Platon i technologia. O "Genezis" Bernarda Becketta

Na początku tego roku wydawnictwo Zysk i S-ka wydało książkę Bernarda Becketta Genezis. Dziś miałem sposobność przeczytania jej. Mówię dziś, gdyż zacząłem o godzinie 15, a teraz (o 19:40) mam już książkę za sobą. Nie, żeby to była broszurka, ale przy moim tempie czytania, które i tak nie jest tak szybkie, jak bym sobie tego życzył, 220 stron to przekąska. 
Jak ostatnio pisałem w zakładce o b(l)ogu, dopiero wkręcam się w klimat science-fiction i jestem dosyć wybrednym odbiorcą. Nie to, że jestem znawcą i ciężko mnie zadowolić. Po prostu nie znam się na tym i ciężko mnie zadowolić. Science-fiction, którą czytam, czy staram się wybierać, do czytania, musi być bardzo science. To musi być trudna literatura, literatura stawiająca pytania, na które wcale niekoniecznie musi udzielać jednoznacznych odpowiedzi. Stąd też moje zamiłowanie do Neala Stephensona, którego po prostu musicie przeczytać. 

W drugiej połowie XXI wieku, gdy ludzkość wyniszczył konflikt, zwany Wielką Wojną, część niedobitków z pewnym przedsiębiorcą na czele postanawia zrealizować na nowozelandzkiej wyspie Aotearoa utopijną Republikę. Ludzie zostali podzieleni na cztery klasy: Robotników, Żołnierzy, Techników i Filozofów. Klasyfikacja odbywała się na podstawie wyników badań genetycznych, a rodzice nie mogli znać swoich dzieci. Kontakty między płciami były ograniczane, a przynależność klasowa – mało elastyczna. Owszem, najzdolniejsi Robotnicy mogli awansować do klasy Żołnierzy, czy może nawet Techników, ale kasta Filozofów była zamknięta. Filozofowie to była władza, rządzili całą Republiką dla dobra każdego i wszystkich. Czy taki opis wam coś przypomina? Na przykład Starożytną Grecję? Jasne, mamy tu oczywiście przeniesioną w XXI wiek koncepcję idealnego państwa Platona. I żeby już dopełnić kontekst filozoficzny: przedsiębiorca, który stanął na czele nowej Republiki nazywał się Platon, jego podopieczną była Arystotelia, a Filozofom doradzała Akademia. Spotkamy się też z Peryklesem, Talesem, czy Anaksymandrą (główna bohaterka). Mignie nam też postać Filozofa Williama (z kontekstu wnoszę, że chodzi o Jamesa), Adama i Józefa (wnioskuję nie tylko z tytułu, że biblijnych) i androida Arta (tutaj moja teoria jest zbyt słaba, bym ją upubliczniał). A jeśli jeszcze dodamy, że Adam ma na nazwisko Forde, no to już wiemy, że mamy sporo kontekstów do wyłapania.

Krótki zarys fabuły: W czasach Republiki wszystko jest dobrze zorganizowane i, ośmielę się powiedzieć, kontrolowane. Wszelkie kontakty z ludźmi z zewnątrz są zakazane pod pretekstem przenoszonego przez nich śmiertelnego wirusa. Pewnego dnia tak się jednak dzieje, że nasz Adam się buntuje i postanawia wpuścić na wyspę przybyłą kobietę. Ściąga sobie na głowę tym samym spore problemy i zaraz zostaje aresztowany. W ramach kary zmuszony jest przebywać w jednym pomieszczeniu z androidem Artem, skonstruowanym przez Filozofa Williama. 
Wątek ten poznajemy niejako przy okazji. Przede wszystkim jesteśmy świadkami egzaminu, do jakiego staje Anaksymandra: jeśli go zaliczy, wstąpi w szeregi Akademii. Tematem jej wypowiedzi jest właśnie sprawa Adama Forde – jego czyn i jego kara. I mimo, że jest to wątek poboczny, tak naprawdę skupiamy się właśnie na jego karze, tj. jego egzystencji z androidem. Jesteśmy świadkami dialogów na temat świadomości, na temat różnicy między człowiekiem, a maszyną (jeśli przychodzi wam do głowy Blade Runner Dicka, to dobrze wam przychodzi). Maszyną myślącą i uczącą się. Maszyną, która myśli logicznie, co niejednokrotnie powodowało, że się śmiałem. Bo weźmy na przykład taki dialog:
[mówi Adam - sc] – Paskudztwo zawsze będzie paskudztwem, bez względu na to, co ty uważasz na ten temat.
- Interesujące twierdzenie. Potrafisz je udowodnić?
- Sprowadź tu dwudziestu ludzi – odparł Adam – a wszyscy powiedzą, że jesteś odrażający.
- Sprowadź tu dwudziestu Artów, a wszyscy powiemy, że twój tyłek jest piękniejszy, niż twoja gęba.
- Na świecie nie ma dwudziestu Artów.
- Masz rację. Jestem jedyny w swoim rodzaju. Mogę więc z całą pewnością stwierdzić, że wszystkie androidy uważają, że jesteś odrażający. Mnie natomiast nie wszyscy ludzie uważają za odrażającego. Jak widzisz, obiektywnie rzecz biorąc, wyglądam lepiej od ciebie. [s. 110]
A wracając jeszcze do filozofów, przywołajmy jedno zdanie, ponownie zdanie Arta, które przypomina nam lekko zapomnianego Maxa Stirnera: W tym właśnie myśl jest najskuteczniejsza: w mamieniu samego myśliciela (s. 144). 
Książkę czyta się jednym tchem. Bo i nie wymaga nabierania tchu – dwieście stron to, jak stwierdziłem na wstępie, przystawka i naprawdę chciałoby się więcej. Czy pozostaje niedosyt? Tak, pozostaje, ponieważ książka oferuje nam ciekawą tematykę i bardzo ciekawą formę. No i ma kapitalne, minimalistyczne zakończenie. 
A ja, na zakończenie, zaoferuję wam jeszcze jeden cytat (s. 138):
- Jesteś tylko odrobiną krzemu – powiedział [Adam - sc], przewracając stronę.
- A ty jesteś tylko odrobiną węgla – odparł Art. – Nie słyszałem jeszcze nigdy o dyskryminacji na tle położenia w układzie okresowym pierwiastków.
Opublikowano w: książki, kultura.
Komentarze są wyłączone

Platon i technologia. O "Genezis" Bernarda Becketta

Na początku tego roku wydawnictwo Zysk i S-ka wydało książkę Bernarda Becketta Genezis. Dziś miałem sposobność przeczytania jej. Mówię dziś, gdyż zacząłem o godzinie 15, a teraz (o 19:40) mam już książkę za sobą. Nie, żeby to była broszurka, ale przy moim tempie czytania, które i tak nie jest tak szybkie, jak bym sobie tego życzył, 220 stron to przekąska. 
Jak ostatnio pisałem w zakładce o b(l)ogu, dopiero wkręcam się w klimat science-fiction i jestem dosyć wybrednym odbiorcą. Nie to, że jestem znawcą i ciężko mnie zadowolić. Po prostu nie znam się na tym i ciężko mnie zadowolić. Science-fiction, którą czytam, czy staram się wybierać, do czytania, musi być bardzo science. To musi być trudna literatura, literatura stawiająca pytania, na które wcale niekoniecznie musi udzielać jednoznacznych odpowiedzi. Stąd też moje zamiłowanie do Neala Stephensona, którego po prostu musicie przeczytać. 

W drugiej połowie XXI wieku, gdy ludzkość wyniszczył konflikt, zwany Wielką Wojną, część niedobitków z pewnym przedsiębiorcą na czele postanawia zrealizować na nowozelandzkiej wyspie Aotearoa utopijną Republikę. Ludzie zostali podzieleni na cztery klasy: Robotników, Żołnierzy, Techników i Filozofów. Klasyfikacja odbywała się na podstawie wyników badań genetycznych, a rodzice nie mogli znać swoich dzieci. Kontakty między płciami były ograniczane, a przynależność klasowa – mało elastyczna. Owszem, najzdolniejsi Robotnicy mogli awansować do klasy Żołnierzy, czy może nawet Techników, ale kasta Filozofów była zamknięta. Filozofowie to była władza, rządzili całą Republiką dla dobra każdego i wszystkich. Czy taki opis wam coś przypomina? Na przykład Starożytną Grecję? Jasne, mamy tu oczywiście przeniesioną w XXI wiek koncepcję idealnego państwa Platona. I żeby już dopełnić kontekst filozoficzny: przedsiębiorca, który stanął na czele nowej Republiki nazywał się Platon, jego podopieczną była Arystotelia, a Filozofom doradzała Akademia. Spotkamy się też z Peryklesem, Talesem, czy Anaksymandrą (główna bohaterka). Mignie nam też postać Filozofa Williama (z kontekstu wnoszę, że chodzi o Jamesa), Adama i Józefa (wnioskuję nie tylko z tytułu, że biblijnych) i androida Arta (tutaj moja teoria jest zbyt słaba, bym ją upubliczniał). A jeśli jeszcze dodamy, że Adam ma na nazwisko Forde, no to już wiemy, że mamy sporo kontekstów do wyłapania.

Krótki zarys fabuły: W czasach Republiki wszystko jest dobrze zorganizowane i, ośmielę się powiedzieć, kontrolowane. Wszelkie kontakty z ludźmi z zewnątrz są zakazane pod pretekstem przenoszonego przez nich śmiertelnego wirusa. Pewnego dnia tak się jednak dzieje, że nasz Adam się buntuje i postanawia wpuścić na wyspę przybyłą kobietę. Ściąga sobie na głowę tym samym spore problemy i zaraz zostaje aresztowany. W ramach kary zmuszony jest przebywać w jednym pomieszczeniu z androidem Artem, skonstruowanym przez Filozofa Williama. 
Wątek ten poznajemy niejako przy okazji. Przede wszystkim jesteśmy świadkami egzaminu, do jakiego staje Anaksymandra: jeśli go zaliczy, wstąpi w szeregi Akademii. Tematem jej wypowiedzi jest właśnie sprawa Adama Forde – jego czyn i jego kara. I mimo, że jest to wątek poboczny, tak naprawdę skupiamy się właśnie na jego karze, tj. jego egzystencji z androidem. Jesteśmy świadkami dialogów na temat świadomości, na temat różnicy między człowiekiem, a maszyną (jeśli przychodzi wam do głowy Blade Runner Dicka, to dobrze wam przychodzi). Maszyną myślącą i uczącą się. Maszyną, która myśli logicznie, co niejednokrotnie powodowało, że się śmiałem. Bo weźmy na przykład taki dialog:
[mówi Adam - sc] – Paskudztwo zawsze będzie paskudztwem, bez względu na to, co ty uważasz na ten temat.
- Interesujące twierdzenie. Potrafisz je udowodnić?
- Sprowadź tu dwudziestu ludzi – odparł Adam – a wszyscy powiedzą, że jesteś odrażający.
- Sprowadź tu dwudziestu Artów, a wszyscy powiemy, że twój tyłek jest piękniejszy, niż twoja gęba.
- Na świecie nie ma dwudziestu Artów.
- Masz rację. Jestem jedyny w swoim rodzaju. Mogę więc z całą pewnością stwierdzić, że wszystkie androidy uważają, że jesteś odrażający. Mnie natomiast nie wszyscy ludzie uważają za odrażającego. Jak widzisz, obiektywnie rzecz biorąc, wyglądam lepiej od ciebie. [s. 110]
A wracając jeszcze do filozofów, przywołajmy jedno zdanie, ponownie zdanie Arta, które przypomina nam lekko zapomnianego Maxa Stirnera: W tym właśnie myśl jest najskuteczniejsza: w mamieniu samego myśliciela (s. 144). 
Książkę czyta się jednym tchem. Bo i nie wymaga nabierania tchu – dwieście stron to, jak stwierdziłem na wstępie, przystawka i naprawdę chciałoby się więcej. Czy pozostaje niedosyt? Tak, pozostaje, ponieważ książka oferuje nam ciekawą tematykę i bardzo ciekawą formę. No i ma kapitalne, minimalistyczne zakończenie. 
A ja, na zakończenie, zaoferuję wam jeszcze jeden cytat (s. 138):
- Jesteś tylko odrobiną krzemu – powiedział [Adam - sc], przewracając stronę.
- A ty jesteś tylko odrobiną węgla – odparł Art. – Nie słyszałem jeszcze nigdy o dyskryminacji na tle położenia w układzie okresowym pierwiastków.
Opublikowano w: książki, kultura.
Komentarze są wyłączone

Sala samobój(c)ów

Żeby nie było, ostrzegam na samym wstępie. Cały poniższy tekst to będzie spoiler. Obejrzałem ostatnio „Salę samobójców”, film w reżyserii Jana Komasy. Film bardzo nagłośniony, bardzo rozchwalony i bardzo istotny. Jeżeli więc ktoś z moich czytelników nie widział tego filmu, a by chciał, może opuścić tę notkę i sobie przejrzeć w tym czasie archiwum. Jeżeli ktoś nie oglądał tego filmu, a przed obejrzeniem chciałby się czegoś dowiedzieć, mogę mu w tym pomóc. Niech mnie jednak później nie wini (i tu być może przeceniam swój wpływ), że go przekonałem do mojego zdania. Jeżeli zaś już ten film widzieliście, możemy sobie o nim podyskutować, jak równy z równiejszym. Sami sobie możecie wybrać, kto będzie kim.
Zacznijmy może szyderą. Wyguglajcie sobie źródło tego komentarza:
Film rewelacyjny i godny podziwu.Dała bym za niego nobla. A dziwne jest to że to polski film ale BOSKI <33333333333
POLECAMMMMMMM!!!!!
Niezły, nie? Nie dość, że jakaś cipa „dała by za niego nobla” (NOBLA, noż kurwa, NOBLA!), to jeszcze najebała jakiś znaczek mniejszości i później 33333trzytrzyrzyrzy. Dżizas fakin krajst, brak mi słów. 
Dobra, może skupmy się na bardziej istotnych rzeczach. Film, oparty na scenariuszu Jana Komasy, reżysera, opowiada historię chłopaczka, 19-latka, który za kilka miesięcy ma zdawać maturę. Zaczynamy na studniówce, gdzie chłopcy i dziewczynki tańczą walczyka, żłopią piwko, jarają blanty i opowiadają, jacy to są trendi_dżezi_kul. Jakaś cipa chwali się, że się przespała z psiapsiółą i sobie opowiadają, kto jakie minety strzela. Potem dwie laski zapuszczają sobie ślimaki, no a potem dwóch chłopaczków robi to samo. Jednym z tych chłopaczków jest nasz główny bohater, Dominik. No i się zaczyna. Chwali się tym na fejsie i aż 6kilka osób „lubi to”. Dominik się troszkę pogubił, zaczął się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie jest gejem i tak dalej. A kilka dni później na lekcji w-f, gdy ćwiczyli dżudo, naszych dwóch kochanków się, że tak powiem, zwarło, no i sprawa stała się jasna. Dominik nie dość, że przegrał, to jeszcze pod tym drugim chłopaczkiem spuścił się w spodnie. Później już standard, znowu masa osób na fejsie to „zalajkowała”, a Kuba poczuł się nienormalny. Jego mamusia, kobieta zdecydowanie z jajami, która na wszystko miała przygotowaną ripostę, niczym mistrz błyskotliwej i szybkiej riposty, jedyne co była w stanie powiedzieć, gdy usłyszała o homoseksualnych skłonnościach synka (który postanowił zademonstrować je rodzicom w obecności Pana Ministra, liżąc się z gipsowym popiersiem Marka Aureliusza, czy innego imperatora), to „w dupach wam się poprzerwacało”. 
Wyszło mi zdanie wielokrotnie złożone i, chociaż wierzę w inteligencję moich czytelników, postaram się to teraz uprościć. Otóż Pan Minister wraz z żoną i córką, zaprosił rodziców Dominika do opery. Po operze rodzice się zgadali, że może Dominik by kiedyś się wybrał sam na sam z córcią Pana Ministra, na balet, czy coś (bo córcia Pana Ministra to baletnica). Wtedy Dominik, że on chętnie, ale jest problem, bo jest gejem. No i to zademonstrował. Trudno powiedzieć, kim są rodzice Dominika – nie wyłapałem, gdzie pracuje jego matka, a ojciec, początkowo „starający się o posadę w ministerstwie”, w kilka dni później (po tak wielkim faux pas synka) już pracę w ministerstwie ma. No i ma jeszcze jakąś formę psychozy maniakalno-depresyjnej. W domu trzyma broń, żona paralizator, synka wszędzie wozi kierowca, żeby nie musiał jeździć autobusami, alarmy, pomoce domowe itd. I pewnego razu, po lekcji judo, Dominik postanawia na złość rodzicom pojechać do domu autobusem. Zaczepia tam grupkę chłopaczków, którzy sobie słuchają głośno techno i dostaje taki wpierdol, że aż lekarzowi musiało się przykro zrobić. Ale co ciekawe, po takim wpierdolu, jedyny uszczerbek na zdrowiu, to zadrapanie pod okiem. Nieważne. W następnych kilka dni Dominik nie chodzi do szkoły i tatuś mu na to pozwala, Dominik wkaracza do virtual reality typu Sala Samobójców, gdzieś tam po drodze się tnie, ląduje w psychiatryku, zamyka się w pokoju i nie chce wyjść i bla, bla, bla, ostatecznie popełnia samobójstwo. 
W filmie jest tyle wątków, które osobno można by rozwinąć do kilku pełnometrażowych filmów. Aktorsko film jest w porządku. A jednak coś tu jest nie tak. O co chodzi? Nie wiem, może problemem jest to, że tyle pochwał się nasłuchałem na temat tego obrazu, że nie sprostał on mojemu wyobrażeniu. Być może. Ale prawda jest taka, że ten film TO JEST GNIOT. To jest że_na_da. To jest sztampa (sceny przemierzania korytarzy szkolnych w kurtce, ze słuchawkami na uszach, z muzyką rockową są amerykańską kalką, typu „Szkoła uczuć”, albo co tam jeszcze nastolatki kochają), to jest bełkot, to jest absurd i groteska. Rodzina z wyższej klasy średnio-urzędniczej, gdzie wszyscy wszystko mają i brakuje im tylko, buuuuu:(((nawiasnawias, miłości i akceptacji, a oni są tacy wrażliwi. 
Zerknąłem sobie do filmwebu, w celu obadania tego filmu i zobaczyłem, że jest sklasyfikowany, jako thriller. Nie wiem, czy to thriller, czy obyczaj, ale ja nie mogłem się pozbierać ze śmiechu, kiedy tylko na scenie pojawiał się tatuś, grany przez Krzysztofa Pieczyńskiego. Aż płakałem ze śmiechu. Obawiam się jednak, że nie było to zamierzone. 
Rozumiem, że jest to ważny polski film, film, poruszający trudny temat próby najpierw samoakceptacji, a później akceptacji społecznej przez Dominika, osobę, która jest zagubiona, bo nie wie tak naprawdę, kim jest. Ten wątek naprawdę ma potencjał. Tylko co, do kurwy nędzy, ma do tego virtual reality? Przecież cały film opiera się, przynajmniej gdyby przeczytać opis i ogarnąć zajawki, jako ukazanie roli, jaką w naszym świecie pełni rzeczywistość wirtualna. Jakieś, nie wiem, moralizatorstwo w stylu „drodzy rodzice, uważajcie, w internecie nie tylko pedofilów trzeba się bać”. Tymczasem ja odniosłem wrażenie, że rzeczywistość wirtualna jest tutaj tylko jednym z wątków, myślę zresztą, że niezbyt istotnym, sztampowym i rozdmuchanym. Mam wrażenie, że reżyser chciał się rozprawić ze wszystkim, z czym tylko się dało: brak akceptacji dla homoseksualizmu syna, brak uwagi ze strony rodziców, zagrożenia ze strony internetu, społeczna stygmatyzacja i nietolerancja, braki w systemie etycznym, i co by tam jeszcze kto znalazł. Efekt jest, jaki jest.
Film zawodzi na całej linii, od początku, do końca. No dobra, prawie do końca. Jest trochę tak, jak Katyń Wajdy. Tam też cały film jest do bani, do tak wielkiej bani, że nawet Ruscy takiej nie mają. Ale jednak ostatnia scena, masowego strzelania w potylicę i wpadania do zbiorowej mogiły robi wielkie wrażenie i zaciera cały, nieciekawy, obraz. Podobnie ostatnia scena Sali samobójców, choć sztampowa i mająca ujednolicić nam obraz, trochę przysłania, że film jest po prostu żałosny. 
I teraz tak. Skoro ten film jest ponoć tak genialny, tak wspaniały, tak ambitny i tak wielki, to znaczy, że… Albo ja jestem po prostu za głupi na ten film, albo polska kinematografia to żenada. I niestety obawiam się, że raczej to drugie.
Opublikowano w: kultura.
Komentarze są wyłączone

Sala samobój(c)ów

Żeby nie było, ostrzegam na samym wstępie. Cały poniższy tekst to będzie spoiler. Obejrzałem ostatnio „Salę samobójców”, film w reżyserii Jana Komasy. Film bardzo nagłośniony, bardzo rozchwalony i bardzo istotny. Jeżeli więc ktoś z moich czytelników nie widział tego filmu, a by chciał, może opuścić tę notkę i sobie przejrzeć w tym czasie archiwum. Jeżeli ktoś nie oglądał tego filmu, a przed obejrzeniem chciałby się czegoś dowiedzieć, mogę mu w tym pomóc. Niech mnie jednak później nie wini (i tu być może przeceniam swój wpływ), że go przekonałem do mojego zdania. Jeżeli zaś już ten film widzieliście, możemy sobie o nim podyskutować, jak równy z równiejszym. Sami sobie możecie wybrać, kto będzie kim.
Zacznijmy może szyderą. Wyguglajcie sobie źródło tego komentarza:
Film rewelacyjny i godny podziwu.Dała bym za niego nobla. A dziwne jest to że to polski film ale BOSKI <33333333333
POLECAMMMMMMM!!!!!
Niezły, nie? Nie dość, że jakaś cipa „dała by za niego nobla” (NOBLA, noż kurwa, NOBLA!), to jeszcze najebała jakiś znaczek mniejszości i później 33333trzytrzyrzyrzy. Dżizas fakin krajst, brak mi słów. 
Dobra, może skupmy się na bardziej istotnych rzeczach. Film, oparty na scenariuszu Jana Komasy, reżysera, opowiada historię chłopaczka, 19-latka, który za kilka miesięcy ma zdawać maturę. Zaczynamy na studniówce, gdzie chłopcy i dziewczynki tańczą walczyka, żłopią piwko, jarają blanty i opowiadają, jacy to są trendi_dżezi_kul. Jakaś cipa chwali się, że się przespała z psiapsiółą i sobie opowiadają, kto jakie minety strzela. Potem dwie laski zapuszczają sobie ślimaki, no a potem dwóch chłopaczków robi to samo. Jednym z tych chłopaczków jest nasz główny bohater, Dominik. No i się zaczyna. Chwali się tym na fejsie i aż 6kilka osób „lubi to”. Dominik się troszkę pogubił, zaczął się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie jest gejem i tak dalej. A kilka dni później na lekcji w-f, gdy ćwiczyli dżudo, naszych dwóch kochanków się, że tak powiem, zwarło, no i sprawa stała się jasna. Dominik nie dość, że przegrał, to jeszcze pod tym drugim chłopaczkiem spuścił się w spodnie. Później już standard, znowu masa osób na fejsie to „zalajkowała”, a Kuba poczuł się nienormalny. Jego mamusia, kobieta zdecydowanie z jajami, która na wszystko miała przygotowaną ripostę, niczym mistrz błyskotliwej i szybkiej riposty, jedyne co była w stanie powiedzieć, gdy usłyszała o homoseksualnych skłonnościach synka (który postanowił zademonstrować je rodzicom w obecności Pana Ministra, liżąc się z gipsowym popiersiem Marka Aureliusza, czy innego imperatora), to „w dupach wam się poprzerwacało”. 
Wyszło mi zdanie wielokrotnie złożone i, chociaż wierzę w inteligencję moich czytelników, postaram się to teraz uprościć. Otóż Pan Minister wraz z żoną i córką, zaprosił rodziców Dominika do opery. Po operze rodzice się zgadali, że może Dominik by kiedyś się wybrał sam na sam z córcią Pana Ministra, na balet, czy coś (bo córcia Pana Ministra to baletnica). Wtedy Dominik, że on chętnie, ale jest problem, bo jest gejem. No i to zademonstrował. Trudno powiedzieć, kim są rodzice Dominika – nie wyłapałem, gdzie pracuje jego matka, a ojciec, początkowo „starający się o posadę w ministerstwie”, w kilka dni później (po tak wielkim faux pas synka) już pracę w ministerstwie ma. No i ma jeszcze jakąś formę psychozy maniakalno-depresyjnej. W domu trzyma broń, żona paralizator, synka wszędzie wozi kierowca, żeby nie musiał jeździć autobusami, alarmy, pomoce domowe itd. I pewnego razu, po lekcji judo, Dominik postanawia na złość rodzicom pojechać do domu autobusem. Zaczepia tam grupkę chłopaczków, którzy sobie słuchają głośno techno i dostaje taki wpierdol, że aż lekarzowi musiało się przykro zrobić. Ale co ciekawe, po takim wpierdolu, jedyny uszczerbek na zdrowiu, to zadrapanie pod okiem. Nieważne. W następnych kilka dni Dominik nie chodzi do szkoły i tatuś mu na to pozwala, Dominik wkaracza do virtual reality typu Sala Samobójców, gdzieś tam po drodze się tnie, ląduje w psychiatryku, zamyka się w pokoju i nie chce wyjść i bla, bla, bla, ostatecznie popełnia samobójstwo. 
W filmie jest tyle wątków, które osobno można by rozwinąć do kilku pełnometrażowych filmów. Aktorsko film jest w porządku. A jednak coś tu jest nie tak. O co chodzi? Nie wiem, może problemem jest to, że tyle pochwał się nasłuchałem na temat tego obrazu, że nie sprostał on mojemu wyobrażeniu. Być może. Ale prawda jest taka, że ten film TO JEST GNIOT. To jest że_na_da. To jest sztampa (sceny przemierzania korytarzy szkolnych w kurtce, ze słuchawkami na uszach, z muzyką rockową są amerykańską kalką, typu „Szkoła uczuć”, albo co tam jeszcze nastolatki kochają), to jest bełkot, to jest absurd i groteska. Rodzina z wyższej klasy średnio-urzędniczej, gdzie wszyscy wszystko mają i brakuje im tylko, buuuuu:(((nawiasnawias, miłości i akceptacji, a oni są tacy wrażliwi. 
Zerknąłem sobie do filmwebu, w celu obadania tego filmu i zobaczyłem, że jest sklasyfikowany, jako thriller. Nie wiem, czy to thriller, czy obyczaj, ale ja nie mogłem się pozbierać ze śmiechu, kiedy tylko na scenie pojawiał się tatuś, grany przez Krzysztofa Pieczyńskiego. Aż płakałem ze śmiechu. Obawiam się jednak, że nie było to zamierzone. 
Rozumiem, że jest to ważny polski film, film, poruszający trudny temat próby najpierw samoakceptacji, a później akceptacji społecznej przez Dominika, osobę, która jest zagubiona, bo nie wie tak naprawdę, kim jest. Ten wątek naprawdę ma potencjał. Tylko co, do kurwy nędzy, ma do tego virtual reality? Przecież cały film opiera się, przynajmniej gdyby przeczytać opis i ogarnąć zajawki, jako ukazanie roli, jaką w naszym świecie pełni rzeczywistość wirtualna. Jakieś, nie wiem, moralizatorstwo w stylu „drodzy rodzice, uważajcie, w internecie nie tylko pedofilów trzeba się bać”. Tymczasem ja odniosłem wrażenie, że rzeczywistość wirtualna jest tutaj tylko jednym z wątków, myślę zresztą, że niezbyt istotnym, sztampowym i rozdmuchanym. Mam wrażenie, że reżyser chciał się rozprawić ze wszystkim, z czym tylko się dało: brak akceptacji dla homoseksualizmu syna, brak uwagi ze strony rodziców, zagrożenia ze strony internetu, społeczna stygmatyzacja i nietolerancja, braki w systemie etycznym, i co by tam jeszcze kto znalazł. Efekt jest, jaki jest.
Film zawodzi na całej linii, od początku, do końca. No dobra, prawie do końca. Jest trochę tak, jak Katyń Wajdy. Tam też cały film jest do bani, do tak wielkiej bani, że nawet Ruscy takiej nie mają. Ale jednak ostatnia scena, masowego strzelania w potylicę i wpadania do zbiorowej mogiły robi wielkie wrażenie i zaciera cały, nieciekawy, obraz. Podobnie ostatnia scena Sali samobójców, choć sztampowa i mająca ujednolicić nam obraz, trochę przysłania, że film jest po prostu żałosny. 
I teraz tak. Skoro ten film jest ponoć tak genialny, tak wspaniały, tak ambitny i tak wielki, to znaczy, że… Albo ja jestem po prostu za głupi na ten film, albo polska kinematografia to żenada. I niestety obawiam się, że raczej to drugie.
Opublikowano w: kultura.
Komentarze są wyłączone

Sala samobój(c)ów

Żeby nie było, ostrzegam na samym wstępie. Cały poniższy tekst to będzie spoiler. Obejrzałem ostatnio „Salę samobójców”, film w reżyserii Jana Komasy. Film bardzo nagłośniony, bardzo rozchwalony i bardzo istotny. Jeżeli więc ktoś z moich czytelników nie widział tego filmu, a by chciał, może opuścić tę notkę i sobie przejrzeć w tym czasie archiwum. Jeżeli ktoś nie oglądał tego filmu, a przed obejrzeniem chciałby się czegoś dowiedzieć, mogę mu w tym pomóc. Niech mnie jednak później nie wini (i tu być może przeceniam swój wpływ), że go przekonałem do mojego zdania. Jeżeli zaś już ten film widzieliście, możemy sobie o nim podyskutować, jak równy z równiejszym. Sami sobie możecie wybrać, kto będzie kim.
Zacznijmy może szyderą. Wyguglajcie sobie źródło tego komentarza:
Film rewelacyjny i godny podziwu.Dała bym za niego nobla. A dziwne jest to że to polski film ale BOSKI <33333333333
POLECAMMMMMMM!!!!!
Niezły, nie? Nie dość, że jakaś cipa „dała by za niego nobla” (NOBLA, noż kurwa, NOBLA!), to jeszcze najebała jakiś znaczek mniejszości i później 33333trzytrzyrzyrzy. Dżizas fakin krajst, brak mi słów. 
Dobra, może skupmy się na bardziej istotnych rzeczach. Film, oparty na scenariuszu Jana Komasy, reżysera, opowiada historię chłopaczka, 19-latka, który za kilka miesięcy ma zdawać maturę. Zaczynamy na studniówce, gdzie chłopcy i dziewczynki tańczą walczyka, żłopią piwko, jarają blanty i opowiadają, jacy to są trendi_dżezi_kul. Jakaś cipa chwali się, że się przespała z psiapsiółą i sobie opowiadają, kto jakie minety strzela. Potem dwie laski zapuszczają sobie ślimaki, no a potem dwóch chłopaczków robi to samo. Jednym z tych chłopaczków jest nasz główny bohater, Dominik. No i się zaczyna. Chwali się tym na fejsie i aż 6kilka osób „lubi to”. Dominik się troszkę pogubił, zaczął się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie jest gejem i tak dalej. A kilka dni później na lekcji w-f, gdy ćwiczyli dżudo, naszych dwóch kochanków się, że tak powiem, zwarło, no i sprawa stała się jasna. Dominik nie dość, że przegrał, to jeszcze pod tym drugim chłopaczkiem spuścił się w spodnie. Później już standard, znowu masa osób na fejsie to „zalajkowała”, a Kuba poczuł się nienormalny. Jego mamusia, kobieta zdecydowanie z jajami, która na wszystko miała przygotowaną ripostę, niczym mistrz błyskotliwej i szybkiej riposty, jedyne co była w stanie powiedzieć, gdy usłyszała o homoseksualnych skłonnościach synka (który postanowił zademonstrować je rodzicom w obecności Pana Ministra, liżąc się z gipsowym popiersiem Marka Aureliusza, czy innego imperatora), to „w dupach wam się poprzerwacało”. 
Wyszło mi zdanie wielokrotnie złożone i, chociaż wierzę w inteligencję moich czytelników, postaram się to teraz uprościć. Otóż Pan Minister wraz z żoną i córką, zaprosił rodziców Dominika do opery. Po operze rodzice się zgadali, że może Dominik by kiedyś się wybrał sam na sam z córcią Pana Ministra, na balet, czy coś (bo córcia Pana Ministra to baletnica). Wtedy Dominik, że on chętnie, ale jest problem, bo jest gejem. No i to zademonstrował. Trudno powiedzieć, kim są rodzice Dominika – nie wyłapałem, gdzie pracuje jego matka, a ojciec, początkowo „starający się o posadę w ministerstwie”, w kilka dni później (po tak wielkim faux pas synka) już pracę w ministerstwie ma. No i ma jeszcze jakąś formę psychozy maniakalno-depresyjnej. W domu trzyma broń, żona paralizator, synka wszędzie wozi kierowca, żeby nie musiał jeździć autobusami, alarmy, pomoce domowe itd. I pewnego razu, po lekcji judo, Dominik postanawia na złość rodzicom pojechać do domu autobusem. Zaczepia tam grupkę chłopaczków, którzy sobie słuchają głośno techno i dostaje taki wpierdol, że aż lekarzowi musiało się przykro zrobić. Ale co ciekawe, po takim wpierdolu, jedyny uszczerbek na zdrowiu, to zadrapanie pod okiem. Nieważne. W następnych kilka dni Dominik nie chodzi do szkoły i tatuś mu na to pozwala, Dominik wkaracza do virtual reality typu Sala Samobójców, gdzieś tam po drodze się tnie, ląduje w psychiatryku, zamyka się w pokoju i nie chce wyjść i bla, bla, bla, ostatecznie popełnia samobójstwo. 
W filmie jest tyle wątków, które osobno można by rozwinąć do kilku pełnometrażowych filmów. Aktorsko film jest w porządku. A jednak coś tu jest nie tak. O co chodzi? Nie wiem, może problemem jest to, że tyle pochwał się nasłuchałem na temat tego obrazu, że nie sprostał on mojemu wyobrażeniu. Być może. Ale prawda jest taka, że ten film TO JEST GNIOT. To jest że_na_da. To jest sztampa (sceny przemierzania korytarzy szkolnych w kurtce, ze słuchawkami na uszach, z muzyką rockową są amerykańską kalką, typu „Szkoła uczuć”, albo co tam jeszcze nastolatki kochają), to jest bełkot, to jest absurd i groteska. Rodzina z wyższej klasy średnio-urzędniczej, gdzie wszyscy wszystko mają i brakuje im tylko, buuuuu:(((nawiasnawias, miłości i akceptacji, a oni są tacy wrażliwi. 
Zerknąłem sobie do filmwebu, w celu obadania tego filmu i zobaczyłem, że jest sklasyfikowany, jako thriller. Nie wiem, czy to thriller, czy obyczaj, ale ja nie mogłem się pozbierać ze śmiechu, kiedy tylko na scenie pojawiał się tatuś, grany przez Krzysztofa Pieczyńskiego. Aż płakałem ze śmiechu. Obawiam się jednak, że nie było to zamierzone. 
Rozumiem, że jest to ważny polski film, film, poruszający trudny temat próby najpierw samoakceptacji, a później akceptacji społecznej przez Dominika, osobę, która jest zagubiona, bo nie wie tak naprawdę, kim jest. Ten wątek naprawdę ma potencjał. Tylko co, do kurwy nędzy, ma do tego virtual reality? Przecież cały film opiera się, przynajmniej gdyby przeczytać opis i ogarnąć zajawki, jako ukazanie roli, jaką w naszym świecie pełni rzeczywistość wirtualna. Jakieś, nie wiem, moralizatorstwo w stylu „drodzy rodzice, uważajcie, w internecie nie tylko pedofilów trzeba się bać”. Tymczasem ja odniosłem wrażenie, że rzeczywistość wirtualna jest tutaj tylko jednym z wątków, myślę zresztą, że niezbyt istotnym, sztampowym i rozdmuchanym. Mam wrażenie, że reżyser chciał się rozprawić ze wszystkim, z czym tylko się dało: brak akceptacji dla homoseksualizmu syna, brak uwagi ze strony rodziców, zagrożenia ze strony internetu, społeczna stygmatyzacja i nietolerancja, braki w systemie etycznym, i co by tam jeszcze kto znalazł. Efekt jest, jaki jest.
Film zawodzi na całej linii, od początku, do końca. No dobra, prawie do końca. Jest trochę tak, jak Katyń Wajdy. Tam też cały film jest do bani, do tak wielkiej bani, że nawet Ruscy takiej nie mają. Ale jednak ostatnia scena, masowego strzelania w potylicę i wpadania do zbiorowej mogiły robi wielkie wrażenie i zaciera cały, nieciekawy, obraz. Podobnie ostatnia scena Sali samobójców, choć sztampowa i mająca ujednolicić nam obraz, trochę przysłania, że film jest po prostu żałosny. 
I teraz tak. Skoro ten film jest ponoć tak genialny, tak wspaniały, tak ambitny i tak wielki, to znaczy, że… Albo ja jestem po prostu za głupi na ten film, albo polska kinematografia to żenada. I niestety obawiam się, że raczej to drugie.
Opublikowano w: kultura.
Komentarze są wyłączone

Sala samobój(c)ów

Żeby nie było, ostrzegam na samym wstępie. Cały poniższy tekst to będzie spoiler. Obejrzałem ostatnio „Salę samobójców”, film w reżyserii Jana Komasy. Film bardzo nagłośniony, bardzo rozchwalony i bardzo istotny. Jeżeli więc ktoś z moich czytelników nie widział tego filmu, a by chciał, może opuścić tę notkę i sobie przejrzeć w tym czasie archiwum. Jeżeli ktoś nie oglądał tego filmu, a przed obejrzeniem chciałby się czegoś dowiedzieć, mogę mu w tym pomóc. Niech mnie jednak później nie wini (i tu być może przeceniam swój wpływ), że go przekonałem do mojego zdania. Jeżeli zaś już ten film widzieliście, możemy sobie o nim podyskutować, jak równy z równiejszym. Sami sobie możecie wybrać, kto będzie kim.
Zacznijmy może szyderą. Wyguglajcie sobie źródło tego komentarza:
Film rewelacyjny i godny podziwu.Dała bym za niego nobla. A dziwne jest to że to polski film ale BOSKI <33333333333
POLECAMMMMMMM!!!!!
Niezły, nie? Nie dość, że jakaś cipa „dała by za niego nobla” (NOBLA, noż kurwa, NOBLA!), to jeszcze najebała jakiś znaczek mniejszości i później 33333trzytrzyrzyrzy. Dżizas fakin krajst, brak mi słów. 
Dobra, może skupmy się na bardziej istotnych rzeczach. Film, oparty na scenariuszu Jana Komasy, reżysera, opowiada historię chłopaczka, 19-latka, który za kilka miesięcy ma zdawać maturę. Zaczynamy na studniówce, gdzie chłopcy i dziewczynki tańczą walczyka, żłopią piwko, jarają blanty i opowiadają, jacy to są trendi_dżezi_kul. Jakaś cipa chwali się, że się przespała z psiapsiółą i sobie opowiadają, kto jakie minety strzela. Potem dwie laski zapuszczają sobie ślimaki, no a potem dwóch chłopaczków robi to samo. Jednym z tych chłopaczków jest nasz główny bohater, Dominik. No i się zaczyna. Chwali się tym na fejsie i aż 6kilka osób „lubi to”. Dominik się troszkę pogubił, zaczął się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie jest gejem i tak dalej. A kilka dni później na lekcji w-f, gdy ćwiczyli dżudo, naszych dwóch kochanków się, że tak powiem, zwarło, no i sprawa stała się jasna. Dominik nie dość, że przegrał, to jeszcze pod tym drugim chłopaczkiem spuścił się w spodnie. Później już standard, znowu masa osób na fejsie to „zalajkowała”, a Kuba poczuł się nienormalny. Jego mamusia, kobieta zdecydowanie z jajami, która na wszystko miała przygotowaną ripostę, niczym mistrz błyskotliwej i szybkiej riposty, jedyne co była w stanie powiedzieć, gdy usłyszała o homoseksualnych skłonnościach synka (który postanowił zademonstrować je rodzicom w obecności Pana Ministra, liżąc się z gipsowym popiersiem Marka Aureliusza, czy innego imperatora), to „w dupach wam się poprzerwacało”. 
Wyszło mi zdanie wielokrotnie złożone i, chociaż wierzę w inteligencję moich czytelników, postaram się to teraz uprościć. Otóż Pan Minister wraz z żoną i córką, zaprosił rodziców Dominika do opery. Po operze rodzice się zgadali, że może Dominik by kiedyś się wybrał sam na sam z córcią Pana Ministra, na balet, czy coś (bo córcia Pana Ministra to baletnica). Wtedy Dominik, że on chętnie, ale jest problem, bo jest gejem. No i to zademonstrował. Trudno powiedzieć, kim są rodzice Dominika – nie wyłapałem, gdzie pracuje jego matka, a ojciec, początkowo „starający się o posadę w ministerstwie”, w kilka dni później (po tak wielkim faux pas synka) już pracę w ministerstwie ma. No i ma jeszcze jakąś formę psychozy maniakalno-depresyjnej. W domu trzyma broń, żona paralizator, synka wszędzie wozi kierowca, żeby nie musiał jeździć autobusami, alarmy, pomoce domowe itd. I pewnego razu, po lekcji judo, Dominik postanawia na złość rodzicom pojechać do domu autobusem. Zaczepia tam grupkę chłopaczków, którzy sobie słuchają głośno techno i dostaje taki wpierdol, że aż lekarzowi musiało się przykro zrobić. Ale co ciekawe, po takim wpierdolu, jedyny uszczerbek na zdrowiu, to zadrapanie pod okiem. Nieważne. W następnych kilka dni Dominik nie chodzi do szkoły i tatuś mu na to pozwala, Dominik wkaracza do virtual reality typu Sala Samobójców, gdzieś tam po drodze się tnie, ląduje w psychiatryku, zamyka się w pokoju i nie chce wyjść i bla, bla, bla, ostatecznie popełnia samobójstwo. 
W filmie jest tyle wątków, które osobno można by rozwinąć do kilku pełnometrażowych filmów. Aktorsko film jest w porządku. A jednak coś tu jest nie tak. O co chodzi? Nie wiem, może problemem jest to, że tyle pochwał się nasłuchałem na temat tego obrazu, że nie sprostał on mojemu wyobrażeniu. Być może. Ale prawda jest taka, że ten film TO JEST GNIOT. To jest że_na_da. To jest sztampa (sceny przemierzania korytarzy szkolnych w kurtce, ze słuchawkami na uszach, z muzyką rockową są amerykańską kalką, typu „Szkoła uczuć”, albo co tam jeszcze nastolatki kochają), to jest bełkot, to jest absurd i groteska. Rodzina z wyższej klasy średnio-urzędniczej, gdzie wszyscy wszystko mają i brakuje im tylko, buuuuu:(((nawiasnawias, miłości i akceptacji, a oni są tacy wrażliwi. 
Zerknąłem sobie do filmwebu, w celu obadania tego filmu i zobaczyłem, że jest sklasyfikowany, jako thriller. Nie wiem, czy to thriller, czy obyczaj, ale ja nie mogłem się pozbierać ze śmiechu, kiedy tylko na scenie pojawiał się tatuś, grany przez Krzysztofa Pieczyńskiego. Aż płakałem ze śmiechu. Obawiam się jednak, że nie było to zamierzone. 
Rozumiem, że jest to ważny polski film, film, poruszający trudny temat próby najpierw samoakceptacji, a później akceptacji społecznej przez Dominika, osobę, która jest zagubiona, bo nie wie tak naprawdę, kim jest. Ten wątek naprawdę ma potencjał. Tylko co, do kurwy nędzy, ma do tego virtual reality? Przecież cały film opiera się, przynajmniej gdyby przeczytać opis i ogarnąć zajawki, jako ukazanie roli, jaką w naszym świecie pełni rzeczywistość wirtualna. Jakieś, nie wiem, moralizatorstwo w stylu „drodzy rodzice, uważajcie, w internecie nie tylko pedofilów trzeba się bać”. Tymczasem ja odniosłem wrażenie, że rzeczywistość wirtualna jest tutaj tylko jednym z wątków, myślę zresztą, że niezbyt istotnym, sztampowym i rozdmuchanym. Mam wrażenie, że reżyser chciał się rozprawić ze wszystkim, z czym tylko się dało: brak akceptacji dla homoseksualizmu syna, brak uwagi ze strony rodziców, zagrożenia ze strony internetu, społeczna stygmatyzacja i nietolerancja, braki w systemie etycznym, i co by tam jeszcze kto znalazł. Efekt jest, jaki jest.
Film zawodzi na całej linii, od początku, do końca. No dobra, prawie do końca. Jest trochę tak, jak Katyń Wajdy. Tam też cały film jest do bani, do tak wielkiej bani, że nawet Ruscy takiej nie mają. Ale jednak ostatnia scena, masowego strzelania w potylicę i wpadania do zbiorowej mogiły robi wielkie wrażenie i zaciera cały, nieciekawy, obraz. Podobnie ostatnia scena Sali samobójców, choć sztampowa i mająca ujednolicić nam obraz, trochę przysłania, że film jest po prostu żałosny. 
I teraz tak. Skoro ten film jest ponoć tak genialny, tak wspaniały, tak ambitny i tak wielki, to znaczy, że… Albo ja jestem po prostu za głupi na ten film, albo polska kinematografia to żenada. I niestety obawiam się, że raczej to drugie.
Opublikowano w: kultura.
Komentarze są wyłączone

Sala samobój(c)ów

Żeby nie było, ostrzegam na samym wstępie. Cały poniższy tekst to będzie spoiler. Obejrzałem ostatnio „Salę samobójców”, film w reżyserii Jana Komasy. Film bardzo nagłośniony, bardzo rozchwalony i bardzo istotny. Jeżeli więc ktoś z moich czytelników nie widział tego filmu, a by chciał, może opuścić tę notkę i sobie przejrzeć w tym czasie archiwum. Jeżeli ktoś nie oglądał tego filmu, a przed obejrzeniem chciałby się czegoś dowiedzieć, mogę mu w tym pomóc. Niech mnie jednak później nie wini (i tu być może przeceniam swój wpływ), że go przekonałem do mojego zdania. Jeżeli zaś już ten film widzieliście, możemy sobie o nim podyskutować, jak równy z równiejszym. Sami sobie możecie wybrać, kto będzie kim.
Zacznijmy może szyderą. Wyguglajcie sobie źródło tego komentarza:
Film rewelacyjny i godny podziwu.Dała bym za niego nobla. A dziwne jest to że to polski film ale BOSKI <33333333333
POLECAMMMMMMM!!!!!
Niezły, nie? Nie dość, że jakaś cipa „dała by za niego nobla” (NOBLA, noż kurwa, NOBLA!), to jeszcze najebała jakiś znaczek mniejszości i później 33333trzytrzyrzyrzy. Dżizas fakin krajst, brak mi słów. 
Dobra, może skupmy się na bardziej istotnych rzeczach. Film, oparty na scenariuszu Jana Komasy, reżysera, opowiada historię chłopaczka, 19-latka, który za kilka miesięcy ma zdawać maturę. Zaczynamy na studniówce, gdzie chłopcy i dziewczynki tańczą walczyka, żłopią piwko, jarają blanty i opowiadają, jacy to są trendi_dżezi_kul. Jakaś cipa chwali się, że się przespała z psiapsiółą i sobie opowiadają, kto jakie minety strzela. Potem dwie laski zapuszczają sobie ślimaki, no a potem dwóch chłopaczków robi to samo. Jednym z tych chłopaczków jest nasz główny bohater, Dominik. No i się zaczyna. Chwali się tym na fejsie i aż 6kilka osób „lubi to”. Dominik się troszkę pogubił, zaczął się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie jest gejem i tak dalej. A kilka dni później na lekcji w-f, gdy ćwiczyli dżudo, naszych dwóch kochanków się, że tak powiem, zwarło, no i sprawa stała się jasna. Dominik nie dość, że przegrał, to jeszcze pod tym drugim chłopaczkiem spuścił się w spodnie. Później już standard, znowu masa osób na fejsie to „zalajkowała”, a Kuba poczuł się nienormalny. Jego mamusia, kobieta zdecydowanie z jajami, która na wszystko miała przygotowaną ripostę, niczym mistrz błyskotliwej i szybkiej riposty, jedyne co była w stanie powiedzieć, gdy usłyszała o homoseksualnych skłonnościach synka (który postanowił zademonstrować je rodzicom w obecności Pana Ministra, liżąc się z gipsowym popiersiem Marka Aureliusza, czy innego imperatora), to „w dupach wam się poprzerwacało”. 
Wyszło mi zdanie wielokrotnie złożone i, chociaż wierzę w inteligencję moich czytelników, postaram się to teraz uprościć. Otóż Pan Minister wraz z żoną i córką, zaprosił rodziców Dominika do opery. Po operze rodzice się zgadali, że może Dominik by kiedyś się wybrał sam na sam z córcią Pana Ministra, na balet, czy coś (bo córcia Pana Ministra to baletnica). Wtedy Dominik, że on chętnie, ale jest problem, bo jest gejem. No i to zademonstrował. Trudno powiedzieć, kim są rodzice Dominika – nie wyłapałem, gdzie pracuje jego matka, a ojciec, początkowo „starający się o posadę w ministerstwie”, w kilka dni później (po tak wielkim faux pas synka) już pracę w ministerstwie ma. No i ma jeszcze jakąś formę psychozy maniakalno-depresyjnej. W domu trzyma broń, żona paralizator, synka wszędzie wozi kierowca, żeby nie musiał jeździć autobusami, alarmy, pomoce domowe itd. I pewnego razu, po lekcji judo, Dominik postanawia na złość rodzicom pojechać do domu autobusem. Zaczepia tam grupkę chłopaczków, którzy sobie słuchają głośno techno i dostaje taki wpierdol, że aż lekarzowi musiało się przykro zrobić. Ale co ciekawe, po takim wpierdolu, jedyny uszczerbek na zdrowiu, to zadrapanie pod okiem. Nieważne. W następnych kilka dni Dominik nie chodzi do szkoły i tatuś mu na to pozwala, Dominik wkaracza do virtual reality typu Sala Samobójców, gdzieś tam po drodze się tnie, ląduje w psychiatryku, zamyka się w pokoju i nie chce wyjść i bla, bla, bla, ostatecznie popełnia samobójstwo. 
W filmie jest tyle wątków, które osobno można by rozwinąć do kilku pełnometrażowych filmów. Aktorsko film jest w porządku. A jednak coś tu jest nie tak. O co chodzi? Nie wiem, może problemem jest to, że tyle pochwał się nasłuchałem na temat tego obrazu, że nie sprostał on mojemu wyobrażeniu. Być może. Ale prawda jest taka, że ten film TO JEST GNIOT. To jest że_na_da. To jest sztampa (sceny przemierzania korytarzy szkolnych w kurtce, ze słuchawkami na uszach, z muzyką rockową są amerykańską kalką, typu „Szkoła uczuć”, albo co tam jeszcze nastolatki kochają), to jest bełkot, to jest absurd i groteska. Rodzina z wyższej klasy średnio-urzędniczej, gdzie wszyscy wszystko mają i brakuje im tylko, buuuuu:(((nawiasnawias, miłości i akceptacji, a oni są tacy wrażliwi. 
Zerknąłem sobie do filmwebu, w celu obadania tego filmu i zobaczyłem, że jest sklasyfikowany, jako thriller. Nie wiem, czy to thriller, czy obyczaj, ale ja nie mogłem się pozbierać ze śmiechu, kiedy tylko na scenie pojawiał się tatuś, grany przez Krzysztofa Pieczyńskiego. Aż płakałem ze śmiechu. Obawiam się jednak, że nie było to zamierzone. 
Rozumiem, że jest to ważny polski film, film, poruszający trudny temat próby najpierw samoakceptacji, a później akceptacji społecznej przez Dominika, osobę, która jest zagubiona, bo nie wie tak naprawdę, kim jest. Ten wątek naprawdę ma potencjał. Tylko co, do kurwy nędzy, ma do tego virtual reality? Przecież cały film opiera się, przynajmniej gdyby przeczytać opis i ogarnąć zajawki, jako ukazanie roli, jaką w naszym świecie pełni rzeczywistość wirtualna. Jakieś, nie wiem, moralizatorstwo w stylu „drodzy rodzice, uważajcie, w internecie nie tylko pedofilów trzeba się bać”. Tymczasem ja odniosłem wrażenie, że rzeczywistość wirtualna jest tutaj tylko jednym z wątków, myślę zresztą, że niezbyt istotnym, sztampowym i rozdmuchanym. Mam wrażenie, że reżyser chciał się rozprawić ze wszystkim, z czym tylko się dało: brak akceptacji dla homoseksualizmu syna, brak uwagi ze strony rodziców, zagrożenia ze strony internetu, społeczna stygmatyzacja i nietolerancja, braki w systemie etycznym, i co by tam jeszcze kto znalazł. Efekt jest, jaki jest.
Film zawodzi na całej linii, od początku, do końca. No dobra, prawie do końca. Jest trochę tak, jak Katyń Wajdy. Tam też cały film jest do bani, do tak wielkiej bani, że nawet Ruscy takiej nie mają. Ale jednak ostatnia scena, masowego strzelania w potylicę i wpadania do zbiorowej mogiły robi wielkie wrażenie i zaciera cały, nieciekawy, obraz. Podobnie ostatnia scena Sali samobójców, choć sztampowa i mająca ujednolicić nam obraz, trochę przysłania, że film jest po prostu żałosny. 
I teraz tak. Skoro ten film jest ponoć tak genialny, tak wspaniały, tak ambitny i tak wielki, to znaczy, że… Albo ja jestem po prostu za głupi na ten film, albo polska kinematografia to żenada. I niestety obawiam się, że raczej to drugie.
Opublikowano w: kultura.
Komentarze są wyłączone

Notatki na marginesach

Zaczniemy z grubej rury.
- Do you know why Beyonce sings „To the left/To the left”?
- Because Niggers don’t have rights.
***
Porozmawiajmy o tekstach. W tym o literaturze. Zasadniczo rzecz biorąc, uważam, że literatura pełni, a przynajmniej może pełnić, ważną funkcję. Skupiam się na literaturze, ale równie dobrze mógłbym mówić o filmie, muzyce, czy sztuce. Mówię o literaturze, bo o reszcie nie mam zbyt dużego pojęcia. A, póki pamiętam, jeśli już mowa o filmie, to oblukajcie sobie The other guys, słabo przetłumaczoną na Policję zastępczą
Niestety główną rolą literatury jest rozrywka. Nie uważam bynajmniej, że literatura w ogóle nie powinna służyć rozrywce. Powinna. Literatura trochę nam mówi o życiu. Czasami mówi nam o życiu, które chcielibyśmy mieć, a czasami – o takim, którego pożyczylibyśmy swoim wrogom. Oczywiście możemy też ruszyć w stronę fantastyki (fantasy i s-f), która o życiu mówi nam mniej. Wszyscy widzimy różnicę między Ludlumem, Sapkowskim a Grocholą. Pozwolę sobie jednak kompletnie olać taki podział i zaproponować inny. W moim podziale Grochola, Ludlum, Sapkowski, czy Coelho stoją w jednym rzędzie. Trzymają się za rączki i bronią swojej wersji historii. Powiem wprost, że jest to ten rodzaj literatury, którym niezbyt poważam. Owszem, Ludluma, czy Sapkowskiego fajnie się czyta, natomiast w żadnym razie nie uważam, by była to literatura warta zachodu. A może właśnie jest to literatura warta Zachodu? By wyrazić rzecz jaśniej: uważam, że powyżsi autorzy piszą książki typowo rozrywkowe. Książki, których nie warto kupować, bo poza jednorazowym przeczytaniem nie będzie po co do nich wracać. Emocje i rozrywkę na podobnym poziomie może zaoferować kino. A jest przy tym formą wizualną i prostszą, a więc z większym potencjałem. Potwierdzają to przeróżne badania, dotyczące poziomu czytelnictwa (jakkolwiek nie uważałbym ich w żadnej mierze za miarodajne, ani też aspirujące do miarodajności). Oczywiście, jeśli jedna kobieta codziennie sypia z innym facetem, a jej siostra w ogóle nie sypia (w domyśle: z facetami), to statystycznie obie puszczają się co drugi dzień. Niemniej uważam, że ciekawie wyglądałyby statystyki sprzedaży bestsellerów i oglądalności (w kinie) różnych filmów[1]. Najlepiej na przełomie kilku lat.
Dobrze, mamy pierwszą drużynę. Po drugiej stronie stoją m.in. Eco (choć ja osobiście za głupi jestem, żeby wyciągnąć z Eco tyle, ile bym chciał), Conrad, Mann, czy Nabokow. Pozwolę sobie nie wspomnieć przy tym o Orwellu i całej masie innych pisarzy, którzy „zmienili moje życie”. W ich książkach rozrywka ustępuje miejsca, powiedzmy, refleksji. Refleksji, uściślijmy, niekoniecznie stricte filozoficznej. Ba!, wręcz z rzadka filozoficznej.

Uważam raczej, że funkcja literatury jest, a przynajmniej być powinna, społeczna. Literatura (ale również film, czy sztuka[2]) może – powinna! – przede wszystkim uwrażliwiać. Tak, jak to czyni Carlos Fuentes, albo Alice Walker, albo Yann Martel, albo… No, na podorędziu mam jeszcze kilka nazwisk. Co znaczy, że literatura powinna uwrażliwiać? Otóż wedle mojej projekcji, rolą literatury jest ukazanie, czy uświadomienie nam cierpienia. Ponieważ, jak napisałem w poprzedniej notce, uważam, że ludziom należy się szacunek, za istotną uważam minimalizację cierpienia. Sama świadomość, że cierpienie istnieje, że – być może – to my jesteśmy jego przyczyną, może przynieść zmianę takiego stanu rzeczy. Literatura może nam pomóc w dostrzeżeniu siebie w innych postaciach, czy to fikcyjnych, czy rzeczywistych – tak, jak to zrobiła na przykład Chata wuja Toma[3]. Szukajmy książek, które, powtarzając za Rorty’m, zmieniają nasze życie.

Wszystko to, co powyżej napisałem o roli literatury przechodzi teraz w naszą rolę, rolę czytelników tejże literatury. Czytanie, albo wyczytywanie, literatury nie jest rzeczą prostą. Nie jest to zresztą wyłącznie problem literatury. Wszelkie aspekty, nazwijmy to, sztuki[4] pobudzają nasze zmysły estetyczne. Dopiero przeżycie estetyczne może być wprowadzeniem do ujęcia etycznego, a więc społecznego[5]. Fundamentem, na którym budowane jest znaczenie tekstu jest doznanie estetyczne, a więc subiektywne. Autor jest tylko przyczynkiem do budowania znaczenia – to on przyniósł nam litery, słowa, zdania. To, co my zrozumiemy z tych stron jest zaś w dużej mierze niezależne od autora[6]. Wyczytywanie literatury w pewien konkretny, określony sposób uzależnione jest po części treścią, że tak powiem, empiryczną dzieła, kontekstem jego napisania, naszą wiedzą i erudycją i wreszcie – last, but not least – kontekstem, w którym się znajdujemy. Oczywiście na ten nasz kontekst składa się m.in. to, co już przeczytaliśmy, to w jaki sposób myślimy, to co myślimy, czy nawet, gdzie. To nie jest więc tak, że interpretacja dzieła jest dowolna. Interpretacja jest uzależniona kontekstowo. To kontekst ma przywilej dowolności.

Interpretacja dzieła zależy od odbiorcy. Tyle interpretacji, ilu odbiorców. Nie chcę wnikać w dywagacje, czy i ewentualnie jakie interpretacje są lepsze, niż inne, i dlaczego. W tym temacie powiem tylko, że nie uważam wszystkich interpretacji za równie dobrych i „poprawnych”, co, mam nadzieję, wystarczy.

Abstrahując już od literatury, chciałbym zwrócić uwagę na rolę interpretacji w codziennym życiu. Ostrzegam od razu, że mogę dokonać niemałej herezji tym, co zaraz napiszę. Otóż opierając się na klasycznej definicji prawdy[7], adaequatio rei i tak dalej, uważamy, że zdanie „Ziemia jest okrągła” (w przybliżeniu) jest prawdziwe, ponieważ Ziemia jest okrągła (w przybliżeniu). Innymi słowy, a konkretnie słowy Ajdukiewicza,

Myśl m jest prawdziwa – to znaczy: myśl m stwierdza, że jest tak a tak, i rzeczywiście jest tak a tak.

Nie chodzi o to, że myśl jest z rzeczywistością identyczna – ciężko o myśli powiedzieć, że jest identyczna z czymkolwiek, poza nią samą. Raczej chodzi o pewną zgodność (adaequatio). Chciałbym to powiązać z pewnym dualizmem, zapożyczając tytuł od Foucault, słów i rzeczy. Twierdząc, że słowa (myśl m) są zgodne z rzeczywistością, twierdzimy tym samym, że te słowa (ta konkretna myśl m) są językowym odpowiednikiem przestrzennej (materialnej?) rzeczywistości. Słowa są reprezentacją rzeczywistości. Różne są procedury dochodzenia do tej relacji słów do rzeczy. To wszystko zależy, od czego wychodzimy – jeśli rozpoczynamy od myśli, będziemy szukać tej rzeczywistości, którą dana myśl będzie urzeczywistniać. Jeśli wychodzimy od rzeczywistości, musimy odpowiednio „doprecyzowywać” myśl tak, by ta zgodność była jak najpełniejsza[8]. Z której strony byśmy nie wychodzili, naszym zadaniem jest szukanie jak najściślejszego podobieństwa.

Podobieństwo jest tutaj sprawą kluczową. Pozwólcie, że teraz troszkę zagmatwam. Patrząc na stół, mogę powiedzieć o nim „to jest stół”, ponieważ mam we łbie (i większość władających językiem polskim ma) pewną ideę wyglądu i funkcji stołu, a przedmiot, o którym mówię, odpowiada tej idei. Nie znaczy to, że przedmiot musi wyglądać tak, jak wygląda moja idea stołu. Ten, na który patrzę, może mieć okrągły blat i jedną nogę, albo może być wręcz dębową ławą, albo łamanym „półstołem”, przytwierdzanym do ściany, jak kiedyś się widywało. Spoko, ze stołem sprawa jest jeszcze względnie prosta. Pomyślcie sobie o zamku…

Chodzi mi o dwie rzeczy. Zwróćcie uwagę, że z jednej strony pewna idea (w przywoływanym wypadku, idea stołu) jest konkretnie naszą ideą, tj. pewien stół an sich u każdego człowieka będzie wyglądał inaczej (choć oczywiście nie na tyle, by być kompletnie „niewspółmiernym” z idealnymi stołami innych ludzi); z drugiej jednak strony wszelkie „nasze” ding an sich‘y nie są do końca nasze – wykształciły się w konkretnym kontekście, tj. klimacie kulturowym, wychowaniu, edukacji, etc. To wszystko ma wpływ na to co i jak myślimy. Wróćmy teraz do podobieństwa. Mówiliśmy już, że klasyfikując rzeczy do myśli, szukamy między nimi podobieństw, które pomagają nam zwiększyć zakres zgodności. Widząc dwukropek i zamykająca nawias klamra „:)” przywołują w nas ideę uśmiechniętej gęby. Obrazek fajki skłania nas do mylnego stwierdzenia, że to fajka.   I tak dalej.

Pareidolia. Pareidolia jest tym zjawiskiem, które ułatwia nam, czasem aż do przesady, przez co nawet utrudnia, dopatrywanie się znanych kształtów w przypadkowych, niespotykanych wcześniej szczegółach. Widzimy serduszka w chmurach, twarz diabła w dymie po zamachach w Nowym Jorku, twarze na skałach, penisy z konarów drzew i tak dalej.

Chciałbym już zmierzać do końca, gdyż i tak mi się tekst rozciągnął. Mam nadzieję, że dosyć wyraźnie widać związki i zależności między dwoma częściami tego wpisu. Na koniec mam tylko jeden test dla czytelników. Czy dostrzegacie znajomy kształt na tym zdjęciu?

[1] Miałem nadzieję, że obejdzie się bez adnotacji przypisopodobnej, ale nic to. Zdaję sobie sprawę z niemiarodajności badania sprzedaży książek i oglądalności kinowej. Niestety wielu badaczy, którzy zajmują się projektowaniem takich badań, nie dostrzega tego błędu.
[2] Oglądnijcie sobie np. Mississippi burning, albo A time to kill.
[3] Mówię tu o literaturze, ale prywatnie podrzuciłbym wam temat reportażu, który w genialny sposób może realizować rolę, którą przypisuję literaturze. Jeśli chodzi akurat o moje zdanie nt. reportaży, to na piedestale stawiam Jeana Hatzfelda (w ogóle tematyka rwandyjska, czy szerzej: afrykańska, trafia w samo moje sedno), czy Froberga. Ale poczytajcie też reportaże o Bałkanach, albo o Turcji Szabłowskiego.
[4] Mówię „nazwijmy to”, gdyż tutejsze rozumienie sztuki jest bardzo płynne i mieści się w niej zarówno literatura, malarstwo, rzeźba, muzyka, film, architektura, fotografia, jak również wszystko, co w odbiorcy może wywołać odpowiednią reakcję. Zamiast budować ściany wokół pojęcia sztuki, proponuję jak najbardziej inkluzywne podejście.
[5] Można powiedzieć, być może na wyrost, że mamy tutaj do czynienia z dychotomią estetyka-etyka, gdzie estetyka jest wyłącznie subiektywną i autokreatywną interpretacją, a etyka przenosi nas na poziom intersubiektywny i społeczny. Wynika to z mojego przekonania, że problemy etyczne rozpatrywane muszą być tylko w społecznym kontekście, a wszelkie dywagacje nt. etyki Robinsona Crusoe są niepotrzebnym i nieistotnym słowotokiem.
[6] Celowo dodałem zwrot „w dużej mierze”, by nie padł zarzut, że kompletnie zlewam postać, a zarazem funkcje, autora.
[7] Zaznaczam tylko, że prywatnie odszedłbym od klasycznej definicji prawdy, ale nie chce mi się chyba o tym dyskutować w tym momencie, dlatego w tekście ograniczam się tylko do niej.
[8] Przyszło mi w tym momencie do głowy, że połączenie tych procedur w jedną (na zasadzie: myśl-rzeczywistość-myśl), może odpowiadać procedurom stosowanym w naukach empirycznych; teza/hipoteza-eksperyment-wnioski.
Opublikowano w: filozofia, kultura.
Komentarze są wyłączone

Miscellanea, w tym coming out part II

Uważam, że ludziom należy się szacunek. Taki ze mnie dziwak. Szacunek. Ale nie w stylu przepuszczenia babci w autobusie, albo odburknięcie „dzień dobry” w sklepie. Nie. Wielu ludziom zdaje się, że istnieją tylko dwa sposoby mówienia o ludziach w ogólności – językiem praw, albo językiem przywilejów. Ponieważ uważam, że ludziom należy się szacunek, odmawiam władzy językowi przywilejów. Z kolei co do języka praw… Obawiam się, że z niego wyrosłem. Był taki czas, że bardzo chętnie się nim posługiwałem, a kto mnie zna, ten może potwierdzić.
Jeżeli komuś zależy na tłumaczeniu, to już tłumaczę. Uważam, że każdy człowiek, bez względu na pochodzenie, wyznanie, wygląd, rasę, płeć, rozmiar mózgu (kobiety), lub penisa (mężczyźni), że każdy taki człowiek powinien być przez nas traktowany zasadniczo tak samo. Bynajmniej nie znaczy to, że osoby z jednym mózgiem mamy wysyłać do kopalni, a z dwoma – na konkursy miss mokrego podkoszulka*. Nie oznacza to, byśmy wydłubali sobie oczy i nie widzieli między ludźmi różnic. Nie oznacza to też, byśmy szanowali wszystkich równo, niezależnie od wszystkiego. No, stało się, powiedziałem to słowo, które dla niektórych brzmi gorzej, niż dla Żydów „Holocaust”. Równość. Tak (tu wchodzą bębny), jestem egalitarystą. Nie chodzi jednak o to, by równe były, że się wyrażę, „wyniki”, albo równy był „start”. Rzecz w tym, że ani jedno, ani drugie nie jest możliwe do zrealizowania**. Mój egalitaryzm – i powtarzam to już któryś raz w przeciągu miesiąca – opiera się na inkluzywnym podejściu do ludzi. Opiera się na tym, by jak najwięcej różnic było jak najmniej istotnych dla naszego postrzegania drugiego człowieka. Myślę, że część moich czytelników nie wahałaby się nazwać tego liberalizmem, albo humanitaryzmem. A nazywajcie to jak chcecie. Ja uznaję to za wyznacznik mojego egalitaryzmu.
I chyba tylko dzięki temu mogę bez popadania w błędne koło twierdzić, że ludzie to kretyni, idioci, durnie i debile. Oczywiście, nie wszyscy ludzie. Ale gdy mówię, że ludzie mają dwie ręce i dwie nogi, to chyba się samo przez się rozumie, że nie wszyscy. Nie wszyscy ludzie są idiotami. Ba, wśród osób, które znam, idioci to wyraźna mniejszość. Problem w tym, że stykam się z różnymi ludźmi. I niestety, ale fikcyjny test niezidiocenia zalicza… no, powiedzmy, że mało kto. Można więc powiedzieć, że dokonałem empirycznej weryfikacji tezy o zidioceniu. Każdy z was zresztą może zrobić to samo. Stawiam jeny przeciwko orzechom, że się teza wybroni. I piszę to publicznie, ponieważ wierzę, że moi czytelnicy debilami nie są.
Do rzeczy. Nie żyjemy w „erze post-”. Jeżeli ktoś wam będzie wmawiał takie rzeczy, nie wierzcie. Tak samo, jak nie wierzycie w świętego Mikołaja, albo w ciążę za pomocą seksu oralnego, albo w to, że Korwin jest politykiem, albo w to, że Tusk jest mężem, a PO partią stanu. Nie wierzcie w takie rzeczy. Jeżeli więc nie żyjemy w erze post-, to niby w jakiej? Przecież w jakiejś erze żyjemy, nie? Otóż żyjemy w erze pop. Żyjemy w erze handlu. Żebyśmy coś przyjęli, ktoś nam to musi sprzedać. Reklama proszku do prania? Goła dupa. Reklama książki? Goła dupa. Reklama nowej płyty Feel? Goła dupa. Lizak? Goła dupa. Płyn do mycia naczyń? Goła dupa. Konto w banku? Goła dupa. Odwrócony kretyd hipoteczny? Goła dupa. Prawdę mówiąc, uważam, że przykre jest, że tak jest. Oczywiście rozumiem intencje twórców reklam, współczesnych handlarzy - sprzedać jak nawięcej, jak najdrożej. Smutne, że to działa. Żyjemy więc w smutnej erze pop, w czasach MTV.
Znowu odszedłem od tematu. Jeżeli wywnioskowaliście z powyższego, że jestem przeciwnikiem reklam, to źle wywnioskowaliście, a ja nie mam zamiaru się z tego tłumaczyć, bo to kompletnie obok sedna. Sedno jest z kolei takie, że wszelkie treści, nazwijmy je „ambitne”, żeby zostały przyjęte, muszą być podane możliwie najsłabiej, jak się da – w przeciwnym razie zostaną kompletnie olane. Powstaje więc problem: albo godzimy się z pewną formą elitaryzmu ideowego (bo głównie w temacie idei chciałbym się pokręcić), albo godzimy się na to, że to, co mamy do przekazania będzie rozmyte, a przez to – coraz słabiej widoczne. Albo nikt nas nie zauważy, albo zauważy cała masa, tylko nie będzie o tym wiedzieć.
[pozwolę sobie dopiero tutaj zamieścić motto dzisiejszego odcinka]
Jak frustrujące musi być odkrycie, że na imprezę autentyczności spóźniłeś się równo sto lat!
Zadie Smith, Jak zmieniałam zdanie. Eseje okolicznościowe.
Mam urlop. Zaległy. Tutaj tego nie widać, bo urlop bynajmniej nie oznacza, że ma się więcej czasu na pisanie na blogu. Świat tak nie funkcjonuje. Korzystając jednak z tych niepracujących dni, ponadrabiałem część zaległości filmowych. Obejrzałem dwa postapokaliptyczne filmy: Księgę ocalenia z Denzelem (Washington’em) i Drogę z Viggo Mortensenem (na podstawie powieści Cormaca McCarthy’ego o takim samym tytule). Chciałbym pokrótce pomówić o pierwszym z tych filmów. Denzel Washington gra tam typka o imieniu Eli (tytuł oryginalny to The book of Eli), który, początkowo, nie wiadomo po co łazi po pustkowiach „na Zachód”. W międzyczasie, tj. między jedną sceną wędrowną, a inną sceną wędrowną możemy doświadczyć wszystkich uciech postapokaliptycznego świata. Napadów, przemocy, gwałtów, wojen o wodę, itd. Eli dociera do czegoś, co kiedyś, preapokaliptycznie było miastem, a obecnie, postapokaliptycznie jest… miastem ponownie. Odbudował je ze swoją świtą Gary Oldman, grający postać o imieniu Carnegie (sic!). Carnegie jest czytelnikiem. Zbiera wszystkie książki, jakie ocalały. A w zasadzie – jego świta zbiera. Zależy mu jednak na jednej książce, która ponoć ocalała. Szuka jej. I można powiedzieć, że jest po hollywood’zku coraz bardziej zdesperowany. W międzyczasie okazuje się, że ta książka, ten jeden, jedyny ocalały egzemplarz, jest  w posiadaniu Eli’ego. Ta książka to nie tylko książka. Jeśli ktoś potrafi jej używać, a Carnegie, jak się zdaje, potrafi, to książka staje się bronią. Potężniejszą, niż niejeden rewolwer i karabin. Eli też potrafi używać tej książki – kule się go nie imają, a on sam posługuje się bronią białą z uroczą wręcz gracją. Biblia. Ta książka to Biblia.
Nie jest to, i chwała twórcy Biblii, tandetny, metafizyczno-mistyczny obraz o Słowie Bożym. Zresztą po filmie przewija się motywm, że to właśnie przez tę księgę świat wygląda tak, jak wygląda. To, co ja wyniosłem z tego filmu to przesłanie, że idee, myśli, mogą być potężnym orężem. Orężem w walce z… No właśnie w walce z czym bronią może być idea? Ze światem? Nieistotne.
Obejrzałem też Incepcję. Zacznę może dygresją. Otóż przejrzałem sobie filmografię tego całego Di Caprio i powiem wam, że grał w całkiem niezłych filmach. Przyznam się wam też, że gościa tak z przymrużeniem oka traktowałem do tej pory, a to niezły aktor (obejrzyjcie sobie choćby W sieci kłamstw). Dobrze, wracając do Infiltracji. Jeśli chodzi o treść, to dobry film. Jak na hollywood’zkie standardy, to wręcz świetny. Di Caprio gra tam niejakiego Dom’a Cobba, wytrawnego złodzieja, okradającego ludzi z tajemnic. Wyobraź sobie, śpisz, a tu ci się jakiś gościu do snu włamuje. To właśnie Di Caprio. I nie myśl sobie, droga czytelniczko, że sen będzie sexy. No więc Di Caprio wykrada myśli. Oczywiście myśli nie tylko dla myśli. To ma większy sens. Weźmie z twojej głowy na przykład szyfr do sejfu, a później, jak ty będziesz spać, on wejdzie do domu i zabierze gotówkę. Taki cwaniak. Najświeższe zlecenie jest jednak innego rodzaju – zamiast wykradać dla swojego zleceniodawcy jakąś myśl, on ma ją w „obiekcie”, czy „ofierze” zaszczepić. Nie jest to jednak takie proste – umysł pracuje na kilku poziomach i skuteczne zaszczepienie musi się odbyć na każdym z nich (a nie wiadomo nawet, czy takie zaszczepienie idei jest w ogóle możliwe!).
To, co wyczytałem w Incepcji, co kilkakrotnie przez nią się przewijało, to pytanie, gdzie w takim razie leży granica między naszym snem, a rzeczywistością? Gdzie kończy się świat, a zaczyna projekcja? Gdzie w tej osi znajdziemy ideę?
Oba filmy  (Księga ocalenia i Incepcja) niosą sobą przesłanie, dotyczące idei. Mówią, że tak naprawdę to idee kształtują nasz świat. Że idee kształtują nas, a my kształtujemy idee. Mówią, że idee mogą być bronią. Bronią wielce skuteczną i niebezpieczną. Problem w tym, że ciężko w powszechnej percepcji znaleźć takie odczytania. W Księdze ocalenia widzimy tandetną, chrześcijańską bajkę, manipulację i mistycyzm, a w Incepcji - dobre kino science fiction o czytaniu w myślach, z fajnymi efektami specjalnymi i gwiazdami w rolach głównych. Albo coś ma przesłanie, albo się sprzedaje. Tertium non datur.
* W nawiązaniu do starego kawału, według którego to mężczyzna ma dwa mózgi, a myśli tym bardziej ukrwionym.
** Drobna uwaga w tym miejscu: oczywiście do zrealizowania jes, pytanie tylko, czy jesteśmy gotowi zaakceptować wszystkie konsekwencje realizacji tychże postulatów? Stoję na stanowisku, że nie.
Opublikowano w: kultura.
Komentarze są wyłączone

Tłumaczenie: Pius XII „Człowiek uprawiający ziemię wciąż reprezentuje naturalny porządek rzeczy chciany przez Boga – Papież o życiu na wsi”*

Przemówienie wygłoszone przez Jego Świątobliwość Piusa XII 15 listopada 1946 r. w Rzymie do delegatów zgromadzonych na Konwencji Narodowej Konfederacji Właścicieli i Zarządców Gospodarstw Rolnych.

_______

Powitanie

Za każdym razem, gdy witamy przedstawicieli zawodów tworzących ekonomiczne i społeczne życie narodu, doświadczamy szczególnej przyjemności. Dodatkową satysfakcję czerpiemy przy tej okazji, witając was, ukochanych synów, delegatów rozległej Narodowej Konfederacji, złożonej z wielkiej liczby właścicieli-zarządców gospodarstw rolnych. Ziemia, którą uprawiacie, to „żyzne pola”, „dulcia arva”, tak drogie szlachetnemu Wergiliuszowi (Bukoliki). To ziemia Italii, której trwałe i życiodajne zdrowie, której żyzne pola, słoneczne pagórki i cieniste lasy, której płodne winorośle i drzewa oliwkowe, której zadbane trzody opiewał Pliniusz (Naturalis Historia). „O fortunatos nimium, sua si bona norint, agricolas!” (Wergiliusz, Georgiki). „O więcej niż szczęśliwi rolnicy” – wołał wielki poeta wsi. – „Gdyby tylko znali swoje szczęście!”. Nie mogliśmy zatem pozwolić, aby ta okoliczność minęła bez słowa zachęty i napomnienia, szczególnie że wszyscy dobrze zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo odrodzenie moralne całego naszego narodu zależy od rozsądnej społecznie i stałej w wierze klasy rolników.

Kontakt z naturą

Żyjecie bardziej niż ktokolwiek inny w stałym kontakcie z naturą. Ten kontakt jest prawdziwy, ponieważ prowadzicie swoje życie w miejscach wciąż odległych od zbytków sztucznej cywilizacji. Pod słońcem Niebieskiego Ojca poświęcacie wasze życie wydobywaniu z głębi ziemi obfitych bogactw, które ukryła tam dla was Jego ręka. Wasz kontakt z Matką Ziemią ma również głębokie znaczenie społeczne, ponieważ wasze rodziny to nie tylko społeczności konsumentów, ale również i w szczególności wspólnoty producentów.

Zakorzenieni w rodzinie

Wasze życie jest zakorzenione w rodzinie – uniwersalnie, głęboko i całkowicie. W rezultacie przebiega w ścisłej bliskości z naturą. W tym leży wasza siła ekonomiczna i wasza umiejętność przezwyciężenia trudności w czasach kryzysu. Owo silne zakorzenienie w rodzinie stanowi o wadze waszego udziału we właściwym rozwoju prywatnego i publicznego porządku społecznego. Z tego względu jesteście wezwani do pełnienia niezbędnej funkcji źródła i obrońcy nieskazitelnego życia moralnego i religijnego. Ziemia bowiem jest jakby szkołą, która daje zdrowych na duszy i ciele ludzi do wszystkich zajęć, dla Kościoła i dla Państwa.

Kultura wiejska

Tym bardziej należy zatem wykazać się wielką troska o zachowanie dla narodu istotnych elementów tego, co można by nazwać autentyczną kulturą wiejską. Musimy chronić wartości takie jak pracowitość, proste i uczciwe życie, szacunek dla autorytetu, szczególnie dla autorytetu rodziców, miłość do ojczyzny i wierność tradycjom, które okazywały się na przestrzeni wieków krynicą dobra. Musimy pielęgnować gotowość do pomagania sobie wzajemnie w kręgu rodziny i między rodzinami; dom domowi. Wszystkie te przymioty musimy ożywiać prawdziwym duchem religijnym, bo bez takiego ducha te właśnie cnoty mają tendencję do przeradzania się w nieokiełznaną pogoń za zyskiem. Niech bojaźń Boża i wiara w Boga, wiara, która znajduje swój codzienny wyraz w modlitwach odmawianych wspólnie przez całą rodzinę, podtrzymuje życie osób pracujących na roli i kieruje nim. Niech kościół pozostanie sercem wsi, świątynią ludzi. Niech w każdą niedzielę gromadzi wyznawców, trwających przy świętych tradycjach swoich przodków. Tam wierni mogą wznieść swoje umysły ponad rzeczy materialne, chwaląc Boga i służąc Mu oraz zanosząc prośby o siłę do myślenia i życia w prawdziwie chrześcijański sposób podczas nadchodzącego tygodnia.

Godziwe wynagrodzenie

Uprawa ziemi ma ze swej natury charakter rodzinny, a zatem jest bardzo istotnym elementem społecznej i ekonomicznej pomyślności całego narodu. Człowiek uprawiający ziemię ma zatem szczególne prawo do godziwego wynagrodzenia za swoją pracę. W ciągu ostatniego wieku, a nawet obecnie, dochodziło do zniechęcających prób realizowania innych celów kosztem uprawy roli. Jeśli ktoś stara się o stojącą na najwyższym poziomie i najszybciej rozwijającą się gospodarkę narodową albo o zaopatrzenie narodu w produkty rolnicze możliwie najtańszym sposobem, w obydwu przypadkach stanie przed pokusą podporządkowania rolnictwa takim właśnie celom.

Obowiązki względem ziemi i bliźniego

Ciąży na was zatem obowiązek pokazania, że mimo swego rodzinnego charakteru uprawa roli nie oznacza rezygnacji z korzyści, jakie odnosi się w związku z innymi rodzajami działalności gospodarczej, a ponadto pozwala uniknąć związanych z nimi niebezpieczeństw. Bądźcie otwartymi na zmiany, troskliwymi i pełnymi inicjatywy włodarzami waszej ojczystej ziemi, której należy używać, ale nigdy nie nadużywać. Niech będzie widoczne, że jesteście rozumnymi, gospodarnymi ludźmi, otwartymi na postęp; ludźmi, którzy odważnie wykorzystują kapitał własny i innych dla wspomożenia i uzupełnienia waszej pracy – pod warunkiem, że takie wydatki nie będą stanowić zagrożenia dla przyszłości waszych rodzin. Pokażcie, że uczciwie prowadzicie sprzedaż, że nie bogacicie się podstępnie i zachłannie kosztem innych, i że jesteście życzliwymi nabywcami na waszych lokalnych rynkach.

Dobrze wiemy, jak często sprostanie temu ideałowi może się nie powieść. Mimo że dostrzegamy prawość intencji oraz godność w postępowaniu, którymi może chlubić się wielu rolników, nie ulega jednak wątpliwości, że obecne czasy wymagają wielkiej stałości przekonań i siły woli. Musicie przedkładać zdobywanie środków do życia w pocie czoła nad poddawanie się diabelskiej pokusie łatwego zysku, który oznaczałby wyzysk znajdującego się w naglącej potrzebie bliźniego.

Edukacja do życia na wsi

Egoizm wyraża się również w inny sposób poprzez błąd rodziców, którzy zbyt wcześnie przymuszają dzieci do pracy, zaniedbując ich formację duchową, kształcenie, edukację szkolną oraz specjalistyczne szkolenie zawodowe. Nic bardziej błędnego niż przekonanie, że człowiek uprawiający ziemię nie potrzebuje gruntownej i odpowiedniej edukacji, która umożliwi mu wykonywanie różnych pojawiających się obowiązków we właściwym czasie.

Grzech, ziemia i praca

To prawda, że grzech uczynił pracę na roli uciążliwą, ale to nie grzech sprowadził na świat taką pracę. Zanim pojawił się jakikolwiek grzech „Bóg dał człowiekowi ziemię, aby ją uprawiał – jako najpiękniejsze i najbardziej zaszczytne zajęcie w naturalnym porządku rzeczy”. Wskutek grzechu pierworodnego naszych pierwszych rodziców wszystkie grzechy uczynkowe ludzkości ściągały na ziemię ciążące coraz bardziej przekleństwo. Dotykały ją kolejne nieszczęścia wszelkiego rodzaju: powodzie, trzęsienia, zarazy, niszczące wojny i miny lądowe. W niektórych miejscach ziemia stała się jałowa, nieurodzajna i zniszczona – i odmówiła człowiekowi swoich ukrytych skarbów. Ziemia to wielkie zranione stworzenie; jest chora. Pochylając się nad nią – nie jako niewolnik nad czymś niewdzięcznym, ale jako lekarz nad powalonym chorobą pacjentem – rolnik z miłością, hojnie obdarza ją swoją troską. Ale miłość, mimo że jest tak potrzebna, nie wystarczy. Znać naturę, znać, można by powiedzieć, usposobienie własnego kawałka ziemi, czasem tak innego od sąsiedniego; umieć dostrzec bakterie niszczące ziemię, gryzonie ryjące pod nią korytarze, szkodniki zjadające jej owoce, chwasty atakujące uprawy; ustalić, czego jej brakuje, i dokonać wyboru kolejnych pór sadzenia, które wzbogacą ziemię, nawet gdy będzie odpoczywać – te i tak wiele innych rzeczy wymagają szerokiej i zróżnicowanej wiedzy oraz informacji.

Reformy ziemskie

W dodatku, całkiem niezależnie od procesu odbudowy wymuszonego przez wojnę, w wielu miejscach sytuacja dotycząca ziemi wymaga ostrożnych i dobrze zaplanowanych kroków wstępnych, które należy podjąć, aby dokonać jakiejkolwiek reformy w zakresie własności ziemi oraz kontraktów rolnych. Jak uczą nas historia oraz doświadczenie, bez takich działań improwizowana reforma przerodziłaby się w czystą demagogię. Zatem – zamiast przynosić zyski – byłaby zarówno bezużyteczna, jak i niebezpieczna, szczególnie dziś, gdy ludzkość wciąż musi bać się o swój chleb powszedni. W dawniejszych czasach stosunkowo często zwodnicze i pełne przechwałek nawoływania mówców bez zasad czyniły z mieszkańców wsi nieświadome ofiary wyzysku i niewolników podległych zwierzchności, której instynktownie starali się unikać.

Miasto czy wieś

Ze względu na to, że życie rolnika toczy się tak blisko natury i opiera w tak znacznym stopniu na rodzinie, tym drastyczniej ujawniają się w związku z nim pewne typowe rodzaje niesprawiedliwości. Są one najbardziej widoczne w konflikcie między miastem a wsią. Jaki jest powód tego konfliktu, tak charakterystycznego – niestety – dla naszych czasów?

Współczesne miasta, ze swoim nieprzerwanym wzrostem i olbrzymim zagęszczeniem mieszkańców, są typowym wytworem kontroli sprawowanej nad życiem ekonomicznym i samym życiem człowieka przez interesy wielkiego kapitału. Jak Nasz znakomity Poprzednik Pius XI pokazał tak celnie w Swojej encyklice Quadragesimo Anno, zbyt często zdarza się, że to nie potrzeby ludzkie – w zgodzie ze swą naturalną i obiektywną doniosłością – rządzą życiem ekonomicznym i korzystaniem z kapitału. Wręcz przeciwnie – kapitał i jego żądza zysku decydują o tym, jakie powinny być potrzeby człowieka i do jakiego stopnia zostaną zaspokojone. Zatem to nie ludzka praca w służbie wspólnej pomyślności jest tym, co przyciąga kapitał i zmusza go do służby. To raczej kapitał miota pracą i samym człowiekiem na wszystkie strony – jak piłką w grze. Jeśli z powodu tego nienaturalnego stanu rzeczy cierpi mieszkaniec miasta, w o ileż większej sprzeczności stoi to z samą istotą życia rolnika. Mimo wszystkich spotykających go trudności, człowiek uprawiający ziemię wciąż reprezentuje naturalny porządek rzeczy chciany przez Boga. Rolnik wie, że człowiek ma przez swoją pracę panować nad rzeczami materialnymi; rzeczy materialne nie mają panować nad człowiekiem.

Ucieczka do miasta

Na tym zatem polega głęboko ukryta przyczyna współczesnego konfliktu między miastem a wsią – ludzie stają się całkowicie różni w zależności od swojego punktu widzenia. Różnica poglądów staje się tym bardziej wyrazista, im bardziej kapitał, zrezygnowawszy ze szlachetnej misji starania o dobro wszystkich grup w społeczeństwie, przenika świat rolnika albo innym sposobem angażuje go w swoje niegodziwości. Świeci swoim złotem i pełnym uciech życiem przed oczami rolnika, aby wywabić go z jego ziemi do miasta, gdzie będzie mógł roztrwonić swoje ciężko zarobione oszczędności. Miasto zazwyczaj nie ma mu do zaoferowania nic poza rozczarowaniem; rolnik często traci tam zdrowie, siłę, szczęście, honor i samą duszę.

Monopol ziemski

Gdy ziemia zostaje w ten sposób opuszczona, kapitał spieszy, aby objąć ją w posiadanie; ziemia staje się wtedy już nie czymś, co się kocha, ale przedmiotem wyrachowanej eksploatacji. Ziemia – hojna opiekunka – tak miasta, jak i wsi – zostaje zmuszona do produkcji wyłącznie w celu spekulacji – podczas gdy ludzie cierpią głód; rolnik, obciążając się długami, powoli zbliża się ku ruinie; narodową gospodarkę ogarnia wyczerpanie wskutek płacenia wysokich cen za żywność, którą zmuszona jest importować z zagranicy. To wypaczenie prywatnej własności wiejskiej jest wysoce szkodliwe. Nowi posiadacze nie okazują ani miłości, ani troski temu kawałkowi ziemi, który z miłością uprawiało tak wiele pokoleń, a rodziny, które uprawiają ją i mieszkają na niej teraz, traktują bez serca. To jednak nie własność prywatna, choć prowadząca czasami do wyzysku, jest przyczyną tego wynaturzenia. Nawet w tych przypadkach, kiedy Państwo przywłaszcza sobie cały kapitał i wszystkie środki produkcji, interesy przemysłu i handlu zagranicznego, charakterystyczne dla miasta, biorą górę. Ktoś, kto faktycznie uprawia rolę, cierpi wtedy tym bardziej. Naruszona zostaje fundamentalna prawda, której Kościół trzyma się konsekwentnie w swoim nauczaniu społecznym. Kościół uczy, że cała gospodarka narodu stanowi pewną całość i że wszystkie możliwości produkcyjne danego terytorium narodowego powinny być rozwijane w zdrowych proporcjach. Konflikt między miastem a wsią nigdy nie osiągnąłby dzisiejszych rozmiarów, gdyby trzymano się tej podstawowej prawdy.

Każdemu to, co mu się należy

Wy, rolnicy, z pewnością nie pragniecie takiego konfliktu; chcecie, aby każda z gałęzi gospodarki narodowej otrzymała swoją należność; jednakże chcecie również zachować swoją część. Musicie zatem otrzymać wsparcie roztropnego planowania politycznego oraz rozsądnego prawa. Ale najistotniejsza część pomocy musi pochodzić od was samych, ze strony waszych związków spółdzielczych, szczególnie unii kredytowych. Wtedy być może uzdrowienie całej gospodarki przyjdzie ze strony rolnictwa.

Wspólnota pracy

I wreszcie słowo o pracy. Wy, uprawiający rolę, tworzycie w ramach waszych rodzin wspólnotę pracy. Wraz z innymi rolnikami i współpracownikami tworzycie kolejną wspólnotę pracy. Wreszcie, pragniecie utworzyć wielką wspólnotę pracy ze wszystkimi innymi grupami zawodowymi. Stoi to w zgodzie z nakazami Boga i natury. To prawdziwa katolicka koncepcja pracy. Praca łączy wszystkich ludzi we wspólnej służbie potrzebom innych i stanowi wspólny wysiłek na drodze do osobistej doskonałości ku czci Stwórcy i Zbawiciela. Bądźcie stali w szacunku dla waszej pracy jako istotnej wartości. Wy i wasze rodziny przyczyniacie się do wspólnego dobra; taka praca chroni wasze fundamentalne prawo do dochodu wystarczającego na utrzymanie harmonizujące z waszą godnością i potrzebami kulturalnymi jako ludzi. Oznacza również uznanie konieczności łączenia się z wszystkimi innymi grupami zawodowymi, które trudzą się dla różnych potrzeb społeczeństwa. Wasza praca to urzeczywistnienie waszego wsparcia dla zasad pokoju społecznego.

Błogosławieństwo końcowe

Z całego Naszego serca, drodzy synowie, przyzywamy Bożego błogosławieństwa dla was i waszych rodzin. Kościół zawsze błogosławił was w szczególny sposób i na wiele sposobów włączał wasz rok pracy w swój rok liturgiczny. Przyzywamy tych błogosławieństw dla pracy waszych rąk, z których święty ołtarz Boży otrzymuje chleb i wino. Niech Bóg da wam, cytując słowa Pisma Świętego, „z rosy niebieskiej i z tłustości ziemskiej obfitość zboża i wina” (Genesis XXVII, 28). Niech wasza ziemia, jak żyzne etruskie pola między Fiesole i Arezzo, tak podziwiane przez Liwiusza, „obfitują w zboże, bydło i inne wszelkie inne dobra”, „frumenti ac pecoris et omnium copia rerum opulenti” (Liwiusz, Ab Urbe Condita). Z tymi uczuciami i życzeniami udzielamy wam i wszystkim drogim wam osobom Naszego ojcowskiego Apostolskiego Błogosławieństwa.

_______

Pięćdziesiąt pięć lat wcześniej Papież Leon XIII napisał:

Zalety posiadania ziemi

„Otóż, jeśli się rozwinie zapobiegliwość w ludzie przez nadzieję posiadania kawałka ziemi, wówczas zniknie przepaść między olbrzymim bogactwem i straszną nędzą, a jedna klasa stanie się drugiej bliższą. Ponadto wzmoże się wydajność ziemi. Rośnie bowiem w człowieku ochota do pracy i pilności, jeśli wie, że na swoim pracuje; wnet przywiązuje się człowiek serdecznie do ziemi, którą pracą rąk własnych uprawia, spodziewając się od niej nie tylko środków do utrzymania życia potrzebnych, ale jeszcze pewnego dostatku dla siebie i dla swoich. I każdy przyzna; że to pobudzenie woli ludzkiej walnie przyczyni się do wzmożenia wydajności ziemi i bogactwa państw. I wreszcie trzecią korzyścią będzie; że łatwiej da się utrzymać ludzi w państwie, w którym ujrzeli światło dzienne; nie porzucaliby bowiem ojczyzny, gdyby im dawała możność prowadzenia znośnego życia.”

(Leon XIII, Rerum Novarum, 15 maja 1891. Cyt. w jęz. polskim za: Leon XIII, Rerum Novarum, nr 35, http://pl.wikisource.org/wiki/Rerum_novarum)

_______

PRZYPIS TŁUMACZA

* Tytuł pochodzi od tłumacza.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Pius XII, The Pope Speaks on Rural Life, http://www.ewtn.com/library/PAPALDOC/POPRURAL.HTM

The Pope Speaks on Rural Life opublikowano na stronie EWTN (Eternal Word Television Network).