Klatka

Maciej Zaremba w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” wspomina, jak to spotkał się z Markiem Edelmanem i ten wygłosił mu wykład, „że najlepsza na świecie jest socjaldemokracja, bo ludzie są jak szczury. Jeśli zamkniesz za wiele w jednej klatce, to zaczną się gryźć, czyli trzeba stworzyć warunki, żeby się nie gryzły”. Wydawać by się mogło, że [...]

Opublikowano w: libertarianizm, Polityka.
Komentarze są wyłączone

Przerost formy nad treścią

Wy wiecie, że ja się chwalić nie lubię i skromny jestem. Powiem wam jeszcze, że jestem hardkorem. No bo jak nazwać człowieka, który już nie uważa się za libertarianina, libertarianizm uważa za głupi, a mimo to nadal czyta o libertarianizmie, albo libertarian? Ba! wydaje na to ciężko zarobione pieniądze! Dobrze, przejdźmy do rzeczy. Czytam obecnie najświeższego Hansa Hermanna Hoppe’go, wydania Fijora (Ekonomia i etyka własności prywatnej…). Zaznaczam, że nie przeczytałem jeszcze całej książki, więc to, co niżej przeczytacie, odnosić się będzie jedynie do tej części, którą mam już za sobą. 
Zanim pogadamy o kwestiach merytorycznych, chciałbym kilka słów powiedzieć na temat samej formy wydania. Nie podoba mi się. Ani mi się nie podoba twarda oprawa (nie uważam, by tego typu książki warte był twardych opraw), ani tłumaczenie, ani wiele innych rzeczy. Po kolei. A, może zacznijmy od plusów: podoba mi się, że książka jest szyta. Ja wiem, że to nie ma lekko i albo szyjemy twardą oprawę, albo kleimy miękką. A mnie się i tak podoba szycie i nie podoba twarda. Dobrze, jeśli mam być szczery, uważam, że Fijor mógłby sobie darować twardą oprawę i szycie i zamiast tego zainwestować w korektę. Ilość błędów jest wręcz ma_sa_krycz_na i zaczyna się już na stronie ze stopką redakcyjną. I weź tu człowieku decyduj teraz, czy cytować z błędem, czy poprawić (i ew. zaznaczyć, że cytat modyfikowany), czy w ogóle nie cytować. Ja wiem, że na rynku wydawniczym rządzi cięcie kosztów (inaczej jest u tych, co naprawdę rządzą, ale to nie ma związku), no ale na litość boską, tu już nie chodzi o interpunkcję! Zresztą, gdyby chodziło tylko o interpunkcję (która nota bene również pozostawia wiele do życzenia), to bym olał sprawę – w końcu 3/4 Polaków nie wie gdzie, kiedy i po kiego chuja stawiać przecinki. Ale mamy na przykład coś takiego (zwróćcie uwagę na tłumaczenie, jest…. kapitalne?):


Wyjaśniliśmy już strategiczne funkcje wszystkie z nich, poza jedną: z jakiego powodu nie są to ne:one normalnymi elementami gospodarki, zdeterminowanymi przez siły popytu i podaży, czy nawet zwykłymi dobrymi uczynkami, lecz działaniami redystrybucyjnymi, mającymi na celu stabilizację a, jeśli to możliwe, zwiększenie wolumenu zdobywanego przez państwo – w drodze wyzysku – dochodu i bogactwa. (s.97)

Witki opadają, mam nadzieję, nie tylko mi. W stopce co prawda jest wpisany ktoś do korekty, ale to chyba ten ktoś, niczym ta blondynka z kawału, „korektorował” monitor. Słabiutko wygląda indeks, ma zbyt dużą czcionkę i wali po oczach. Nie ma też w indeksie nazwisk, przewijających się w przypisach – a szkoda, bo gościu jak się do kogoś odwołuje, to głównie w przypisach. Można więc by było dodać numer strony przy nazwisku jakiegoś ziomka i dyskretnie dopisać literkę „p”, albo „ff”. Nie inaczej wygląda sprawa bibliografii: w układzie alfabetycznym zaczyna się od Hayeka, a pozycje przytaczane i cytowane w przypisach nie zostały w niej uwzględnione. Jestem skłonny zaakceptować za to okładkę. Wreszcie bez żadnych bazgrołów – stonowana i poważna. W przeciwieństwie do reszty książki.
***
No właśnie, reszta książki. Zacznijmy może tak: kiedyś już powiedziałem, co myślę o HHH. Podtrzymuję tamto zdanie, a niezorientowanym powtórzę: HHH jest bucem. Dlaczego tym razem? Książka składa się z dwu części: ekonomicznej i filozoficznej. Pierwsza zawiera 8 rozdziałów, druga -7. Trudno zresztą nazwać to rodziałami, to raczej artykuły, zupełnie bez związku (ok, związek jest, ponieważ HHH na wciąż pisze o tym samym i jest w swoim bucostwie strasznie monotematyczny). W dodatku – wtórne: na 15 rozdziałów (artykułów) mamy jeden premierowy, jeden zmodyfikowany i jeden napisany przy współpracy dwóch innych ziomów. Reszta – z odzysku. Można co prawda powiedzieć, że libertarianie są zieloni – recycling. Można, tylko po co?
Może część z was uważa, że to żaden problem, że niektóre z tych artykułów były już raz, lub częściej (!) publikowane. Jasne. Żaden problem. Żadnym problemem jest też to, że część akapitów została przeniesiona w różne miejsca za pomocą „ctrl+c ctrl+v”. No dobra, może przesadzam – u Rothbarda zmieniała się kolejność, u Hoppe’go też mamy drobne zmiany. Na stronie 60. możemy przeczytać:

Własność można nabyć albo przez zawłaszczenie, produkcję i umowy, albo przez wywłaszczenie i wyzysk zawłaszczających, producentów i zawierających umowy. Nie ma innych sposobów. Obie metody są dla ludzkości naturalne.

Z kolei na stronie 92 czytamy, co następuje:

Zdobycie i pomnażanie bogactwa możliwe jest albo poprzez pierwotne zawłaszczenie, produkcję i wymianę opartą na umowach, albo przez wywłaszczenia i wyzysk właścicieli, producentów oraz osób prowadzących interesy oparte na umowach wymiany. Nie ma innych sposobów. Obie metody są dla ludzkości naturalne.

Podstawy tłumaczenia również wam podam, żebyście mogli poznać sztukę kreatywnego tłumaczenia: (1) One can acquire property either through homesteading, production, and contracting, or else through the expropriation and exploitation of homesteaders, producers, or contractors. There are no other ways. Both methods are natural to mankind. i (2) One can acquire property either through homesteading, production and contractual exchange, or by exprorpriating and exploiting homesteaders, producers, or contractual exchangers. There are no other ways. Both methods are natural to mankind. 

Wy nie wiecie, ale ja wiem, dlaczego on to powtarza. To jak z rzucaniem zaklęć – będziesz powtarzać, to może staną się prawdą. Już, już się odczepię od tłumacza, tylko jeszcze jedną rzecz wam pokażę (raczej odnośnie Hoppe’go, niż tłumacza). Na stronie 19. przeczytałem, że każde dobro może wciąż zmieniać swoje cechy; może nawet z publicznego czy prywatnego dobra stać się publicznym bądź prywatnym złem i vice versa. Powaga, Hoppe sam pisał „public or private bad or evil”! Co to ma w ogóle, kurwa, być?!?
***
Myślałem, że uda mi się to szybko załatwić, ale nie dotarłem jeszcze nawet do połowy. Pozwolę więc sobie skrócić moje obiekcje i skupić się tylko na kilku sprawach. Zacznijmy może od opodatkowania. Hoppe po kilkunastostronnicowym wywodzie dochodzi do wniosku, że w jakikolwiek sposób by tego nie wyrazić, nie można uciec od wniosku, że opodatkowanie jest sposobem na utrudnienie formowania bogactwa i tym samym względne zubożenie (s. 59). No więc ja bym chciał wysunąć następującą tezę: jeżeli opodatkowanie jest sposobem na utrudnienie formowania bogactwa, to znaczy, że w jakiś sposób negatywnie wpływa na akumulację kapitału w postaci gotówki. A gdzie trzymamy gotówkę? Na koncie. A skoro na koncie, to znaczy, że w banku. Jeżeli wpłacamy pieniądze do banku, to on tworzy (rezerwa cząstkowa) xxx gotówki więcej, niż dostał. Do czego to prowadzi – każdy libertarianin wie: boom&bust, czyli cykl koniunkturalny. Możemy więc wyprowadzić logicznie poprawny wniosek, że opodatkowanie jest formą zapobiegania cyklom koniunkturalnym. Ba, możemy wyprowadzić wniosek, że były prezes Jarosław Kaczyński, jako trzymający gotówę w skarpecie, jest kryptolibertarianinem!
***
To było w kwestii formowania bogactwa. A teraz zubożenie. Oczywiście, względne, bo jak zmierzyć bezwzględne? Chciałbym zwrócić przy tym uwagę, że równie poprawny byłby wniosek, że opodatkowanie służy względnemu wzbogaceniu społeczeństwa. Jakim cudem? Zacznijmy od definicji:

Opodatkowanie jest przymusowym, nie opartym na umowie transferem określonych zasobów fizycznych (obecnie najczęściej, choć nie tylko, pieniędzy) [...] od osoby lub grupy osób, która pierwotnie je posiadała, do innej, która obecnie je posiada [...] (s. 45).

Weźmy te pieniądze. Wyobraźmy sobie taką akcję: gościu ma kasę. Opodatkowują go. Przekazują jego kasę w formie redystrybucji komuś innemu. Kasę miał gościu A, a ma gościu B. Transfer? Transfer. A dlaczego nie zrobili na odwrót, tj. nie zabrali gościowi B i nie przekazali gościowi A? Może dlatego, że gościu B to menel jakiś, który kasy nie miał, a gościu A do burżuj, który kasę miał? Zamiast odwoływać się w tym miejscu do piramidy potrzeb Maslowa, chciałbym się powołać na prawo malejącej użyteczności krańcowej, czy tam marginalnej. Jeżeli ktoś ma dużo kasy, to zabranie mu nadwyżki ponad jakimś, arbitralnie ustalonym progiem, będzie jego zubożeniem. Z drugiej strony, jeżeli ktoś nie ma kasy, to wręczenie mu jej będzie jego wzbogaceniem. Prawo malejącej użyteczności krańcowej może nam pozwolić wysunąć wniosek, że de facto opodatkowanie, czyli redystrybucja dochodu jest wzbogaceniem społeczeństwa – zabieramy typkowi A, a dajemy typkowi B, który wyżej ceni pierwszą pomarańczę, niż A – 16-tą. Niech żyją podatki!
***
Fajnie Hoppe gada na temat pieniędzy. Na przykład zgodnie z amerykańskim mitem self-made man’a uważa, że [p]ieniądz został wynaleziony przez nastawionego na własny interes człowieka (s. 87). Jest to tak fascynujące i wiekopomne twierdzenie, że aż dziw, że królowa brytyjska, czy tam księżna, czy kto tam teraz rządzi, nie wręczyli Hoppe’mu tytułu sir. A jeszcze lepiej, Hoppe powinien wskazać palcem tego człowieka, który ten pieniądz wymyślił (a przynajmniej jego szczątki), żeby powstało nowe miejsce kultu. W końcu tak wielki odkrywca, jak odkrywca pieniądza nie mógł pozostać anonimowy i swą sławą powinien zdmuchnąć Dżizaza z kart biblijnej historii. 
Ale nie jest to najmocniejsza teza odnośnie pieniędzy. Otóż w pewnym momencie Hoppe mówi wprost, że 

myśleć o wolnym rynku w odniesieniu do konkurujących banków, ale i konkurujących pieniędzy, byłoby fundamentalnym nieporozumieniem co do istoty pieniądza. Konkurujące pieniądze nie są wynikiem działań na wolnym rynku, lecz zawsze stanowią rezultat przymusu, narzuconych przez rząd przeszkód na drodze racjonalnych zachowań gospodarczych. (s. 89).

Myślicie, że nowomowa? Możliwe, w końcu

Zamiast mówienia o państwowym kapitalizmie monopolistycznym [jak chcą marksiści - sc], bardziej stosowne byłoby nazywanie obecneg[o - brak literki, sc] systemu „finansowanym przez państwo socjalizmem monopolistycznym, albo „socjalizmem burżuazyjnym”. (s. 105).

Naczytał się Foucault’a i teraz wszędzie widzi dyskursy władzy. Świr.
***
Wiąże się to z hoppe’ańską teorią stosunków międzynarodowych i wojen. Hoppe twierdzi bowiem, że im bardziej liberalne jest państwo wewnętrznie, tym bardziej prawdodobne, że zajmie się agresją. Wewnętrzny liberalizm czyni społeczeństwo bogatszym; bogatsze społeczeństwo, któremu można zabierać, czyni bogatszym państwo, a bogatsze państwo oznacza coraz więcej zakończonych powodzeniem wojen zaborczych (s. 111).
Czaicie ten argument? Pamiętacie Małego księcia i rozmowę z pijakiem? Pijak pił, żeby zapomnieć, że się wstydzi, że pije. Odnoszę wrażenie, że Hoppe też powinien się napić. Albo przestać. W gruncie rzeczy Hoppe, będąc pod wielkim, do czego sam się przyznaje, wpływem Rothbarda, wyprowadza rothbardiańskie wnioski, tylko tak… dookoła. Już Rothbard twierdził bowiem, że Stany Zjednoczone w trakcie zimnej wojny były stroną napastliwą, w przeciwieństwie do Sowietów, którzy to wypracowali politykę zagraniczną, którą libertarianie uznają za jedynie słuszną i uzasadnioną (O nową wolność…, s. 358).
***
Najbardziej żałosna jest jednak „analiza” teorii klasowych marksizmu i libertarianizmu (czy szkoły austriackiej). Jest tak żałosna, że musiałbym naprawdę wiele kartek zapełnić, żeby poważnie o niej napisać. Tutaj ograniczę się tylko do jednej drobnostki. Otóż Hoppe twierdzi, że Marks bardzo dobrze opisał, w jaki sposób pierwotna własność kapitalistyczna powstała w wyniku rabunku, grodzenia i podbojów. Sam Hoppe twierdzi, że jest to „generalnie prawdziwe”. Trzeba być jednak świadomym faktu, pisze dalej,

że Marks wprowadza pewien trick. Zajmując się badaniami historycznymi i wzmagając oburzenie czytelnika brutalnością stojącą za ukształtowaniem się wielu kapitalistycznych fortun, omija tak naprawdę omawiane zagadnienie. Odciąga uwagę od faktu, że jego teza jest tak naprawdę zupełnie inna: dokładniej, że jeśli nawet mielibyśmy „czysty” kapitalizm, by tak to ująć (taki, w którym pierwotne przejęcie kapitału było wyłącznie rezultatem zawłaszczeń), czyli pracę i oszczędności, kapitalista, który zatrudniłby robotników do pracy z tym kapitałem, mimo wszystko dokonywałby wyzysku. (s. 130, pisownia oryginalna – sc).

Żeby być uczciwym ze sobą, muszę zauważyć, że to nie Marks, tylko Hoppe dokonuje tutaj tricku. Może ktoś z was wie, dlaczego niby to Marks miałby wyobrażać sobie czysty kapitalizm Hoppe’go i pisać o nim, a nie o kapitalizmie, jaki znał? Co kogokolwiek w ogóle obchodzi, jaki kapitalizm sobie wymyślił Hoppe i co to ma do Marksa?!?
Nie wiecie? Otóż ja wiem. Wiem to ze strony 47., gdzie przeczytałem, że [d]oświadczenie nie może pokonać logiki. Tym gorzej dla faktów.
Opublikowano w: filozofia, książki, libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Przerost formy nad treścią

Wy wiecie, że ja się chwalić nie lubię i skromny jestem. Powiem wam jeszcze, że jestem hardkorem. No bo jak nazwać człowieka, który już nie uważa się za libertarianina, libertarianizm uważa za głupi, a mimo to nadal czyta o libertarianizmie, albo libertarian? Ba! wydaje na to ciężko zarobione pieniądze! Dobrze, przejdźmy do rzeczy. Czytam obecnie najświeższego Hansa Hermanna Hoppe’go, wydania Fijora (Ekonomia i etyka własności prywatnej…). Zaznaczam, że nie przeczytałem jeszcze całej książki, więc to, co niżej przeczytacie, odnosić się będzie jedynie do tej części, którą mam już za sobą. 
Zanim pogadamy o kwestiach merytorycznych, chciałbym kilka słów powiedzieć na temat samej formy wydania. Nie podoba mi się. Ani mi się nie podoba twarda oprawa (nie uważam, by tego typu książki warte był twardych opraw), ani tłumaczenie, ani wiele innych rzeczy. Po kolei. A, może zacznijmy od plusów: podoba mi się, że książka jest szyta. Ja wiem, że to nie ma lekko i albo szyjemy twardą oprawę, albo kleimy miękką. A mnie się i tak podoba szycie i nie podoba twarda. Dobrze, jeśli mam być szczery, uważam, że Fijor mógłby sobie darować twardą oprawę i szycie i zamiast tego zainwestować w korektę. Ilość błędów jest wręcz ma_sa_krycz_na i zaczyna się już na stronie ze stopką redakcyjną. I weź tu człowieku decyduj teraz, czy cytować z błędem, czy poprawić (i ew. zaznaczyć, że cytat modyfikowany), czy w ogóle nie cytować. Ja wiem, że na rynku wydawniczym rządzi cięcie kosztów (inaczej jest u tych, co naprawdę rządzą, ale to nie ma związku), no ale na litość boską, tu już nie chodzi o interpunkcję! Zresztą, gdyby chodziło tylko o interpunkcję (która nota bene również pozostawia wiele do życzenia), to bym olał sprawę – w końcu 3/4 Polaków nie wie gdzie, kiedy i po kiego chuja stawiać przecinki. Ale mamy na przykład coś takiego (zwróćcie uwagę na tłumaczenie, jest…. kapitalne?):


Wyjaśniliśmy już strategiczne funkcje wszystkie z nich, poza jedną: z jakiego powodu nie są to ne:one normalnymi elementami gospodarki, zdeterminowanymi przez siły popytu i podaży, czy nawet zwykłymi dobrymi uczynkami, lecz działaniami redystrybucyjnymi, mającymi na celu stabilizację a, jeśli to możliwe, zwiększenie wolumenu zdobywanego przez państwo – w drodze wyzysku – dochodu i bogactwa. (s.97)

Witki opadają, mam nadzieję, nie tylko mi. W stopce co prawda jest wpisany ktoś do korekty, ale to chyba ten ktoś, niczym ta blondynka z kawału, „korektorował” monitor. Słabiutko wygląda indeks, ma zbyt dużą czcionkę i wali po oczach. Nie ma też w indeksie nazwisk, przewijających się w przypisach – a szkoda, bo gościu jak się do kogoś odwołuje, to głównie w przypisach. Można więc by było dodać numer strony przy nazwisku jakiegoś ziomka i dyskretnie dopisać literkę „p”, albo „ff”. Nie inaczej wygląda sprawa bibliografii: w układzie alfabetycznym zaczyna się od Hayeka, a pozycje przytaczane i cytowane w przypisach nie zostały w niej uwzględnione. Jestem skłonny zaakceptować za to okładkę. Wreszcie bez żadnych bazgrołów – stonowana i poważna. W przeciwieństwie do reszty książki.
***
No właśnie, reszta książki. Zacznijmy może tak: kiedyś już powiedziałem, co myślę o HHH. Podtrzymuję tamto zdanie, a niezorientowanym powtórzę: HHH jest bucem. Dlaczego tym razem? Książka składa się z dwu części: ekonomicznej i filozoficznej. Pierwsza zawiera 8 rozdziałów, druga -7. Trudno zresztą nazwać to rodziałami, to raczej artykuły, zupełnie bez związku (ok, związek jest, ponieważ HHH na wciąż pisze o tym samym i jest w swoim bucostwie strasznie monotematyczny). W dodatku – wtórne: na 15 rozdziałów (artykułów) mamy jeden premierowy, jeden zmodyfikowany i jeden napisany przy współpracy dwóch innych ziomów. Reszta – z odzysku. Można co prawda powiedzieć, że libertarianie są zieloni – recycling. Można, tylko po co?
Może część z was uważa, że to żaden problem, że niektóre z tych artykułów były już raz, lub częściej (!) publikowane. Jasne. Żaden problem. Żadnym problemem jest też to, że część akapitów została przeniesiona w różne miejsca za pomocą „ctrl+c ctrl+v”. No dobra, może przesadzam – u Rothbarda zmieniała się kolejność, u Hoppe’go też mamy drobne zmiany. Na stronie 60. możemy przeczytać:

Własność można nabyć albo przez zawłaszczenie, produkcję i umowy, albo przez wywłaszczenie i wyzysk zawłaszczających, producentów i zawierających umowy. Nie ma innych sposobów. Obie metody są dla ludzkości naturalne.

Z kolei na stronie 92 czytamy, co następuje:

Zdobycie i pomnażanie bogactwa możliwe jest albo poprzez pierwotne zawłaszczenie, produkcję i wymianę opartą na umowach, albo przez wywłaszczenia i wyzysk właścicieli, producentów oraz osób prowadzących interesy oparte na umowach wymiany. Nie ma innych sposobów. Obie metody są dla ludzkości naturalne.

Podstawy tłumaczenia również wam podam, żebyście mogli poznać sztukę kreatywnego tłumaczenia: (1) One can acquire property either through homesteading, production, and contracting, or else through the expropriation and exploitation of homesteaders, producers, or contractors. There are no other ways. Both methods are natural to mankind. i (2) One can acquire property either through homesteading, production and contractual exchange, or by exprorpriating and exploiting homesteaders, producers, or contractual exchangers. There are no other ways. Both methods are natural to mankind. 

Wy nie wiecie, ale ja wiem, dlaczego on to powtarza. To jak z rzucaniem zaklęć – będziesz powtarzać, to może staną się prawdą. Już, już się odczepię od tłumacza, tylko jeszcze jedną rzecz wam pokażę (raczej odnośnie Hoppe’go, niż tłumacza). Na stronie 19. przeczytałem, że każde dobro może wciąż zmieniać swoje cechy; może nawet z publicznego czy prywatnego dobra stać się publicznym bądź prywatnym złem i vice versa. Powaga, Hoppe sam pisał „public or private bad or evil”! Co to ma w ogóle, kurwa, być?!?
***
Myślałem, że uda mi się to szybko załatwić, ale nie dotarłem jeszcze nawet do połowy. Pozwolę więc sobie skrócić moje obiekcje i skupić się tylko na kilku sprawach. Zacznijmy może od opodatkowania. Hoppe po kilkunastostronnicowym wywodzie dochodzi do wniosku, że w jakikolwiek sposób by tego nie wyrazić, nie można uciec od wniosku, że opodatkowanie jest sposobem na utrudnienie formowania bogactwa i tym samym względne zubożenie (s. 59). No więc ja bym chciał wysunąć następującą tezę: jeżeli opodatkowanie jest sposobem na utrudnienie formowania bogactwa, to znaczy, że w jakiś sposób negatywnie wpływa na akumulację kapitału w postaci gotówki. A gdzie trzymamy gotówkę? Na koncie. A skoro na koncie, to znaczy, że w banku. Jeżeli wpłacamy pieniądze do banku, to on tworzy (rezerwa cząstkowa) xxx gotówki więcej, niż dostał. Do czego to prowadzi – każdy libertarianin wie: boom&bust, czyli cykl koniunkturalny. Możemy więc wyprowadzić logicznie poprawny wniosek, że opodatkowanie jest formą zapobiegania cyklom koniunkturalnym. Ba, możemy wyprowadzić wniosek, że były prezes Jarosław Kaczyński, jako trzymający gotówę w skarpecie, jest kryptolibertarianinem!
***
To było w kwestii formowania bogactwa. A teraz zubożenie. Oczywiście, względne, bo jak zmierzyć bezwzględne? Chciałbym zwrócić przy tym uwagę, że równie poprawny byłby wniosek, że opodatkowanie służy względnemu wzbogaceniu społeczeństwa. Jakim cudem? Zacznijmy od definicji:

Opodatkowanie jest przymusowym, nie opartym na umowie transferem określonych zasobów fizycznych (obecnie najczęściej, choć nie tylko, pieniędzy) [...] od osoby lub grupy osób, która pierwotnie je posiadała, do innej, która obecnie je posiada [...] (s. 45).

Weźmy te pieniądze. Wyobraźmy sobie taką akcję: gościu ma kasę. Opodatkowują go. Przekazują jego kasę w formie redystrybucji komuś innemu. Kasę miał gościu A, a ma gościu B. Transfer? Transfer. A dlaczego nie zrobili na odwrót, tj. nie zabrali gościowi B i nie przekazali gościowi A? Może dlatego, że gościu B to menel jakiś, który kasy nie miał, a gościu A do burżuj, który kasę miał? Zamiast odwoływać się w tym miejscu do piramidy potrzeb Maslowa, chciałbym się powołać na prawo malejącej użyteczności krańcowej, czy tam marginalnej. Jeżeli ktoś ma dużo kasy, to zabranie mu nadwyżki ponad jakimś, arbitralnie ustalonym progiem, będzie jego zubożeniem. Z drugiej strony, jeżeli ktoś nie ma kasy, to wręczenie mu jej będzie jego wzbogaceniem. Prawo malejącej użyteczności krańcowej może nam pozwolić wysunąć wniosek, że de facto opodatkowanie, czyli redystrybucja dochodu jest wzbogaceniem społeczeństwa – zabieramy typkowi A, a dajemy typkowi B, który wyżej ceni pierwszą pomarańczę, niż A – 16-tą. Niech żyją podatki!
***
Fajnie Hoppe gada na temat pieniędzy. Na przykład zgodnie z amerykańskim mitem self-made man’a uważa, że [p]ieniądz został wynaleziony przez nastawionego na własny interes człowieka (s. 87). Jest to tak fascynujące i wiekopomne twierdzenie, że aż dziw, że królowa brytyjska, czy tam księżna, czy kto tam teraz rządzi, nie wręczyli Hoppe’mu tytułu sir. A jeszcze lepiej, Hoppe powinien wskazać palcem tego człowieka, który ten pieniądz wymyślił (a przynajmniej jego szczątki), żeby powstało nowe miejsce kultu. W końcu tak wielki odkrywca, jak odkrywca pieniądza nie mógł pozostać anonimowy i swą sławą powinien zdmuchnąć Dżizaza z kart biblijnej historii. 
Ale nie jest to najmocniejsza teza odnośnie pieniędzy. Otóż w pewnym momencie Hoppe mówi wprost, że 

myśleć o wolnym rynku w odniesieniu do konkurujących banków, ale i konkurujących pieniędzy, byłoby fundamentalnym nieporozumieniem co do istoty pieniądza. Konkurujące pieniądze nie są wynikiem działań na wolnym rynku, lecz zawsze stanowią rezultat przymusu, narzuconych przez rząd przeszkód na drodze racjonalnych zachowań gospodarczych. (s. 89).

Myślicie, że nowomowa? Możliwe, w końcu

Zamiast mówienia o państwowym kapitalizmie monopolistycznym [jak chcą marksiści - sc], bardziej stosowne byłoby nazywanie obecneg[o - brak literki, sc] systemu „finansowanym przez państwo socjalizmem monopolistycznym, albo „socjalizmem burżuazyjnym”. (s. 105).

Naczytał się Foucault’a i teraz wszędzie widzi dyskursy władzy. Świr.
***
Wiąże się to z hoppe’ańską teorią stosunków międzynarodowych i wojen. Hoppe twierdzi bowiem, że im bardziej liberalne jest państwo wewnętrznie, tym bardziej prawdodobne, że zajmie się agresją. Wewnętrzny liberalizm czyni społeczeństwo bogatszym; bogatsze społeczeństwo, któremu można zabierać, czyni bogatszym państwo, a bogatsze państwo oznacza coraz więcej zakończonych powodzeniem wojen zaborczych (s. 111).
Czaicie ten argument? Pamiętacie Małego księcia i rozmowę z pijakiem? Pijak pił, żeby zapomnieć, że się wstydzi, że pije. Odnoszę wrażenie, że Hoppe też powinien się napić. Albo przestać. W gruncie rzeczy Hoppe, będąc pod wielkim, do czego sam się przyznaje, wpływem Rothbarda, wyprowadza rothbardiańskie wnioski, tylko tak… dookoła. Już Rothbard twierdził bowiem, że Stany Zjednoczone w trakcie zimnej wojny były stroną napastliwą, w przeciwieństwie do Sowietów, którzy to wypracowali politykę zagraniczną, którą libertarianie uznają za jedynie słuszną i uzasadnioną (O nową wolność…, s. 358).
***
Najbardziej żałosna jest jednak „analiza” teorii klasowych marksizmu i libertarianizmu (czy szkoły austriackiej). Jest tak żałosna, że musiałbym naprawdę wiele kartek zapełnić, żeby poważnie o niej napisać. Tutaj ograniczę się tylko do jednej drobnostki. Otóż Hoppe twierdzi, że Marks bardzo dobrze opisał, w jaki sposób pierwotna własność kapitalistyczna powstała w wyniku rabunku, grodzenia i podbojów. Sam Hoppe twierdzi, że jest to „generalnie prawdziwe”. Trzeba być jednak świadomym faktu, pisze dalej,

że Marks wprowadza pewien trick. Zajmując się badaniami historycznymi i wzmagając oburzenie czytelnika brutalnością stojącą za ukształtowaniem się wielu kapitalistycznych fortun, omija tak naprawdę omawiane zagadnienie. Odciąga uwagę od faktu, że jego teza jest tak naprawdę zupełnie inna: dokładniej, że jeśli nawet mielibyśmy „czysty” kapitalizm, by tak to ująć (taki, w którym pierwotne przejęcie kapitału było wyłącznie rezultatem zawłaszczeń), czyli pracę i oszczędności, kapitalista, który zatrudniłby robotników do pracy z tym kapitałem, mimo wszystko dokonywałby wyzysku. (s. 130, pisownia oryginalna – sc).

Żeby być uczciwym ze sobą, muszę zauważyć, że to nie Marks, tylko Hoppe dokonuje tutaj tricku. Może ktoś z was wie, dlaczego niby to Marks miałby wyobrażać sobie czysty kapitalizm Hoppe’go i pisać o nim, a nie o kapitalizmie, jaki znał? Co kogokolwiek w ogóle obchodzi, jaki kapitalizm sobie wymyślił Hoppe i co to ma do Marksa?!?
Nie wiecie? Otóż ja wiem. Wiem to ze strony 47., gdzie przeczytałem, że [d]oświadczenie nie może pokonać logiki. Tym gorzej dla faktów.
Opublikowano w: filozofia, książki, libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Ockham, Rothbard i kosmici

Wiecie, że Rothbard się do Ockhama nie stosował? Wiem, że to mało interesujące, bo Rothbard w ogóle do innych to się rzadko stosował. Nie należy mnożyć bytów nad potrzebę i tak dalej… Jasne, że to nie do końca Ockham, ale o tym już mało kto wie. Kiedyś już, kiedyś, pół roku dobre temu, wytykałem Rothbardowi, że się gościu powtarza. Chodziło mi konkretnie o fragment, związany z samoposiadaniem i ewentualnym jego odrzuceniem. Po cholerę mnożyć fragment do trzech książek? Żeby co, więcej ludzi je przeczytało? Bez jaj. Może żeby mocniej wbić im to do głowy? Ale po co takie bzdury komukowiek wbijać? Załóżmy jednak, że miał Rothbard sobie tylko znane powody (jak nie wiadomo o co chodzi, to… wiadomo o co chodzi), by zastosować taki „manewr”.
 Pozwolę sobie zacytować tutaj stosowny ustęp z Etyki wolności, poczynając od strony 127:
Odłóżmy na moment bardziej złożone przypadki własności realnej, koncentrując się na kwestii ludzkiego prawa do swojego własnego ciała. Mamy tu dwie alternatywy: albo możemy ustanowić zasadę, że każdy człowiek powinien mieć prawo pełnego posiadania swego ciała, albo też możemy założyć, że nie może on mieć takiego prawa. Jeśli przyjmiemy, że człowiek powinien mieć takie prawo, uznajemy libertariańskie prawo naturalne wolnego społeczeństwa [...]. Jeśli jednak takiego prawa nie powinien mieć, jeśli żaden człowiek nie ma prawa do pełnego i stuprocentowego samoposiadania, to mamy do czynienia z jednym z dwóch modeli: (1) modelem „komunistycznym”, Powszechnego i Równego Cudzoposiadania, albo (2) Częściowego Posiadania Jednej Grupy przez Drugą, a więc z systemem rządów jednej klasy nad drugą. Są to jedyne logiczne alternatywy dla stuprocentowego samoposiadania przez wszystkich ludzi.
Zauważacie przy tym, że co do ilości alternatyw, Rothbard stosuje brzytwę aż nadgorliwie? Pomińmy w tym momencie rozważania nad tymi alternatywami, a skupmy się na tym nieszczęsnym samoposiadaniu. Kilka stron dalej Rothbard dodaje, że społeczeństwo pełnego samoposiadania dla wszystkich polega na pierwotnym fakcie naturalnego samoposiadania przez każdego człowieka oraz na fakcie, że kazdy człowiek może żyć i prosperować tylko wtedy, gdy korzysta z prawa wolnego wyboru [...]. Zwróćcie uwagę na dwie rzeczy: skąd i na jakiej podstawie wzięło się Rothbardowi, że człowiek może funkcjonować TYLKO wtedy, gdy korzysta z prawa wolnego wyboru? I zwróćcie też uwagę na masłomaślaność tego zdania: samoposiadanie wszystki polega na samoposiadaniu przez każdego człowieka. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest jednak jeszcze coś innego. Pisze Rothbard, że wyjaśnienie tego nie jest takie proste, gdyż [l]udzie nie są bezwładnymi wiankami unoszącymi się na wodzie; są bytami, istototami, które mogą przetrwać tylko poprzez zmaganie się z zasobami materialnymi i przekształcanie ich (szkoda, że do tego się ograniczył). I gościu zaraz potem z pełną powagą (!!!) wraca do „naszej wyspy Crusoe i Piętaszka”.
Dobrze, wróćmy do rzeczy. Nie ulega dla Rothbarda wątpliwości, że każdy człowiek posiada sam siebie. Współcześnie używa się kategorii samoposiadani (self-ownership), choć niegdyś mówiło się raczej o „autowłasności” (proprietor of his own) – tak zresztą definiuje sprawę Locke, od którego Rothbard chciałby wyjść (cichaczem odrzucając zresztą zastrzeżenia Locke’a co do własności, tzw. proviso). Skoro tak, tzn. skoro posiada sam siebie, to przyłączając do siebie coś, tj. „mieszając swoją pracę”, uzyskuje prawo do… no właśnie, do czego? Z pewnością do posiadania, tj. bieżącego użytkowania – skoro użytkuje, to użytkuje. Rothbard jednak idzie dalej i wychodząc od samoposiadania (ustawicznego użytkowania swojego ciała), przechodzi do praw własności, tj. wyłącznego użytkowania przedmiotów trzecich. Między posiadaniem a własnością istnieje pewna różnica, którą dostrzegał Locke (a przynajmniej skłaniałbym się do takiego twierdzenia w oparciu właśnie o jego ograniczenia własności), a której nie widzi, albo celowo pomija, Rothbard. Pytanie, dlaczego Rothbard przechodzi od posiadania do własności, pozostaje, i chyba pozostanie, pytaniem odwartym. Jeżeli jednak mnie byście się chcieli spytać, czy wiem, skąd Rothbardowi się to wzięło, to mogę wam powiedzieć, co o tym sądzę. Otóż sądzę, że Rothbardowi wzięło się to z dupy.

A teraz kosmici, bo pewnie was zaintrygowali. Otóż na gruncie początkowo przywoływanego twierdzenia Ockhama, chciałbym powiedzieć, że piramidy egipskie stworzył kosmita, pstrykający palcem. Po co tworzyć tysiące bytów niewolniczych, skoro wystarczy jeden ufoludek? No, chyba, że chodzi o jakość, nie ilość….

Opublikowano w: libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Parafrazując Niemöllera

Najpierw przyjdą po faszystów – ale się nie odezwiecie, bo nie jesteście faszystami. Potem przyjdą po „moherów” – i nie odezwiecie się, bo nie jesteście „moherami”. Potem przyjdzie kolej na pisowców – i znowu nie zaprotestujecie, bo nie należycie do PiS. Wreszcie przyjdą po was – i nie będzie już nikogo, kto się za wami [...]

Opublikowano w: libertarianizm, Polityka.
Komentarze są wyłączone

Co jest kradzione?

Co kradzione – albo niszczone – jest autorowi utworu, albo innemu właścicielowi praw autorskich do tego utworu, podczas tworzenia, użytkowania lub rozpowszechniania „pirackiej” kopii, utworzonej na bazie kopii legalnie kupionej? No bo coś chyba musi być kradzione, albo niszczone, skoro coraz powszechniej nazywa się to „naruszeniem własności intelektualnej”? Tylko właśnie co? Nie jest kradziona ani [...]

Opublikowano w: libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Dwa w jednym

Wiecie, kim jest Raj Patel? Nie? Ok, ja też nie za bardzo. Muza wydała jednak jego książkę, na okładce której przeczytałem, że pracował dla Banku Światowego, potem WTO, potem był doradcą ONZ, a potem przeszedł jakieś katharsis i zwrócił się przeciwko swoim byłm pracodawcom. Jeśli to jeszcze dla was mało, to dodam, że o książce Wartość niczego Naomi Klein napisała, że jest wspaniała.

Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej Patel tłumaczy, dlaczego obecny system społeczno-gospodarczy, nazywany przez Patela wolnym rynkiem, jest zły. Punktem wyjścia są zeznania Greenspana przed Komisją Izby Reprezentantów. Wszyscy pamiętamy tamten kontekst, więc pozwolę sobie tego nie przywoływać. Wszyscy wiemy też, kim jest Greenspan. Patel, kreśląc sylwetkę byłego szefa FED zwraca uwagę, że ten pełnoprawny członek brygady wolnego rynku siadywał u stóp Ayn Rand, która to była czirliderką skrajnej szkoły wolnorynkowych libertarian, którą sama nazwała „obiektywizmem”. Patel zwraca przy tym uwagę, że Greenspan, przyjmując posadę w FED, zachował się jak hipis, który stąpił do marines (s. 8-9). Oczywiście związki ideologiczne Greenspana i Rand ten pierwszy omawia w swojej Erze zawirowań i nie są one tak gładkie, jak by Patel tego chciał, choć niewątpliwie sporo prawdy w jego słowach jest.

W drugiej części autor ukazuje, jak w różnych częściach świata ludzie starają się zmienić ten system. Skupia się głównie na wyzwaniach żywnościowych (tzw. suwerenność żywnościowa), ale możemy też przeczytać trochę np. o budżecie partycypacyjnym, ruchu wolnego oprogramowania, czy zapatystach. Z pewnością są to fajne tematy, niemniej jednak jak dla mnie – zdecydowanie zbyt pobieżnie poruszone. Być może wynika to z tego, że o budżecie partycypacyjnym można było sporo się dowiedzieć z jednego z ostatnich numerów Przeglądu Anarchistycznego. Dużo informacji na zbliżone tematy zawiera też książka, nieżyjącego już, Rafała Górskiego Bez państwa. Demokracja uczestnicząca w działaniu. Gdyby jednak książkę Patela potraktować, jako pewien manifest, no to jeszcze ujdzie.

Zdecydowanie jednak najmocniejszą stroną książki są dwa akapity. Wróćmy na chwilkę do Greenspana i Rand. W pewnym momencie Patel napisał:

Są dwie książki, które mogę wywrzeć niezatarty wpływ na życie czternastoletniego mola książkowego – Władca pierścieni oraz Atlas zbuntowany. Jedna to infantylny sen na jawie, jej czytelnik może wyrosnąć na karłowatego emocjonalnie i upośledzonego społecznie dorosłego, któremu znaczna część dnia będzie upływać na wymyślaniu sposobów, jak upodobnić życie do powieści fantasy. Druga książka traktuje o ograch. (s. 210)

Kapitalne. Po prostu kapitalne, nie mam więcej pytań. Drugi akapit to w zasadzie dowcip:

- Ilu ekonomistów szkoły chicagowskiego potrzeba, żeby wkręcić żarówkę?
- Ani jednego. Gdyby należało ją wymienić, rynek już by to zrobił. (s. 17)

W gruncie rzeczy, czytając pierwszą część tej książki, zastanawiałem się, na ile to, co pisze Patel odnosić się może do libertarian i ich analizy. Nie będę ukrywał, że moją uwagę skupiałem raczej na libertarianach o typowo austriackim podejściu do ekonomii (przy czym zawężam to podejście do Misesa i Rothbarda – być może, zapewne, błędnie, jednak mam wrażenie, że to na nich opiera się większość libertarian, przynajmniej na polskiej ziemi). Oczywiście wiem, że przeciętny libertarianin, czytając Patela, zatrzymałby się na pierwszych kilku stronach i dalej nie ruszył. Wszystko przez ten nieszczęsny wolny rynek, który obwinia Patel. Libertarianin w życiu wolnego rynku by nie obwiniał – wręcz przeciwnie, uznałby go za najlepsze remedium. Mnie tylko dziwi,  dlaczego wolny rynek nie był jeszcze bohaterem odcinka Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?.

Zasadniczo mógłbym się nawet przychylić do tezy, że książka Patela akurat do libertarian (przynajmniej pod tym względem) nic nie ma, jednak to nie efekt takiej, a nie innej definicji. Niezależnie od tego, na ile zgadzam się z definicją Patela, a na ile nie, definicja libertarian jest tak abstrakcyjna, że aż niepraktyczna. To, co mnie jednak przekonało do tego, że książka nie traktuje o libertarianach i ekonomii austriackiej, to przytoczony wyżej dowcip. Otóż Patel w swojej krytyce skupia się na domniemanej racjonalności rynku, która jest podstawą szkoły chicagowskiej. Austro-libertarianie tymczasem opierają się na subiektywnej racjonalności poszczególnych rynkowych podmiotów. Ma to dwa, a nawet trzy, zasadnicze problemy. Po pierwsze, takie rozumienie racjonalności jest de facto „puste” – pasuje do niego dosłownie każda decyzja. Dzieje się tak dlatego, że jednostka, dokonując jakiegokolwiek wyboru, decyduje się na takie działanie, które w najlepszym stopniu zaspokoi jej potrzeby (kupię nowy jacht, oddam biednym, przejdę na dietę, rozwiodę się, zainwestuję w akcje, itp.), w związku z czym każda jej decyzja będzie dla niej racjonalnie wybrana (oczywiście w chwili podejmowania decyzji). Jest to więc kompletnie bezużyteczne podejście. Jeśli by się jednak przy nim upierać, możemy dojść do wniosku, że skoro podmioty są racjonalne (subiektywnie) i te podmioty składają się na „rynek”, to rynek też jest racjonalny (subiektywnie). W tym wypadku subiektywność rynku polega na niczym innym, jak na tym, że wszystko, co się na rynku dzieje, jest racjonalne. No, chyba, że zakładamy, że (subiektywny) racjonalizm to by istniał na „wolnym rynku”, a ponieważ wolnego rynku nie ma, to i nie ma racjonalizmu.

Odchodząc już od rynku, ale pozostając przy racjonalizmie. Przeczytałem kiedyś gdzieś, obecnie nie pamiętam już, gdzie, że Kartezjusz wpadł na pomysł racjonalizmu (tak, celowo tak napisałem), ponieważ doszedł do wniosku, że oparcie się na doświadczeniu zmysłowym jest zawodne. Skoro jest zawodne (pomyślcie o tych wszystkich fatach morganach i wypchanych skarpetkami stanikach), to trzeba znaleźć inną drogę poszukiwania pewności. No i wymyślił chłopak, że wystarczy pomyśleć. Do dziś niektóre szkoły filozoficzne nie są w stanie się z tego otrząsnąć.

Być może dokonam nadużycia, gdy stwierdzę, że racjonalizm kartezjański odrzuciło w pierwszej połowie XX wieku Koło Wiedeńskie. Ktoś mi zaraz przywoła Philippa Franka, który z sympatią się o Kartezjuszu wypowiadał. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że w zestawieniu, kończącym pierwszą część Naukowej koncepcji świata. Neurath z kolei uważał Wittgensteina z czasów Traktatu za metafizyka. Na marginesie, czy wiecie, że Neurath 30 lat przed Feyerabendem postulował coś na kształt anarchizmu metodologicznego? Napisał: ten, kto szuka, może posłużyć się dowolną metodą. Hans Hahn mówi wprost:

[u]znajemy się za kontynuatorów kierunku  e m p i r y s t y c z n e g o  w  filozofii, zatem stoimy w zdecydowanej opozycji do każdego  r a c j o n a l i z m u, który czy to uważa rozumowanie za jedyne, czy to za wyżej uprawnione w porównaniu z doświadczeniem źródło poznania.

Scjentyzm, jak go opisuje Neurath, opiera się nie tylko na logice i matematyce (do czego przyznaje się też kartezjański racjonalizm), ale też na antymetafizyce i empiryzmie (które racjonalizm traktował pobieżnie i nie do końca poważnie). W innej pracy Neurath dosyć pozytywnie wypowiada się o pragmatyzmie.

Pragmatyzm, ujmijmy to krótko, zasadza się na przekonaniu, że słuszność danych teorii, czy idei, powinna być określana przez wzgląd na ich praktyczne konsekwencje. Jest dość późno, więc wybaczcie, że nie będę grzebał w szafce w poszukiwaniu małego tomiku Jamesa, by zaszczycić tę notkę odpowiednimi cytatami. Śmiem twierdzić, ciekawe ile osób uważa, że na wyrost, że Rothbard przy całym swoim ograniczeniu, doskonale zdawał sobie sprawę z czegoś takiego, jak pragmatyzm. Otóż zdawał sobie sprawę, że – i będę powtarzał ten cytat do znudzenia –

libertarianizm ostatecznie zwycięży, ponieważ tylko i wyłącznie on jest zgodny z naturą człowieka i świata. [...]
Libertarianizm zwycięży, ponieważ jest prawdziwy i proponuje właściwą strategię dla ludzkości, a prawda w końcu zwycięży.

Skoro więc tak rzeczy się mają, nikt nie może libertarianizmu, a zarazem natury człowieka i świata, podważać. Ponieważ libertarianizm jest debeściak, to zwyciężyć musi. I to jest ta praktyczna konsekwencja – libertarianizm jest debeściak, a każdy, kto tego nie uznaje ma prawo zamknąć mordę i się nie wychylać. Oto kwintesencja libertarianizmu.

Opublikowano w: filozofia, książki, libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

JKM a wolność manifestacji

Raz jeszcze będzie o Januszu Korwin-Mikkem. Postanowił on wystartować w wyborach na prezydenta Warszawy i ogłosił 21.punktowy program, który — jak zwykle w jego przypadku — stanowi beczkę miodu doprawioną łyżką dziegciu. Obok zapowiedzi wielu słusznych rozwiązań można znaleźć tam bowiem wyraźną deklarację walki z wolnością zgromadzeń, i to nawet wbrew obowiązującemu prawu. Punkty 6 [...]

Opublikowano w: libertarianizm, Polityka.
Komentarze są wyłączone

Dlaczego nie jestem korwinistą

„Nie ma ŻADNEJ formalnej różnicy między Ludźmi z Krzyżem – a człowiekiem, który stałby sobie pod Pałacem Namiestnikowskim z opartym o ziemię parasolem. (…) Ale jeśli Władza powiedziała, że trzeba Krzyż usunąć – to trzeba go było usunąć. Nawet gdyby trzeba było strzelać. Nie ma nic gorszego  niż Bezsilna Władza” – stwierdził Janusz Korwin-Mikke, komentując [...]

Opublikowano w: libertarianizm, Polityka.
Komentarze są wyłączone

Byle było legalnie

Do czego doprowadza fetyszyzacja prawa stanowionego przez państwo i budowanie moralności na kryterium zgodności z tym prawem, świadczy wypowiedź pani Miry Suchodolskiej na łamach „Dziennika Gazety Prawnej”, której nie podoba się, że ludzie podejrzewani o terroryzm mogli być torturowani przez amerykańskie służby na terytorium Polski – ale wyłącznie dlatego, że byłoby to niezgodne z ustanowionym [...]

Opublikowano w: libertarianizm, Polityka.
Komentarze są wyłączone