złożył mu – na jego prośbę – bezpośrednio po nadspodziewanie wczesnej śmierci jego żony, Elodie Belloc, w 1914 r.] [...] Znałem, widziałem i czułem człowieka świętego [...] Widziałem świętość najwyższej próby na codziennych ścieżkach mojego życia, a pamięć o tym doświadczeniu, która jest także czymś pięknym, napełnia mnie teraz, gdy piszę te słowa – napełnia mnie w taki sposób, że nic już nie trzeba dodawać.

To wspomnienie, ten nekrolog – pewnie tak właśnie miało się zdarzyć – był ostatnim tekstem, który Belloc napisał (albo podyktował) celem publikacji, przed swoją śmiercią dziesięć lat później.

Monsignore Ronald Knox, którego temperament był pod wielu względami przeciwieństwem usposobienia ojca McNabba, poproszony w latach pięćdziesiątych [XX wieku] o opinię na temat inicjatywy rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego ojca McNabba, napisał:

Ojciec Vincent to jedyny człowiek, jakiego kiedykolwiek znałem, w odniesieniu do którego czułem – i mówiłem przy więcej niż jednej okazji – „On daje człowiekowi pewne pojęcie o tym, kim jest święty”. Było wokół niego jakieś światło, które, jak się zdaje, pochodziło niezupełnie z tego świata.

Ale prawdopodobnie wyrazy uznania dla ojca McNabba ze strony jego sławnych współczesnych, które najbardziej mi się podobają – przynajmniej pod jednym względem – pochodzą spod pióra Maurice’a Baringa i przedstawiają ojca McNabba widzianego oczami, uszami i poprzez refleksje niewierzącego. Aby trochę nakreślić tło: Cecil Chesterton, brat G.K., zmarł w 1918 r. na gorączkę okopową, której nabawił się służąc na froncie – wcześniej, w 1913 r., nawrócił się na katolicyzm. Zanim zaciągnął się do wojska, był wojowniczym dziennikarzem, walczącym z finansową i polityczną korupcją w parlamencie. Skazano go w procesie wytoczonym mu niesprawiedliwie przez braci Isaacsów za ujawnienie roli, jaką odegrali w skandalu Marconiego. W opinii Belloca był zdolniejszym z braci Chestertonów (opinii tej, muszę dodać, zdawał się nie podzielać nikt inny – prócz pokornego G.K.). Ojciec McNabb wygłosił na pogrzebie Cecila kazanie – co smutne, nie zachował się żaden jego zapis (Belloc mówił o tym kazaniu jako o najdoskonalszym przykładzie religijnej sztuki oratorskiej, jaki kiedykolwiek słyszał), ale w numerze „Blackfriars” z sierpnia 1943 r. Maurice Baring opublikował wiersz zainspirowany komentarzami jego niewierzącego przyjaciela i poety, który razem z nim udał się na pogrzeb:

A poet heard you preach and told me this:
While listening to your argument unwind
He seemed to leave the heavy world behind;
And liberated in a bright abyss
All burdens and all load and weight to shed;
Uplifted like a leaf before the wind,
Untrammelled in a region unconfined,
He moved as lightly as the happy dead.
And as you read the message of Our Lord
You stumbled over the familiar word,
As if the news now sudden to you came;
As if you stood upon the holy ground
Within the house filled with mighty sound
And lit with Pentecostal tongues of flame.

II

Kim zatem był ojciec McNabb?

Urodził się jako Joseph McNabb w Portaferry nieopodal Belfastu 8 lipca 1868 r. Był więc – co jest, jak sądzę, istotne – starszy zarówno od Belloca, jak i Chestertona – odpowiednio o dwa lata i sześć lat. Jego ojciec, którego rzadko widywał, był kapitanem na statkach; jego matka – „po prostu” matką, co w oczach ojca McNabba zasługiwało na tym większą cześć (przed zamążpójściem w bardzo młodym wieku zajmowała się sprzedażą i zarządzaniem na ważnym stanowisku w nowojorskim domu handlowym). Nie, żeby nie miała innych zajęć poza wychowywaniem dzieci i prowadzeniem domu – jedno z pierwszych wspomnień ojca McNabba o jego matce dotyczyło tego, jak brała go z wizytą do pewnej kobiety z rakiem piersi; pani McNabb myła tę kobietę i podtrzymywała ją na duchu. Matka ojca McNabba zdawała się zawsze odgrywać wiodącą rolę w parafialnej działalności charytatywnej i często zlecała swoim dzieciom, aby jej w tym pomagały. Miała w sumie jedenaścioro dzieci – Joseph McNabb był dziesiątym w kolejności. W swoich późniejszych latach napisał książkę, niemal autobiograficzne studium swojej młodości, zatytułowaną Jedenaścioro, dzięki Bogu! [Eleven, Thank God!], którą zadedykował swojej matce i która trwa jako wspaniała apologia pro familia magna. W świecie ojca McNabba rodzina zawsze zajmowała centralne miejsce – tak jak niewątpliwie zajmuje centralne miejsce w Rerum novarum.

Chociaż ojciec McNabb urodził się w Irlandii, w wieku 14 lat ze względu na pracę ojca przeniósł się wraz z rodziną do Newcastle-upon-Tyne. Rozważano też przeprowadzkę do Londynu, ale uznano stolicę za miejsce zbyt okropne, aby wychowywać tam dzieci. Przez krótki okres – do ukończenia 16 lat – Joseph McNabb nadal spędzał większą część roku w internacie St Malachy’s [College] w Belfaście. Niemniej jednak wpływ, jaki wywarł na nim pobyt w Newcastle, był znaczący, bo jego rodzina przeniosła się na teren parafii św. Dominika, którą – co nie zaskakuje – kierował zakon dominikański. Wielkie wrażenie zrobiło na nim wszystko to, co zaobserwował w dominikańskim życiu i duchowości: asceza zakonników, ich umiłowanie Pisma Świętego i głęboka wiedza; i tak, po opuszczeniu St Malachy’s i roku spędzonym w nieodpowiadającej mu szkole średniej św. Cuthberta [St Cuthbert’s Grammar School] w Newcastle, zdecydował, że zostanie dominikaninem. Co ciekawe, wydaje się, że główny ludzki motyw, stojący za powołaniem ojca McNabba, był tym samym, który skierował Chestertona do Kościoła Katolickiego – obawa przed Piekłem. Jak to ujął: „Nie chcę iść do Piekła; myślę, że pójdę do nowicjatu!”. Choć bez wątpienia można wskazać wiele powodów, dla których Joseph McNabb przyjął powołanie zakonne, fakty były takie, że czuł on, iż Bóg wzywa go do życia zakonnego, aby zbawić jego duszę.

W wieku 17 lat Joseph McNabb wstąpił do nowicjatu dominikańskiego w Woodchester, mimo że jego ojciec początkowo czuł gniew na syna, który zdecydował się wcielać w życie ślub ubóstwa – „Nigdy, przenigdy, nie zgodzę się na to, aby moje dziecko zostało dobrowolnym nędzarzem!”. Gniew ten ostygł dopiero po tym, jak dominikanin z miejscowego klasztoru przyszedł z wizytą mającą na celu wyjaśnienie natury ubóstwa. W tym okresie dominikanie stanowili naprawdę niewielką grupę; od chwili ulokowania się w Woodchester w 1854 r. doświadczali największych trudności w historii swojej obecności na angielskiej ziemi. Dopiero od 1885 r. zaczynali przyciągać nowicjuszy i wciąż mieli ich zaledwie tylu, aby uzasadniało to istnienie nowicjatu. Wstąpienie Josepha McNabba do zakonu zbiegło się w czasie z początkami stosunkowo dużego napływu zdolnych i gorliwych nowicjuszy, którzy wstąpili do nowicjatu w tym samym czasie lub w ciągu następnych trzech czy czterech lat. Nowicjusze owi – od chwili przyjęcia do zakonu – stanowili podstawę wzrostu znaczenia dominikanów w pierwszej połowie XX wieku – głównie pod skrzydłami ojca Bede’a Jarretta.

Ojciec McNabb złożył śluby zakonne we wrześniu 1891 r., wkrótce po swoich dwudziestych trzecich urodzinach, w roku ukazania się Rerum novarum. Był najbardziej błyskotliwym uczonym spośród wszystkich nowicjuszy na swoim roku, chociaż kolejne lata miały być świadkami wstąpienia do zakonu jeszcze większych umysłów naukowych. Jeden ze współczesnych ojca McNabba napisał, że „jedynie ojciec Humbert Everest – który ukończył nowicjat i udał się do Louvain dwa lata przed ojcem McNabbem – mógłby mierzyć się z nim pod względem intelektualnym”. Ojciec McNabb podążył śladem ojca Everesta do Louvain dla odbycia dalszych studiów. W 1894 r., trzy lata po przyjęciu do zakonu, ojca McNabba wysłano z powrotem do Woodchester z doktoratem w zakresie świętej teologii.

Przez następnych dwadzieścia sześć lat ojciec McNabb udawał się w rozmaite miejsca, gdzie go kierowano – zgodnie z nakazami świętego Posłuszeństwa. Po powrocie z Louvain przez trzy lata uczył nowicjuszy w Woodchester, a następnie został wysłany do Hawkesyard (gdzie nauczano wtedy kandydatów do zakonu na dalszym etapie formacji), aby uczył teologii – znów na trzy lata. Na kolejnych sześć lat – od roku 1900 do 1906 – wrócił do Woodchester jako przeor (w wieku zaledwie 32 lat); w roku 1906 został przeniesiony do klasztoru św. Dominika w północno-zachodnim Londynie, gdzie przez dwa lata służył – po raz pierwszy – jako wikariusz; zabrano go stamtąd w 1908 r. i ustanowiono przeorem klasztoru Holy Cross w Leicester – na sześć lat, do roku 1914. W roku 1914 został wybrany przeorem Hawkesyard, gdzie stanął w obliczu najsurowszych osobistych i duchowych prób (i dorobił się kilku wrogów – tą sprawą zajmiemy się później) – urząd przeora pełnił tam przez trzy lata; przez kolejne trzy piastował w Hawkesyard stanowisko profesora dogmatyki, po czym powrócił do klasztoru św. Dominika w Londynie, gdzie znów posługiwał jako wikary – aż do swojej śmierci 17 czerwca 1943 r., czyli dwadzieścia trzy lata później.

III

Tak oto – przedstawione pobieżnie i w telegraficznym skrócie – wyglądało życie ojca McNabba. Skąd brała się jego dobra reputacja? Brała się z tego, co mówił, co pisał, z treści jego życia.

Przyjrzyjmy się teraz dokładniej dziełu i myśli ojca McNabba. Jak każdy inny zakonnik, potrzebował on trochę czasu, aby zadomowić się w nowej sytuacji apostolskiej. Był mało znany światu zewnętrznemu do chwili mianowania na przeora Holy Cross w Leicester – wtedy zaczęła się jego bardziej publiczna działalność apostolska. Dzięki tej działalności nawiązał kontakt z co znaczniejszymi katolikami i niekatolikami; jednocześnie zrobiło się o nim głośniej w całym kraju – proszono go o pisanie artykułów i esejów, głoszenie kazań i przemawianie na publicznych zgromadzeniach każdego niemal rodzaju. Dopiero gdy w wieku 52 lat osiadł na stałe w klasztorze św. Dominika w Londynie – mieście, które William Cobbett określał mianem „wielkiej narośli” [great wen] – znalazł się w okolicznościach sprzyjających jego pracy i kontaktom z ludźmi najlepiej przygotowanymi do pomagania mu w niej; i w ten sposób – per accidentem – stał się osobowością katolicką o znaczeniu ogólnokrajowym. Do coraz większej popularności ojca McNabba bardzo przyczyniło się to, co głosił wspólnie ze Stowarzyszeniem Świadectw Katolickich [Catholic Evidence Guild] na Parliament Hill i na Speakers’ Corner.

Na początku tekstu rzuciłem parę cytatów dotyczących ojca McNabba, aby objaśnić, co znaczył dla współczesnych mu osób; teraz chciałbym przytoczyć kilka fragmentów jego własnych dzieł, aby rzucić światło na to, co on mówił swoim współczesnym.

Pierwszy cytat pochodzi ze wstępu do wydanej w 1942 r. książki Stare zasady i nowy porządek [Old Principles and the New Order], która była zbiorem esejów ojca McNabba drukowanych w katolickich czasopismach w ciągu wcześniejszych dwudziestu lat:

Ta książka opiera się na pewnych zasadach dogmatycznych i moralnych, na pewnych niezaprzeczalnych faktach, i podsuwa pewne rozwiązania praktyczne.

Pierwszą zasadą jest ta, że istnieje Bóg, nasz Stwórca, któremu winniśmy okazywać miłość i służyć; a nie jesteśmy w stanie kochać Go ani służyć Mu bez miłowania naszych bliźnich i służenia im.

Drugą zasadą jest ta, że Rodzina to podstawa życia społecznego we wszystkich jego przejawach; zatem oceniając wartość wszelkich projektów dotyczących tego życia, za kryterium trzeba przyjąć ich wpływ na Rodzinę.

Trzecią (psychologiczną) zasadą jest ta, że od przeciętnego człowieka nie możemy spodziewać się cnoty większej niż przeciętna. Zespół okoliczności, które domagają się od przeciętnego człowieka cnoty większej niż przeciętna (to znaczy heroicznej) nazywa się Okazją do Grzechu.

Czwartą (moralną) zasadą jest ta, że okazji do grzechu powinno się – na ile to możliwe – unikać; to znaczy trzeba je pokonywać przez wystrzeganie się ich, a nie przez walkę.

Na całym świecie obserwuje się zjawisko wielkiej wagi: na olbrzymich uprzemysłowionych obszarach miejskich (i zaatakowanych przez miasto obszarach wiejskich) normalne życie rodzinne jest z psychologicznego i ekonomicznego punktu widzenia niemożliwe; od przeciętnego rodzica notorycznie żąda się bowiem cnoty większej niż przeciętna [...]

[...] Powyższa obserwacja, że uprzemysłowione miasto to okazja do grzechu, prowadzi do wniosku, iż – skoro okazji do grzechu powinno się unikać [...] – Ucieczce ze Wsi [Flight from the Land] trzeba się bez zwłoki przeciwstawić, wybierając Ucieczkę na Wieś [Flight to the Land].

Komu po przeczytaniu ten opisu życia w mieście jako okazji do grzechu nie przychodzi na myśl fragment powieści Callista, w której kardynał John Henry Newman kreśli postać pracującego na roli Agelliusa odwiedzającego po raz pierwszy Kartaginę?

Napawające strachem obrazy to szokują, to nęcą – nie tylko gdzieniegdzie, ale wszędzie: i na budowlach przytłaczających inne okazałością, i w najobskurniejszych dziurach, w urzędach publicznych i domach prywatnych, na głównych placach i na rogach ulic, na bazarach, w sklepach i na drzwiach domostw, w podłej jakości wyrobach rzemieślniczych i w sztuce wysokiej, w literaturze, w symbolice, w malarstwie – insygnia i ostentacyjny przepych Szatana i Beliala, rządów zepsucia i hulaszczego bałwochwalstwa, których nie da się uniknąć, ale z którymi trzeba obcować. Dokądkolwiek idziesz, wszędzie spotykasz się z tym samym; [...] jesteś jawnie i bezwstydnie napastowany, znieważany przez wszystko to, od czego, jako chrześcijanin, odsuwasz się z odrazą i czego się wyrzekasz – jakby ataku tego domagały się jakieś wyznawane przez twoich prześladowców zasady religijne albo ich poczucie, że należy oddawać hołd przyrodzie.

Okazją do grzechu, o której ojciec McNabb mówił w sposób szczególny – choć mówił też o innych – była stawiana przed rodzinami żyjącymi w warunkach ubóstwa pokusa uciekania się do metod kontroli narodzin (oznaczających „zero urodzin i zero kontroli” – jak celnie ujął to G.K. Chesterton; „samobójstwo ludzkości” – jak ujął to bardziej ponuro McNabb).

Choć stan, w jakim tak wielu jego współczesnych żyło i pracowało, napełniał ojca McNabba smutkiem i boleścią – notował on regularnie bieżące dane statystyczne na temat liczby rodzin żyjących w jednym pomieszczeniu (a nawet dzielących je z innymi rodzinami) w obskurnych, walących się kamienicach czynszowych Londynu oraz gdzie indziej – to właśnie przede wszystkim wśród tych ludzi pracował, tym ludziom służył i tych ludzi nauczał. Mimo popularności, która przydawała mu się w prowadzeniu apostolatu, ojciec McNabb nieustannie wzywał swoich wiernych, swoją widownię, aby opuścili jego i opuścili Londyn. Zachęcał wszystkich, którzy mogli to zrobić, do porzucenia londyńskiego Babilonu – „Babilondynu”, jak często go nazywał – i przyrzekł pozostać w nim, aby służyć ludziom, którzy nie mogli albo nie chcieli go opuścić – przynajmniej do momentu, gdy ci, którzy wcześniej przeprowadzili się na wieś, przetarliby dla nich drogę. Trzeba też pamiętać o tym, że koncepcja Ucieczki na Wieś nie była niczym głupawym – pod koniec życia ojca McNabba nawet rząd, mimo że stał w obliczu wojny, planował nakłaniać ludzi, żeby wrócili na wieś i zajęli się uprawą zniszczonej, leżącej odłogiem ziemi, co pozwoliłoby zwiększyć produkcję rolną.

Mimo że obecnie – poza szczególnymi przypadkami – obiektywne ubóstwo materialne nie jest może tak wielkie, jak w czasach przed II wojną światową, któż spośród nas odważyłby się powiedzieć, że różnorakie zmory dzisiejszego życia wielkomiejskiego nie są gorsze?

Oczywiście, główną przyczynę, dla której ojciec McNabb odczuwał wstręt wobec budzących odrazę i poniżających warunków życia w mieście, stanowiło to, w jaki sposób wpływały one na życie rodzinne. Rodzina to podstawowa jednostka społeczeństwa chrześcijańskiego – właściwie każdego społeczeństwa – nadrzędna wobec państwa pod każdym względem. Ojciec McNabb zdawał sobie sprawę z tego, że wszelkie działania ekonomiczne, społeczne i polityczne wpływają w pewien sposób na rodzinę – to właśnie sposób, w jaki na nią wpływają, był kryterium, według którego mierzył ich wartość lub moralność. Rodzina była tym, co nazywał „miarą nazaretańską” [“the Nazareth Measure”]. W swojej książce Kościół i ziemia [The Church and the Land] pisał:

Aby cała nasza osobista i społeczna budowla zapewniła sobie trwałość, musi być konstruowana zgodnie z miarą tej małej szkoły proroków, których imiona to muzyka dla naszych uszu – Jezus, Maryja, Józef! [...] Nazaretańską miarą długości, ciężaru i wartości jest Rodzina [...] Niech żadna podstępna argumentacja z „przydatności społecznej” nie doprowadzi cię zdradziecko do ugodzenia w autorytet Ojca, czystość Matki, niezbywalne prawa, które przysługują Dziecku.

Ojciec McNabb zdawał sobie sprawę, jak ważna jest siła, która pochodziła od rodziny, z którą złączony był więzami krwi, i siła, którą czerpał co dzień ze swej nowej rodziny duchowej – wspólnoty dominikańskiej. Zawsze podkreślał, że tym, co zmieniło się, gdy „przeszedł” ze swej rodziny przyrodzonej do nadprzyrodzonej, nie były cnoty, które starał się osiągnąć, ale złożone śluby. Doskonale zdawał sobie sprawę z potrzeby, aby ludzie świeccy – wpośród mnóstwa pułapek współczesnego świata – czuli inspirację do realizowania cnót w stopniu heroicznym, do pójścia drogą rad ewangelicznych – tak daleko, jak pozwalają im na to obowiązki stanu. W książce Stare zasady i nowy porządek – tytuł brzmi brzmi w naszych uszach całkiem profetycznie – ojciec McNabb pisze o czystości, ubóstwie i posłuszeństwie:

[N]awet katolikom czasami wydaje się, że te trzy cnoty stojące za ślubami zakonnymi są tylko dla zakonników i zakonnic, podczas gdy realizowanie ich stanowi obowiązek każdego człowieka, a w pewnym stopniu także tej wspólnoty osób, [...] którą my, współcześni, [...] mylnie nazywamy państwem.

Na pierwszy rzut oka to, co mówi tutaj ojciec McNabb, to truizm – wszyscy musimy starać się o czystość, ubóstwo (duchowe, dodajmy) i posłuszeństwo – ale po bliższym przyjrzeniu się sprawie stwierdzamy, że ojciec McNabb wskazuje, iż zadanie realizowania tych trzech cnót powinno stanowić codzienne wezwanie do broni dla każdego człowieka – tak dla osób, które złożyły śluby zakonne, jak dla wszystkich innych ludzi. Jak mówił bowiem ojciec McNabb:

[...] osoby konsekrowane, które złożyły przed Bogiem publiczne śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, nie zobowiązują się tym samym do praktykowania tych cnót w stopniu większym, niż gdyby pozostały w stanie świeckim.

Dodawał też:

[N]ie trzeba chyba zaznaczać, że praktykowanie cnoty ubóstwa przez pracę i oszczędność, samokontrola przejawiająca się w zachowywaniu dziewiczej i małżeńskiej czystości, oraz posłuszeństwo rządzącym i prawu są społeczeństwu w najwyższym stopniu potrzebne i wartościowe.

W wielu artykułach ojciec McNabb wskazywał źródła niszczącego i demoralizującego wpływu państwa na społeczeństwo: lekceważenie cnoty ubóstwa – nierozważne wydatki, marnotrawstwo środków finansowych, działalność lichwiarska; lekceważenie cnoty posłuszeństwa – przeciwstawianie się naturalnemu prawu moralnemu i prawdom religii objawionej; lekceważenie cnoty czystości – zezwalanie na działania podkopujące moralność w dziedzinie seksualności i życia małżeńskiego – a nawet zachęcanie do nich. Tak jak każdy człowiek powinien starać się o ubóstwo, czystość i posłuszeństwo, tak i państwo powinno mieć na celu wierność tym trzem fundamentalnym cnotom.

Jedna z najtrudniejszych nauk ojca McNabba kierowanych do jego własnego oraz do naszego pokolenia dotyczy ubóstwa. Dziś ludzie ze szczególną niechęcią odnoszą się do rozważania tego, co ojciec McNabb mógł rozumieć pod pojęciem ubóstwa, gdy z takim zapałem zachęcał do umiłowania go. Z pewnością nie miał na myśli nędzy. Dla ojca McNabba być ubogim oznaczało mieć tyle, aby móc wypełniać swoje obowiązki stanu – ale nie więcej: bez nadmiaru, bez ekstrawagancji, bez wygód – zgodnie z wymogami chrześcijańskiego miłosierdzia zawsze obdarowując osoby, znajdujące się w trudniejszej od ciebie sytuacji tym, co nie jest potrzebne ani tobie, ani osobom, za które ponosisz odpowiedzialność. Oczywiście, to, co stanowiło w oczach ojca McNabba ilość „wystarczającą”, większość współczesnych nam ludzi, a nawet większość z nas uznałaby za o wiele zbyt mało. Ojciec McNabb nie zalecał jednak, abyśmy wszyscy zostali żebrakami, żyli w poczuciu bezradności i niedoli albo wpadli w skrajną nędzę – tylko abyśmy starali się być samowystarczalni, ograniczyli nasze pragnienia, zmniejszyli nasze potrzeby i dzielili się z innymi wszelkim posiadanym nadmiarem. Na przestrzeni dziejów wielu katolików uspokajało w tej kwestii swoje sumienie, chowając się za parawanem „ubóstwa duchowego” i pozwalając sobie na absolutnie wszystko pod pozorem tego, że są ubodzy w duchu. Ojciec McNabb zdawał sobie, rzecz jasna, sprawę ze znaczenia ubóstwa duchowego; wiedział, iż istnieje możliwość, żeby biedak był bardziej skąpy i chciwy niż bogacz. Ale uświadamiał sobie również niebezpieczeństwa bogactw, trudność osiągnięcia duchowego ubóstwa w otoczeniu zbytków – i rozumiał, że cnoty sprawiedliwości i, w sposób szczególny, miłosierdzia domagają się, aby ludzie posiadali mniej niż prawdopodobnie chcieliby posiadać lub zazwyczaj już posiadali. Nadto widział w ukochaniu ubóstwa środek do pokonania coraz silniejszego materializmu i nędzy świata, w którym żył.

Na zakończenie rozważań o ubóstwie przytoczę wam fragment książki Kościół i ziemia, dotyczący opisanego w Ewangeliach młodzieńca posiadającego wiele majętności:

Tylko raz zdarzyło się, że ktoś przyszedł do Jezusa, aby z nim porozmawiać, i odszedł zasmucony. Był to młodzieniec, który miał wielkie pragnienie, aby osiągnąć życie wieczne. Ale miał również „wiele majętności”. Nie rozumiał, że jego droga do radości życia polegała na przyjęciu wezwania Jezusa: „[I]dź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie; a przyjdź i pójdź za mną”. Nie pojął, że to zaproszenie do naśladowania ubogiej Dzieciny z Betlejem, ubogiego człowieka z Galilei, ubogiego odrzuconego z Golgoty, było wezwaniem do wejścia na wąską ścieżkę radości doskonałej. Nie potrafił opuścić rzeczy, które prędzej czy później same by go opuściły. Trzymał się kurczowo swoich wielkich majętności doczesnych, zamiast starać się o skarb w Niebie, i odrzucił radość dobrowolnego ubóstwa i naśladowania Jezusa dla smutku dobrowolnego bogactwa i służby Mamonie.

IV

Nie wolno nam jednak zapominać, że ojciec McNabb nigdy nie przypisywałby sobie autorstwa którejkolwiek z głoszonych przez siebie nauk; nie twierdziłby nawet, że dał inspirację do ich powstania. Powodem do wielkiej dumy – jeśli w tym kontekście wolno nam użyć słowa „duma” – było dla niego to, że uczył tylko tego, czego uczył Kościół; a zwłaszcza to, że nauczał niemal wyłącznie w oparciu o Pismo Święte i dzieła Doktora Anielskiego [św. Tomasza z Akwinu]. Tym, co w naukach ojca McNabba może nas uderzać jako wyjątkowe – on sam, oczywiście, nigdy nie przypisywałby im żadnej wyjątkowości – były konsekwencja, z jaką je głosił, i praktyczne zastosowanie ich w życiu.

A ojciec McNabb działał na wielu polach: w dziełach takich jak Nazaret albo chaos społeczny [Nazareth or Social Chaos] czy wspomnianych wcześniej książkach Kościół i ziemia oraz Stare zasady i nowy porządek był zaangażowanym całym sercem w sprawę popularyzatorem Rerum novarum; był również „sławnym braciszkiem”, który pojawiał się na publicznych zgromadzeniach, przemawiał na Speakers’ Corner, Parliament Hill i głosił kazania na uroczystych pogrzebach katolickich, takich jak pogrzeb Cecila Chestertona; był ponadto bardzo aktywny jako nauczyciel i rekolekcjonista – w obu przypadkach zarówno dla osób świeckich, jak i duchownych. Jego zajęcia o świętym Tomaszu – otwarte dla wszystkich chętnych – cieszyły się ogromną popularnością; zagorzała wielbicielka nauk ojca McNabba, Dorothy Findlayson, zebrała wystarczająco dużo sporządzonych metodą stenograficzną wiernych notatek, aby – za jego zezwoleniem – wydrukować je w cienkich, lecz nieocenionych tomikach porad duchowych: Gwiazdy pocieszenia [Stars of Comfort], W naszej dolinie [In Our Valley], Sztuka modlitwy [The Craft of Prayer], Sztuka cierpienia [The Craft of Suffering], Radość wiary [Joy in Believing], Boże miłosierdzie [God’s Way of Mercy] oraz Maria z Nazaretu [Mary of Nazareth]. Większość rozdziałów w tych tomikach wypełniają medytacje dotyczące kilku wersetów Pisma Świętego albo analiza linijka po linijce którejś z wielkich modlitw Kościoła.

Ojciec McNabb był również miłośnikiem Chaucera oraz Francisa Thompsona i pisał o nich, a także o innych poetach i pisarzach. Jego zbiory tekstów o różnorodnej tematyce noszą tytuły: Francis Thompson i inne eseje, Nasza rozumna służba [Our Reasonable Service], Myśli poświęcone [Thoughts Twice-Dyed], Z zakonnej celi [From a Friar’s Cell] oraz Na skraju drogi – Księże pokłosie [The Wayside: A Priest’s Gleanings]. Ojciec McNabb był też – trzeba to przyznać – raczej nieszczególnym biografem; napisał krótkie dziełko o św. Janie Fisherze. Był także autorem kilku niewielkich książek, w których spoglądał od różnych stron na Pismo Święte: Świadectwo Nowego Testamentu o Naszej Pani [The New Testament Witness to Our Lady], Świadectwo Nowego Testamentu o św. Piotrze [The New Testament Witness to St Peter], Medytacje nad św. Janem [Meditations on St John], Św. Maria Magdalena [St Mary Magdalen], Doktrynalny dowód nieomylności czwartej Ewangelii [The Doctrinal Witness of Infallibility of the Fourth Gospel]. Życie naszego Pana [The Life of Our Lord], napisane pod ścisłym rygorem posłuszeństwa, to osobliwa książka, pełna kuriozalnych braków i dziwacznie rozłożonych akcentów – które, niestety, świadczą o niechęci autora do zmierzenia się z tak wymagającym tematem.

Co ciekawe, pierwszą ze wszystkich książką, za którą odpowiadał ojciec McNabb, było wydanie dekretów I Soboru Watykańskiego; zaś najwcześniejsza drukowana broszura, którą sam napisał, zatytułowana Nieomylność [Infallibility], stanowiła adaptację wykładu, o którego wygłoszenie poprosiło go Anglokatolickie Stowarzyszenie św. Tomasza z Canterbury [Tomasza Becketa]. Ojciec McNabb okazywał wielkie zainteresowanie możliwością ponownego zjednoczenia Kościoła Anglikańskiego z Kościołem Katolickim. Często przemawiał na zgromadzeniach anglikanów i anglokatolików, a w związku z postępującą dechrystianizacją ich sekty wyrażał wielki niepokój, który zaowocował książką Kościół i ponowne zjednoczenie [The Church and Reunion]. Interesował się też bardzo losem biednych Żydów z Whitechapel (i wschodniego Londynu w ogólności), a tamtejsza społeczność żydowska żywiła wobec niego bardzo ciepłe uczucia.

Natomiast w kontekście teologii ojciec McNabb początkowo wyrobił sobie nazwisko jako kaznodzieja i nauczyciel poza murami dominikańskich instytucji, którym służył – wygłaszając konferencje na temat wiary i modlitwy dla członków katolickiego duszpasterstwa Uniwersytetu Oksfordzkiego [Catholic Chaplaincy of Oxford University]. Teksty tych konferencji, pierwotnie publikowane oddzielnie, a wydane w końcu z drobnymi poprawkami w jednym tomie pod tytułem Wiara i modlitwa [Faith and Prayer], stanowią najznaczniejszy wkład ojca McNabba w bardziej akademickie pisarstwo teologiczne. Ojciec McNabb jest też autorem cienkiej książeczki o Najświętszym Sakramencie zatytułowanej Boża uczta [God’s Good Cheer], zbioru esejów teologicznych Tam, gdzie wierzący mogą wątpić [Where Believers May Doubt], skupiającego się na relacji między Pismem Świętym i scholastyką, oraz innego zbioru podobnych esejów pod tytułem Granice wiary i rozumu [Frontiers of Faith and Reason], który traktuje o rozmaitych tematach – od kwestii pochodzenia epiklezy [1] po apel o przywrócenie obrzędów zaręczyn i małżeństwa według rytu Sarum [2].

Oprócz zajmowania się tą twórczością ojciec McNabb był również znakomitym współpracownikiem różnorakich czasopism – od „GK’s Weekly”, gdzie jego pisarstwo obracało się w towarzystwie tekstów Chestertona, Belloca i T.S. Eliota, po rozpoznawane wyraźniej jako katolickie: „Blackfriars” i ortodoksyjny w tamtych czasach „Tablet”. Jakkolwiek można z łatwością dostrzec, że ojciec McNabb to ktoś więcej niż „człowiek jednej sprawy”, uderzające jest, jak wiele jego książek i artykułów dotyka kwestii związanych ze społecznym nauczaniem Kościoła i z rodziną – właściwie nawet stanowi rozmyślanie na ich temat.

V

Teraz powinniśmy powiedzieć trochę więcej o życiu ojca McNabba jako zakonnika, aby raz jeszcze przybliżyć jego postać po tak nużącym wykazie książek i antologii.

Nawet wśród swoich współbraci dominikanów, nieskażonych jeszcze modernizmem i właściwym mu rozluźnieniem zasad, ojciec McNabb uchodził za ascetę. Jako przeor Woodchester, Hawkesyard i Holy Cross wyrobił sobie opinię surowego względem innych, ale z pewnością nie surowszego niż względem samego siebie – i zawsze był gotów życzliwie wysłuchać drugiego człowieka; czego, jak się zdaje, ze strony innych nigdy nie doświadczał! Jadł skromnie – winił za to swój „protestancki żołądek” – a twarz i ciało ojca McNabba dawały świadectwo ciężkich wyrzeczeń jego zakonnego życia. Spał w swojej celi na podłodze, którą co dzień szorował, a jego łóżko stało nieużywane nawet w trakcie choroby i cierpień na krótko przed śmiercią. Krzesło wstawiono tam w ostatnich dniach życia ojca McNabba, który – wciąż odmawiając położenia się na łóżku – ostatecznie zgodził się, aby posadzono go na krześle. Gdy pisał, klęczał przy stole, na którym stał krucyfiks i mała figurka Najświętszej Panny. Na stole leżały jedyne książki, jakie posiadał: egzemplarz Wulgaty, Brewiarz i Summa Theologiae. W solidnym pudle ojciec McNabb trzymał swoje zapiski – wszystkie sporządzone na skrawkach papieru: na odwrotach pocztówek, zużytych kopertach i tym podobnych. Notatki obejmowały ogromną różnorodność tematów; niektóre sporządzono w języku angielskim, inne po łacinie, jeszcze inne po grecku, a część nawet po hebrajsku. (Wspomniane pudło znajduje się obecnie w dominikańskim archiwum w Edynburgu; pieczę nad nim sprawuje najstarszy dominikanin w Wielkiej Brytanii, ojciec Bede Bailey, uczeń ojca McNabba). Ojciec McNabb wszystko pisał ręcznie – nienawidził większości maszyn, a szczególnie negatywne odczucia wzbudzały w nim maszyny do pisania! Hilaire Belloca, który podzielał wiele poglądów ojca McNabba, maszyny zawsze fascynowały; uważał maszynę do pisania i telefon (którego ojciec McNabb także nie znosił) za wielkie dobrodziejstwa (charakter pisma Belloca był zawsze bez wyjątku niechlujny; pismo ojca McNabba było niezmiennie schludne i czytelne). Byłoby czymś bez wątpienia interesującym i zabawnym przysłuchiwać się z ukrycia, jak dyskutują na temat wartości posiadania „zautomatyzowanej maszyny piszącej”!

Oczywiście, jak na zakonnika – a właściwie katolika przystało – modlitwa stanowiła centrum życia ojca McNabba. Darzył on głęboką miłością Mszę Świętą i Liturgię Godzin; ponadto wiele zapału poświęcał modlitwie na Różańcu Świętym i zachęcaniu do niej innych. Ponieważ był człowiekiem o głębokiej wiedzy i budzącym respekt intelekcie, irytację wzbudzali w nim ludzie twierdzący, że Różaniec to modlitwa, to nabożeństwo dla prostodusznych nowicjuszy, dla osób niepiśmiennych, dla tych, którzy nie wznieśli się jeszcze na niedostępne wyżyny duchowości. Tacy ludzie powodowali, że ojca McNabba niemal zatykało z oburzenia. „Różaniec” – zwykł mówić – „to najbezpieczniejsza i najpewniejsza droga do zjednoczenia z Bogiem poprzez modlitwę myślną”. Owocem Różańca Świętego, który robił na nim największe wrażenie, była pobożność wielkiej liczby wiernych, których albo nauczono modlitwy do Boga za pośrednictwem naszej Najświętszej Pani, albo sami do niej dojrzeli. Ojciec McNabb nieustannie powtarzał: „Większość spośród spotkanych przeze mnie ludzi zdolnych do kontemplacji [religijnej] żyje w świecie; weszli oni we wspólnotę z Bogiem dzięki Różańcowi”. Podkreślał, że odmawianie Różańca powinno stanowić dla katolika fundament życia modlitewnego. Podczas kazania z okazji Niedzieli Różańcowej w 1936 r. mówił:

Wcielenie [Jezusa Chrystusa] to centrum całego naszego życia duchowego. Jednym ze środków, dzięki czynimy je tym centrum, jest Różaniec Święty. Nie ma chyba żadnego innego sposobu, aby dotrzeć do zrozumienia tej wielkiej tajemnicy [Wcielenia] w takim stopniu, w jakim pewne pojęcie o niej daje odmawianie Różańca. Nic nie wyryje tej tajemnicy w twoim umyśle tak silnie jak przenoszenie się myślą, każdego dnia po trochu, do Betlejem, na Golgotę i Górę Przemienienia.

Ojciec McNabb nosił habit z samodziału – chodził w nim za każdym razem aż do zupełnego zużycia – i rok po roku maszerował po Londynie w tych samych ciężkich podkutych ćwiekami butach. Gdy brnął ulicami, przez ramiona przewieszał sobie „McPlecak” [“McNabb-sack”], pojemny, choć sponiewierany środek transportu dla Wulgaty, Brewiarza i wszelkich innych potrzebnych książek. Choć nie sprzeciwiał się podróżom kolejowym i w ogólności komunikacji publicznej, zazwyczaj odmawiał jazdy samochodem lub dorożką. Długie dystanse, które musiał pokonywać w Londynie między klasztorem św. Dominika a licznymi domami zakonnymi, w których posługiwał jako kapelan, Speakers’ Corner i Parliament Hill, pokonywał pieszo w zdumiewająco szybkim tempie. Hilaire Belloc, do którego, co zadziwiające, wciąż należy rekordowy czas w chodzie między Londynem a Oksfordem, był pełen podziwu dla szybkości i wytrzymałości ojca McNabba. Udzielił mu nawet rady, jak podążać z Toul do Rzymu jego własną słynną trasą, którą przeszedł i opisał w Drodze do Rzymu [The Path to Rome]. Jednak przełożony ojca McNabba nie chciał udzielić mu urlopu na marsz, który tak bardzo pragnął odbyć – w wieku 68 lat (Belloc, gdy szedł, miał 31!) – dla uczczenia złotego jubileuszu wstąpienia do zakonu dominikańskiego.

Istnieje wzruszający opis okoliczności, w których ojciec McNabb wyjątkowo wrócił do swojego klasztoru dorożką. Przez wiele miesięcy odwiedzał chorą dziewczynkę, jedynaczkę, która umierała. Jej matka – która prosiła go o wizyty – była katoliczką; nieobecny zazwyczaj ojciec, który w dodatku zaliczał się do osób najczęściej nękających go podchwytliwymi pytaniami na Parliament Hill – nie. Żyli w biedzie; gnieździli się razem z inną rodziną w jednym małym pokoju w walącej się kamienicy koło Stacji św. Pankracego [St. Pancras Station]. Niestety, córka umarła. Ojciec McNabb odprawił Mszę Żałobną. Zaledwie kilka tygodni później zmarła jej matka – niedomagała przez cały okres choroby swojej córki, ale nikomu nic o tym nie powiedziała. Ojciec McNabb znów odprawił Mszę Żałobną. Gdy opuszczał cmentarz, podszedł do niego mąż zmarłej, wręczył mu kwiat z pogrzebowego bukietu, o który ojciec McNabb wystarał się u pobożnego dobrodzieja, i zapytał, jakim sposobem zamierza wrócić do swojego klasztoru. Niebo zasnuły burzowe chmury i zaczynało padać. Ojciec McNabb odpowiedział, że planuje wrócić tak, jak przybył – pieszo. Wdowiec – teraz potrójnie biedny – wyciągnął z kieszeni sumę wystarczającą na wzięcie dorożki. W pierwszym odruchu ojciec McNabb sprzeciwił się – a potem zdał sobie sprawę, że jest to „wdowca grosz” [widower’s mite]. Ze łzami w oczach przyjął pieniądze. Nigdy nie zapomniał tego prostego uczynku. Jak napisał:

Błogosławieni ubodzy! Niewiele zdarzeń, które kiedykolwiek przeżyłem, wzruszyło mnie bardziej niż to. Ze swojego ubóstwa ofiarował mi pieniądze na dorożkę. Wyobraźcie sobie: spotkało mnie to ze strony człowieka, któremu brak wiary. Co mam zrobić, gdy spotkam go za następnym razem? Ucałowanie jego stóp byłoby czymś zbyt małym. Będę się modlił [...] aby Bóg dał mu pociechę wiary.

Naturalnie, wszystkie czyny miłosierdzia ojca McNabba nigdy nie zostaną w pełni poznane. To, co robił w ukryciu, pozostało w ukryciu – nawet po jego śmierci, która stała się wydarzeniem społecznym, a którą wkrótce będziemy rozważać. Może musi nam wystarczyć opis znanego przykładu. W jednym z licznych walących się bloków mieszkalnych w pobliżu Camden Lock żyła stara, przykuta do łóżka kobieta. Całymi miesiącami, prawdopodobnie latami, ktoś regularnie ją odwiedzał, aby z nią rozmawiać, sprzątać jej pokój i szorować podłogę. W kilka tygodni po śmierci ojca McNabba grupa osób zajmujących pokoje w pobliżu mieszkania chorej kobiety dyskutowała o tym, kto zajmie się teraz tymi pracami, skoro starsza lady, która wcześniej je wykonywała, najwyraźniej przestała przychodzić. Tylko najlepsza przyjaciółka przykutej do łóżka kobiety wiedziała, że ową „lady” był tak naprawdę ojciec McNabb – wpadający do chorej na jakieś pół godzinki w drodze na Parliament Hill.

Napomknąłem wcześniej, że ojciec McNabb miał habit z samodziału. Gdy jeden habit nie nadawał się już do noszenia, ojciec McNabb otrzymywał następny. Od 1917 r. darczyńcą była Wspólnota Ditchling [Ditchling Community], artystyczna gałąź ruchu powrotu na wieś [back-to-the-land movement], który ojciec McNabb wspierał przez całe życie. Za narodzinami ruchu w 1907 r. stali dwaj utalentowani ludzie: Eryk Gill oraz Hilary Pepler. Ojciec McNabb pełnił funkcję kapelana Wspólnoty – wielu spośród jej członków wstąpiło do Trzeciego Zakonu Dominikańskiego – jednak wkrótce pojawiły się kłopoty. Próby zapewnienia sobie bytu drogą uprawy roli nie powiodły się – większość członków Wspólnoty stanowili artyści, którzy przejawiali niewielkie zdolności do prawdziwej pracy na roli. Wspólnota stopniowo przerodziła się raczej w wiejskie ustronie artystyczne niż w samowystarczalną społeczność ze skłonnością do twórczości artystycznej. Ojca McNabba rozczarowało to, że członkowie Wspólnoty nie włożyli więcej serca w rzecz pierwszą – pracę na roli. W tej kwestii między nim a Erykiem Gillem zachodziła różnica zdań. Ostatecznie w 1924 r. Gill wyjechał do Walii. Mimo że później ojciec McNabb z entuzjazmem zachęcał każdego, kto prosił go o radę, aby wybrał powrót do życia na wsi, starał się o ubóstwo oraz samowystarczalność z dala od zaduchu miast, nigdy już nie związał się z żadnym konkretnym przedsięwzięciem tak, jak uczynił to z Ditchling.

Istotnie, ojciec McNabb zawsze troszczył się o rzeczy pierwsze, a każdą pracę lub działanie, które oddalały się od rzeczy pierwszej choćby o krok, postrzegał jako mniej wartościowe i prawdopodobnie mniej cnotliwe. Dlatego nie znosił działalności międzynarodowych finansistów, które odeszły od rzeczywistości i rzeczy pierwszych tak daleko, jak to tylko możliwe. Ujął to wnikliwie w następujących słowach:

Niektórzy ludzie zdobywają środki na życie, wydzierając je naturze. To nazywa się pracą. Niektórzy ludzie zdobywają środki na życie, wydzierając je tym, którzy wydzierają je naturze. To nazywa się handlem. Niektórzy ludzie zdobywają środki na życie wydzierając je tym, którzy wydzierają je tym, którzy wydzierają je naturze. To nazywa się finansami.

Czuję, że, zanim przejdę do opisu śmierci ojca McNabba, muszę przywołać kilka przykładów jego błyskotliwego dowcipu, aby uspokoić tych, którzy mogliby odnieść wrażenie, że ojciec McNabb z pewnością musiał być nieszczęśliwym fanatykiem. Ojciec McNabb niewątpliwie potrafił posługiwać się słowem. Szczególnie biegle radził sobie z czepialskimi. Kiedyś podczas wygłaszanego przez niego na Speakers’ Corner długiego przemówienia o grzechu pewna Irlandka krzyknęła: „Gdybym była twoją żoną, wsypałabym ci trucizny do herbaty!”. Ojciec McNabb, szczerząc zęby w uśmiechu, odpowiedział: „Proszę pani, gdybym był pani mężem, to bym ją wypił!”. Innym razem dokonał słynnego porównania wyznających swoje grzechy w konfesjonale zakonnic do kaczek powoli zadziobujących spowiednika na śmierć. Na poważniejszą nutę – ojciec McNabb uczestniczył pewnego razu w publicznym spotkaniu dotyczącym Ustawy o Degeneracji Umysłowej, która akurat przechodziła przez Izbę Gmin. Po wysłuchaniu rozmaitych ekspertów w dziedzinie medycyny, wyjaśniających, jakim sposobem doprowadziliby do uznania za degeneratów wielu osób, które ojciec McNabb poznał podczas swojej pracy duszpasterskiej, i – w konsekwencji – wysterylizowania ich, dobry zakonnik wstał i, gdy przewodniczący zebrania poprosił go o zabranie głosu, ryknął: „Jestem ekspertem w dziedzinie moralności i uznaję was za degeneratów moralnych!”. Zaraz potem przy wtórze entuzjastycznych oklasków z gniewem opuścił zebranie, które poszło w rozsypkę.

VI

Jeśli prawdą jest, że można powiedzieć o życiu człowieka bardzo wiele, patrząc na sposób, w jaki umarł, wydaje się stosowne, abyśmy w tym miejscu zajęli się długimi ostatnimi tygodniami życia ojca McNabba i jego śmiercią.

14 kwietnia 1943 r. lekarz powiedział zbliżającemu się do ukończenia 75. roku życia ojcu McNabbowi, że zostało mu już niewiele czasu. Tego samego dnia zakonnik napisał do swojej bratanicy, siostry Marii Magdaleny, dominikanki: „Deo Gratias! Bóg wzywa mnie do odbycia drogi, którą wcześniej czy później musi odbyć każdy. Powiedziano mi, że mam w gardle nieuleczalny nowotwór. Zostało mi najwyżej kilka tygodni życia”. Następnego dnia ojciec McNabb wygłaszał kazanie do Sióstr Miłosierdzia. Był czwartek Tygodnia Męki Pańskiej i po kilku trafiających do serca słowach refleksji na temat bliskości Męki i Śmierci Pana Naszego Jezusa Chrystusa, ojciec McNabb powiedział:

A teraz, drogie siostry, mam dla was bardzo dobrą wiadomość. To ostatni raz, kiedy mówię do was w tej kaplicy. Wiecie, że w tych dniach każdy otrzymuje wezwanie [działo się to, rzecz jasna, w środku II wojny światowej] [...] Ja również zostałem wezwany! [...] A do czego i do kogo? Do Króla Królów i to nie na jakiś ograniczony czas, ale do Życia Wiecznego! Słowa Psalmu [121] – „Weseliłem się z tego, co mi powiedziano: pójdziemy do domu Pańskiego” – napełniają moje serce radością.

Do chwili śmierci ojca McNabba miało jeszcze minąć około dziewięciu tygodni – i te dwa ostatnie miesiące życia były dla niego wypełnione pracą w takim samym stopniu, jak poprzednie. Nadal prowadził kursy o Akwinacie i o Psalmach, proponując nawet, że rozpocznie nowy cykl wykładów na temat Aniołów i będzie wygłaszać odczyty dopóty, dopóki starczy mu sił: „Nie wiem, wśród jakich Aniołów mnie postawią, drogie dzieci! Nie jestem dość dobry, aby znaleźć się wśród dobrych Aniołów”. Ojciec McNabb ostrzegał swoich studentów, że w każdym momencie może zostać zmuszony do wysłania im telegramu z wiadomością o swojej śmierci.

Gdy prasa – katolicka i świecka – dowiedziała się, że tak popularna osoba ma umrzeć, zaczęła nachodzić wspólnotę w klasztorze św. Dominika. Ojciec McNabb pragnął, aby jego śmierć była kazaniem, takim jak jego życie dominikanina. Wiedział, że ostatnie tygodnie będą trudne. Powiedziano mu, że, ściśle rzecz ujmując, będzie powoli umierał z wygłodzenia i może się zdarzyć, że dojdzie u niego do poważnych kłopotów z oddychaniem w miarę jak przewód oddechowy w jego gardle zacznie się zwężać, aż w końcu zniknie. Dopóki miał jeszcze siłę, wygłaszał kazania i przemawiał w całym Londynie, maszerując jego posępnymi ulicami w swoim habicie i podkutych ćwiekami butach z ciężkim „McPlecakiem” na ramionach. Spełniał wszystkie swoje obowiązki chórowe – przestał to robić dopiero na kilka dni przed śmiercią. Choć do końca mógł mówić, a problemy z oddychaniem okazały się niezbyt dotkliwe, na około tydzień przed śmiercią ojciec McNabb nie był już w stanie jeść, a przez ostatnie trzy dni przełknąć żadnego płynu. W końcu rankiem 14 czerwca zasłabł podczas prymy. Potem trochę mu się polepszyło; napisał ostatni list, znów do swojej bratanicy, siostry Marii Magdaleny. Następnego dnia otrzymał Ostatnie Namaszczenie i powoli tracił siły aż do czwartkowego poranka 17 czerwca, gdy wezwał do swojej celi ojca przeora (podporządkował się nakazowi posłuszeństwa i zgodził, aby posadzono go na krześle z prostym oparciem; nikt nie śmiał sugerować mu, że powinien położyć się na łóżku!). Tam, w surowych warunkach umiłowanej przez niego ascezy, ojciec McNabb po raz ostatni zaśpiewał Nunc Dimittis [Pieśń Symeona], wyznał ojcu przeorowi swoje grzechy i odnowił swoje śluby zakonne. Potem na pół godziny stracił przytomność, westchnął i umarł.

Tłumy ludzi młodych i starych, bogatych i biednych, ale przede wszystkim starych i biednych, przybyły go zobaczyć, pomodlić się za niego i dotknąć jego habitu, gdy leżał przez trzy dni w klasztornej kaplicy Matki Bożej. Mszę Żałobną odprawiono w poniedziałek 21 czerwca. Kościół był nabity ludźmi, głównie katolickimi luminarzami; na ulicach wokół kościoła tłumnie stawiła się biedota z kamienic czynszowych, które zmarły tak często nawiedzał. Ojca McNabba pochowano – zgodnie z jego życzeniem – w prostej drewnianej trumnie z czarnym krzyżem pozbawionym ornamentów; trumnę wieziono otwartym z tyłu wozem na Kensal Green Cemetery, dokąd niemal pół wieku wcześniej w obecności jeszcze większego tłumu przewożono kardynała Manninga. Gazety były pełne anegdot i szczegółów na temat ostatnich dni życia ojca McNabba, jego śmierci i pogrzebu. Prawdziwie, jego ostatnie kazanie – jego śmierć – było tym, co dotarło do największej liczby osób. Na pogrzebie ojca McNabba jego przeor, ojciec Bernard Delaney, powiedział:

Wszystko, co [ojciec McNabb] mówił, wszystko, co robił, wszystko, kim był, stanowiło świadectwo jego wielkiej miłości do Mistrza, Naszego Pana Jezusa Chrystusa. Pochłaniała go troska o sprawy Boże – chwałę, sprawiedliwość i prawdę Boga. Był wielkim synem zakonu kaznodziejskiego, ale i kimś więcej – żywym kazaniem.

O ojcu McNabbie można by powiedzieć jeszcze wiele więcej. Wykonał ogromną pracę na rzecz sprawy społecznego panowania Naszego Pana Jezusa Chrystusa; poruszył bardzo wiele dusz; po śmierci ojca McNabba niewielki ruch zapoczątkował inicjatywę na rzecz jego beatyfikacji. Mimo znaczącego wsparcia z kilku stron, niczego nie osiągnięto – głównie dlatego, że w samej rodzinie dominikańskiej zdania na temat ojca McNabba były podzielone. Podczas gdy ci, którzy widywali się z nim rzadziej, uważali go za świętego, kilku spośród współbraci ojca McNabba miało go za wędrownego aktora, niewzruszonego, surowego egomaniaka, który pożądał cudzej uwagi i całkowitego posłuszeństwa. Zdaje się, że wielu spośród braci zakonnych, którzy mieli o nim tak negatywne zdanie, spotkały w ich odczuciu nieprzyjemności, gdy wiele lat wcześniej ojciec McNabb jako przeor Hawkesyard był ich przełożonym – a oni jego podwładnymi.

Podobne wrażenie rozdźwięku wzbudza jedyna istniejąca (pseudo)biografia ojca McNabba. Napisał ją jego uczeń, ojciec Ferdinand Valentine, dominikanin (zbyt młody, aby pamiętać znojne czasy w Hawkesyard), który, w miarę pisania książki i napotykania opinii na temat ojca McNabba znacznie różniących się od swoich własnych przeszedł od postawy uwielbienia dla bohatera do pełnej zakłopotania niepewności. Największą zaletę książki ojca Valentine’a – będącej raczej nieco komicznym quasi-psychologicznym studium, w którym autor snuł wielorakie domniemania, zamiast rzetelnie przyjrzeć się biografii ojca McNabba i przestudiować jego dzieła – stanowi dodatek zawierający duży zbiór korespondencji i świadectw, które zajmują ponad ćwierć objętości całej książki. Niestety, przez wiele lat reputacja ojca McNabba cierpiała wskutek tego, w jaki sposób przedstawił go w swojej książce ojciec Valentine. W 1996 r. redaktorzy „The Chesterton Review” uczynili odważny krok, poświęcając ojcu McNabbowi bardzo pożyteczny numer specjalny, choć zamieszczone w artykuły różnie oceniały jego osobę. Jedyną poza tymi dwiema publikacją na temat ojca McNabba jest pełna zaskakującego podziwu dla jego osoby książka autorstwa E.A. Sidermanna, jednego z ludzi najczęściej zadających mu podchwytliwe pytania na Speakers’ Corner – i w dodatku ateisty.

Nie ulega wątpliwości, że niektóre aspekty katolickiej nauki społecznej, w których obronie występował ojciec McNabb, zostałyby przyjęte entuzjastycznymi okrzykami przez niektórych spośród „typowych” uczestników pierwszomajowych protestów przeciw kapitalizmowi i globalizacji, a inne spotkałyby się z niemrawymi oklaskami na dość upiornych spotkaniach z trzymaniem się za ręce organizowanych w całym kraju w ramach inicjatywy Sprawiedliwość i Pokój [Justice and Peace] przez odzianych w swetry pseudodominikanów, którzy, niestety, nawet dziś uchodzą niekiedy za synów św. Dominika. Niemniej jednak na wielką część tego, czego orędownikiem był ojciec McNabb – na integralny, prawy, nieskory do przepraszania za swoje istnienie, silny, żarliwy katolicyzm – nie patrzy się już dziś przychylnie. Nie ulega wątpliwości, że ojciec McNabb spotkałby się z niegościnnym traktowaniem ze strony tego, co uchodzi za katolicyzm w tak wielu kościołach w naszym kraju – a właściwie na całym świecie. Jako lekarstwo na tę sytuację ojciec McNabb przepisałby apostolat Akcji Katolickiej – ale tylko gdyby oparto go na mocnym i silnie zakorzenionym w wierze życiu duchowym. Ojciec McNabb rozumiał, że dobre przeżycie naszego życia da więcej niż wypowiadane przez nas słowa.

Chciałbym zakończyć ten tekst kilkoma jeszcze słowami ojca McNabba i ułożoną przez niego modlitwą:

Niektórzy ludzie mówią: „Nie lubię kazań. Nigdy nie chodzę słuchać kazania”. Nie wiedzą, że same te słowa są kazaniem. Nie zdają sobie sprawy, że każdy nasz uczynek, o którym słyszy lub który widzi drugi człowiek, jest wygłoszonym kazaniem. Najlepszym i najgorszym spośród wszystkich kazań jest nasze życie. Bóg uczynił każdego mężczyznę i każdą kobietę apostołami, gdy uczynił ich zdolnymi do życia wśród innych mężczyzn i kobiet. Najlepszym argumentem za Kościołem Katolickim nie są słowa wymawiane z tej ambony, ale sposób, w jaki prowadzimy życie w tym klasztorze i w tej parafii. Powinniśmy mierzyć słowa miarą życia, a nie życie – miarą słów.

Mistrzu, nagnij moje uparte serce, uczyń me usta prawdomównymi. Niech moja modlitwa będzie modlitwą prawdy i modlitwą błagania. Niech pragnę tego, o czym mówię, że pragnę; niech pragnę nade wszystko tego, co Ty ustanowiłeś najważniejszym, na szczycie wszystkich naszych pragnień – Twojej Woli, Twojego Królestwa i czci dla Twojego Imienia.

_______

PRZYPISY TŁUMACZA

[1] Epikleza (z gr. ἐπίκλησις – „wzywanie-na”) – modlitwa wstawiennicza, w której kapłan prosi Boga Ojca o posłanie Ducha Uświęciciela, by składane ofiary stały się Ciałem i Krwią Chrystusa i aby wierni, przyjmując Je, sami stawali się żywą ofiarą dla Boga. Jest także modlitwą o pełną realizację komunii zgromadzenia z misterium Chrystusa. Por. Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 1105 i 1109, Poznań 1994, http://www.katechizm.opoka.org.pl/rkkkII-1-1.htm

[2] Ryt Sarum (in. ryt z Salisbury) – katolicki ryt liturgiczny, który kształtował się od XI wieku, i którym posługiwano się powszechnie na Wyspach Brytyjskich mniej więcej do końca XVI wieku.

_______

Tłumaczenie na podstawie:

Michael Hennessy, Father Vincent McNabb: a voice of contradiction (Part I), http://nazarethmeasure.blogspot.com/2007/04/father-vincent-mcnabb-voice-of.html

Michael Hennessy, Father Vincent McNabb: a voice of contradiction (Part II), http://nazarethmeasure.blogspot.com/2007/04/father-vincent-mcnabb-voice-of_18.html

Michael Hennessy, Father Vincent McNabb: a voice of contradiction (Part III), http://nazarethmeasure.blogspot.com/2007/04/father-vincent-mcnabb-voice-of_8694.html

Michael Hennessy, Father Vincent McNabb: a voice of contradiction (Part IV), http://nazarethmeasure.blogspot.com/2007/04/father-vincent-mcnabb-voice-of_9847.html

Michael Hennessy, Father Vincent McNabb: a voice of contradiction (Part V), http://nazarethmeasure.blogspot.com/2007/04/father-vincent-mcnabb-voice-of_2282.html

Michael Hennessy, Father Vincent McNabb: a voice of contradiction (Part VI), http://nazarethmeasure.blogspot.com/2007/04/father-vincent-mcnabb-voice-of_3786.html

_______

Father Vincent McNabb: a voice of contradiction opublikowano w sześciu częściach na stronie Michaela Hennessy’ego The Nazareth Measure 18 kwietnia 2007 r.

_______

Skrócone wersje tekstu opublikowano tutaj:

Michael Hennessy, Fr. Vincent McNabb: A Voice of Contradiction, http://www.seattlecatholic.com/a050429.html

Michael Hennessy, Fr. Vincent McNabb: A Voice of Contradiction, http://distributist.blogspot.com/2007/01/fr-vincent-mcnabb-voice-of.html

Michael Hennessy, Father Vincent McNabb: a Voice of Contradiction, http://www.vincentmcnabb.org/contradiction.html

Benedykt XVI „Wielkim wyborem chrześcijaństwa jest wybór racjonalności oraz pierwszeństwa rozumu”*

Odpowiedź Jego Świątobliwości Benedykta XVI na pytanie, jakie skierował do niego 6 kwietnia 2006 r. podczas spotkania z młodzieżą na Placu Świętego Piotra Giovanni:

„Ojcze Święty, mam na imię Giovanni, mam 17 lat, uczę się w Technikum im. Giovanniego Giorgiego w Rzymie i należę do parafii Najświętszej Maryi Panny Matki Miłosierdzia.

Proszę Cię, byś pomógł nam lepiej zrozumieć, w jaki sposób objawienie biblijne i teorie naukowe mogą spotkać się w poszukiwaniu prawdy.

Często skłonni jesteśmy sądzić, że nauka i wiara są sobie wrogie; że nauka i technika są tym samym; że logika matematyczna odkryła wszystko; że świat jest dziełem przypadku oraz że jeśli matematyka nie odkryła teorematu-Boga, stało się tak dlatego, że Bóg po prostu nie istnieje.

Krótko mówiąc, zwłaszcza kiedy się uczymy, nie zawsze łatwo jest sprowadzić wszystko do Bożego planu, wpisanego w naturę i w dzieje człowieka. I czasami wiara staje się chwiejna albo zostaje sprowadzona do zwykłego aktu uczuciowego.

Ojcze Święty, ja również, jak wszyscy młodzi, odczuwam głód Prawdy: ale co mam robić, żeby doprowadzić do pogodzenia w moim życiu nauki z wiarą?”

_______

Wielki Galileusz powiedział, że Bóg napisał księgę natury językiem matematycznym. Był przekonany, że Bóg podarował nam dwie księgi: księgę Pisma Świętego oraz księgę natury. A językiem natury — takie żywił przekonanie — jest matematyka, a zatem to ona jest językiem Boga, językiem Stwórcy.

Pomyślmy teraz o tym, czym jest matematyka: sama w sobie jest systemem abstrakcyjnym, wynalazkiem ludzkiego umysłu, który w czystej formie nie istnieje. Jest zawsze urzeczywistniany w przybliżeniu, ale — jako taki — jest systemem intelektualnym, jest wielkim, genialnym wynalazkiem ludzkiego umysłu.

Rzeczą zaskakującą jest, że ten wynalazek naszego ludzkiego umysłu rzeczywiście jest kluczem do zrozumienia natury, że natura ma rzeczywiście strukturę matematyczną i że nasza matematyka, wynaleziona przez nasz umysł, jest rzeczywiście narzędziem pozwalającym pracować nad naturą, sprawić, by nam służyła, by dzięki technice stała się narzędziem.

Wydaje mi się rzeczą niemal niewiarygodną, że wynalazek ludzkiego intelektu i struktura wszechświata są zbieżne: wynaleziona przez nas matematyka daje nam rzeczywiście dostęp do natury wszechświata i czyni go dla nas użytecznym.

A zatem struktura intelektu ludzkiego podmiotu i obiektywna struktura rzeczywistości są zbieżne: subiektywny rozum oraz rozum zobiektywizowany w naturze są tożsame. Myślę, że ta zbieżność tego, co wymyśliliśmy, z tym, w jaki sposób realizuje się i zachowuje natura, stanowi wielką zagadkę i wielkie wyzwanie, ponieważ widzimy, że ostatecznie istnieje «jeden» rozum, łączący obydwa.

Nasz rozum nie mógłby odkryć tego drugiego, gdyby nie było jednego rozumu ponad obydwoma.

Wydaje mi się, że właśnie w tym sensie matematyka — w której Bóg jako taki nie może się objawić — pokazuje nam rozumną strukturę wszechświata. Dzisiaj mamy również teorie chaosu, ale odgrywają ograniczoną rolę, bowiem gdyby chaos miał przewagę, cała technika stałaby się niemożliwa. Tylko dzięki temu, że nasza matematyka jest wiarygodna, również technika jest wiarygodna.

Nasza nauka, która ostatecznie sprawia, że możemy wykorzystywać siły natury, zakłada wiarygodną, rozumną strukturę materii. W ten sposób widzimy, że istnieje racjonalność subiektywna oraz racjonalność zobiektywizowana w materii, i są one zbieżne.

Oczywiście, nikt nie może teraz udowodnić — tak jak się udowadnia doświadczalnie, w prawach techniki — że obydwie mają rzeczywiście źródło w jednej inteligencji, ale wydaje mi się, że ta jedność inteligencji, kryjąca się za obiema inteligencjami, objawia się naprawdę w naszym świecie. Im bardziej dzięki naszej inteligencji możemy czynić ze świata narzędzie, tym bardziej objawia się zamysł Stworzenia.

W końcu, żeby dojść do najważniejszej kwestii, powiedziałbym: Bóg albo jest, albo Go nie ma. Istnieją tylko te dwie możliwości. Albo się uznaje pierwszeństwo rozumu, stwórczego Rozumu, będącego u początku wszystkiego i będącego zasadą wszystkiego — priorytet rozumu jest również priorytetem wolności — albo też przyznaje się priorytet elementowi irracjonalnemu, skutkiem czego wszystko, co dzieje się na naszej ziemi i w naszym życiu, byłoby jedynie przypadkowe, marginalne, byłoby irracjonalnym wytworem — rozum byłby wytworem irracjonalności.

Nie można ostatecznie «udowodnić» jednej lub drugiej hipotezy, ale wielkim wyborem chrześcijaństwa jest wybór racjonalności oraz pierwszeństwa rozumu. Wydaje mi się to doskonałym wyborem, pokazującym nam, że za tym wszystkim stoi wielka Inteligencja, której możemy zaufać.

Jednocześnie wydaje mi się, że obecnie prawdziwym problemem dla wiary jest zło w świecie: pytamy się, w jaki sposób można je pogodzić z tą rozumnością Stwórcy. I tu rzeczywiście potrzebujemy Boga, który stał się człowiekiem i który nam pokazuje, że nie jest On tylko rozumem matematycznym, ale że ten pierwotny Rozum jest również Miłością. Jeśli patrzymy na te wielkie drogi, wybór chrześcijański również dzisiaj jest wyborem najbardziej racjonalnym i najbardziej ludzkim.

Dlatego z ufnością możemy wypracować filozofię, wizję świata opierającą się na tym priorytecie rozumu, na ufności, że stwórczy Rozum jest miłością, i że tą miłością jest Bóg.

_______

PRZYPIS

* Tytuł pochodzi od autora bloga.

_______

Opracowanie na podstawie:
Incontro del Santo Padre con i Giovani della Diocesi di Roma in preparazione alla XXI Giornata Mondiale della Gioventù – Colloquio di sua Santità Benedetto XVI con i giovani, http://www.jesus.2000.years.de/holy_father/benedict_xvi/speeches/2006/april/documents/hf_ben-xvi_spe_20060406_xxi-wyd_it.html

Encounter of His Holiness Benedict XVI with the Youth, http://www.jesus.2000.years.de/holy_father/benedict_xvi/speeches/2006/april/documents/hf_ben-xvi_spe_20060406_xxi-wyd_en.html

Benedykt XVI, Dawajcie świadectwo o Bogu w świecie współczesnym, http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/benedykt_xvi/przemowienia/mlodziez-rozmowa_06042006.html

Tłumaczenie: Pius XII „Człowiek uprawiający ziemię wciąż reprezentuje naturalny porządek rzeczy chciany przez Boga – Papież o życiu na wsi”*

Przemówienie wygłoszone przez Jego Świątobliwość Piusa XII 15 listopada 1946 r. w Rzymie do delegatów zgromadzonych na Konwencji Narodowej Konfederacji Właścicieli i Zarządców Gospodarstw Rolnych.

_______

Powitanie

Za każdym razem, gdy witamy przedstawicieli zawodów tworzących ekonomiczne i społeczne życie narodu, doświadczamy szczególnej przyjemności. Dodatkową satysfakcję czerpiemy przy tej okazji, witając was, ukochanych synów, delegatów rozległej Narodowej Konfederacji, złożonej z wielkiej liczby właścicieli-zarządców gospodarstw rolnych. Ziemia, którą uprawiacie, to „żyzne pola”, „dulcia arva”, tak drogie szlachetnemu Wergiliuszowi (Bukoliki). To ziemia Italii, której trwałe i życiodajne zdrowie, której żyzne pola, słoneczne pagórki i cieniste lasy, której płodne winorośle i drzewa oliwkowe, której zadbane trzody opiewał Pliniusz (Naturalis Historia). „O fortunatos nimium, sua si bona norint, agricolas!” (Wergiliusz, Georgiki). „O więcej niż szczęśliwi rolnicy” – wołał wielki poeta wsi. – „Gdyby tylko znali swoje szczęście!”. Nie mogliśmy zatem pozwolić, aby ta okoliczność minęła bez słowa zachęty i napomnienia, szczególnie że wszyscy dobrze zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo odrodzenie moralne całego naszego narodu zależy od rozsądnej społecznie i stałej w wierze klasy rolników.

Kontakt z naturą

Żyjecie bardziej niż ktokolwiek inny w stałym kontakcie z naturą. Ten kontakt jest prawdziwy, ponieważ prowadzicie swoje życie w miejscach wciąż odległych od zbytków sztucznej cywilizacji. Pod słońcem Niebieskiego Ojca poświęcacie wasze życie wydobywaniu z głębi ziemi obfitych bogactw, które ukryła tam dla was Jego ręka. Wasz kontakt z Matką Ziemią ma również głębokie znaczenie społeczne, ponieważ wasze rodziny to nie tylko społeczności konsumentów, ale również i w szczególności wspólnoty producentów.

Zakorzenieni w rodzinie

Wasze życie jest zakorzenione w rodzinie – uniwersalnie, głęboko i całkowicie. W rezultacie przebiega w ścisłej bliskości z naturą. W tym leży wasza siła ekonomiczna i wasza umiejętność przezwyciężenia trudności w czasach kryzysu. Owo silne zakorzenienie w rodzinie stanowi o wadze waszego udziału we właściwym rozwoju prywatnego i publicznego porządku społecznego. Z tego względu jesteście wezwani do pełnienia niezbędnej funkcji źródła i obrońcy nieskazitelnego życia moralnego i religijnego. Ziemia bowiem jest jakby szkołą, która daje zdrowych na duszy i ciele ludzi do wszystkich zajęć, dla Kościoła i dla Państwa.

Kultura wiejska

Tym bardziej należy zatem wykazać się wielką troska o zachowanie dla narodu istotnych elementów tego, co można by nazwać autentyczną kulturą wiejską. Musimy chronić wartości takie jak pracowitość, proste i uczciwe życie, szacunek dla autorytetu, szczególnie dla autorytetu rodziców, miłość do ojczyzny i wierność tradycjom, które okazywały się na przestrzeni wieków krynicą dobra. Musimy pielęgnować gotowość do pomagania sobie wzajemnie w kręgu rodziny i między rodzinami; dom domowi. Wszystkie te przymioty musimy ożywiać prawdziwym duchem religijnym, bo bez takiego ducha te właśnie cnoty mają tendencję do przeradzania się w nieokiełznaną pogoń za zyskiem. Niech bojaźń Boża i wiara w Boga, wiara, która znajduje swój codzienny wyraz w modlitwach odmawianych wspólnie przez całą rodzinę, podtrzymuje życie osób pracujących na roli i kieruje nim. Niech kościół pozostanie sercem wsi, świątynią ludzi. Niech w każdą niedzielę gromadzi wyznawców, trwających przy świętych tradycjach swoich przodków. Tam wierni mogą wznieść swoje umysły ponad rzeczy materialne, chwaląc Boga i służąc Mu oraz zanosząc prośby o siłę do myślenia i życia w prawdziwie chrześcijański sposób podczas nadchodzącego tygodnia.

Godziwe wynagrodzenie

Uprawa ziemi ma ze swej natury charakter rodzinny, a zatem jest bardzo istotnym elementem społecznej i ekonomicznej pomyślności całego narodu. Człowiek uprawiający ziemię ma zatem szczególne prawo do godziwego wynagrodzenia za swoją pracę. W ciągu ostatniego wieku, a nawet obecnie, dochodziło do zniechęcających prób realizowania innych celów kosztem uprawy roli. Jeśli ktoś stara się o stojącą na najwyższym poziomie i najszybciej rozwijającą się gospodarkę narodową albo o zaopatrzenie narodu w produkty rolnicze możliwie najtańszym sposobem, w obydwu przypadkach stanie przed pokusą podporządkowania rolnictwa takim właśnie celom.

Obowiązki względem ziemi i bliźniego

Ciąży na was zatem obowiązek pokazania, że mimo swego rodzinnego charakteru uprawa roli nie oznacza rezygnacji z korzyści, jakie odnosi się w związku z innymi rodzajami działalności gospodarczej, a ponadto pozwala uniknąć związanych z nimi niebezpieczeństw. Bądźcie otwartymi na zmiany, troskliwymi i pełnymi inicjatywy włodarzami waszej ojczystej ziemi, której należy używać, ale nigdy nie nadużywać. Niech będzie widoczne, że jesteście rozumnymi, gospodarnymi ludźmi, otwartymi na postęp; ludźmi, którzy odważnie wykorzystują kapitał własny i innych dla wspomożenia i uzupełnienia waszej pracy – pod warunkiem, że takie wydatki nie będą stanowić zagrożenia dla przyszłości waszych rodzin. Pokażcie, że uczciwie prowadzicie sprzedaż, że nie bogacicie się podstępnie i zachłannie kosztem innych, i że jesteście życzliwymi nabywcami na waszych lokalnych rynkach.

Dobrze wiemy, jak często sprostanie temu ideałowi może się nie powieść. Mimo że dostrzegamy prawość intencji oraz godność w postępowaniu, którymi może chlubić się wielu rolników, nie ulega jednak wątpliwości, że obecne czasy wymagają wielkiej stałości przekonań i siły woli. Musicie przedkładać zdobywanie środków do życia w pocie czoła nad poddawanie się diabelskiej pokusie łatwego zysku, który oznaczałby wyzysk znajdującego się w naglącej potrzebie bliźniego.

Edukacja do życia na wsi

Egoizm wyraża się również w inny sposób poprzez błąd rodziców, którzy zbyt wcześnie przymuszają dzieci do pracy, zaniedbując ich formację duchową, kształcenie, edukację szkolną oraz specjalistyczne szkolenie zawodowe. Nic bardziej błędnego niż przekonanie, że człowiek uprawiający ziemię nie potrzebuje gruntownej i odpowiedniej edukacji, która umożliwi mu wykonywanie różnych pojawiających się obowiązków we właściwym czasie.

Grzech, ziemia i praca

To prawda, że grzech uczynił pracę na roli uciążliwą, ale to nie grzech sprowadził na świat taką pracę. Zanim pojawił się jakikolwiek grzech „Bóg dał człowiekowi ziemię, aby ją uprawiał – jako najpiękniejsze i najbardziej zaszczytne zajęcie w naturalnym porządku rzeczy”. Wskutek grzechu pierworodnego naszych pierwszych rodziców wszystkie grzechy uczynkowe ludzkości ściągały na ziemię ciążące coraz bardziej przekleństwo. Dotykały ją kolejne nieszczęścia wszelkiego rodzaju: powodzie, trzęsienia, zarazy, niszczące wojny i miny lądowe. W niektórych miejscach ziemia stała się jałowa, nieurodzajna i zniszczona – i odmówiła człowiekowi swoich ukrytych skarbów. Ziemia to wielkie zranione stworzenie; jest chora. Pochylając się nad nią – nie jako niewolnik nad czymś niewdzięcznym, ale jako lekarz nad powalonym chorobą pacjentem – rolnik z miłością, hojnie obdarza ją swoją troską. Ale miłość, mimo że jest tak potrzebna, nie wystarczy. Znać naturę, znać, można by powiedzieć, usposobienie własnego kawałka ziemi, czasem tak innego od sąsiedniego; umieć dostrzec bakterie niszczące ziemię, gryzonie ryjące pod nią korytarze, szkodniki zjadające jej owoce, chwasty atakujące uprawy; ustalić, czego jej brakuje, i dokonać wyboru kolejnych pór sadzenia, które wzbogacą ziemię, nawet gdy będzie odpoczywać – te i tak wiele innych rzeczy wymagają szerokiej i zróżnicowanej wiedzy oraz informacji.

Reformy ziemskie

W dodatku, całkiem niezależnie od procesu odbudowy wymuszonego przez wojnę, w wielu miejscach sytuacja dotycząca ziemi wymaga ostrożnych i dobrze zaplanowanych kroków wstępnych, które należy podjąć, aby dokonać jakiejkolwiek reformy w zakresie własności ziemi oraz kontraktów rolnych. Jak uczą nas historia oraz doświadczenie, bez takich działań improwizowana reforma przerodziłaby się w czystą demagogię. Zatem – zamiast przynosić zyski – byłaby zarówno bezużyteczna, jak i niebezpieczna, szczególnie dziś, gdy ludzkość wciąż musi bać się o swój chleb powszedni. W dawniejszych czasach stosunkowo często zwodnicze i pełne przechwałek nawoływania mówców bez zasad czyniły z mieszkańców wsi nieświadome ofiary wyzysku i niewolników podległych zwierzchności, której instynktownie starali się unikać.

Miasto czy wieś

Ze względu na to, że życie rolnika toczy się tak blisko natury i opiera w tak znacznym stopniu na rodzinie, tym drastyczniej ujawniają się w związku z nim pewne typowe rodzaje niesprawiedliwości. Są one najbardziej widoczne w konflikcie między miastem a wsią. Jaki jest powód tego konfliktu, tak charakterystycznego – niestety – dla naszych czasów?

Współczesne miasta, ze swoim nieprzerwanym wzrostem i olbrzymim zagęszczeniem mieszkańców, są typowym wytworem kontroli sprawowanej nad życiem ekonomicznym i samym życiem człowieka przez interesy wielkiego kapitału. Jak Nasz znakomity Poprzednik Pius XI pokazał tak celnie w Swojej encyklice Quadragesimo Anno, zbyt często zdarza się, że to nie potrzeby ludzkie – w zgodzie ze swą naturalną i obiektywną doniosłością – rządzą życiem ekonomicznym i korzystaniem z kapitału. Wręcz przeciwnie – kapitał i jego żądza zysku decydują o tym, jakie powinny być potrzeby człowieka i do jakiego stopnia zostaną zaspokojone. Zatem to nie ludzka praca w służbie wspólnej pomyślności jest tym, co przyciąga kapitał i zmusza go do służby. To raczej kapitał miota pracą i samym człowiekiem na wszystkie strony – jak piłką w grze. Jeśli z powodu tego nienaturalnego stanu rzeczy cierpi mieszkaniec miasta, w o ileż większej sprzeczności stoi to z samą istotą życia rolnika. Mimo wszystkich spotykających go trudności, człowiek uprawiający ziemię wciąż reprezentuje naturalny porządek rzeczy chciany przez Boga. Rolnik wie, że człowiek ma przez swoją pracę panować nad rzeczami materialnymi; rzeczy materialne nie mają panować nad człowiekiem.

Ucieczka do miasta

Na tym zatem polega głęboko ukryta przyczyna współczesnego konfliktu między miastem a wsią – ludzie stają się całkowicie różni w zależności od swojego punktu widzenia. Różnica poglądów staje się tym bardziej wyrazista, im bardziej kapitał, zrezygnowawszy ze szlachetnej misji starania o dobro wszystkich grup w społeczeństwie, przenika świat rolnika albo innym sposobem angażuje go w swoje niegodziwości. Świeci swoim złotem i pełnym uciech życiem przed oczami rolnika, aby wywabić go z jego ziemi do miasta, gdzie będzie mógł roztrwonić swoje ciężko zarobione oszczędności. Miasto zazwyczaj nie ma mu do zaoferowania nic poza rozczarowaniem; rolnik często traci tam zdrowie, siłę, szczęście, honor i samą duszę.

Monopol ziemski

Gdy ziemia zostaje w ten sposób opuszczona, kapitał spieszy, aby objąć ją w posiadanie; ziemia staje się wtedy już nie czymś, co się kocha, ale przedmiotem wyrachowanej eksploatacji. Ziemia – hojna opiekunka – tak miasta, jak i wsi – zostaje zmuszona do produkcji wyłącznie w celu spekulacji – podczas gdy ludzie cierpią głód; rolnik, obciążając się długami, powoli zbliża się ku ruinie; narodową gospodarkę ogarnia wyczerpanie wskutek płacenia wysokich cen za żywność, którą zmuszona jest importować z zagranicy. To wypaczenie prywatnej własności wiejskiej jest wysoce szkodliwe. Nowi posiadacze nie okazują ani miłości, ani troski temu kawałkowi ziemi, który z miłością uprawiało tak wiele pokoleń, a rodziny, które uprawiają ją i mieszkają na niej teraz, traktują bez serca. To jednak nie własność prywatna, choć prowadząca czasami do wyzysku, jest przyczyną tego wynaturzenia. Nawet w tych przypadkach, kiedy Państwo przywłaszcza sobie cały kapitał i wszystkie środki produkcji, interesy przemysłu i handlu zagranicznego, charakterystyczne dla miasta, biorą górę. Ktoś, kto faktycznie uprawia rolę, cierpi wtedy tym bardziej. Naruszona zostaje fundamentalna prawda, której Kościół trzyma się konsekwentnie w swoim nauczaniu społecznym. Kościół uczy, że cała gospodarka narodu stanowi pewną całość i że wszystkie możliwości produkcyjne danego terytorium narodowego powinny być rozwijane w zdrowych proporcjach. Konflikt między miastem a wsią nigdy nie osiągnąłby dzisiejszych rozmiarów, gdyby trzymano się tej podstawowej prawdy.

Każdemu to, co mu się należy

Wy, rolnicy, z pewnością nie pragniecie takiego konfliktu; chcecie, aby każda z gałęzi gospodarki narodowej otrzymała swoją należność; jednakże chcecie również zachować swoją część. Musicie zatem otrzymać wsparcie roztropnego planowania politycznego oraz rozsądnego prawa. Ale najistotniejsza część pomocy musi pochodzić od was samych, ze strony waszych związków spółdzielczych, szczególnie unii kredytowych. Wtedy być może uzdrowienie całej gospodarki przyjdzie ze strony rolnictwa.

Wspólnota pracy

I wreszcie słowo o pracy. Wy, uprawiający rolę, tworzycie w ramach waszych rodzin wspólnotę pracy. Wraz z innymi rolnikami i współpracownikami tworzycie kolejną wspólnotę pracy. Wreszcie, pragniecie utworzyć wielką wspólnotę pracy ze wszystkimi innymi grupami zawodowymi. Stoi to w zgodzie z nakazami Boga i natury. To prawdziwa katolicka koncepcja pracy. Praca łączy wszystkich ludzi we wspólnej służbie potrzebom innych i stanowi wspólny wysiłek na drodze do osobistej doskonałości ku czci Stwórcy i Zbawiciela. Bądźcie stali w szacunku dla waszej pracy jako istotnej wartości. Wy i wasze rodziny przyczyniacie się do wspólnego dobra; taka praca chroni wasze fundamentalne prawo do dochodu wystarczającego na utrzymanie harmonizujące z waszą godnością i potrzebami kulturalnymi jako ludzi. Oznacza również uznanie konieczności łączenia się z wszystkimi innymi grupami zawodowymi, które trudzą się dla różnych potrzeb społeczeństwa. Wasza praca to urzeczywistnienie waszego wsparcia dla zasad pokoju społecznego.

Błogosławieństwo końcowe

Z całego Naszego serca, drodzy synowie, przyzywamy Bożego błogosławieństwa dla was i waszych rodzin. Kościół zawsze błogosławił was w szczególny sposób i na wiele sposobów włączał wasz rok pracy w swój rok liturgiczny. Przyzywamy tych błogosławieństw dla pracy waszych rąk, z których święty ołtarz Boży otrzymuje chleb i wino. Niech Bóg da wam, cytując słowa Pisma Świętego, „z rosy niebieskiej i z tłustości ziemskiej obfitość zboża i wina” (Genesis XXVII, 28). Niech wasza ziemia, jak żyzne etruskie pola między Fiesole i Arezzo, tak podziwiane przez Liwiusza, „obfitują w zboże, bydło i inne wszelkie inne dobra”, „frumenti ac pecoris et omnium copia rerum opulenti” (Liwiusz, Ab Urbe Condita). Z tymi uczuciami i życzeniami udzielamy wam i wszystkim drogim wam osobom Naszego ojcowskiego Apostolskiego Błogosławieństwa.

_______

Pięćdziesiąt pięć lat wcześniej Papież Leon XIII napisał:

Zalety posiadania ziemi

„Otóż, jeśli się rozwinie zapobiegliwość w ludzie przez nadzieję posiadania kawałka ziemi, wówczas zniknie przepaść między olbrzymim bogactwem i straszną nędzą, a jedna klasa stanie się drugiej bliższą. Ponadto wzmoże się wydajność ziemi. Rośnie bowiem w człowieku ochota do pracy i pilności, jeśli wie, że na swoim pracuje; wnet przywiązuje się człowiek serdecznie do ziemi, którą pracą rąk własnych uprawia, spodziewając się od niej nie tylko środków do utrzymania życia potrzebnych, ale jeszcze pewnego dostatku dla siebie i dla swoich. I każdy przyzna; że to pobudzenie woli ludzkiej walnie przyczyni się do wzmożenia wydajności ziemi i bogactwa państw. I wreszcie trzecią korzyścią będzie; że łatwiej da się utrzymać ludzi w państwie, w którym ujrzeli światło dzienne; nie porzucaliby bowiem ojczyzny, gdyby im dawała możność prowadzenia znośnego życia.”

(Leon XIII, Rerum Novarum, 15 maja 1891. Cyt. w jęz. polskim za: Leon XIII, Rerum Novarum, nr 35, http://pl.wikisource.org/wiki/Rerum_novarum)

_______

PRZYPIS TŁUMACZA

* Tytuł pochodzi od tłumacza.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Pius XII, The Pope Speaks on Rural Life, http://www.ewtn.com/library/PAPALDOC/POPRURAL.HTM

The Pope Speaks on Rural Life opublikowano na stronie EWTN (Eternal Word Television Network).

Logo Luke7777777

Logo Luke7777777 to litera L oraz liczba 7 umieszczone w kwadratowym polu.

Kolor czarny oznacza anarchię jako naturalny stan relacji między ludźmi. Symbolizuje przywiązanie do idei agoryzmu oraz wolnego rynku. Przypomina o śmierci i potrzebie wyrzeczeń.

Kolor biały oznacza budowanie własnego życia w oparciu o dobrowolną współpracę z innymi, czyli praktyczne stosowanie zasady nieagresji. Jest obrazem wolności, radości i czystości. Mówi o powołaniu do celibatu poświęconego Bogu.

Kolor czerwony oznacza odwagę. Przypomina o krwi przelewanej przez męczenników za wiarę katolicką. Stanowi nawiązanie do szlachetnej barwy karmazynowej, symbolizującej godność człowieka i dostatek materialny. Mówi o powołaniu do małżeństwa.

Kolor złoty oznacza uczciwość i mądre korzystanie z dóbr doczesnych. Wskazuje na potrzebę dążenia do doskonałości.

Kolor niebieski oznacza otwartość na prawdę i wierność dobrym zasadom.

Sąsiadujące ze sobą czerń i biel przypominają o istnieniu granicy między dobrem a złem. Nawiązują do idei infoanarchizmu. Kolory czarny i czerwony symbolizują mutualizm. Złoto i czerń to barwy woluntaryzmu i anarchizmu rynkowego.

Biel i czerwień oznaczają Polskę. Mówią o przywiązaniu do ojczyzny (macierzy), czyli tego, co otrzymaliśmy od matki i ojca oraz innych przodków jako dar i zadanie. Kolory biały i złoty nawiązują do barw papieskich. Wskazują na potrzebę gotowości do obrony wiary katolickiej.

Kolory logo Luke7777777:

Czarny / Black
RGB: 0, 0, 0

Biały / White
RGB: 255, 255, 255

Polski karmazyn L7 / L7 Polish Crimson
RGB: 217, 0, 0

Złoty / Gold
RGB: 255, 215, 0

Ultramaryna / Ultramarine
RGB: 18, 10, 143