Platon i technologia. O "Genezis" Bernarda Becketta

Na początku tego roku wydawnictwo Zysk i S-ka wydało książkę Bernarda Becketta Genezis. Dziś miałem sposobność przeczytania jej. Mówię dziś, gdyż zacząłem o godzinie 15, a teraz (o 19:40) mam już książkę za sobą. Nie, żeby to była broszurka, ale przy moim tempie czytania, które i tak nie jest tak szybkie, jak bym sobie tego życzył, 220 stron to przekąska. 
Jak ostatnio pisałem w zakładce o b(l)ogu, dopiero wkręcam się w klimat science-fiction i jestem dosyć wybrednym odbiorcą. Nie to, że jestem znawcą i ciężko mnie zadowolić. Po prostu nie znam się na tym i ciężko mnie zadowolić. Science-fiction, którą czytam, czy staram się wybierać, do czytania, musi być bardzo science. To musi być trudna literatura, literatura stawiająca pytania, na które wcale niekoniecznie musi udzielać jednoznacznych odpowiedzi. Stąd też moje zamiłowanie do Neala Stephensona, którego po prostu musicie przeczytać. 

W drugiej połowie XXI wieku, gdy ludzkość wyniszczył konflikt, zwany Wielką Wojną, część niedobitków z pewnym przedsiębiorcą na czele postanawia zrealizować na nowozelandzkiej wyspie Aotearoa utopijną Republikę. Ludzie zostali podzieleni na cztery klasy: Robotników, Żołnierzy, Techników i Filozofów. Klasyfikacja odbywała się na podstawie wyników badań genetycznych, a rodzice nie mogli znać swoich dzieci. Kontakty między płciami były ograniczane, a przynależność klasowa – mało elastyczna. Owszem, najzdolniejsi Robotnicy mogli awansować do klasy Żołnierzy, czy może nawet Techników, ale kasta Filozofów była zamknięta. Filozofowie to była władza, rządzili całą Republiką dla dobra każdego i wszystkich. Czy taki opis wam coś przypomina? Na przykład Starożytną Grecję? Jasne, mamy tu oczywiście przeniesioną w XXI wiek koncepcję idealnego państwa Platona. I żeby już dopełnić kontekst filozoficzny: przedsiębiorca, który stanął na czele nowej Republiki nazywał się Platon, jego podopieczną była Arystotelia, a Filozofom doradzała Akademia. Spotkamy się też z Peryklesem, Talesem, czy Anaksymandrą (główna bohaterka). Mignie nam też postać Filozofa Williama (z kontekstu wnoszę, że chodzi o Jamesa), Adama i Józefa (wnioskuję nie tylko z tytułu, że biblijnych) i androida Arta (tutaj moja teoria jest zbyt słaba, bym ją upubliczniał). A jeśli jeszcze dodamy, że Adam ma na nazwisko Forde, no to już wiemy, że mamy sporo kontekstów do wyłapania.

Krótki zarys fabuły: W czasach Republiki wszystko jest dobrze zorganizowane i, ośmielę się powiedzieć, kontrolowane. Wszelkie kontakty z ludźmi z zewnątrz są zakazane pod pretekstem przenoszonego przez nich śmiertelnego wirusa. Pewnego dnia tak się jednak dzieje, że nasz Adam się buntuje i postanawia wpuścić na wyspę przybyłą kobietę. Ściąga sobie na głowę tym samym spore problemy i zaraz zostaje aresztowany. W ramach kary zmuszony jest przebywać w jednym pomieszczeniu z androidem Artem, skonstruowanym przez Filozofa Williama. 
Wątek ten poznajemy niejako przy okazji. Przede wszystkim jesteśmy świadkami egzaminu, do jakiego staje Anaksymandra: jeśli go zaliczy, wstąpi w szeregi Akademii. Tematem jej wypowiedzi jest właśnie sprawa Adama Forde – jego czyn i jego kara. I mimo, że jest to wątek poboczny, tak naprawdę skupiamy się właśnie na jego karze, tj. jego egzystencji z androidem. Jesteśmy świadkami dialogów na temat świadomości, na temat różnicy między człowiekiem, a maszyną (jeśli przychodzi wam do głowy Blade Runner Dicka, to dobrze wam przychodzi). Maszyną myślącą i uczącą się. Maszyną, która myśli logicznie, co niejednokrotnie powodowało, że się śmiałem. Bo weźmy na przykład taki dialog:
[mówi Adam - sc] – Paskudztwo zawsze będzie paskudztwem, bez względu na to, co ty uważasz na ten temat.
- Interesujące twierdzenie. Potrafisz je udowodnić?
- Sprowadź tu dwudziestu ludzi – odparł Adam – a wszyscy powiedzą, że jesteś odrażający.
- Sprowadź tu dwudziestu Artów, a wszyscy powiemy, że twój tyłek jest piękniejszy, niż twoja gęba.
- Na świecie nie ma dwudziestu Artów.
- Masz rację. Jestem jedyny w swoim rodzaju. Mogę więc z całą pewnością stwierdzić, że wszystkie androidy uważają, że jesteś odrażający. Mnie natomiast nie wszyscy ludzie uważają za odrażającego. Jak widzisz, obiektywnie rzecz biorąc, wyglądam lepiej od ciebie. [s. 110]
A wracając jeszcze do filozofów, przywołajmy jedno zdanie, ponownie zdanie Arta, które przypomina nam lekko zapomnianego Maxa Stirnera: W tym właśnie myśl jest najskuteczniejsza: w mamieniu samego myśliciela (s. 144). 
Książkę czyta się jednym tchem. Bo i nie wymaga nabierania tchu – dwieście stron to, jak stwierdziłem na wstępie, przystawka i naprawdę chciałoby się więcej. Czy pozostaje niedosyt? Tak, pozostaje, ponieważ książka oferuje nam ciekawą tematykę i bardzo ciekawą formę. No i ma kapitalne, minimalistyczne zakończenie. 
A ja, na zakończenie, zaoferuję wam jeszcze jeden cytat (s. 138):
- Jesteś tylko odrobiną krzemu – powiedział [Adam - sc], przewracając stronę.
- A ty jesteś tylko odrobiną węgla – odparł Art. – Nie słyszałem jeszcze nigdy o dyskryminacji na tle położenia w układzie okresowym pierwiastków.
Opublikowano w: książki, kultura.
Komentarze są wyłączone

Platon i technologia. O "Genezis" Bernarda Becketta

Na początku tego roku wydawnictwo Zysk i S-ka wydało książkę Bernarda Becketta Genezis. Dziś miałem sposobność przeczytania jej. Mówię dziś, gdyż zacząłem o godzinie 15, a teraz (o 19:40) mam już książkę za sobą. Nie, żeby to była broszurka, ale przy moim tempie czytania, które i tak nie jest tak szybkie, jak bym sobie tego życzył, 220 stron to przekąska. 
Jak ostatnio pisałem w zakładce o b(l)ogu, dopiero wkręcam się w klimat science-fiction i jestem dosyć wybrednym odbiorcą. Nie to, że jestem znawcą i ciężko mnie zadowolić. Po prostu nie znam się na tym i ciężko mnie zadowolić. Science-fiction, którą czytam, czy staram się wybierać, do czytania, musi być bardzo science. To musi być trudna literatura, literatura stawiająca pytania, na które wcale niekoniecznie musi udzielać jednoznacznych odpowiedzi. Stąd też moje zamiłowanie do Neala Stephensona, którego po prostu musicie przeczytać. 

W drugiej połowie XXI wieku, gdy ludzkość wyniszczył konflikt, zwany Wielką Wojną, część niedobitków z pewnym przedsiębiorcą na czele postanawia zrealizować na nowozelandzkiej wyspie Aotearoa utopijną Republikę. Ludzie zostali podzieleni na cztery klasy: Robotników, Żołnierzy, Techników i Filozofów. Klasyfikacja odbywała się na podstawie wyników badań genetycznych, a rodzice nie mogli znać swoich dzieci. Kontakty między płciami były ograniczane, a przynależność klasowa – mało elastyczna. Owszem, najzdolniejsi Robotnicy mogli awansować do klasy Żołnierzy, czy może nawet Techników, ale kasta Filozofów była zamknięta. Filozofowie to była władza, rządzili całą Republiką dla dobra każdego i wszystkich. Czy taki opis wam coś przypomina? Na przykład Starożytną Grecję? Jasne, mamy tu oczywiście przeniesioną w XXI wiek koncepcję idealnego państwa Platona. I żeby już dopełnić kontekst filozoficzny: przedsiębiorca, który stanął na czele nowej Republiki nazywał się Platon, jego podopieczną była Arystotelia, a Filozofom doradzała Akademia. Spotkamy się też z Peryklesem, Talesem, czy Anaksymandrą (główna bohaterka). Mignie nam też postać Filozofa Williama (z kontekstu wnoszę, że chodzi o Jamesa), Adama i Józefa (wnioskuję nie tylko z tytułu, że biblijnych) i androida Arta (tutaj moja teoria jest zbyt słaba, bym ją upubliczniał). A jeśli jeszcze dodamy, że Adam ma na nazwisko Forde, no to już wiemy, że mamy sporo kontekstów do wyłapania.

Krótki zarys fabuły: W czasach Republiki wszystko jest dobrze zorganizowane i, ośmielę się powiedzieć, kontrolowane. Wszelkie kontakty z ludźmi z zewnątrz są zakazane pod pretekstem przenoszonego przez nich śmiertelnego wirusa. Pewnego dnia tak się jednak dzieje, że nasz Adam się buntuje i postanawia wpuścić na wyspę przybyłą kobietę. Ściąga sobie na głowę tym samym spore problemy i zaraz zostaje aresztowany. W ramach kary zmuszony jest przebywać w jednym pomieszczeniu z androidem Artem, skonstruowanym przez Filozofa Williama. 
Wątek ten poznajemy niejako przy okazji. Przede wszystkim jesteśmy świadkami egzaminu, do jakiego staje Anaksymandra: jeśli go zaliczy, wstąpi w szeregi Akademii. Tematem jej wypowiedzi jest właśnie sprawa Adama Forde – jego czyn i jego kara. I mimo, że jest to wątek poboczny, tak naprawdę skupiamy się właśnie na jego karze, tj. jego egzystencji z androidem. Jesteśmy świadkami dialogów na temat świadomości, na temat różnicy między człowiekiem, a maszyną (jeśli przychodzi wam do głowy Blade Runner Dicka, to dobrze wam przychodzi). Maszyną myślącą i uczącą się. Maszyną, która myśli logicznie, co niejednokrotnie powodowało, że się śmiałem. Bo weźmy na przykład taki dialog:
[mówi Adam - sc] – Paskudztwo zawsze będzie paskudztwem, bez względu na to, co ty uważasz na ten temat.
- Interesujące twierdzenie. Potrafisz je udowodnić?
- Sprowadź tu dwudziestu ludzi – odparł Adam – a wszyscy powiedzą, że jesteś odrażający.
- Sprowadź tu dwudziestu Artów, a wszyscy powiemy, że twój tyłek jest piękniejszy, niż twoja gęba.
- Na świecie nie ma dwudziestu Artów.
- Masz rację. Jestem jedyny w swoim rodzaju. Mogę więc z całą pewnością stwierdzić, że wszystkie androidy uważają, że jesteś odrażający. Mnie natomiast nie wszyscy ludzie uważają za odrażającego. Jak widzisz, obiektywnie rzecz biorąc, wyglądam lepiej od ciebie. [s. 110]
A wracając jeszcze do filozofów, przywołajmy jedno zdanie, ponownie zdanie Arta, które przypomina nam lekko zapomnianego Maxa Stirnera: W tym właśnie myśl jest najskuteczniejsza: w mamieniu samego myśliciela (s. 144). 
Książkę czyta się jednym tchem. Bo i nie wymaga nabierania tchu – dwieście stron to, jak stwierdziłem na wstępie, przystawka i naprawdę chciałoby się więcej. Czy pozostaje niedosyt? Tak, pozostaje, ponieważ książka oferuje nam ciekawą tematykę i bardzo ciekawą formę. No i ma kapitalne, minimalistyczne zakończenie. 
A ja, na zakończenie, zaoferuję wam jeszcze jeden cytat (s. 138):
- Jesteś tylko odrobiną krzemu – powiedział [Adam - sc], przewracając stronę.
- A ty jesteś tylko odrobiną węgla – odparł Art. – Nie słyszałem jeszcze nigdy o dyskryminacji na tle położenia w układzie okresowym pierwiastków.
Opublikowano w: książki, kultura.
Komentarze są wyłączone

Oscar Lewis, "Dzieci Sancheza" – fragment

Wydawnictwo Bona, za pośrednictwem Pani Kasi Myśliwiec, wyraziło zgodę, bym opublikował fragment książki Oscara Lewisa Dzieci Sancheza. Tytułem wstępu chciałbym powiedzieć, że cytowany fragment będzie dotyczył historii więziennej jednego z synów Sancheza – Roberto. Dodam też, chyba tylko gwoli formalności, że nie jest to fragment mojego autorstwa, a więc nie stosuje się do niego ogólna otwarta licencja CC, jak do reszty bloga i wszelkie prawa autorskie do tego utworu należą do polskiego wydawcy i tłumacza. Co do noty bibliograficznej, to oto ona:
Oscar Lewis, Dzieci Sancheza. Autobiografia rodziny meksykańskiej, Wydawnictwo Bona, Kraków 2011, tłumaczenie: Aleksandra Olędzka-Frybesowa, fragment ze stron 314-315.
***

Mój biedny ojciec musiał zapłacić 1200 pesos, żeby mnie wydostać na wolność. To był czysty rabunek, bo sprawa była łatwa i adwokatowi nie należało się takie honorarium. Nie mieli przeciw mnie żadnych dowodów rzeczowych, a jeśli chodzi o „świadków”, to dwóch twierdziło zupełnie co innego, niż trzej pozostali. Przyznaję, że jeśli ktoś popełni przestępstwo, powinien być ukarany, ale ja zostałem fałszywie oskarżony. Przedtem, zanim doznałem na sobie tej niesprawiedliwości, wierzyłem w prawo, ale potem już nie. Jeżeli to ma być sprawiedliwość, to co będziemy nazywać niesprawiedliwością? 
Siedem miesięcy wyrwali mi z życia! Nie powiem, żebym był zgorzkniały, ale nienawidzę teraz każdego, kto jest przedstawicielem prawa. Policja i tajna policja to zwykli złodzieje, tyle że z uprawnieniami. Biją człowieka za każdy drobiazg. W każdej chwili gotowy jestem stanąć przed nimi i powiedzieć im to w oczy. I dlatego, gdzie tylko się zdarzy jakiś strajk, czy rozruchy, zawsze się w to mieszam, nie pytając nawet, o co chodzi, po prostu po to, żeby mieć okazję do bicia policji. A jak zabiją jakiegoś policjanta, to może nie jestem szczęśliwy, ale mam poczucie, że dostał, na co zasłużył.
Nie ma tu żadnego prawa; tylko pięści i pieniądze – to się najbardziej liczy. To jest prawo dżungli, prawo silniejszego. Ten, kto mocno stoi finansowo, może się śmiać ze wszystkiego. Popełni najgorsze zbrodnie, ale dla sądu i policji będzie niewinny jak baranek, bo ma pieniądze, może dawać. Za to jak biedak popełni mniejsze przestępstwo, sprawa wygląda całkiem inaczej. To, co mnie spotkało, to tylko tysiączna część tego, co spotkało i spotyka wciąż innych. Naprawdę nie wiem, co to jest sprawiedliwość, bo jej nigdy nie widziałem. 
Jeśli istnieje piekło, to jest właśnie tu, w więzieniu. Najgorszemu wrogowi nie życzę, żeby się tu znalazł. Sześciu chłopaków z Casa Grande ["dzielnicy" Mexico City, w której żyła rodzina Sanchezów - sc] siedziało w więzieniu, ale tylko jeden z nich był zbrodniarzem. Pozostali, jak ja, wplątali się w biedę przez jakąś bójkę, albo po prostu mieli pecha. Nie chcę przez to powiedzieć, że i mnie się nie należała nauczka, bo choć nie zrobiłem tego, o co mnie oskarżali, niejedno miałem na sumieniu. Byłem złym synem, złym bratem, byłem pijakiem… Mam to przeświadczenie, że zasługuję na karę, ale nigdy nie przestanę się skarżyć na to, że zamknęli mnie niesprawiedliwie.
Meksyk to moja ojczyzna, no nie? I kocha ją naprawdę głęboko, szczególnie stolicę. Mamy tu wolność słowa, a przede wszystkim taką wolność robienia, co się komu podoba, jakiej nie widziałem nigdzie indziej. Tu zawsze potrafiłem zarobić – można się utrzymać przy życiu choćby sprzedawaniem pestek z dyni. Ale jeśli chodzi o tutejszych ludzi, mieszkańców Meksyku, to nie mam o nich najlepszego wyobrażenia. Nie wiem, może dlatego, że i sam nie bardzo ładnie się zachowywałem, ale wydaje mi się, że brakuje im dobrej woli.
Działa tu prawo silniejszego. Tym, którzy upadną, nikt nie pomoże; przeciwnie, jak się da, to ich jeszcze bardziej pokrzywdzą. Jak kto się topi, to go wepchną pod wodę. A jak kto się chce stamtąd wydostać, ściągają w dół. Nie jestem wykształcony, ale w robocie zawsze się wybijałem. Zarabiałem więcej, niż moi koledzy w pracy. Jak tylko to zauważyli, zawsze potrafili mnie jakoś skłócić z szefem i pozbywali się mnie. I zawsze znajdzie się taki, co będzie opowiadał, kto kradł, kto zabijał, kto to a to powiedział, kto schodzi na złą drogę.
A może to przez brak wykształcenia? Tylu ludzi nie umie się nawet podpisać nazwiskiem! Mówi się u nas o rządach konstytucyjnych. To piękne słowo, ładnie brzmiące, ale nawet nie wiem, co ono znaczy. Według mnie, to rządzimy się tu przemocą. Nasze życie to zabójstwa, kradzieże, napady. Żyjemy w pośpiechu i stale musimy się pilnować.
Opublikowano w: książki.
Komentarze są wyłączone

Przerost formy nad treścią

Wy wiecie, że ja się chwalić nie lubię i skromny jestem. Powiem wam jeszcze, że jestem hardkorem. No bo jak nazwać człowieka, który już nie uważa się za libertarianina, libertarianizm uważa za głupi, a mimo to nadal czyta o libertarianizmie, albo libertarian? Ba! wydaje na to ciężko zarobione pieniądze! Dobrze, przejdźmy do rzeczy. Czytam obecnie najświeższego Hansa Hermanna Hoppe’go, wydania Fijora (Ekonomia i etyka własności prywatnej…). Zaznaczam, że nie przeczytałem jeszcze całej książki, więc to, co niżej przeczytacie, odnosić się będzie jedynie do tej części, którą mam już za sobą. 
Zanim pogadamy o kwestiach merytorycznych, chciałbym kilka słów powiedzieć na temat samej formy wydania. Nie podoba mi się. Ani mi się nie podoba twarda oprawa (nie uważam, by tego typu książki warte był twardych opraw), ani tłumaczenie, ani wiele innych rzeczy. Po kolei. A, może zacznijmy od plusów: podoba mi się, że książka jest szyta. Ja wiem, że to nie ma lekko i albo szyjemy twardą oprawę, albo kleimy miękką. A mnie się i tak podoba szycie i nie podoba twarda. Dobrze, jeśli mam być szczery, uważam, że Fijor mógłby sobie darować twardą oprawę i szycie i zamiast tego zainwestować w korektę. Ilość błędów jest wręcz ma_sa_krycz_na i zaczyna się już na stronie ze stopką redakcyjną. I weź tu człowieku decyduj teraz, czy cytować z błędem, czy poprawić (i ew. zaznaczyć, że cytat modyfikowany), czy w ogóle nie cytować. Ja wiem, że na rynku wydawniczym rządzi cięcie kosztów (inaczej jest u tych, co naprawdę rządzą, ale to nie ma związku), no ale na litość boską, tu już nie chodzi o interpunkcję! Zresztą, gdyby chodziło tylko o interpunkcję (która nota bene również pozostawia wiele do życzenia), to bym olał sprawę – w końcu 3/4 Polaków nie wie gdzie, kiedy i po kiego chuja stawiać przecinki. Ale mamy na przykład coś takiego (zwróćcie uwagę na tłumaczenie, jest…. kapitalne?):


Wyjaśniliśmy już strategiczne funkcje wszystkie z nich, poza jedną: z jakiego powodu nie są to ne:one normalnymi elementami gospodarki, zdeterminowanymi przez siły popytu i podaży, czy nawet zwykłymi dobrymi uczynkami, lecz działaniami redystrybucyjnymi, mającymi na celu stabilizację a, jeśli to możliwe, zwiększenie wolumenu zdobywanego przez państwo – w drodze wyzysku – dochodu i bogactwa. (s.97)

Witki opadają, mam nadzieję, nie tylko mi. W stopce co prawda jest wpisany ktoś do korekty, ale to chyba ten ktoś, niczym ta blondynka z kawału, „korektorował” monitor. Słabiutko wygląda indeks, ma zbyt dużą czcionkę i wali po oczach. Nie ma też w indeksie nazwisk, przewijających się w przypisach – a szkoda, bo gościu jak się do kogoś odwołuje, to głównie w przypisach. Można więc by było dodać numer strony przy nazwisku jakiegoś ziomka i dyskretnie dopisać literkę „p”, albo „ff”. Nie inaczej wygląda sprawa bibliografii: w układzie alfabetycznym zaczyna się od Hayeka, a pozycje przytaczane i cytowane w przypisach nie zostały w niej uwzględnione. Jestem skłonny zaakceptować za to okładkę. Wreszcie bez żadnych bazgrołów – stonowana i poważna. W przeciwieństwie do reszty książki.
***
No właśnie, reszta książki. Zacznijmy może tak: kiedyś już powiedziałem, co myślę o HHH. Podtrzymuję tamto zdanie, a niezorientowanym powtórzę: HHH jest bucem. Dlaczego tym razem? Książka składa się z dwu części: ekonomicznej i filozoficznej. Pierwsza zawiera 8 rozdziałów, druga -7. Trudno zresztą nazwać to rodziałami, to raczej artykuły, zupełnie bez związku (ok, związek jest, ponieważ HHH na wciąż pisze o tym samym i jest w swoim bucostwie strasznie monotematyczny). W dodatku – wtórne: na 15 rozdziałów (artykułów) mamy jeden premierowy, jeden zmodyfikowany i jeden napisany przy współpracy dwóch innych ziomów. Reszta – z odzysku. Można co prawda powiedzieć, że libertarianie są zieloni – recycling. Można, tylko po co?
Może część z was uważa, że to żaden problem, że niektóre z tych artykułów były już raz, lub częściej (!) publikowane. Jasne. Żaden problem. Żadnym problemem jest też to, że część akapitów została przeniesiona w różne miejsca za pomocą „ctrl+c ctrl+v”. No dobra, może przesadzam – u Rothbarda zmieniała się kolejność, u Hoppe’go też mamy drobne zmiany. Na stronie 60. możemy przeczytać:

Własność można nabyć albo przez zawłaszczenie, produkcję i umowy, albo przez wywłaszczenie i wyzysk zawłaszczających, producentów i zawierających umowy. Nie ma innych sposobów. Obie metody są dla ludzkości naturalne.

Z kolei na stronie 92 czytamy, co następuje:

Zdobycie i pomnażanie bogactwa możliwe jest albo poprzez pierwotne zawłaszczenie, produkcję i wymianę opartą na umowach, albo przez wywłaszczenia i wyzysk właścicieli, producentów oraz osób prowadzących interesy oparte na umowach wymiany. Nie ma innych sposobów. Obie metody są dla ludzkości naturalne.

Podstawy tłumaczenia również wam podam, żebyście mogli poznać sztukę kreatywnego tłumaczenia: (1) One can acquire property either through homesteading, production, and contracting, or else through the expropriation and exploitation of homesteaders, producers, or contractors. There are no other ways. Both methods are natural to mankind. i (2) One can acquire property either through homesteading, production and contractual exchange, or by exprorpriating and exploiting homesteaders, producers, or contractual exchangers. There are no other ways. Both methods are natural to mankind. 

Wy nie wiecie, ale ja wiem, dlaczego on to powtarza. To jak z rzucaniem zaklęć – będziesz powtarzać, to może staną się prawdą. Już, już się odczepię od tłumacza, tylko jeszcze jedną rzecz wam pokażę (raczej odnośnie Hoppe’go, niż tłumacza). Na stronie 19. przeczytałem, że każde dobro może wciąż zmieniać swoje cechy; może nawet z publicznego czy prywatnego dobra stać się publicznym bądź prywatnym złem i vice versa. Powaga, Hoppe sam pisał „public or private bad or evil”! Co to ma w ogóle, kurwa, być?!?
***
Myślałem, że uda mi się to szybko załatwić, ale nie dotarłem jeszcze nawet do połowy. Pozwolę więc sobie skrócić moje obiekcje i skupić się tylko na kilku sprawach. Zacznijmy może od opodatkowania. Hoppe po kilkunastostronnicowym wywodzie dochodzi do wniosku, że w jakikolwiek sposób by tego nie wyrazić, nie można uciec od wniosku, że opodatkowanie jest sposobem na utrudnienie formowania bogactwa i tym samym względne zubożenie (s. 59). No więc ja bym chciał wysunąć następującą tezę: jeżeli opodatkowanie jest sposobem na utrudnienie formowania bogactwa, to znaczy, że w jakiś sposób negatywnie wpływa na akumulację kapitału w postaci gotówki. A gdzie trzymamy gotówkę? Na koncie. A skoro na koncie, to znaczy, że w banku. Jeżeli wpłacamy pieniądze do banku, to on tworzy (rezerwa cząstkowa) xxx gotówki więcej, niż dostał. Do czego to prowadzi – każdy libertarianin wie: boom&bust, czyli cykl koniunkturalny. Możemy więc wyprowadzić logicznie poprawny wniosek, że opodatkowanie jest formą zapobiegania cyklom koniunkturalnym. Ba, możemy wyprowadzić wniosek, że były prezes Jarosław Kaczyński, jako trzymający gotówę w skarpecie, jest kryptolibertarianinem!
***
To było w kwestii formowania bogactwa. A teraz zubożenie. Oczywiście, względne, bo jak zmierzyć bezwzględne? Chciałbym zwrócić przy tym uwagę, że równie poprawny byłby wniosek, że opodatkowanie służy względnemu wzbogaceniu społeczeństwa. Jakim cudem? Zacznijmy od definicji:

Opodatkowanie jest przymusowym, nie opartym na umowie transferem określonych zasobów fizycznych (obecnie najczęściej, choć nie tylko, pieniędzy) [...] od osoby lub grupy osób, która pierwotnie je posiadała, do innej, która obecnie je posiada [...] (s. 45).

Weźmy te pieniądze. Wyobraźmy sobie taką akcję: gościu ma kasę. Opodatkowują go. Przekazują jego kasę w formie redystrybucji komuś innemu. Kasę miał gościu A, a ma gościu B. Transfer? Transfer. A dlaczego nie zrobili na odwrót, tj. nie zabrali gościowi B i nie przekazali gościowi A? Może dlatego, że gościu B to menel jakiś, który kasy nie miał, a gościu A do burżuj, który kasę miał? Zamiast odwoływać się w tym miejscu do piramidy potrzeb Maslowa, chciałbym się powołać na prawo malejącej użyteczności krańcowej, czy tam marginalnej. Jeżeli ktoś ma dużo kasy, to zabranie mu nadwyżki ponad jakimś, arbitralnie ustalonym progiem, będzie jego zubożeniem. Z drugiej strony, jeżeli ktoś nie ma kasy, to wręczenie mu jej będzie jego wzbogaceniem. Prawo malejącej użyteczności krańcowej może nam pozwolić wysunąć wniosek, że de facto opodatkowanie, czyli redystrybucja dochodu jest wzbogaceniem społeczeństwa – zabieramy typkowi A, a dajemy typkowi B, który wyżej ceni pierwszą pomarańczę, niż A – 16-tą. Niech żyją podatki!
***
Fajnie Hoppe gada na temat pieniędzy. Na przykład zgodnie z amerykańskim mitem self-made man’a uważa, że [p]ieniądz został wynaleziony przez nastawionego na własny interes człowieka (s. 87). Jest to tak fascynujące i wiekopomne twierdzenie, że aż dziw, że królowa brytyjska, czy tam księżna, czy kto tam teraz rządzi, nie wręczyli Hoppe’mu tytułu sir. A jeszcze lepiej, Hoppe powinien wskazać palcem tego człowieka, który ten pieniądz wymyślił (a przynajmniej jego szczątki), żeby powstało nowe miejsce kultu. W końcu tak wielki odkrywca, jak odkrywca pieniądza nie mógł pozostać anonimowy i swą sławą powinien zdmuchnąć Dżizaza z kart biblijnej historii. 
Ale nie jest to najmocniejsza teza odnośnie pieniędzy. Otóż w pewnym momencie Hoppe mówi wprost, że 

myśleć o wolnym rynku w odniesieniu do konkurujących banków, ale i konkurujących pieniędzy, byłoby fundamentalnym nieporozumieniem co do istoty pieniądza. Konkurujące pieniądze nie są wynikiem działań na wolnym rynku, lecz zawsze stanowią rezultat przymusu, narzuconych przez rząd przeszkód na drodze racjonalnych zachowań gospodarczych. (s. 89).

Myślicie, że nowomowa? Możliwe, w końcu

Zamiast mówienia o państwowym kapitalizmie monopolistycznym [jak chcą marksiści - sc], bardziej stosowne byłoby nazywanie obecneg[o - brak literki, sc] systemu „finansowanym przez państwo socjalizmem monopolistycznym, albo „socjalizmem burżuazyjnym”. (s. 105).

Naczytał się Foucault’a i teraz wszędzie widzi dyskursy władzy. Świr.
***
Wiąże się to z hoppe’ańską teorią stosunków międzynarodowych i wojen. Hoppe twierdzi bowiem, że im bardziej liberalne jest państwo wewnętrznie, tym bardziej prawdodobne, że zajmie się agresją. Wewnętrzny liberalizm czyni społeczeństwo bogatszym; bogatsze społeczeństwo, któremu można zabierać, czyni bogatszym państwo, a bogatsze państwo oznacza coraz więcej zakończonych powodzeniem wojen zaborczych (s. 111).
Czaicie ten argument? Pamiętacie Małego księcia i rozmowę z pijakiem? Pijak pił, żeby zapomnieć, że się wstydzi, że pije. Odnoszę wrażenie, że Hoppe też powinien się napić. Albo przestać. W gruncie rzeczy Hoppe, będąc pod wielkim, do czego sam się przyznaje, wpływem Rothbarda, wyprowadza rothbardiańskie wnioski, tylko tak… dookoła. Już Rothbard twierdził bowiem, że Stany Zjednoczone w trakcie zimnej wojny były stroną napastliwą, w przeciwieństwie do Sowietów, którzy to wypracowali politykę zagraniczną, którą libertarianie uznają za jedynie słuszną i uzasadnioną (O nową wolność…, s. 358).
***
Najbardziej żałosna jest jednak „analiza” teorii klasowych marksizmu i libertarianizmu (czy szkoły austriackiej). Jest tak żałosna, że musiałbym naprawdę wiele kartek zapełnić, żeby poważnie o niej napisać. Tutaj ograniczę się tylko do jednej drobnostki. Otóż Hoppe twierdzi, że Marks bardzo dobrze opisał, w jaki sposób pierwotna własność kapitalistyczna powstała w wyniku rabunku, grodzenia i podbojów. Sam Hoppe twierdzi, że jest to „generalnie prawdziwe”. Trzeba być jednak świadomym faktu, pisze dalej,

że Marks wprowadza pewien trick. Zajmując się badaniami historycznymi i wzmagając oburzenie czytelnika brutalnością stojącą za ukształtowaniem się wielu kapitalistycznych fortun, omija tak naprawdę omawiane zagadnienie. Odciąga uwagę od faktu, że jego teza jest tak naprawdę zupełnie inna: dokładniej, że jeśli nawet mielibyśmy „czysty” kapitalizm, by tak to ująć (taki, w którym pierwotne przejęcie kapitału było wyłącznie rezultatem zawłaszczeń), czyli pracę i oszczędności, kapitalista, który zatrudniłby robotników do pracy z tym kapitałem, mimo wszystko dokonywałby wyzysku. (s. 130, pisownia oryginalna – sc).

Żeby być uczciwym ze sobą, muszę zauważyć, że to nie Marks, tylko Hoppe dokonuje tutaj tricku. Może ktoś z was wie, dlaczego niby to Marks miałby wyobrażać sobie czysty kapitalizm Hoppe’go i pisać o nim, a nie o kapitalizmie, jaki znał? Co kogokolwiek w ogóle obchodzi, jaki kapitalizm sobie wymyślił Hoppe i co to ma do Marksa?!?
Nie wiecie? Otóż ja wiem. Wiem to ze strony 47., gdzie przeczytałem, że [d]oświadczenie nie może pokonać logiki. Tym gorzej dla faktów.
Opublikowano w: filozofia, książki, libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Przerost formy nad treścią

Wy wiecie, że ja się chwalić nie lubię i skromny jestem. Powiem wam jeszcze, że jestem hardkorem. No bo jak nazwać człowieka, który już nie uważa się za libertarianina, libertarianizm uważa za głupi, a mimo to nadal czyta o libertarianizmie, albo libertarian? Ba! wydaje na to ciężko zarobione pieniądze! Dobrze, przejdźmy do rzeczy. Czytam obecnie najświeższego Hansa Hermanna Hoppe’go, wydania Fijora (Ekonomia i etyka własności prywatnej…). Zaznaczam, że nie przeczytałem jeszcze całej książki, więc to, co niżej przeczytacie, odnosić się będzie jedynie do tej części, którą mam już za sobą. 
Zanim pogadamy o kwestiach merytorycznych, chciałbym kilka słów powiedzieć na temat samej formy wydania. Nie podoba mi się. Ani mi się nie podoba twarda oprawa (nie uważam, by tego typu książki warte był twardych opraw), ani tłumaczenie, ani wiele innych rzeczy. Po kolei. A, może zacznijmy od plusów: podoba mi się, że książka jest szyta. Ja wiem, że to nie ma lekko i albo szyjemy twardą oprawę, albo kleimy miękką. A mnie się i tak podoba szycie i nie podoba twarda. Dobrze, jeśli mam być szczery, uważam, że Fijor mógłby sobie darować twardą oprawę i szycie i zamiast tego zainwestować w korektę. Ilość błędów jest wręcz ma_sa_krycz_na i zaczyna się już na stronie ze stopką redakcyjną. I weź tu człowieku decyduj teraz, czy cytować z błędem, czy poprawić (i ew. zaznaczyć, że cytat modyfikowany), czy w ogóle nie cytować. Ja wiem, że na rynku wydawniczym rządzi cięcie kosztów (inaczej jest u tych, co naprawdę rządzą, ale to nie ma związku), no ale na litość boską, tu już nie chodzi o interpunkcję! Zresztą, gdyby chodziło tylko o interpunkcję (która nota bene również pozostawia wiele do życzenia), to bym olał sprawę – w końcu 3/4 Polaków nie wie gdzie, kiedy i po kiego chuja stawiać przecinki. Ale mamy na przykład coś takiego (zwróćcie uwagę na tłumaczenie, jest…. kapitalne?):


Wyjaśniliśmy już strategiczne funkcje wszystkie z nich, poza jedną: z jakiego powodu nie są to ne:one normalnymi elementami gospodarki, zdeterminowanymi przez siły popytu i podaży, czy nawet zwykłymi dobrymi uczynkami, lecz działaniami redystrybucyjnymi, mającymi na celu stabilizację a, jeśli to możliwe, zwiększenie wolumenu zdobywanego przez państwo – w drodze wyzysku – dochodu i bogactwa. (s.97)

Witki opadają, mam nadzieję, nie tylko mi. W stopce co prawda jest wpisany ktoś do korekty, ale to chyba ten ktoś, niczym ta blondynka z kawału, „korektorował” monitor. Słabiutko wygląda indeks, ma zbyt dużą czcionkę i wali po oczach. Nie ma też w indeksie nazwisk, przewijających się w przypisach – a szkoda, bo gościu jak się do kogoś odwołuje, to głównie w przypisach. Można więc by było dodać numer strony przy nazwisku jakiegoś ziomka i dyskretnie dopisać literkę „p”, albo „ff”. Nie inaczej wygląda sprawa bibliografii: w układzie alfabetycznym zaczyna się od Hayeka, a pozycje przytaczane i cytowane w przypisach nie zostały w niej uwzględnione. Jestem skłonny zaakceptować za to okładkę. Wreszcie bez żadnych bazgrołów – stonowana i poważna. W przeciwieństwie do reszty książki.
***
No właśnie, reszta książki. Zacznijmy może tak: kiedyś już powiedziałem, co myślę o HHH. Podtrzymuję tamto zdanie, a niezorientowanym powtórzę: HHH jest bucem. Dlaczego tym razem? Książka składa się z dwu części: ekonomicznej i filozoficznej. Pierwsza zawiera 8 rozdziałów, druga -7. Trudno zresztą nazwać to rodziałami, to raczej artykuły, zupełnie bez związku (ok, związek jest, ponieważ HHH na wciąż pisze o tym samym i jest w swoim bucostwie strasznie monotematyczny). W dodatku – wtórne: na 15 rozdziałów (artykułów) mamy jeden premierowy, jeden zmodyfikowany i jeden napisany przy współpracy dwóch innych ziomów. Reszta – z odzysku. Można co prawda powiedzieć, że libertarianie są zieloni – recycling. Można, tylko po co?
Może część z was uważa, że to żaden problem, że niektóre z tych artykułów były już raz, lub częściej (!) publikowane. Jasne. Żaden problem. Żadnym problemem jest też to, że część akapitów została przeniesiona w różne miejsca za pomocą „ctrl+c ctrl+v”. No dobra, może przesadzam – u Rothbarda zmieniała się kolejność, u Hoppe’go też mamy drobne zmiany. Na stronie 60. możemy przeczytać:

Własność można nabyć albo przez zawłaszczenie, produkcję i umowy, albo przez wywłaszczenie i wyzysk zawłaszczających, producentów i zawierających umowy. Nie ma innych sposobów. Obie metody są dla ludzkości naturalne.

Z kolei na stronie 92 czytamy, co następuje:

Zdobycie i pomnażanie bogactwa możliwe jest albo poprzez pierwotne zawłaszczenie, produkcję i wymianę opartą na umowach, albo przez wywłaszczenia i wyzysk właścicieli, producentów oraz osób prowadzących interesy oparte na umowach wymiany. Nie ma innych sposobów. Obie metody są dla ludzkości naturalne.

Podstawy tłumaczenia również wam podam, żebyście mogli poznać sztukę kreatywnego tłumaczenia: (1) One can acquire property either through homesteading, production, and contracting, or else through the expropriation and exploitation of homesteaders, producers, or contractors. There are no other ways. Both methods are natural to mankind. i (2) One can acquire property either through homesteading, production and contractual exchange, or by exprorpriating and exploiting homesteaders, producers, or contractual exchangers. There are no other ways. Both methods are natural to mankind. 

Wy nie wiecie, ale ja wiem, dlaczego on to powtarza. To jak z rzucaniem zaklęć – będziesz powtarzać, to może staną się prawdą. Już, już się odczepię od tłumacza, tylko jeszcze jedną rzecz wam pokażę (raczej odnośnie Hoppe’go, niż tłumacza). Na stronie 19. przeczytałem, że każde dobro może wciąż zmieniać swoje cechy; może nawet z publicznego czy prywatnego dobra stać się publicznym bądź prywatnym złem i vice versa. Powaga, Hoppe sam pisał „public or private bad or evil”! Co to ma w ogóle, kurwa, być?!?
***
Myślałem, że uda mi się to szybko załatwić, ale nie dotarłem jeszcze nawet do połowy. Pozwolę więc sobie skrócić moje obiekcje i skupić się tylko na kilku sprawach. Zacznijmy może od opodatkowania. Hoppe po kilkunastostronnicowym wywodzie dochodzi do wniosku, że w jakikolwiek sposób by tego nie wyrazić, nie można uciec od wniosku, że opodatkowanie jest sposobem na utrudnienie formowania bogactwa i tym samym względne zubożenie (s. 59). No więc ja bym chciał wysunąć następującą tezę: jeżeli opodatkowanie jest sposobem na utrudnienie formowania bogactwa, to znaczy, że w jakiś sposób negatywnie wpływa na akumulację kapitału w postaci gotówki. A gdzie trzymamy gotówkę? Na koncie. A skoro na koncie, to znaczy, że w banku. Jeżeli wpłacamy pieniądze do banku, to on tworzy (rezerwa cząstkowa) xxx gotówki więcej, niż dostał. Do czego to prowadzi – każdy libertarianin wie: boom&bust, czyli cykl koniunkturalny. Możemy więc wyprowadzić logicznie poprawny wniosek, że opodatkowanie jest formą zapobiegania cyklom koniunkturalnym. Ba, możemy wyprowadzić wniosek, że były prezes Jarosław Kaczyński, jako trzymający gotówę w skarpecie, jest kryptolibertarianinem!
***
To było w kwestii formowania bogactwa. A teraz zubożenie. Oczywiście, względne, bo jak zmierzyć bezwzględne? Chciałbym zwrócić przy tym uwagę, że równie poprawny byłby wniosek, że opodatkowanie służy względnemu wzbogaceniu społeczeństwa. Jakim cudem? Zacznijmy od definicji:

Opodatkowanie jest przymusowym, nie opartym na umowie transferem określonych zasobów fizycznych (obecnie najczęściej, choć nie tylko, pieniędzy) [...] od osoby lub grupy osób, która pierwotnie je posiadała, do innej, która obecnie je posiada [...] (s. 45).

Weźmy te pieniądze. Wyobraźmy sobie taką akcję: gościu ma kasę. Opodatkowują go. Przekazują jego kasę w formie redystrybucji komuś innemu. Kasę miał gościu A, a ma gościu B. Transfer? Transfer. A dlaczego nie zrobili na odwrót, tj. nie zabrali gościowi B i nie przekazali gościowi A? Może dlatego, że gościu B to menel jakiś, który kasy nie miał, a gościu A do burżuj, który kasę miał? Zamiast odwoływać się w tym miejscu do piramidy potrzeb Maslowa, chciałbym się powołać na prawo malejącej użyteczności krańcowej, czy tam marginalnej. Jeżeli ktoś ma dużo kasy, to zabranie mu nadwyżki ponad jakimś, arbitralnie ustalonym progiem, będzie jego zubożeniem. Z drugiej strony, jeżeli ktoś nie ma kasy, to wręczenie mu jej będzie jego wzbogaceniem. Prawo malejącej użyteczności krańcowej może nam pozwolić wysunąć wniosek, że de facto opodatkowanie, czyli redystrybucja dochodu jest wzbogaceniem społeczeństwa – zabieramy typkowi A, a dajemy typkowi B, który wyżej ceni pierwszą pomarańczę, niż A – 16-tą. Niech żyją podatki!
***
Fajnie Hoppe gada na temat pieniędzy. Na przykład zgodnie z amerykańskim mitem self-made man’a uważa, że [p]ieniądz został wynaleziony przez nastawionego na własny interes człowieka (s. 87). Jest to tak fascynujące i wiekopomne twierdzenie, że aż dziw, że królowa brytyjska, czy tam księżna, czy kto tam teraz rządzi, nie wręczyli Hoppe’mu tytułu sir. A jeszcze lepiej, Hoppe powinien wskazać palcem tego człowieka, który ten pieniądz wymyślił (a przynajmniej jego szczątki), żeby powstało nowe miejsce kultu. W końcu tak wielki odkrywca, jak odkrywca pieniądza nie mógł pozostać anonimowy i swą sławą powinien zdmuchnąć Dżizaza z kart biblijnej historii. 
Ale nie jest to najmocniejsza teza odnośnie pieniędzy. Otóż w pewnym momencie Hoppe mówi wprost, że 

myśleć o wolnym rynku w odniesieniu do konkurujących banków, ale i konkurujących pieniędzy, byłoby fundamentalnym nieporozumieniem co do istoty pieniądza. Konkurujące pieniądze nie są wynikiem działań na wolnym rynku, lecz zawsze stanowią rezultat przymusu, narzuconych przez rząd przeszkód na drodze racjonalnych zachowań gospodarczych. (s. 89).

Myślicie, że nowomowa? Możliwe, w końcu

Zamiast mówienia o państwowym kapitalizmie monopolistycznym [jak chcą marksiści - sc], bardziej stosowne byłoby nazywanie obecneg[o - brak literki, sc] systemu „finansowanym przez państwo socjalizmem monopolistycznym, albo „socjalizmem burżuazyjnym”. (s. 105).

Naczytał się Foucault’a i teraz wszędzie widzi dyskursy władzy. Świr.
***
Wiąże się to z hoppe’ańską teorią stosunków międzynarodowych i wojen. Hoppe twierdzi bowiem, że im bardziej liberalne jest państwo wewnętrznie, tym bardziej prawdodobne, że zajmie się agresją. Wewnętrzny liberalizm czyni społeczeństwo bogatszym; bogatsze społeczeństwo, któremu można zabierać, czyni bogatszym państwo, a bogatsze państwo oznacza coraz więcej zakończonych powodzeniem wojen zaborczych (s. 111).
Czaicie ten argument? Pamiętacie Małego księcia i rozmowę z pijakiem? Pijak pił, żeby zapomnieć, że się wstydzi, że pije. Odnoszę wrażenie, że Hoppe też powinien się napić. Albo przestać. W gruncie rzeczy Hoppe, będąc pod wielkim, do czego sam się przyznaje, wpływem Rothbarda, wyprowadza rothbardiańskie wnioski, tylko tak… dookoła. Już Rothbard twierdził bowiem, że Stany Zjednoczone w trakcie zimnej wojny były stroną napastliwą, w przeciwieństwie do Sowietów, którzy to wypracowali politykę zagraniczną, którą libertarianie uznają za jedynie słuszną i uzasadnioną (O nową wolność…, s. 358).
***
Najbardziej żałosna jest jednak „analiza” teorii klasowych marksizmu i libertarianizmu (czy szkoły austriackiej). Jest tak żałosna, że musiałbym naprawdę wiele kartek zapełnić, żeby poważnie o niej napisać. Tutaj ograniczę się tylko do jednej drobnostki. Otóż Hoppe twierdzi, że Marks bardzo dobrze opisał, w jaki sposób pierwotna własność kapitalistyczna powstała w wyniku rabunku, grodzenia i podbojów. Sam Hoppe twierdzi, że jest to „generalnie prawdziwe”. Trzeba być jednak świadomym faktu, pisze dalej,

że Marks wprowadza pewien trick. Zajmując się badaniami historycznymi i wzmagając oburzenie czytelnika brutalnością stojącą za ukształtowaniem się wielu kapitalistycznych fortun, omija tak naprawdę omawiane zagadnienie. Odciąga uwagę od faktu, że jego teza jest tak naprawdę zupełnie inna: dokładniej, że jeśli nawet mielibyśmy „czysty” kapitalizm, by tak to ująć (taki, w którym pierwotne przejęcie kapitału było wyłącznie rezultatem zawłaszczeń), czyli pracę i oszczędności, kapitalista, który zatrudniłby robotników do pracy z tym kapitałem, mimo wszystko dokonywałby wyzysku. (s. 130, pisownia oryginalna – sc).

Żeby być uczciwym ze sobą, muszę zauważyć, że to nie Marks, tylko Hoppe dokonuje tutaj tricku. Może ktoś z was wie, dlaczego niby to Marks miałby wyobrażać sobie czysty kapitalizm Hoppe’go i pisać o nim, a nie o kapitalizmie, jaki znał? Co kogokolwiek w ogóle obchodzi, jaki kapitalizm sobie wymyślił Hoppe i co to ma do Marksa?!?
Nie wiecie? Otóż ja wiem. Wiem to ze strony 47., gdzie przeczytałem, że [d]oświadczenie nie może pokonać logiki. Tym gorzej dla faktów.
Opublikowano w: filozofia, książki, libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Uwrażliwianie

Nie lubię pisać o moich doświadczeniach czytelniczych. W ogóle nie lubię pisać o książkach. Ciężko mi to idzie. Zauważyłem zresztą, że pisanie o czymkolwiek ciężko mi idzie. Nie mam już tej lekkości słowa, którą widziałem kiedyś. Napisałem już tutaj ponad 50 notek, ale naprawdę niewiele jest takich, które naprawdę uważałbym za dobre. Naturalnie, nie uważam, by były to beznadziejne wpisy – gdyby tak było, nie moglibyście ich nigdzie przeczytać. Tak, jak na przykład nie możecie przeczytać wierszy, czy opowiadań, które kiedyś namiętnie pisałem. Z bólem serca więc powtarzam, że nie lubię i nie umiem pisać o książkach, które przeczytałem. Skoro tak jest, tym bardziej powinniście docenić to, co poniżej napiszę.
Skończyłem właśnie czytać smutną książkę. Smutna, to naprawdę najbardziej adekwatny przymiotnik, jaki mogę znaleźć. Prowadzący umarłych to zapis rozmów chińskiego pisarza Liao Yiwu z ludźmi, z którymi wywiadów się nie przeprowadza. Wśród jego rozmówców są m.in. handlarz ludźmi, a konkretnie kobietami, chłop, który obwołał się cesarzem, ogłosił niepodległość swojego cesarstwa, a teraz siedzi w chińskim pierdlu, szczery komunista, ogłoszony jako prawicowiec, były właściciel ziemski, kierownik komitetu sąsiedzkiego, czerwonogwardzista, kontrrewolucjonista, ojciec chłopaka, który zginął na Tian’anmen, hiena cmentarna, złodziej, czy lunatyk, który nieświadomy swojej przypadłości, zapisał się do wojska.
Wszystkie rozmowy, poza kilkoma zupełnie niezwiązanymi z głównym wątkiem, dotyczą rozwoju Chin i ich przeszłości. Począwszy od rewolucji komunistycznej i walce z nacjonalistami, przez Wielki Skok Naprzód, Wielki głód, Rewolucję Kulturalną, otwarcie na świat, aż do współczesności.  Więcej można się z tych rozmów dowiedzieć, niż z niejednego podręcznika do historii Chin.
Trudno nam sobie wyobrazić tamten klimat polityczny. Jeżeli byście mnie spytali, czy pod koniec lat 40. poszedłbym z komunistami, nie potrafiłbym wam odpowiedzieć. Fajnie po przeczytaniu tej książki powiedzieć, że te komuchy to straszne skurwysyny były. Bo były i tego nie da się ukryć. Ale nie wiem, jak sam bym się wtedy zachował. Kto czytał np. Efekt lucyfera, albo nie jest idiotą (czyt. propertarianinem), ten wie, o czym mówię. Nie wiem, jak bym się zachował na miejscu byłego właściciela ziemskiego, oskarżanego o niewyobrażalne zbrodnie przeciwko ludziom pracy, albo na miejscu biednego chłopa, który zabił swoją 3-letnią córkę, by ugotować jej mięso i dać jeść rodzinie. Ta książka poraża.
Fajnie nam się rozmawia, czy komuniści to byli raczej pragmatycy, czy idealiści. W dyskusjach nam wychodzi, że albo pragmatycy, którym się nie udało zrobić dobrze (ew. celowo zrobili dobrze tylko sobie), albo idealiści, bo komunizm to zbrodnia nie tylko na umyśle, ale i na ludzkości, a w ogóle to jakim cudem komuniści wygrywali tu, i tam, i siam. Odpowiedź jest w gruncie rzeczy prosta: ano dlatego, że to były złote lata komunizmu. Komunizm był w Rosji, komunizm był w Chinach, Azji Południowo-Wschodniej, Ameryce Południowej, w Europie. To był złote lata komunizmu. A w Chinach, po przeczytaniu tej książki, ma się wrażenie, że każdy był komunistą. Każdy napiętnowany prawicowiec był komunistą. Bo pewnie był.
Bardzo mocno w pamięć wbił mi się fragment rozmowy z czerwonogwardzistą. Liu Weidong, bo tak się nazywał, zapisał się do Czerwonej Gwardii w 1966 roku. Swoje przeżył, swoje zrobił, a wielu czytelników zupełnie szczerze nazwałoby go kutasem, skurwysynem i komuchem. Z tym ostatnim by się zresztą zgodził, ale to różnice między denotacją a konotacją. Liu Weidong kończy rozmowę tymi słowy (a ja nimi kończę wpis):
Pamiętam, że podczas rewolucji kulturalnej mieliśmy poczucie, że jesteśmy niepokonani, i chcieliśmy zbawić za pomocą komunizmu cały świat. Nigdy bym nie przypuszczał, że tak skończę. Nawet sam siebie nie umiem zbawić.
Opublikowano w: książki.
Komentarze są wyłączone

Dwa w jednym

Wiecie, kim jest Raj Patel? Nie? Ok, ja też nie za bardzo. Muza wydała jednak jego książkę, na okładce której przeczytałem, że pracował dla Banku Światowego, potem WTO, potem był doradcą ONZ, a potem przeszedł jakieś katharsis i zwrócił się przeciwko swoim byłm pracodawcom. Jeśli to jeszcze dla was mało, to dodam, że o książce Wartość niczego Naomi Klein napisała, że jest wspaniała.

Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej Patel tłumaczy, dlaczego obecny system społeczno-gospodarczy, nazywany przez Patela wolnym rynkiem, jest zły. Punktem wyjścia są zeznania Greenspana przed Komisją Izby Reprezentantów. Wszyscy pamiętamy tamten kontekst, więc pozwolę sobie tego nie przywoływać. Wszyscy wiemy też, kim jest Greenspan. Patel, kreśląc sylwetkę byłego szefa FED zwraca uwagę, że ten pełnoprawny członek brygady wolnego rynku siadywał u stóp Ayn Rand, która to była czirliderką skrajnej szkoły wolnorynkowych libertarian, którą sama nazwała „obiektywizmem”. Patel zwraca przy tym uwagę, że Greenspan, przyjmując posadę w FED, zachował się jak hipis, który stąpił do marines (s. 8-9). Oczywiście związki ideologiczne Greenspana i Rand ten pierwszy omawia w swojej Erze zawirowań i nie są one tak gładkie, jak by Patel tego chciał, choć niewątpliwie sporo prawdy w jego słowach jest.

W drugiej części autor ukazuje, jak w różnych częściach świata ludzie starają się zmienić ten system. Skupia się głównie na wyzwaniach żywnościowych (tzw. suwerenność żywnościowa), ale możemy też przeczytać trochę np. o budżecie partycypacyjnym, ruchu wolnego oprogramowania, czy zapatystach. Z pewnością są to fajne tematy, niemniej jednak jak dla mnie – zdecydowanie zbyt pobieżnie poruszone. Być może wynika to z tego, że o budżecie partycypacyjnym można było sporo się dowiedzieć z jednego z ostatnich numerów Przeglądu Anarchistycznego. Dużo informacji na zbliżone tematy zawiera też książka, nieżyjącego już, Rafała Górskiego Bez państwa. Demokracja uczestnicząca w działaniu. Gdyby jednak książkę Patela potraktować, jako pewien manifest, no to jeszcze ujdzie.

Zdecydowanie jednak najmocniejszą stroną książki są dwa akapity. Wróćmy na chwilkę do Greenspana i Rand. W pewnym momencie Patel napisał:

Są dwie książki, które mogę wywrzeć niezatarty wpływ na życie czternastoletniego mola książkowego – Władca pierścieni oraz Atlas zbuntowany. Jedna to infantylny sen na jawie, jej czytelnik może wyrosnąć na karłowatego emocjonalnie i upośledzonego społecznie dorosłego, któremu znaczna część dnia będzie upływać na wymyślaniu sposobów, jak upodobnić życie do powieści fantasy. Druga książka traktuje o ograch. (s. 210)

Kapitalne. Po prostu kapitalne, nie mam więcej pytań. Drugi akapit to w zasadzie dowcip:

- Ilu ekonomistów szkoły chicagowskiego potrzeba, żeby wkręcić żarówkę?
- Ani jednego. Gdyby należało ją wymienić, rynek już by to zrobił. (s. 17)

W gruncie rzeczy, czytając pierwszą część tej książki, zastanawiałem się, na ile to, co pisze Patel odnosić się może do libertarian i ich analizy. Nie będę ukrywał, że moją uwagę skupiałem raczej na libertarianach o typowo austriackim podejściu do ekonomii (przy czym zawężam to podejście do Misesa i Rothbarda – być może, zapewne, błędnie, jednak mam wrażenie, że to na nich opiera się większość libertarian, przynajmniej na polskiej ziemi). Oczywiście wiem, że przeciętny libertarianin, czytając Patela, zatrzymałby się na pierwszych kilku stronach i dalej nie ruszył. Wszystko przez ten nieszczęsny wolny rynek, który obwinia Patel. Libertarianin w życiu wolnego rynku by nie obwiniał – wręcz przeciwnie, uznałby go za najlepsze remedium. Mnie tylko dziwi,  dlaczego wolny rynek nie był jeszcze bohaterem odcinka Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?.

Zasadniczo mógłbym się nawet przychylić do tezy, że książka Patela akurat do libertarian (przynajmniej pod tym względem) nic nie ma, jednak to nie efekt takiej, a nie innej definicji. Niezależnie od tego, na ile zgadzam się z definicją Patela, a na ile nie, definicja libertarian jest tak abstrakcyjna, że aż niepraktyczna. To, co mnie jednak przekonało do tego, że książka nie traktuje o libertarianach i ekonomii austriackiej, to przytoczony wyżej dowcip. Otóż Patel w swojej krytyce skupia się na domniemanej racjonalności rynku, która jest podstawą szkoły chicagowskiej. Austro-libertarianie tymczasem opierają się na subiektywnej racjonalności poszczególnych rynkowych podmiotów. Ma to dwa, a nawet trzy, zasadnicze problemy. Po pierwsze, takie rozumienie racjonalności jest de facto „puste” – pasuje do niego dosłownie każda decyzja. Dzieje się tak dlatego, że jednostka, dokonując jakiegokolwiek wyboru, decyduje się na takie działanie, które w najlepszym stopniu zaspokoi jej potrzeby (kupię nowy jacht, oddam biednym, przejdę na dietę, rozwiodę się, zainwestuję w akcje, itp.), w związku z czym każda jej decyzja będzie dla niej racjonalnie wybrana (oczywiście w chwili podejmowania decyzji). Jest to więc kompletnie bezużyteczne podejście. Jeśli by się jednak przy nim upierać, możemy dojść do wniosku, że skoro podmioty są racjonalne (subiektywnie) i te podmioty składają się na „rynek”, to rynek też jest racjonalny (subiektywnie). W tym wypadku subiektywność rynku polega na niczym innym, jak na tym, że wszystko, co się na rynku dzieje, jest racjonalne. No, chyba, że zakładamy, że (subiektywny) racjonalizm to by istniał na „wolnym rynku”, a ponieważ wolnego rynku nie ma, to i nie ma racjonalizmu.

Odchodząc już od rynku, ale pozostając przy racjonalizmie. Przeczytałem kiedyś gdzieś, obecnie nie pamiętam już, gdzie, że Kartezjusz wpadł na pomysł racjonalizmu (tak, celowo tak napisałem), ponieważ doszedł do wniosku, że oparcie się na doświadczeniu zmysłowym jest zawodne. Skoro jest zawodne (pomyślcie o tych wszystkich fatach morganach i wypchanych skarpetkami stanikach), to trzeba znaleźć inną drogę poszukiwania pewności. No i wymyślił chłopak, że wystarczy pomyśleć. Do dziś niektóre szkoły filozoficzne nie są w stanie się z tego otrząsnąć.

Być może dokonam nadużycia, gdy stwierdzę, że racjonalizm kartezjański odrzuciło w pierwszej połowie XX wieku Koło Wiedeńskie. Ktoś mi zaraz przywoła Philippa Franka, który z sympatią się o Kartezjuszu wypowiadał. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że w zestawieniu, kończącym pierwszą część Naukowej koncepcji świata. Neurath z kolei uważał Wittgensteina z czasów Traktatu za metafizyka. Na marginesie, czy wiecie, że Neurath 30 lat przed Feyerabendem postulował coś na kształt anarchizmu metodologicznego? Napisał: ten, kto szuka, może posłużyć się dowolną metodą. Hans Hahn mówi wprost:

[u]znajemy się za kontynuatorów kierunku  e m p i r y s t y c z n e g o  w  filozofii, zatem stoimy w zdecydowanej opozycji do każdego  r a c j o n a l i z m u, który czy to uważa rozumowanie za jedyne, czy to za wyżej uprawnione w porównaniu z doświadczeniem źródło poznania.

Scjentyzm, jak go opisuje Neurath, opiera się nie tylko na logice i matematyce (do czego przyznaje się też kartezjański racjonalizm), ale też na antymetafizyce i empiryzmie (które racjonalizm traktował pobieżnie i nie do końca poważnie). W innej pracy Neurath dosyć pozytywnie wypowiada się o pragmatyzmie.

Pragmatyzm, ujmijmy to krótko, zasadza się na przekonaniu, że słuszność danych teorii, czy idei, powinna być określana przez wzgląd na ich praktyczne konsekwencje. Jest dość późno, więc wybaczcie, że nie będę grzebał w szafce w poszukiwaniu małego tomiku Jamesa, by zaszczycić tę notkę odpowiednimi cytatami. Śmiem twierdzić, ciekawe ile osób uważa, że na wyrost, że Rothbard przy całym swoim ograniczeniu, doskonale zdawał sobie sprawę z czegoś takiego, jak pragmatyzm. Otóż zdawał sobie sprawę, że – i będę powtarzał ten cytat do znudzenia –

libertarianizm ostatecznie zwycięży, ponieważ tylko i wyłącznie on jest zgodny z naturą człowieka i świata. [...]
Libertarianizm zwycięży, ponieważ jest prawdziwy i proponuje właściwą strategię dla ludzkości, a prawda w końcu zwycięży.

Skoro więc tak rzeczy się mają, nikt nie może libertarianizmu, a zarazem natury człowieka i świata, podważać. Ponieważ libertarianizm jest debeściak, to zwyciężyć musi. I to jest ta praktyczna konsekwencja – libertarianizm jest debeściak, a każdy, kto tego nie uznaje ma prawo zamknąć mordę i się nie wychylać. Oto kwintesencja libertarianizmu.

Opublikowano w: filozofia, książki, libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

eeee?

Dorwałem kilka dni temu książkę Libertarianizm. Teoria, praktyka, interpretacje. pod redakcją Waldemara Buliry i Włodzimierza Gogłozy (tego samego, od MindFuck’a). Na książkę składa się kilkanaście artykułów, traktujących o libertarianizmie. Całość dzieli się na cztery części. W pierwszej rozkładana jest na części historia i inspiracje libertarianizmu. Możemy przeczytać tekst Włodka o Wordsworth’ie Donisthorpe’ie (ten sam, co w MindFuck’u), tekst Mikołaja Barczentewicza na temat filozofii prawa Rothbarda, czy na poły wspomnieniowy artykuł Romana Tokarczyka o Robercie Nozick’u. Całość rozpoczyna jednak artykuł pt. Geneza i próba systematyki głównych nurtów libertarianizmu Jacka Bartyzela.

W części drugiej możemy przeczytać tekst Pawła Sikory na temat self-ownership (był publikowany na Liberalis.pl), pracę Jurusia o teorii wartości u Carla Mengera, porównanie Rawls’a i Amartyi Sen’a (Justyny Miklaszewskiej) i artykuł Edyty Barańskiej o nieposłuszeństwie obywatelskim. Druga część związana jest głównie z teorią i myślą polityczną. Część trzecia to już zwrócenie uwagi na praktykę. Michał Kozera pisze o amerykańskiej Libertarian Party, Stefan Stępień o libertarianizmie w retoryce UPR, a Izabela Czaja dywaguje nad rzadkością idei liberalno-libertariańskich w edukacji ekonomicznej w Polsce. Na ostatnią część składają się artykuły polemiczne. Janusz Grygieńć krytykuje koncepcję państwa minimalnego, Waldemar Bulira przywołuje Charlesa Taylora i spór między komunitarystami i liberałami, Barbara Grabowska zwraca uwagę na feministyczną krytykę libertarianizmu, a Jolanta Zdybel szuka skutecznych rozwiązań libertariańskich w dobie społeczeństwa informatycznego.

Tyle suchych faktów. Ponieważ staram się wyrobić swoją normę 250-300 stron/tydzień, więc książkę przeleciałem bardzo szybko. Po przeczytaniu odczucia mam bardzo mieszane. Z jednej strony myślę sobie, że fajnie, że wyszła taka książka. Ostatni raz książkę na temat libertarianizmu, której nie wydał Fijor, to widziałem chyba na Allegro (Justyny Miklaszewskiej, zresztą). Podstawowy zarzut jest taki, że w gruncie rzeczy autorzy to ludzie, którzy z libertarianizmem stykają się tylko na poziomie akademickim (w zasadzie poza Barczentewiczem, Gogłozą i jeszcze może dwoma osobami). Oznacza to, że w większości tekstów najpoważniej traktowany jest Nozick, a Rothbard jest gdzieś tam na przystawkę. Nie, żebym miał coś przeciwko takiemu potraktowaniu Rothbarda. Problem leży w moim odczuciu w tym, że autorzy Nozicka uznają za czołowego libertarianina naszych czasów, podczas gdy jego wpływ na środowisko libertariańskie jest (i był) raczej ograniczony. No bo weźmy taką Barbarę Grabowską, która krytykuje libertarianizm z pozycji feministycznych. Jak można w tym kontekście nawet nie wspomnieć choćby o Wendy McElroy, czy Christinie Hoff Sommers? W zasadzie jedyny libertarianin, do którego się odnosi to… Robert Nozick. Jakby na przykład Rothbard, albo Long o feminizmie nie pisali.

Powtórzmy jeszcze raz: większość autorów libertarianizm zna z Nozick’a i ew. Rothbarda (od święta mamy jeszcze wymienioną Rand). To trochę mało, żeby napisać solidną pracę na temat libertarianizmu. To główny zarzut. Drugi zarzut to tekst Jacka Bartyzela. Czy naprawdę nie ma w tym kraju myślących ludzi, którzy byliby w stanie rzeczowo i bez cokolwiek wrednych komentarzy streścić historyczny rozwój i wewnętrzny podział libertarianizmu? Ja wiem, że libertarianizm sam się o to prosi. Ale ja po tytule odniosłem wrażenie, że chodzi raczej o opis zjawiska, a nie jego recenzję. Ja na przykład od razu chciałem się określić agorystą, gdy tylko przeczytałem, że wyliczenie cech agoryzmu, jak to Bartyzel uczynił, pozwala uznać agoryzm za nie tylko najbardziej ekstremistyczną i dziwaczną, ale wręcz odrażającą mutację ideologii libertariańskiej. Cudo. Trochę niepoważne, ale jednak cudo.

Nie mam do Włodka pretensji za jego artykuł o Donisthrope’ie, mimo że już go czytałem. Wordsworth jest na tyle mało znanym autorem, że warto było ten artykuł puścić w bardziej poważnej formie. Mam za to drobny żal do Mikołaja, głównie z tej racji, że jego artykuł jest zmodyfikowaną wersją jego wstępu do polskiego wydania Etyki wolności, który to wstęp jest zmodyfikowaną wersją jakiegoś przemówienia. Nie czaję za bardzo tekstu Tokarczyka, bo nie wiem, czy chodziło mu raczej o napisanie, co go z Nozickiem łączyło, co dzieliło, jak prowadził wykład, czy też może jak wyglądał. Owszem, może to i fajne, ale jak się to ma do tytułu książki? Dariusz Juruś pisząc o wartości u Carla Mengera, czy Justyna Miklaszewska konfrontująca Rawls’a i Sen’a również znajdują się gdzieś tam na dalekich obrzeżach libertarianizmu i w gruncie rzeczy nie wiem, co te artykuły robią w tej książce. Podobnie tekst na temat nieposłuszeństwa obywatelskiego (o ile jeszcze kontekst Thoreau jakoś się nadaje, o tyle rozważania o Rawls’ie i Arendt już na gruncie libertarianizmu się nie znajdują).

Zdecydowanie najlepszą częścią ksiązki są uwagi polemiczne, gdzie poza cienizną związaną z feminizmem, znajdujemy trzy inne, bardzo ciekawe artykuły. Co prawda krytyka państwa minimalnego zawężona jest do filozofii politycznej brytyjskiego idealizmu, niemniej jednak rzecz warta uwagi. Bardzo mi się spodobał artykuł Buliry na temat koncepcji atomizmu u Taylor’a (Taylor to w ogóle ciekawy gościu).

Reasumując. Książka nierówna, gdzie obok naprawdę rzetelnych tekstów (Włodek, mimo wszystko Mikołaj, Kozera, Bulira, Sikora, czy – od biedy – Bartyzel), znajdziemy teksty, których autorzy liberalizm i libertarianizm traktują synonimicznie, przez co wychodzą im śmieszne rzeczy. Znajdziemy również teksty rzetelne i naprawdę interesujące, niemniej jednak mało związane z głównym tematem, czyli libertarianizmem. Tak to właśnie z polskimi książkami na temat libertarianizmu jest..

Opublikowano w: książki.
Komentarze są wyłączone

Moje księgowe boje

Kocham książki. Kocham, kurwa, książki, jak nic innego na świecie. Wydałem w tym tygodniu 76 złotych na książki. To w sumie mało, zdarzało mi się wydawać w tygodniu znacznie większe sumy. Z drugiej strony, nigdy w tygodniu nie kupiłem więcej, niż w tym. Co prawda mamy dopiero piątek, a za chwilę sobotę, ale mimo to nie planuję już wydatków książkowych w tym tygodniu. O przyszłym jeszcze pomyślimy.

Odwiedziłem kolejno – warszawski Empik przy Nowym Świecie, gdzie mają akurat sporą wyprzedaż tytułów podniszczonych (ceny od 0,99 do 19,99, przy czym wady niektórych książek to naderwana obwoluta, albo wgniecenie w okładce; zważywszy, że niektóre tytuły są przecenione ze 150 zeta, to pieniądze są śmieszne). Może tam coś znajdziecie. Głównie literatura dla dzieci, trochę podręczników do prawa, kilka sztuk Historii filozofii Tatarkiewicza (ale ani jednego 1. tomu), trochę albumów o świecie (szczególnie polecam zaglądnąć do przecudnego Żyjąca Afryka). Ja skusiłem się na Mitologię Germańską Artura Szrejtera. Książka, na którą zalotnie zerkałem od jakiegoś czasu, miała (obecnie trudno ją dostać) cenę rynkową wysokości 39,9. Kupiłem ją za dyszkę i była to najdroższa książka, jaką kupiłem w tym tygodniu.

Z drugiej ręki dostałem informację, ze na Placu Szembeka (wszystkie miejsca w obrębie Warszawy) jest świetny antykwariat. Tylko tutaj uwaga, antykwariat nie jest w Centrum Szembeka, tylko na tym bazarze, co to znajduje się w okolicy. Książek - masa. Ceny – świetne. Przed wejściem kilka wielkich regałów wypchanych po brzegi literaturą i różnej maści podręcznikami. I promocja: zapłać 20 zeta, a możesz wziąć co tylko uniesiesz. Oczywiście z towaru wystawionego przed sklepem. Wchodząc do środka, ciężko się zachwycić. Salka wydaje się mała, faktycznie wypchana książkami po brzegi. Masa historii (głównie Polski, a cały Jasienica po 7 zeta od tomu). Trochę droższa cała seria PIWu, no ale kto zna, ten wie, że warto. Za rogiem, okazuje się, że antykwariat jest wielki. Nie jedna salka, nie dwie, nawet nie trzy. Bodaj sześć sali z książkami, między którymi ledwo idzie się zmieścić. I cała masa innych książek w kartonach, bo brakuje miejsca. Słaby dział filozofii, całkiem nieźle stoi za to ekonomia i psychologia. Sporo poradników o seksie;) i książek z działów cokolwiek mniej obleganych, typu przyroda, grzybki, ptaszki, itp. I cała masa literatury. Naprawdę, ogrom. Poza tym w antykwariacie również niezłe winyle. Kupiłem trzy książki za w sumie 23 złote. Bolesława Orłowskiego Księgę odkryć, książeczkę bardzo popularnonaukową na temat historii nauki. Po przejrzeniu po prostu mnie urzekła. Poza tym biografię Robespierre’a, pióra Jana Baszkiewicza (inna biografia Robespierre’a, Rutha Scurr’a mnie nie zachwyciła) i absolutny hicior: wydaną w 1999 roku przez PWN książkę Chomsky’ego Rok 501. Podbój trwa, na temat neokolonializmu w kontekście Stanów Zjednoczonych i krajów na połodnie od nich. Jeśli ktoś książki kocha, kocha przeciskać się między książkami, kocha je oglądać i kartkować… Wreszcie, jeśli ktoś kocha zapach książek, pokocha antykwariat na Szembeka. Gdyby nie dosyć słabe działy, które mnie osobiście interesowały, uznałbym to za idealne miejsce na książkowe zakupy.

Dziś z kolei odwiedziłem dwie inne księgarnie. A w zasadzie, jeden antykwariat i jedną księgarnię. Dostałem cynę, że zgrabny antykwariacik jest na Banacha. I jest. Co prawda nie jest zbyt wielki, ale literatury ma mało, a dużo książek okołonaukowych (historia, polityka, itp). Jeśli interesuje was problem eksperymentów medycznych III Rzeszy, znajdziecie tam to. Jeśli interesuje was Lenin, znajdziecie. Historia starożytna? Będzie. Powstanie Warszawskie? Jest. Klasyka literatury? Jest. Trzeci szympans? Nie ma. Wydałem tam 20 złotych na trzy ksiażki. Alfreda Liebfelda Rockefellerowie. Łupieżcy czy filantropi?, której to spis treści mnie przekonał. Dodam, że znalazłem jeszcze jedną książkę o Rockefellerach, ale dotyczyła raczej historii rodziny, a nie jej bogactwa, odstawiłem więc na półkę. Ponadto, znalazłem pracę Mariana Małowista, którego to dwie inne książki już czytałem (Wschód a Zachód Europy… i Niewolnictwo). Tym razem do kolekcji doszli Konkwistadorzy portugalscy. Ponieważ znam autora, a problem imperializmu i kolonializmu mnie interesuje, więc się zaopatrzyłem. Trzecia książka to absolutny hicior tygodnia. Na allegro w tym momencie książka wisi za 75 zeta, a ją zgarnąłem za 7. Dodam, że widywałem ją już na allegro za dwa razy większe pieniądze. O czym mowa? O Jaredzie Diamond’ie i jego Trzecim szympansie. Czy tę książkę trzeba jeszcze przedstawiać?

Trochę się wzruszyłem, a to przecież wcale nie koniec podróży. Podjechałem jeszcze na Chmielną, by naprzeciw Traffic’a (albo ‘u) zajść do Dedalusa (luknijcie na ich stronkę i na ceny, jakie mają!) Super księgarnia z naprawdę bardzo wieloma interesującymi tytułami. Nie starymi, ale niektórymi już niestety poza obiegiem księgarskim. I tak strzeliłem sobie za 23 złote Williama James’a Z wybranych problemów filozofii, Teodoro Gomeza Fryderyka Nietzschego (raczej z sentymentu, niż z rozumu, bo książka choć fajna, to nie genialna) i Rudolfa Carnapa Empiryzm. Semantyka. Ontologia. Kilka innych książek musiałem odłożyć w półki, bo niestety mój portfel mógłby nie wytrzymać tak nagłego odpływu gotówki. Szczególnie żałuję Łojka, Obrony Nietzsche’go i innych książek James’a, a poza tym Huizingi i paru tytułów historycznych.

Zasadniczo tydzień uważam za udany. Carnap, Małowist, Chomsky, Diamont. Zdecydowanie było warto. Tym bardziej, że za 10 książek zapłaciłem tyle, co na allegro starczyłoby mi tylko na Diamonda. Czego chcieć więcej?

Opublikowano w: książki.
Komentarze są wyłączone

Antykomunistyczne dziecko w czerwonej pieluszce

Dosyć powszechne jest, przynajmniej takie odnoszę wrażenie, przekonanie, że można być dobrym filozofem i złym człowiekiem. Możecie sobie pod dobro i zło podstawić tutaj co chcecie. Chodzi mi tylko o pewną dychotomię – fest filozof może być chujem. Ale to bycie chujem nie przekreśla tego, że jest fest filozofem. Możemy na przykład przywołać tutaj nazwisko Heideggera i wytknąć mu ten nieszczęsny nazizm. Możemy przywołać Lenina i Żiżka. Możemy też oczywiście pójść tropem Rothbarda i stosować prymitywne ad hitlerum (kojarzycie, w jaki sposób Rothbard dyskredytował Hobbes’a? jak nie, to chętnie przywołam). Czasami mnie to przekonuje, czasami nie. O ile Heidegger do mnie, jako filozof, mówi, o tyle Lenin, nawet po przerobieniu jego pism, nie trafia.

Zachodząc rzecz z drugiej strony, niczym ten lampart, czy tam gepard (czemu jeden kończy się na „-t”, a drugi – na „-d”?), kiedy to na zwierza poluje, byłem ostatnio na Międzynarodowych Targach Książki. Żenada. Powiem wam, że jeśli MTK tak wyglądały zawsze (a nie wiem, jak wyglądały zawsze), to nie wróżę im wielkiej kariery. W porównaniu do Targów Warszawskich… te ostatnie były wręcz bez porównania lepsze. Ukazała się jednak jedna ksiązka, wydanie jej przeszło skądinąd bez echa, na którą nie poskąpiłem.

Wydawnictwo Naukowe UMK wydało książeczkę, czy w zasadzie broszurkę (raptem 150 stron) Ryśka Rorty’ego. Powiem wam szczerze: wstęp Andrzeja Szahaja jest sła-biu-tki. Naprawdę, dawno nie czytałem tak słabego tekstu Szahaja. Poświęcę mu, swoją drogą, osobny wpis. Spełnianie obietnicy naszego kraju jest pewnym zbiorem refleksji na temat kondycji lewicy w dwudziestowiecznych Stanach. Wracając teraz do wstępu, Rorty, jaki pokazuje się w tej książce nie jest politykującym filozofem. Jest w zasadzie kimś zupełnie przeciwnym – jest filozofującym politykiem. Czytałem inne książki Rorty’ego, nie wszystkie, no ale coś tam czytałem. Rorty mówił tam o polityce, poruszał tematy okołopolityczne. Ale nie w tak bezpośredni sposób. Nigdy tak „wulgarnie”. Rorty jest tutaj politykiem, śmiało i bez ogródek wygłaszającym cokolwiek, imo, kontrowersyjne tezy. Wątpi na przykład, czy ludzie, zwani

„intelektualistami konserwatywnymi”, zasługują na tę etykietkę, ponieważ być intelektualistą, to być świadomym kwestii społecznej sprawiedliwości i o nich mówić.

Nie pytajcie mnie, skąd Rorty wytrzasnął taką definicję. To nawet nie jest w tym momencie najistotniejsze. Wszystkie teksty, zawarte w tym mini-zbiorku są raczej popularyzatorskie i nie do końca filozoficzne. Rorty jawi się jako tradycyjny anglosaski liberał – socjaldemokrata. Ale z tych takich uczciwych, którzy mówią co jest nie tak i dlaczego uważają, że jest nie tak. Ja uważam, że oczywiście może tak być. Ale uważam, że Rorty jest przy tym uczciwy, bo on mówi tylko o poparciu dla pewnej wizji Ameryki. Rzeczywistość tymczasem tak piękna nie jest i poza wzniosłymi ideami w politykę wpycha się pragmatyzm w najgorszym rozumieniu tego słowa.

Nie zgadzam się z wyrusem – wcale nie lubię, gdy ludzie interesują się polityką. Wynika to stąd, że ja właśnie, w przeciwieństwie do wyrusa, politykę postrzegam jako ciągłe przeciąganie liny, jako zerojedynkową grę, w której i jedni, i drudzy, i trzeci też, imają się nie do końca czystych środków. I nawet gdyby te czyste środki zapewnić, to polityka dalej zostaje walką o zwierzchnictwo, o władzę, czy o – w pewnym sensie – własność. Rorty ma, odnoszę wrażenie, definicję polityki taką, jak wyrus. Dla nich jest to raczej pewna forma świadomości społecznej.

No ale wyrus to pojebany libertarianin, a Rorty – liberał, tj. socjaldemokrata. Mnie zastanawia, w jaki sposób można było przejść od filozoficznych przesłanek pragmatyczno-postmodernistycznych, czy cokolwiek relatywistycznych, do socjaldemokratycznych idei politycznych. Naprawdę, nie jestem w stanie tego zrozumieć. W nowo wydanej książce Foucault, Historii seksualności, możemy przeczytać wstęp Tadeusza Komendanta (ludzie, czytajcie jego przypisy – są świetne!). I w tym właśnie wstępie możemy przeczytać, że konkluzją wczesnych książek – lewackich – było wyzwolenie ciała. Z czasem jednak Foucault, zdaniem Komendanta, zmienił poglądy o 180 stopni. Inaczej rozkładał akcenty, chętniej odnosił się do nietzscheańskiej autokreacji i samorealizacji. Komendant pisze, że

Wiązało się to między innymi ze zmianą poglądów politycznych Foucault, który pod koniec życia uznał za swoją dewizę Thomasa Jeffersona: „Najlepszy rząd to taki, który najmniej rządzi”. Analiza sposobów rządzenia, a poświęcił jej wiele wykładów w College de France, zmodyfikowała projekt Historii seksualności. Jej pierwszy tom został napisany pod znakiem goszystowskiej permanentnej rewolucji; dwa następne tomy niedawny libertyn pisał pod sztandarem liberalizmu.

Ta autokreacja, samorealizacja i egoizm (Badiou stawia tezę, że postmodernizm doprowadził do sprywatyzowania i urynkowienia moralności), przyznam szczerze, bardzo współgra mi z poglądem anarchizmu i indywidualizmu. Tymczasem Rorty, który wychodzi z tych samych przesłanek, idzie w zupełnie inną stronę. Odrzuca i anarchizm (choć w pewnym momencie wspomina Emmę Goldman), i indywidualizm (nie jest to radykalne zerwanie). Odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje, Rorty na szczęści udziela. Przyznam szczerze, że te fragmenty, w których Rorty opowiada o swoim wychowaniu, o środowisku, w jakim się obracał, są świetne. Już tylko dla nich warto książkę przeczytać. Czytać, jak to w wieku kilku lat podawał kanapki Dewey’owi na przyjęciach, które urządzali jego rodzice, albo o dyskusjach na temat wojny i ZSRR (ciekawe są tłumaczenia, dlaczego Rorty, jako demokrata, liberał i socjaldemokrata popierał Zimną Wojnę).

Zapewne to środowisko, w jakim się wychował, wpłynęło na takie, a nie inne zapatrywania polityczne. Zapewne to właśnie na środowisko trzeba to zwalić. Spełnianie obietnicy naszego kraju pomaga zrozumieć te związki. Pomaga zrozumieć również, dlaczego z dystansem traktował Lacana, Foucaulta, czy nową lewicę. Ot, książeczka-ciekawostka.

Opublikowano w: książki.
Komentarze są wyłączone