Euro reformy

Opublikowano w: Europa wschodnia, kryzys, Polityka.
Komentarze są wyłączone

Jak dostać 5 miliardów grzywny

Opublikowano w: dopiski, EU, kryzys.
Komentarze są wyłączone

Klasa klasy politycznej

Opublikowano w: EU, Europa wschodnia, kryzys.
Komentarze są wyłączone

Burdy w Unii popłacają

Opublikowano w: EU, kryzys.
Komentarze są wyłączone

Jedyny mężczyzna w Unii

Funny thing… Wygląda na to że jedynym mężczyzną wśród premierów państw EU jest pani Iveta Radicova ze Słowacji, która odważnie powiedziała EU aby ta poszła sobie do diabła i że jej kraj nie będzie wyrzucać pieniędzy swoich obywateli na ratowanie greckiego socjału. Amen. Tak robi przywódca.

Słowaccy socjaliści zgodzili się poprzednio na udział w bailoucie Grecji sumą 818 milionów euro. Już samo to podkreśla stopień degeneracji tzw. procesu demokratycznego. Paru palantów uchwyciwszy raz władzę bez żadnych skrupułów obarcza każdą rodzinę w kraju obowiązkiem łożenia na socjał grecki. Każde z 1.66 miliona gospodarstw domowych na Słowacji miało zostać zmuszone do uczestniczenia w tym akcie wymuszenia na sumę prawie €500. To w sytuacji gdy średnia pensja na Słowacji w 2008 była tylko €705 a średnia pensja w Grecji była ponad dwa razy wyższa. Również o ponad dwa razy wyższy jest dochód narodowy per capita Greka niż Słowaka.

Grek przez lata balował żyjąc ponad stan, od czasu do czasu robiąc przerwę na strajkowanie i na oszukiwanie statystyk unijnych. W końcu kraj doszedł do ściany. Winnych oczywiście nie ma. Kryminały stoją puste, bynajmniej nie z powodu strajku personelu. Pozostały jedynie rachunki do zapłacenia. Cała góra rachunków. Ale z jakiej paki płacić ma je Słowak? Albo na tę sprawę ktokolwiek inny niż Grek? Pani Radicova powzięła trafną, odważną decyzję, nie sprzeniewierzając się swoim wyborczym obietnicom tak jak, nie wskazując palcem,  jej kolega z północy.

Ciekawe  co w swoich najbardziej zuchwałych snach myśleli socjaliści przyjmując to zobowiązanie. Czy bez mistyfikacji z demokracją ktoś z nich rzeczywiście się spodziewał że granda ta kiedykolwiek by przeszła? Że znalazłaby się choć jedna słowacka rodzina z IQ większym niż numer butów która wyrzuciłaby z własnej woli sumę rzędu miesięcznej pensji na wspomaganie socjału gdzieś w Atenach? 

Jedyną metodą rabunku był demokratyczny kult szakala. Wmówienie wyznającym go osłom że skoro większość wybiera socjalistów to daje im przez to czek blanko na przyjmowanie w ich imieniu najbardziej absurdalnych zobowiązań. Socjaliści są wszędzie tacy sami. Wychodząc przed szereg polski minister finansów Rostowski też przecież zaoferował udział w ratowaniu Greków. Na szczęście można przypuszczać że był to jedynie blef nie będącej jeszcze w strefie euro Polski. Gdyby jednak EU go przyjęła to gest Rostowskiego obciążyłby przeciętną polską rodzinę sumą dużo większą niż socjaliści słowaccy próbowali to zrobić u siebie.

Socjalistyczna kamaryla w Brukseli chodzi teraz po suficie złorzecząc i odgrażając się Słowacji za łamanie tak zwanej euro solidarności. Ilustruje to jak w praktyce działać będzie euro imperium po przyjęciu układu lizbońskiego. Prowincje na gwizdek mają się teraz zrzucać gdy tylko centrala rozkaże. A rozkazać może z byle powodu, jak na przykład obecnie obawiając się że jej umoczone w greckie obligacje banki mogą paść. Socjaliści ratują więc kapitalistów rabując na to konto proletariat całej Europy.  Marx by na to nie wpadł.

Dawniej umoczone w toksyczne papiery banki niemieckie ratowane byłyby co najwyżej przez Niemców. Ich sprawa. Francuskie co najwyżej przez Francuzów. Nikt by nie bredził o euro solidatności używając jej za parawanik do wymuszeń danin od reszty. Ale w imperium którego samą racją bytu jest wykonywanie przez prowincje poleceń centrali jest to rzecz normalna. Wkrótce pomruki o łamaniu solidarności przejdą w formalne upomnienia a potem w sankcje. Taka jest konsekwencja scedowania do centrali atrybutów suwerennego państwa. Nie było jeszcze imperium w którym byłoby inaczej i nie po to tworzono euro imperium aby coś tu zmieniać.

Pani Iveta Radicova, premier Słowacji

Grecja powinna paść ponieważ na to zasługuje. Swoim padnięciem, z hukiem, trzaskiem i kurzem, wyświadczyłaby wielką przysługę milionom naokoło oferując   bezcenną lekcję.  Banki by zrozumiały że istnieje ryzyko że podatnik może ich kiedyś nie wyratować chroniąc przed plajtą. Że bank, jak każda kompania, to nie tylko jednokierunkowa autostrada do bonusów ale równie dobrze droga do bankructwa. Inwestorzy zrozumieliby że dług państwowy też nie jest bez ryzyka i że się można na nim zdrowo przejechać tak jak na każdym innym.  Rządy zrozumiałyby że zadłużanie się nie jest rodzajem ATM-u bez limitu wypłat. A Grecy, a za nimi reszta kontynentu, zrozumieliby do czego prowadzi socjał i rządy związkokracji.

Należy się obawiać że bez tego głośnego, widocznego dla wszystkich kolapsu Grecji nikt z problemów krajów PIIGS żadnych wniosków nie wyciągnie. Wręcz przeciwnie, każdy dalszy bailout  i każdy pakiet pomocowy zamiecie jedynie problemy pod dywan.  Każdy głębiej ugodzi w podstawy wolnego rynku. Każdy bardziej zdemoralizuje rządy i społeczeństwa. A każdy bailout  bogatszych przez uboższych zdemoralizuje je natomiast absolutnie.

————————–
dodane 25.08.2010:   Pani Radicova znowu wykazała nieprzeciętną ikrę – zażądała przeprosin parlamentu słowackiego przez komisarza EU Rehna uważając że go obraził.  I bardzo słusznie.  Bravo, Iveta!

©2010 dwagrosze.blogspot.com

Opublikowano w: EU, Europa wschodnia, kryzys.
Komentarze są wyłączone

Węgry – USA

dywagacje na marginesie

Zadłużenie zagraniczne Ameryki wg danych z końca 2009 wynosiło $15.3 biliona, czyli ok. 108% GDP. W liczbach absolutnych oznacza to przyrost długu w ciągu ostatnich dwóch dekad o 705%.  Węgry dla porównania w ciągu krótszego okresu czasu dorobiły się zadłużenia zagranicznego procentowo prawie identycznego – 111% GDP – i są przez to w ciężkich opałach.  Czemu zatem Ameryka nie jest w podobnych tarapatach?

Otóż odpowiedź na to pytanie jest prosta – również jest, tylko myśli że się z tego jeszcze wywinie. Źródłem optymizmu szefa FEDu Bernanke jest fakt że Ameryka, w odróżnieniu od Węgier, może dolary potrzebne jej na spłatę zadłużenia po prostu wydrukować. Węgry natomiast euro i franków szwajcarskich na spłatę swojego zadłużenia wydrukować nie mogą. Z tych też powodów USA mogą stręczyć Węgrom IMF aby ich pouczał jak wyjechać z bagna w które wpuścili je socjaliści. Nie należy się natomiast spodziewać aby Węgry zaagitowały w IMF aby ten zajął się swoim największym udziałowcem – wujem Samem. Końska medycyna którą zazwyczaj przepisuje IMF w zamian za uległość miałaby jednak tę samą rację bytu w obu krajach.

Oba kraje też mają podobne szanse na spłacenie powziętych zobowiązań po bożemu, czyli od niewielkich do prawie żadnych. Po bożemu oznacza w tym przypadku zarówno bez sztuczek z rozcieńczaniem wartości pieniądza jak i bez defaultu na przynajmniej części długu. Historycznie żadnemu krajowi z zadłużeniem zagranicznym większym niż jego GDP się to nie udało. Zawsze albo spłacał długi pieniądzem mocno zdewaluowanym, wartym jedynie część poprzedniej wartości, albo stawiał wierzycielom propozycję nie do odrzucenia. Opiewała ona na spłatę co najwyżej części zobowiązań i zapomnienie o całej reszcie.

Zdaje sobie z tego niewątpliwie sprawę Ben Bernanke, badacz okresu Wielkiej Depresji. Nie może jednak powiedzieć wprost – spokojnie, dla wszystkich wierzycieli starczy dolarów bo ich wydrukujemy tyle ile trzeba. Cały teatr cieni i złudzeń runąłby wtedy w jednej chwili, z inwestorami windującymi rentowność obligacji amerykańskich mocno w górę. Pozostaje mu ostrożne przeciąganie teatru w nadziei że antrakt uda się mu odroczyć jak najdłużej. Uspakaja więc Kongres postulując przedłużenie rządowych stimulansów (to jest – dalsze zwiększanie zadłużenia) oraz zapowiadając buńczucznie że FED jest gotowy robić „wszystko co konieczne”.

Czy także się rozwiązać, tak jak to postuluje Ron Paul?

©2010 dwagrosze.blogspot.com

Opublikowano w: Europa, kryzys, USA.
Komentarze są wyłączone

Darcie kotów o OFEs

Ciekawe wiadomości dochodzą ostatnio z rządu premiera Tuska opartego na zgodzie która, jak wiadomo, buduje. Otóż wg Gazety Prawnej w ramach tej zgody zbudowały się tam dwa zwalczające się stronnictwa na temat co robić z górą pieniędzy przyszłych emerytów zgromadzonych w OFEs.  Wykluczona jest tylko jedna rzecz – zwrócić ją prawowitym właścicielom. O resztę drą ze sobą koty frakcja minister Fedakowej oraz frakcja ministra Boniego.

Jak wiadomo mamy kryzys, długi rosną, budżet się wywraca. Emeryci powinni więc patriotycznie wspomóc budżet kierując spontanicznie do ZUSu dodatkowe środki. Innymi słowy ta część haraczu emerytalnego która wędruje do niepewnych OFEs powinna zostać okrojona do 3% (z obecnych 7.3%) i skierowana do pewnego ZUSu. A i to tylko dobrowolnie bo emeryt miałby prawo zasilić ZUS całością swojej składki. Nie oszukujmy się, w przyszłości wszyscy i tak będą wisieli na państwowym ZUSie a nie polegali na podejrzanych rynkach kapitałowych. Tak oto rzecz wygląda ze zdrowej chłopskiej perspektywy minister Fedakowej.

Aby ten zabór prywatnych podobno emerytur przez państwo nieco osłodzić propozycje minister Fedakowej zawierają jedną rzecz na pierwszy rzut oka sensowną. Jest nią postulowana od dawna w 2GR możliwość jednorazowej wypłaty całego zgromadzonego w OFE kapitału w momencie przejścia na emeryturę. Aby jednak zaoszczędzić na cukrze minister Fedakowa od razu dosypuje do tego szkodliwej saharyny w postaci warunków. Warunkiem aby emeryt mógł na końcu wydrzeć z OFE część swojego kapitału mają być jego dostateczne “oszczędności” zgromadzone wcześniej w ZUSie. Dostateczne znaczy umożliwiające wypłatę emerytury w wysokości co najmniej dwukrotności najniższego świadczenia. Już sama mowa o „oszczędnościach zgromadzonych w ZUSie” zdaje się zatrącać dyskretnym chłopskim poczuciem humoru. Tym bardziej że o tym co i kiedy wystarczy na wypłatę jakich świadczeń z ZUSu decydował będzie… resort pracy.

Hmm… całkiem to sprytnie wymyślone. Znajdujący się w opałach rząd już teraz zaczyna w panice łatać budżet podwyższaniem podatków i akcyz gdzie popadnie. Czy można sobie wyobrazić że kiedyś uzna emeryta za dostatecznie wyciśniętego aby pozwolić mu na oddalenie się w siną dal z resztą własnego szmalu z OFEs?   Wyobrazić to sobie prawdopodobnie można,  ale tylko w warunkach science fiction.   Nie przypadkiem ta chłopska logika minister Fedakowej przypadła do gustu najlepszemu ministrowi finansów w Europie Rostowskiemu który wg doniesień prasowych stał się fanem tego rozwiązania.

Na brak fanów nie może narzekać też konkurencyjna frakcja ministra Boniego. Uważa ona że zamiast wycofywać się z OFEs należy nauczyć je nowych sztuczek. W szczerej rozmowie jak TW z oficerem prowadzącym Boni chce przekonać OFEs aby te zabiegały o jak największe zyski i aby “walka o wyniki” była możliwa. Czym nas zupełnie zaskoczył bo zawsze myśleliśmy że jest to psi obowiązek każdego funduszu, w szczególności emerytalnego. Teraz okazuje się że zażarta walka między OFEs cały czas rozgrywała się nie o to kto ma najlepszy rezultat z inwestycji ale o to kto jest najbliżej średniej.  A przecież emeryt kilograma kiełbasy za średnią nie kupi…

Wg pomysłów tej frakcji OFEs otrzymałyby także glejt do inwestowania zagranicą, najwidoczniej aby ich krajowa niekompetencja mniej rzucała się w oczy. Przewiduje się też że z pieniędzmi młodszych wiekiem przyszłych emerytów OFEs będą obchodzić co bardziej ryzykowne giełdy na świecie, nie stroniąc jak wolno przypuszczać także od derywat i innych innowacji finansowych. Pieniądze osób bliższych emerytury natomiast inwestowane mają być tylko w solidny rządowy papier polski. Ma to sens – młodszym można zawsze dłużej wmawiać jak to ich stracone na ryzykownych spekulacjach pieniądze zostaną dziarsko odrobione w spekulacjach jeszcze ryzykowniejszych. A starszym? Tym z braku czasu i tak żadne wmawianie już nie pomoże.

Warunkiem powodzenia reform frakcji Boniego jest to że OFEs muszą wpierw mieć coś co można by następnie stracić zagranicą.  Ma się rozumieć po uprzednim odliczeniu sutych prowizji. Jest więc rzeczą wagi państwowej aby emerytalnego barana dalej strzyć przywiązanego postronkiem do palika. Prawdopodobnie z tych względów jako fana frakcji Boniego Gazeta Prawna wymienia ministra spraw zagranicznych Sikorskiego. A ponieważ minister Sikorski sam z pewnością do baranów się nie zalicza a jak dotąd jego zainteresowanie sprawami emerytalnymi było delikatnie mówiąc mikre, podejrzewać wolno że frakcyjna wojna w gabinecie Tuska ma także drugie dno… Zwłaszcza że innym fanem frakcji Boniego ma być podobno minister gospodarki Grad, którego wyrzucenie za stocznie premier Tusk zapowiadał już dawno temu a o czym ciągle zapomina.

Nie świta betonowi frakcji Boniego pomysł najprostszy – zrobić OFEs po prostu nieobowiązkowe i dać strzyżonym baranom wolny wybór kto ma zarządzać ich emerytalnym kapitałem. Niech OFEs inwestują sobie wszędzie gdzie chcą i w co chcą. Najpierw jednak należy odciąć barany od przymusowego postronka. Niech sobie same pohasają po zielonej łące wybierając komu powierzyć swój emerytalny kapitał. Dopiero wtedy będą OFEs zabiegały o klienta, skacząc do gardła sobie nawzajem a nie strzyżonemu baranowi. Jeszcze dalsza jest frakcja Boniego od propagowania innej herezji – aby na koniec strzyżony baran mógł odejść z tym co mu pozostało w OFEs, odczepiając się na stare lata przynajmniej tą częścią swoich emerytalnych oszczędności od państwowej kurateli.

©2010 dwagrosze.blogspot.com

Opublikowano w: emerytury, kryzys, PL.
Komentarze są wyłączone

Nocne Greków szepty

Mamy wakacje, gorąco, a więc myśli kierują się ku słonecznej Grecji… Zdawałoby się że po ciężkich przeżyciach w pierwszej połowie roku nic nas już nie może zaskoczyć w tym sympatycznym kraju którym zajmujemy się od początków zimnego stycznia (Czy socjalizm grecki zbankrutuje unijny?).

Ale gdzie tam! Grecja nie przestaje zaskakiwać, przy czym odpowiedź na postawione pytanie brzmi: owszem. Świadczy o tym choćby nadzwyczajny ruch w EU przy obcinaniu świadczeń emerytalnych, wydłużaniu wieku emerytalnego i powszechnego zaciskania pasa. Atmosfera nie najbardziej ożywcza dla socjału chociaż powiedzmy sobie szczerze że to tylko początek równi pochyłej.

No ale ma tu być o Grecji a tam się, panie dzieje, oj dzieje. Znowu Grecja prekursorem wydarzeń w reszcie unii! Reuters donosi właśnie że parlament grecki przyjął w tajemnicy przed ludem pakiet ustaw anty-emerytalnych. Aby ochronić się przed gniewem ludu który go wybrał a który planował z tej okazji kolejny marsz na parlament i wywożenie na taczkach wybrańcy ludu przyjęli ten pakiet nocą.

Potrafimy sobie wyobrazić niepowtarzalną scenerię tego wydarzenia. Przy przygaszonych światłach, aby nie wzbudzać podejrzeń zbierającego się powoli przez budynkiem aktywu związkowego, wybrańcy ludu porozumiewają się szeptem i oszczędnymi gestami. Aby tylko ich lud nie dosłyszał. Aby tylko ich lud nie rozpoznał dla pewności noszą kominiarki. Nie wątpimy też że obok oficjalnych wyjść z parlamentu jest parę innych, mniej oficjalnych a za to dużo bardziej dyskretnych.

Środki ochrony wybrańców ludu są zrozumiałe. Lud który już myślał że będzie mógł wycofać się na zasłużone emerytury w wieku 60 lat zmuszony będzie teraz 5 lat dłużej strajkować. O prawdziwym pechu mogą mówić niektóre grupy sług publicznych które dotychczas mogły wycofać się na godną emeryturę nawet w wielu lat 50. Czeka je teraz aż 15 lat dodatkowego strajkowania.

Jest to nie tylko wyczerpujące ale i niebezpieczne. Jest bowiem pewne że o ile Grecja nie rozleci się wcześniej to na pewno przytnie do tego czasu wysokość wypłacanych swoim sługom publicznym emerytur z obecnych 95% zarobków do czegoś dużo mniej godnego ale za to z grubsza przypominającego rozsądek. Prawo do wypłaty tak godnych emerytur grecki socjał nadał między innymi córkom wojskowych, pod warunkiem jednak że te nie wyjdą za mąż. Przewidujemy w związku z tym masowe protesty cór wojskowych, wsparte akcją nieposłuszeństwa obywatelskiego polegającego na wychodzeniu za mąż na złość socjałowi. Nie jest też całkiem wykluczone że w pewnym momencie za swoimi córami ujmą się ich tatusiowie wychodząc na ulice Aten wraz ze swoim sprzętem.

Gdyby nie odwaga tajnego przyjęcia ustaw anty-emerytalnych Bruksela wyliczyła już że same wypłaty dla córek wojskowych oraz reszty utrzymanek socjału sięgnęłyby w Grecji w ciągu najbliższych kilku lat ćwierci krajowego PKB. Sugerowała tym samym totalny kolaps finansów publicznych.  Ponieważ Grecy, zahartowani w walce z imperiami od perskiego począwszy, nie wykazywali tym specjalnego zainteresowania unia odjęła im za karę szansę przekonania się na własnej skórze do czego prowadzi socjał.  Zadecydowała że na utrzymanie greckich cór łożyć teraz będą solidarnie podatnicy strefy euro.  Nie posiadają się z tego powodu z radości szczególnie podatnicy polscy których nawet mimo braku euro udało się min. Rostowskiemu podczepić do szczęśliwej rodziny płacących.

Ale socjał grecki trzyma się, mimo tego, mocno. Na 11 milionów Greków pracowaniem wg statystyk trudni się ok 5 milionów obywateli natomiast 2.5 miliona  zasilając szeregi związkokracji  trudni się głównie strajkowaniem.

©2010 dwagrosze.blogspot.com

Opublikowano w: EU, kryzys, obyczaje.
Komentarze są wyłączone

Partenon na sprzedaż

Aby przeżyć socjał grecki sam siebie powoli likwiduje zjadając własny ogon. Tak trzymać!

Drodzy czytelnicy wskazują na powtórzone w prasie polskiej doniesienia Guardiana że aby zacząć spłacać swoje gigantyczne długi Grecja zaczęła ostatnio sprzedaż własnych wysp. Informacji nie sprawdzaliśmy ale sam zamiar wygląda nam  na ruch ze wszech miar racjonalny. W końcu między greckim długiem a greckimi wyspami jest jedna podstawowa różnica. W odróżnieniu od greckiego długu greckie wysepki mają mianowicie pewną wartość. Z tego powodu jedynym klientem na niewiele warty dług zbankrutowanej Grecji jest zmuszony do skupowania śmieci ECB.

W odróżnieniu też od długu greckiego wysepki greckie, cudownie rozrzucone w lazurze Morza Egejskiego, na brak zainteresowanych narzekać nie będą. Podejrzewamy więc że rozejdą się jak ciepłe jeszcze bułeczki u piekarza. Zwłaszcza gdy Grecy nie będą zanadto wybrzydzać na klientów. A to na Niemców za drugą wojnę światową. A to na Turków którzy po sąsiedzku też by chętnie chapnęli co nieco, za wszystkie swoje pozostałe nieszczęścia.

Zważywszy że wysepek greckich jest ponad 6000 zanosi się na to że wyprzedaż może trochę potrwać. Powinno to pozwolić na pewne odroczenie egzekucji socjału, chyba żeby ten sam się wcześniej rozpadł.  Najciekawszym pytaniem jest teraz co się stanie gdy Grecy pozbędą się już wysepek i nadal będą w długach.

Czy zaczną wtedy też licytować Grecję właściwą? Partenon po raz pierwszy… :-)

©2010 dwagrosze.blogspot.com

Opublikowano w: EU, kryzys.
Komentarze są wyłączone

Euro i po euro

Upadek komunizmu w Europie dwadzieścia lat temu ujawnił próżnię polityczną wypełnianą dotychczas przez półwieczną konfrontację sowiecko-amerykańską. Żyjąca sobie w zaciszu amerykańskiego parasola Europa Zachodnia pierwszy raz od wojny skonfrontowana została z doniosłą kwestią geopolityczną – co dalej z Niemcami? Niemcom szansę na zjednoczenie podzielonego od wojny kraju historia zaprezentowała na tacy. Było jasne że bez względu na koszty ją wykorzystają. Z drugiej strony Francja i reszta Europy miały swoje wątpliwości. Tak lubię Niemcy że niech lepiej pozostaną dwa państwa, miała powiedzieć pani Thatcher.

Niemcy Zachodnie odżegnały się od wojennej przeszłości i po wojnie zostały prymusem europejskiej tolerancji i książkowej wprost demokracji. Kraj odniósł też niebywały sukces gospodarczy kontynuując swój Wirtschaftswunder w latach 50-tych i 60-tych, zanim w latach 70-tych zaczął trawić go powoli socjał. Niemcy były wraz z Francją wczesną osią porozumienia w Europie, które tradycyjną konfrontację przekształciło stopniowo w obejmujący pół kontynentu blok wolnego handlu i liczące się mocarstwo gospodarcze – unię europejską.

Odmawiać w takich warunkach prawa do zjednoczenia dotychczasowemu partnerowi oznaczałoby obstrukcjonizm i niewiarę w trwałość powojennych osiągnięć. Zgodzić się bezwarunkowo jednak oznaczało ryzyko że Niemcy zajęci zjednoczeniem a potem potężniejsi niż kiedykolwiek mogą nie być więcej zainteresowani w roli przykładnych Europejczyków; EU nie będzie im więcej potrzebna. Jeżeli więc Niemcy muszą się jednoczyć, a nic temu nie zapobiegnie, to niech przynajmniej robią to przy gwarancji że pozostaną trzonem i motorem napędowym unii europejskiej. A co zagwarantuje to lepiej niż więzy wspólnej waluty…

Taki był podkład historyczny euro i tak uzasadniali kanclerz Niemiec Kohl i prezydent Francji Mitterand, czołowi politycy wówczas w Europie, pomysł wprowadzenia wspólnej waluty. Projekt był więc czysto polityczny stanowiąc rodzaj końskiego handlu. Francuzi zgodzili się na zjednoczenie Niemiec pod warunkiem że zjednoczone Niemcy przykują swoją przyszłość do rydwanu Europy. Porzucenie własnej waluty – chluby cudu gospodarczego – miało być kotwicą Niemiec w EU i rękojmią przed recydywą historycznego awanturnictwa.

Euro miało też inną polityczną rolę, bardziej subtelną. Obu leaderów unijnych łączyła wspólna niechęć do hegemonii amerykańskiej. Uważali że wraz z zejściem ZSRR ze sceny historii dalsza obecność wojskowa USA w Europie, przedtem filar obrony kontynentu przed komunizmem, straciła zasadniczo rację bytu. Innym z narzędzi dominacji dającym przewagę Ameryce był jej monopol na drukowanie dolara z powietrza w dowolnych ilościach. Dorównująca gospodarczo Ameryce Europa Kohla i Mitteranda zaczęła tego monopolu zazdrościć i postanowiła sięgnąć po swoją połowę tortu.

Stąd szerszy kontekst planu Kohla i Mitteranda. Z jednej strony oparta na braterstwie teutońsko-frankońskim idea przyszłej euro-armii zastępującej powoli Amerykanów w Europie. Z drugiej teutońsko-frankońska idea wspólnej waluty, łączącej partnerów a konkurującej z dolarem i zmuszenie tym Ameryki do podzielenia się monopolem drukowania waluty “rezerwowej” świata. Entuzjazm końca zimnej wojny i “dywidendy pokojowej” był wielki i wiele wydawało się wtedy możliwe. O ile pomysł euro armii upadł jednak stosunkowo wcześnie, ujawniając europejską niemoc w wojnie na Bałkanach to projekt euro doczekał się realizacji. Debiut euro jako jednostki walutowej zastępującej dawne ECU (european currency unit) miał miejsce z początkiem 1999.  W trzy lata później euro weszło do obiegu monetarnego.

Problemem euro jest jego polityczny rodowód. Ekonomicznie łączenie wspólną walutą różnych gospodarek nie miało nigdy większego sensu. Od samego początku było to jedynie zaproszeniem do problemów. Gwarancją problemów stało się z momentem kiedy do rysującej się początkowo idei unii walutowej Niemiec, Francji i Beneluksu zaczęto dodawać coraz to nowych chętnych. Znowu względy ekonomiczne ustąpiły politycznemu oportunizmowi.

Przez dziesięć lat trwania wspólnej waluty euro, do samego obecnego kryzysu, chór klakierów euro żadnych problemów w niej nie widział. Był głuchy i ślepy na wbudowany w walutę mechanizm tykającej bomby zegarowej. Widział tylko cyferblat zegara – marginalne oszczędności z braku ryzyka kursowego, ulgę turystów nie muszących wymieniać drachm na liry, tańsze finansowanie długu przez rządy. Tak jakby socjał wszędzie palił się tylko aby wykorzystać wspólną walutę do redukcji zadłużenia. Miał głównie chrapkę na co innego – na te same pensje i te same apanaże co w Niemczech które wspólna waluta powinna ułatwić. Dzięki euro miała też nastąpić eksplozja aktywności gospodarczej, zasilanej kapitałem swobodnie już teraz krążącym przez granice.

Po dziesięciu latach jasne jest że obietnice euro okazały się zupełnym fiaskiem. Zamiast zmniejszać dystans, wyrównywać produktywność państw i podciągać maruderów euro spowodowało pogłębienie się różnic na korzyść Niemiec. Zamiast rosnąć rozwój gospodarczy państw w strefie euro dramatycznie spadł. W ostatniej dekadzie osiągnął powojenne minimum – średnie roczne tempo wzrostu wyniosło 1.1%. Jest to o połowę mniej niż w dekadzie poprzedzającej wprowadzenie euro. Trudno chyba o bardziej przekonywujący werdykt.

Nonsensowność jednej centralnie zarządzanej waluty dla półtora tuzina różnych gospodarek robiących swój biznes odmiennie, mających inne tradycje, inne podatki, inną etykę, wyznających inne wartości unaocznia obecny kryzys. Z problemem grożącym już kolapsem całej unii biuro polityczne imperium postanowiło w panice zalać problem morzem pieniędzy w nadziei że zniknie. Ale problem euro nie zniknął. Został jedynie odroczony.

Jedyna racjonalna opcja nie jest nawet na stole. Imperium nie przyzna, przynajmniej nie w tej fazie, że pomysł euro był po prostu chybiony. Nie odtrąbi powrotu do walut krajowych, nie odpisze strat i nie zminimalizuje bólu. Nie powróci do tego co było największym sukcesem Europy – konstrukcji bloku wolnego handlu i swobodnego przepływu osób i kapitału.

Do takiej utraty twarzy imperium nie może dopuścić. Będzie trwało w uporze i negacji śląc astronomiczne sumy wyciśnięte z populacji na ratowanie banków umoczonych w obligacje południowych bankrutów. Gdy nie starczy jeden bailout – będzie drugi. Gdy ratowanie Grecji nie starczy będzie kolej na ratowanie Hiszpanii i reszty alfabetu. Niewykluczone że aby lepiej wytłumaczyć poddanym czemu mają ratować cudze banki umoczone w cudzych obligacjach przyspieszona integracja polityczna imperium stanie się nakazem chwili. Łatwiej wtedy zadekretować przymusową solidarność wszystkich narodów i zrzutkę do kasy imperium. Wszystko w imię ratowania “zainwestowanego kapitału politycznego”.

Bo też i euro jest projektem politycznym, a nie ekonomicznym gdzie liczyłyby się koszty. W projekcie politycznym koszty się nie liczą. Jeden bilionowy bailout, dwa, trzy, who cares. Liczy się cel. Stalingrad był też projektem politycznym. Też koszty się nie liczyły, liczył się tylko cel. I jeżeli Niemcy nie opamiętają się na czas to i tym razem efekt może być podobny.

Podejrzewamy że wcześniej czy później ktoś się jednak opamięta i zda sobie sprawę z tego iż koniec strefy euro w obecnym kształcie jest przesądzony. Że straty są zbyt wielkie a koszt utrzymania fikcji przewyższa korzyści. Niemcy wyciągną wówczas wtyczkę z kontaktu przerywając bezsensowny upust krwi i wyjdą z listkiem figowym sugestii usunięcia paru PIIGS ze strefy euro. A ponieważ dobrowolny czy przymusowy exodus chwiejnego finansowo kraju z euro z wielu względów wydaje się nierealny i jest organizacyjnie prawie niewykonalny za bardziej prawdopodobne uznać należy perspektywę opuszczenia strefy euro przez same Niemcy.

Gdyby towarzyszył temu projekt kameralnej strefy “Neuer Euro”, dużo mniejszej i zarządzanej bezpośrednio przez Bundesbank nowa waluta prawdopodobnie zyskałaby szybko zaufanie rynków. Jednocześnie “stare euro” pozbawione wsparcia Niemiec, i długi w nim wyrażone, doznałyby zasadniczej przeceny co byłoby pomocne dla zadłużonych po uszy PIIGS.

Czy tak się akurat rzeczy potoczą, drogi czytelniku, nie wiemy ale przypuszczamy. Jedno jest tylko pewne w tym scenariuszu. To że biliony zrabowane podatnikom na ratowanie banków nie mają szansy trafić do nich z powrotem. Mają natomiast sporą szansę wypłynąć w bilansach banków strefy “Neuer Euro”, zdrowszych niż kiedykolwiek i gotowych do biznesu w zmienionej Europie.

____________
P.S. Interesujący artykuł prezydenta Klausa o euro (HT – Łoś) 

©2010 dwagrosze.blogspot.com

Opublikowano w: EU, Euro, Europa, kryzys, waluty.
Komentarze są wyłączone