Tłumaczenie: James Leroy Wilson „Standard życiowy a jakość życia”

Trudności gospodarcze mogą pomóc w wyborze lepszego sposobu życia.

— Tatusiu, weźmiesz mnie na ręce?

— Rosie, jesteś już wystarczająco duża, żeby iść całą drogę pieszo. To tylko parę przecznic stąd.

Był piękny ranek. Idąc swoim osiedlem, tatuś z córką machali przyjaźnie do ludzi pracujących w swoich przydomowych ogródkach.

— Chciałabym, żeby babcia nie mieszkała tak daleko! — poskarżyła się Rose.

Tata zaśmiał się. — Masz szczęście, że babcia mieszka tylko parę ulic stąd. Kiedy byłem w twoim wieku, moi dziadkowie mieszkali dwa tysiące mil ode mnie!

— Dwa tysiące! — Milton, starszy brat Rose, aż zaniemówił. — Czy kiedykolwiek się z nimi widywałeś?

— No, jakiś raz albo dwa w roku. Lecieliśmy z wizytą do nich, a czasami oni do nas. Ale potem latanie zrobiło się za drogie, a samoloty strasznie się spóźniały – a to nic przyjemnego ani dla dzieci, ani dla rodziców. Próbowaliśmy jeździć do dziadków samochodem, ale były trudności z tym, żeby oboje moi rodzice w tym samym czasie dostali urlop w pracy. Dojazd zabierał nam cztery dni; powrót – tyle samo; a wszystko, żeby zobaczyć się z babcią i dziadkiem na zaledwie pięć dni. A zresztą benzyna tak poszła w górę, że nawet jeżdżenie zrobiło się za drogie. Więc potem widywaliśmy się z nimi raz na jakieś dwa lata.

— Ale dlaczego dziadkowie mieszkali tak daleko od was?

— Ze względu na pracę dziadka – i mojej mamy też.

— Dlaczego nie mieszkali bliżej i nie zajmowali się czym innym?

— Dobre pytanie. Musieli trzymać się blisko firm, dla których pracowali, bo to one płaciły za ich leczenie.

— Tatusiu, czy dziadkowie byli niewolnikami?

Tata zaśmiał się. — Nie! Nie to miałem… Skąd. — Ale pomyślał sobie: „Może w pewnym sensie nimi byli”.

Milton zapytał:
— Dlaczego latanie zrobiło się takie drogie?

Tata powiedział:
— Cóż, to było wtedy, kiedy wszystko tak zdrożało. Nie tylko paliwo – jedzenie też. Zaczęło się, kiedy Bank Rezerwy Federalnej drukował coraz więcej pieniędzy, żeby finansować wydatki, które rząd robił mimo deficytu budżetowego. Wydawanie pieniędzy mimo dziury w budżecie polega na tym, że rząd wydaje więcej niż zbierze w podatkach; a rząd wydawał olbrzymie sumy. Na dobitkę robił to nieudacznie, finansując głupie wojny, a to doprowadziło do wzrostu cen wszystkiego – poczynając od paliwa i jedzenia.

Milton powiedział:
— To brzmi okropnie. Co zrobiliście?

Tata odpowiedział:
— Ludzie przestali robić to, co dotychczas, i zadali sobie pytanie, dlaczego żyją w ten, a nie inny sposób. Zapytali, dlaczego w samolocie traktuje się ich jak bydło. Dlaczego zdziera się z nich na stacji benzynowej i w supermarkecie. Wiele osób chciało, żeby rząd coś zrobił, aby im pomóc, bo nie rozumiało, że to właśnie rząd był przyczyną ich problemów. Ale inni, tak jak twoja babcia, zabrali się do roboty.

— Co zrobiła babcia? — zapytał Milton.

— No cóż, widzisz wszystkich tych ludzi pracujących w swoich ogródkach? Tych ogródków kiedyś tu nie było. Ludzie mieli trawniki i szli między sobą w zawody o to, kto ma najpiękniejszą i najzieleńszą trawę. Ale twoja babcia wróciła pewnego dnia z supermarketu, usiadła i powiedziała: „Dość tego. Będziemy mieli nasze własne jedzenie”. I następnej wiosny w miejscu, gdzie poprzednio rosła trawa, babcia założyła ogródek warzywny.

Żebyś tylko widział, jakiego szału dostali niektórzy sąsiedzi babci. Wspólnota mieszkaniowa pozwała ją do sądu, twierdząc, że jej ogród psuje widok i że spadnie wartość pozostałych nieruchomości. Ale rok później kolejne osoby zaczęły zakładać własne ogródki w miejsce trawników.

I nie skończyło się na samych trawnikach. Ludzie zaczęli wprowadzać w domach ulepszenia, aby oszczędzać więcej energii. Nie robili tego w trosce o środowisko, ale o własną kieszeń. Sąsiedzi zaczęli dzielić się ze sobą swoimi pomysłami i wspólnie pracować – podczas gdy wcześniej prawie nie otwierali do siebie ust.

Wiele innych rzeczy ludzie również zaczęli robić inaczej. Wcześniej jeździli wszędzie samochodami, korzystali z wind i schodów ruchomych, aby potem płacić za możliwość wyciskania z siebie siódmych potów w siłowni. Ale konieczność oszczędzania doprowadziła do porzucenia siłowni. Ludzie zaczęli rzadziej korzystać z samochodów, a częściej chodzić pieszo i jeździć na rowerze, a w ramach ćwiczeń wchodzili na piętra po schodach. Niektóre rodziny zrezygnowały z własnych aut, decydując się na zakup vana wspólnie z sąsiadami i, gdy tylko się dało, wzajemnie się podwozili. Wiele dwudziestowiecznych wynalazków pozwalających uniknąć wysiłku było dostępnych na wyciągnięcie ręki, ale ludzie zdali sobie sprawę, że jeśli znów zaczną pracować fizycznie, zdołają spalić więcej kalorii i oszczędzić na rachunkach za energię. Wcześniej mnóstwo ludzi było bardzo otyłych, ale schudli. I to nie dlatego, żeby głodowali, ale dlatego, że zmieniali swój tryb życia.

Zaczęli też korzystać z targowisk; kupowali mleko, mięso, jajka i inne produkty bezpośrednio od okolicznych farmerów. To, co oferowali farmerzy, było świeższe i zdrowsze od żywności przetworzonej. Ludzie zrozumieli, że lepiej wychodzą na tym, jeśli przychody pozostają we wspólnocie lokalnej, zamiast wędrować hen daleko do wielkiej korporacji.

To właśnie wtedy twoja babcia, moja mama, rzuciła dotychczasową pracę i otworzyła domową piekarnię. Naruszało to miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego [zoning laws], ale ludzie opowiedzieli się po stronie babci, a przeciw rządowi. Gdy rząd uprzytomnił sobie, że jest bezsilny i nie zdoła rozprawić się z tym nowym sposobem życia, ludzie zrozumieli, że nie muszą lękać się rządu i stali się wolni. Coraz więcej ludzi zaczęło zatem pracować we własnych domach i na własny rachunek. Wcześniej mamusie i tatusiowie zajmowali różne posady w różnych miejscach, ale teraz coraz więcej z nich pracuje wspólnie we własnym domu, a to pozwala im być blisko swoich dzieci – zamiast oddawać je pod cudzą opiekę.

Bliżsi i dalsi członkowie rodziny postanowili trzymać się razem. Nigdy więcej bezsensownych długodystansowych podróży, aby się spotkać. Za czasów mojej młodości wiele rodzin rozdzielały duże odległości, ale teraz takich rozdzielonych rodzin jest mniej.

Milton powiedział:
— Zdaje się, że działo się wam wtedy dużo gorzej niż dziś. Ale niektórzy mówią, że nasz kraj przechodzi kryzys, że nie jesteśmy już tacy bogaci, jak kiedyś. Mówią, że musimy „przywrócić naszemu narodowi wielkość”. Czy to prawda?

Tata odpowiedział:
— To zależy od tego, jak rozumiesz bogactwo. Faktycznie, ludzie nie zarabiają teraz tyle pieniędzy, co wcześniej. Ale nie potrzebują tego. Jeśli sam wytwarzasz rzeczy, za które kiedyś płaciłeś, nie potrzebujesz pieniędzy. Jeśli masz blisko przyjaciół, rodzinę i pracę, nie potrzebujesz samochodów ani biletów na samolot. Ludzie, którzy chcą określać standard życiowy na podstawie ilości posiadanych pieniędzy, nie rozumieją, na czym rzecz polega. To jakość życia jest ważna – a ta jest obecnie lepsza niż kiedykolwiek. Ludzie, którzy chcą „przywrócić naszemu narodowi wielkość”, nawet nie wiedzą, co czyni naród wielkim. Oni przez „wielkość” rozumieją żołnierskie mundury, przemówienia polityczne i wielkie firmy zatrudniające rzesze ludzi do budowy czołgów, więzień i rakiet. Mówią o „wolności”, ale tak naprawdę chcą, aby rząd był tak potężny, jak dawniej – a to przeciwieństwo wolności. Nie staliśmy się naprawdę wolni, a nasz naród nie stał się naprawdę wielki, dopóki rząd nie zbankrutował i nie upadł. Ale oto jesteśmy na miejscu, pod domem babci. Boże, błogosław Amerykę!

_______

Tłumaczenie na podstawie:
James Leroy Wilson, Standard of Living vs. Quality of Life, http://www.partialobserver.com/article.cfm?id=2955&RSS=1

Standard of Living vs. Quality of Life opublikowano na stronie The Partial Observer 29 maja 2008 r.

James Leroy Wilson prowadzi blog Independent Country.

Tłumaczenie: Tobias J. Lanz „Celem gospodarki jest wprowadzanie harmonii między tym, co materialne, i tym, co duchowe”*

Przedmowa redaktora do książki Poza kapitalizmem i socjalizmem – Nowe spojrzenie na stary ideał [Beyond Capitalism & Socialism: A New Statement of an Old Ideal]

_______

Książka ta zawdzięcza swoje powstanie i kształt wielu źródłom i czynnikom. Po pierwsze, moim osobistym doświadczeniom. Dorastałem w katolickim domu. Mój ojciec prowadził małą firmę, mama wychowywała dzieci, a dom stanowił dla obojga centrum życia. Pracowałem dla mojego ojca i miałem też wiele obowiązków domowych. Wspólna praca z rodzicami i rodzeństwem pozwoliła nam zbudować silne więzi i właściwie docenić pracę fizyczną. Co najważniejsze, nauczyłem się, że praca to ważna część sztuki życia. Doświadczyłem zatem zasady pomocniczości i solidarności, które stanowią samą istotę katolickiej ekonomii, z pierwszej ręki – na długo zanim zrozumiałem, co oznaczają.

Idee te były dalej uszlachetniane w trakcie mojej edukacji w przyklasztornej szkole prowadzonej przez benedyktynów. Praca i życie intelektualne zostały tu połączone dla dobra wspólnoty. Obserwowałem, jak bracia zakonni i księża przestrzegali wskazań św. Hieronima dotyczących przywiązania mnicha do miejsca, tak jak Chrystusa do krzyża. Ich cel stanowiło uczynienie tego konkretnego miejsca ośrodkiem miłości, piękna i świętości. Choć nie potrafiłem wtedy w pełni docenić przesłania i sposobu życia benedyktynów, pozostały one we mnie i ujawniły się w latach późniejszych.

Pierwsze ponowne przebudzenie nastąpiło na początku lat dziewięćdziesiątych [XX wieku], gdy jako student uczyłem się o rozwoju ekonomicznym i społecznym oraz prowadziłem badania terenowe w Afryce i w Indiach. Kiedy zamiast skrajnego ubóstwa napotkałem tam tętniące życiem gospodarki naturalne, poczułem się jak E.F. Schumacher, który również miał odkryć nędzę podczas swojej pierwszej podróży do Birmy w latach pięćdziesiątych [XX wieku]. Tak jak Schumacher, zobaczyłem trudne życie, któremu przyroda postawiła surowe warunki i które wymagało wielu poświęceń. Ale zauważyłem również, jak inaczej wyglądała tam praca niż w społeczeństwach przemysłowych. Ludzie raczej zdobywali środki na utrzymanie w sposób bezpośredni niż będąc u kogoś na etacie, a praca łączyła się ze wszystkimi innymi aspektami życia. Każdy realizował sztukę swojego życia w rytmie codziennego mozołu. Życie było walką, ale gdy się ją wygrało, zysk był ogromny.

To doświadczenie pozwoliło mi po raz pierwszy uświadomić sobie, że bogactwo i ubóstwo mają wiele znaczeń. Bogactwo to nie były tylko pieniądze – coś abstrakcyjnego i niepewnego. Bogactwo to było coś konkretnego. Była nim ziemia i dom, owoce natury i relacje z ludźmi. Co najistotniejsze, to bogactwo było zakorzenione w samym życiu. Jako takie miało głęboko duchowy charakter – ostatecznie wskazujący na Stwórcę i Stworzenie. Zupełnie inaczej niż w „zaawansowanych gospodarkach przemysłowych”, w których wszystko obraca się wokół pieniędzy i produktów wtórnych wobec natury. Wir rzeczy martwych!

Podobnie, ubóstwo to nie tylko brak dóbr materialnych. Ubóstwo można by zdefiniować również w kategoriach duchowych i uczuciowych. Społeczeństwo zalane dobrami materialnymi może być mimo to uczuciowo i duchowo ubogie. Nędza ta jest przypadłością zaawansowanych gospodarek socjalistycznych i kapitalistycznych, w których cykl produkcyjny zastąpił cykl życia. O ironio, ciągła pogoń za dobrami materialnymi w celu wypełnienia tej duchowej i uczuciowej pustki powoduje nasilenie cyklu i pogłębia nędzę.

To właśnie uświadomienie sobie tej prawdy rozbudziło moje zainteresowanie rozwiązaniami alternatywnymi wobec dominującej dziś ekonomii politycznej. Poszukiwałem osób podzielających moje poglądy i żyjących zgodnie z alternatywnymi wartościami ekonomicznymi. Tacy ludzie istnieli, ale żyli w rozproszeniu, byli niezorganizowani społecznie oraz politycznie i zazwyczaj marginalizowani. Co smutne, większość z nich nie była katolikami ani nawet chrześcijanami. Ten fakt rozczarował mnie najbardziej, bo tak wielu krytyków dominującej obecnie ekonomii politycznej wyznawało wiarę katolicką. Papieże w encyklikach, angielscy dystrybutyści, E.F. Schumacher i wielu innych szkicowali potencjalne alternatywne wobec kapitalizmu i socjalizmu rozwiązania i bronili ich.

Niemniej gdy rozmawiałem z katolikami i czytałem współczesnych znawców i pisarzy zajmujących się tematem, napotkałem olbrzymią ignorancję – nawet wrogość. „Konserwatywni” katolicy byli największymi hipokrytami. Zawsze zgadzałem się z ich stanowiskiem w pewnych konkretnych sprawach moralnych. Ale kiedy dochodziło do kwestii moralności współczesnego systemu ekonomicznego, spotykałem się z wybiórczym krytycyzmem albo przemilczaniem ich. Pamiętam pewne zajęcia grupy RCIA [1] (którą pomagałem uczyć), podczas których zostałem z miejsca niemal ukrzyżowany za sugestię, że zarówno kapitalizm, jak i socjalizm są niezgodne z nauczaniem Kościoła!

To poczucie frustracji doprowadziło mnie do postawienia pytania o to, dlaczego większa liczba katolików oraz innych chrześcijan nie prezentuje bardziej krytycznego i sceptycznego spojrzenia na materialistyczny system, który można opisać jedynie jako władzę Mamony. Jedna z przyczyn to po prostu zobojętnienie i lenistwo. System działa – po co go zmieniać? Nawet jeśli ktoś chce go zmienić, system jest po prostu zbyt wielki, zbyt złożony i zbyt silnie ukorzeniony. Nawet próby zmieniania go są więc daremne. Inny powód to zaprzeczanie kłopotliwym faktom. Wielu katolików najzwyczajniej w świecie odmawia uznania, że współczesny system ekonomiczny stanowi problem. Ich zdaniem katolicy muszą po prostu przystosować się do nowej rzeczywistości ekonomicznej i zgarniać korzyści, tak jak wszyscy inni. Jeszcze większym problemem jest ignorancja. Większość katolików nie wie nawet, czego Kościół naucza o sprawach najważniejszych, nie wspominając już o szczegółowych zagadnieniach ekonomicznych.

Ale największym problemem, który wiąże się z wszystkimi wymienionymi powyżej, jest brak wyobraźni. G.K. Chesterton uważał ten brak za podstawową cechę współczesnego świata. W przeszłości przyroda i tradycja tworzyły podstawę życia i dostarczały bogatych obrazów, inspirujących i prowadzących społeczeństwo. Dziś obrazy kierujące społeczeństwem są wytwarzane przez sam system. To obieg zamknięty. Dla większości osób uwięzionych w systemie wyobrażenie sobie jakichkolwiek alternatywnych rozwiązań staje się prawie niemożliwe. System jest więc w istocie formą intelektualnego, moralnego i estetycznego niewolnictwa.

Celem tej książki jest zainspirowanie katolików, ich towarzyszy i wszystkich innych zainteresowanych, aby patrzyli otwartymi oczami i rozważali otwartym umysłem wizję proponowaną przez Kościół, oraz dostarczenie obrazów i idei kwestionujących totalitarną wizję oferowaną przez obecny system po to, aby się z niego wyrwać. Są też praktyczne drogi, którymi należy podążyć. Większość z nich jest bardzo prosta i bezpośrednia, bo opiera się o nieprzemijające zasady, za którymi – choć zawsze łatwo było je pojąć – często trudno podążać, biorąc pod uwagę skłonność człowieka zarówno do lenistwa, jak i nieposłuszeństwa.

Nauczanie Kościoła Katolickiego, jak również zdrowy rozsądek i wspólna mądrość wielu światłych ludzi od początku istnienia cywilizacji mówią o tym, że gospodarka musi być budowana w oparciu o człowieka i wspólnotę naturalną. Mówią również o tym, że celem gospodarki jest wprowadzanie harmonii między tym, co materialne, i tym, co duchowe – to znaczy tworzenie warunków pozwalających na bogatszy rozwój duchowy. W ostatecznym rozrachunku ekonomia musi zostać powiązana z samym zbawieniem. W innym wypadku z konieczności powiedzie nas w przeciwnym kierunku, bo rzeczywistość społeczna nie znosi próżni w stopniu nie mniejszym niż rzeczywistość fizyczna. Gra toczy się o wysoką stawkę. Zmiana musi nadejść wkrótce.

_______

PRZYPISY

* Tytuł pochodzi od tłumacza.

[1] RCIA (ang. Rite of Christian Initiation of Adults – Obrzęd Przygotowania do Inicjacji Chrześcijańskiej dla Dorosłych) – proces, którego celem jest wprowadzenie osób dorosłych w wiarę Kościoła Katolickiego i przygotowanie ich do przyjęcia sakramentów inicjacji chrześcijańskiej – przyp. tłum.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Tobias J. Lanz, Editor’s Preface, [w:] Beyond Capitalism & Socialism: A New Statement of an Old Ideal, pod red. Tobiasa J. Lanza, Norfolk 2008, s. vii–ix.

Tłumaczenie: Dale Ahlquist „Element tego pełnowartościowego śniadania – Dystrybutyzm G.K. Chestertona”

Pamiętam pewną reklamę telewizyjną, którą w okresie dorastania widziałem kątem oka z milion razy. Reklamowano jakieś płatki śniadaniowe. Reklama zawsze kończyła się szybkim ujęciem miski płatków otoczonej mnóstwem innego jedzenia, a dobiegający zza kadru natarczywy głos lektora informował nas: „Element tego pełnowartościowego śniadania!”. Automatyczny przekaz był taki, że same płatki stanowiły pełnowartościowe śniadanie. „Element” był tym elementem, którego nie dostrzegaliśmy. Aby osiągnąć trudny do zdefiniowania standard pełnowartościowości musieliśmy jeść też wszystkie te inne rzeczy. Nie pamiętam dokładnie, co tam było. Zbyt szybko migało przed oczami. Wiem, że była szklanka soku pomarańczowego. Na ile się orientuję, mogła tam też być pieczona fasola. I może jakieś steki z wątróbki. Jest całkiem prawdopodobne, że pokazywane śniadanie byłoby tak samo pełnowartościowe bez płatków. W każdym razie same płatki nie wystarczały, chociaż większość ludzi kupowała je, myśląc, że tak.

Większość naszych współczesnych idei ma tę wadę, że jest niczym więcej tylko płatkami śniadaniowymi. Ich żywotność i atrakcyjność bierze się głównie z opakowania. W środku jest bardzo mało treści. Znaczna jej część to pustosłowie polane słodkim lukrem. Może tam być kilka źdźbeł prawdy, ale zbyt mało, nie cała prawda. Niemniej jednak świat karmi się tymi błahymi i modnymi ideami i niczym innym. Pozostałej części pełnowartościowego śniadania całkowicie brakuje.

Nawet te idee, które są głębokie i sprawdzają się pod względem praktyczności w naszym świecie, mają braki. Możemy wyznawać właściwe idee na temat polityki czy ekonomii, ale życie to więcej niż polityka i ekonomia. Dolegliwością specjalizacji jest krótkowzroczność. Jako specjaliści roimy sobie, że nasza mała dziedzina, w której jesteśmy ekspertami, dostarcza nam wiadomości o wszystkim innym. Wiemy coraz więcej o coraz mniejszej liczbie spraw. Prawda została skrupulatnie poszufladkowana. Akademie i uniwersytety zostały skrupulatnie powydziałowane. Wszyscy jesteśmy specjalistami, a nikt z nas nie jest generalistą. Nie ma spoiwa, które trzymałoby razem wszystkie nasze poszatkowane prawdy. Jest myślenie, ale nie ma pomyślunku potrzebnego do całkowitego zrozumienia czegoś, co jest sensowne i spójne.

G.K. Chesterton miał określenie na wszystkich specjalistów współczesnego świata. To określenie jest zaskakujące. Jest prowokujące. Brzmi: „heretycy”. Problem nie w tym, że myślenie specjalisty – albo heretyka – jest błędne, ale raczej w tym, że jest ograniczone i niepełne. Heretyk to ktoś, kto oderwał się od szerszego spojrzenia na świat. Heretyk – mówi Chesterton – zamknął się w „czystym, dobrze oświetlonym więzieniu jednej idei”. [1] Chesterton definiuje heretyka na inny jeszcze sposób, opisując go jako człowieka, który uczepił się jednej myśli i pozwolił, żeby uderzyła mu do głowy. [2] To właśnie ten przypadek, w którym krótkowzroczność prowadzi do obłędu.

Chesterton był jednym z ostatnich wielkich generalistów. Pisał o wszystkim. O wszystkim: o historii, wydarzeniach bieżących, sztuce, literaturze, polityce, ekonomii, teorii społecznej, nauce, filozofii i religii. Ale dziesiątków jego książek i tysięcy esejów nie można sprowadzić do chaotycznych obserwacji i niespójnych przemyśleń. Pisarstwo Chestertona stanowiło część jednego, bardzo spójnego i logicznego systemu myśli. Moglibyśmy dowodzić, że Chesterton tak naprawdę napisał tylko jedną książkę, ale podzieloną na wiele rozdziałów, wiele tomów. W jednym ze swoich esejów Chesterton mówi: „Istnieje tylko jeden temat”. [3] Gdzie indziej pisze:

Ludzie zawsze przyjmują jedną z dwóch rzeczy: albo całościową i trzeźwą filozofię, albo – w nieuświadomiony sposób – wadliwe elementy jakiejś niepełnej, zdyskredytowanej i często skompromitowanej filozofii. [4]

Próba podsumowania „całościowej i trzeźwej filozofii” Chestertona to dobre ćwiczenie. Jednak, tak jak każde dobre ćwiczenie, łatwe nie jest. Chesterton widział świat jako dar, dar najlepszego gatunku – niespodziankę i coś niezasłużonego. Wdzięczność i radość wpływały więc na sposób, w jaki wszystko postrzegał. Wierzył w godność i wolność człowieka stworzonego na obraz Boży, ale zbrukanego grzechem. Wierzył, że generalnie pragniemy szczęścia, ale często gonimy za przyjemnością, wiedzeni fałszywym przekonaniem, że jest ona tym samym, co szczęście. Widział w moralności i porządku społecznym zabezpieczenie przeciw grzechowi i skrajnemu egoizmowi. Widział w domu i rodzinie najważniejszą część społeczeństwa, ponieważ są one centrum życia. Dom i rodzina to coś normalnego. Handel i polityka to rzeczy potrzebne, ale poboczne, którym nadano absurdalnie wielkie znaczenie. Chesterton widział, że kluczem do sztuki jak i sprawiedliwości jest właściwe poczucie proporcji. I zdrowy rozsądek.

Chesterton w młodym wieku flirtował z socjalizmem, ale wkrótce zdał sobie sprawę z tego, że to w większej części reakcyjna idea. Rozwój socjalizmu i towarzyszące mu zło stanowiły reakcję na przemysłowy kapitalizm i towarzyszące mu zło. Niebezpieczeństwo związane ze zwalczaniem niesprawiedliwości polega na tym, że jeśli nasze starania idą w błędnym kierunku, nawet zwycięstwo jest porażką. Dobre pobudki mogą prowadzić do złych efektów. O to chodzi Chestertonowi, kiedy mówi o tym, jak „cnoty błąkają się” [5], gdy zostają od siebie oddzielone i każda jest pozostawiona samej sobie. W rozbitym społeczeństwie, w którym mamy do czynienia z trwającą pozornie bez końca bitwą między lewicą a prawicą, cnoty stojące po każdej ze stron prowadzą ze sobą walkę: prawda, która jest bezlitosna z litością, która jest nieprawdziwa.

Konserwatystom i liberałom udało się sprowadzić istotną debatę do obrzucania się wyzwiskami. Zamiast myśleć, używamy sloganów. Znamy rzeczy tylko na podstawie etykietek i nie mamy „nie tylko pojęcia, ale nawet nie ciekawi nas dotknięcie ich istoty ani sprawdzenie, z czego są zrobione”. [6]

To ciekawe i na miejscu, że filozofia przyjęta przez Chestertona jako jedyna realna alternatywa wobec socjalizmu i kapitalizmu (jak również liberalizmu i konserwatyzmu) nosi nazwę, która jest kompletnie dziwaczna i błędnie rozumiana. Jako etykieta jest tak bezużyteczna, że nie można jej zastosować nawet jako formy wyzwiska. Jej bezużyteczność jako etykiety domaga się, aby ją omówić. Wypowiedzenie jej nazwy natychmiast wymaga wyjaśnienia, a wyjaśnienie natychmiast wywołuje spór. Ta kłopotliwa nazwa to „Dystrybutyzm”. Ma on związek z własnością. Ma związek ze sprawiedliwością. I ma związek ze wszystkim innym.

Słowo „własność” [property] ma związek z tym, co jest właściwe [proper]. Ma też związek z tym, co jest proporcjonalne [proportional]. Równowaga ma związek z harmonią. Harmonia ma związek z pięknem. Współczesny świat utracił równowagę. I jest brzydki. Widzimy tylko przebłyski piękna; tylko w przelocie oglądamy rzeczy takimi, jakimi powinny być. Te przebłyski stanowią dla nas natchnienie.

Słowa „ekonomia” i „ekonomika” wywodzą się z greckiego słowa oikos oznaczającego dom. Jednak słowo „ekonomia”, tak jak je rozumiemy, zupełnie odeszło od tego znaczenia. Zamiast domu zaczęło oznaczać wszystko poza domem. Dom to miejsce, w którym dzieją się ważne rzeczy. Ekonomia to miejsce, gdzie dzieją się najmniej ważne rzeczy. Chesterton nieustannie wskazywał na nienormalność tej sytuacji: „Nie ma dziś nic osobliwszego nad wagę przykładaną do rzeczy nieważnych. Oprócz, rzecz jasna, lekceważenia rzeczy ważnych”. [7]

Jest jeszcze inne, dość lekceważone znaczenie słowa „ekonomia”: oszczędność.

Najlepszym i ostatnim słowem mistycyzmu jest przejmujące niemal do bólu poczucie niesłychanej wartości wszystkiego, drogocenności całego wszechświata, który przypomina piękny i kruchy wazon, a wśród innych rzeczy drogocenność cudzych filiżanek. Ostatnim i najlepszym słowem mistycyzmu nie jest rozrzutność, ale raczej szlachetna i godna szacunku oszczędność. [8]

Chesterton wskazuje na to, że słowo „oszczędność” [thrift] zawiera słowo „rozwijać się” [thrive] [9]. Możemy się rozwijać jedynie wtedy, gdy nie żyjemy ponad stan, tak jak możemy być wolni tylko wtedy, gdy wyznaczamy sobie granice. I znów współcześnie słowo „ekonomia” rozumie się całkiem odwrotnie. Mówi o gromadzeniu zamiast o oszczędzaniu. Co gorsza, dotyczy zwykłej wymiany. Opisuje handel – nawet nie rzeczy, którymi się handluje. Mówi o liczbach w księdze rachunkowej. Mówi o zerach. Mówi o gromadzeniu zer. Mówi raczej o niczym niż o czymś.

Rozdział, jakiego dokonaliśmy między gospodarką a domem, stanowi część długiego procesu fragmentacji. Każda ze współczesnych idei, które niegdyś mogły stanowić element tego pełnowartościowego śniadania, zaczęła domagać się uznania siebie samej za pełnowartościową. Oderwaliśmy wszystko od wszystkiego. Osiągnęliśmy to przez oderwanie wszystkiego od domu. Feminizm oderwał kobiety od domu. Kapitalizm oderwał mężczyzn od domu. Socjalizm oderwał edukację od domu. Produkcja przemysłowa oderwała rzemiosło od domu. Przemysł informacyjno-rozrywkowy oderwał od domu oryginalność i kreatywność, czyniąc z nas raczej biernych i łatwych do urobienia konsumentów niż ludzi aktywnych.

W Dystrybutyzmie chodzi o coś więcej niż ekonomię. To dlatego, że w ekonomii chodzi o coś więcej niż ekonomię. Dystrybutyzm nie jest tylko ideą ekonomiczną. Jest nierozdzielną częścią całościowego sposobu myślenia. Ale w poszatkowanym świecie nie tylko opieramy się całościowemu sposobowi myślenia, ale nawet go nie rozpoznajemy. Jest zbyt wielki, aby go zauważyć. W wieku specjalizacji mamy skłonność do pojmowania wyłącznie małych i ograniczonych idei. Nie chcemy nawet dyskutować na temat prawdziwej Teorii Wszystkiego, chyba że zostanie wymyślona przez specjalistę i będzie dotyczyć jedynie „wszystkiego” w pojęciu tego specjalisty. W rzeczywistości „wszystko” to zbyt skomplikowana kategoria, bo zawiera w sobie – hmm… – wszystko. Ale wspaniałość wielkiej filozofii albo wielkiej religii nie polega na tym, że jest ona prosta, ale na tym, że jest złożona. Powinna być złożona, bo świat jest złożony. Jego problemy są złożone. Rozwiązanie tych problemów też musi być złożone. Do skomplikowanego zamka będzie pasował skomplikowany klucz.

Ale my chcemy prostych rozwiązań. Nie chcemy ciężko pracować. Nie chcemy intensywnie myśleć. Chcemy, żeby inni wykonywali za nas naszą pracę i nasze myślenie. Wzywamy specjalistów. I ten stan totalnego uzależnienia nazywamy „wolnością”. Myślimy, że jesteśmy wolni, tylko dlatego, że wolno nam się przemieszczać.

Chesterton rozpoczął książkę o swojej wizycie w Ameryce słowami: „Nigdy nie straciłem przekonania, że podróże ograniczają horyzonty”. [10] Jak w przypadku wszystkich swoich paradoksów, Chesterton wskazuje prawdę całkiem inną od tej, jakiej się spodziewamy. Człowiek na swoim polu, człowiek w swoim ogrodzie myśli o wszystkim. Człowiek, który podróżuje, myśli jedynie o paru rzeczach. Rozpraszają go nie tylko szczegóły, ale cele podróży. Myśli, że to, co przyjechał obejrzeć, jest jedyną ważną rzeczą, i to czyni go ograniczonym. Prawdziwym celem podróży jest powrót. Prawdziwym miejscem przeznaczenia każdego wyjazdu jest dom. To główna idea stojąca za Dystrybutyzmem.

Ideał Dystrybutyzmu jest taki, że dom to najważniejsze miejsce na świecie. Każdy człowiek powinien mieć swój kawałek własności; miejsce, aby zbudować własny dom, założyć rodzinę, robić wszystkie ważne rzeczy od narodzin do śmierci: jeść, śpiewać, świętować, czytać, pisać, spierać się, snuć opowieści, śmiać się, płakać, modlić się. Dom jest nade wszystko enklawą twórczego myślenia. Twórcze myślenie to nasza najbardziej boska cecha. Nie tylko tworzymy rzeczy; tworzymy je na nasz własny obraz. Jedną z nich jest rodzina. Ale są też nimi obraz na ścianie i dywanik na podłodze. Dom to miejsce, gdzie panuje całkowita wolność, gdzie możemy urządzić sobie na dachu piknik, a nawet pić mleko bezpośrednio z kartonu.

Tutaj zatrzymamy się na chwilę i zwrócimy do feministek, które aż wzdrygają się na dźwięk wojowniczego słowa „mężczyzna” [man]. Chesterton był zdania, że kobiety nie są niewolnicami, ale paniami swoich własnych królestw.

Kobiet nie trzymano w domu po to, aby ograniczyć ich horyzonty; wręcz przeciwnie, trzymano je w domu, aby zachowały szeroki widnokrąg myśli. Świat poza domem był jednym wielkim nagromadzeniem ograniczeń, labiryntem ciasnych ścieżek, zakładem dla obłąkanych przez jedną ideę.

Nietrudno zrozumieć, dlaczego [...] istota płci żeńskiej stała się symbolem uniwersalizmu [...] Natura [...] otoczyła ją bardzo małymi dziećmi, które trzeba nauczyć nie tyle czegokolwiek, ile wszystkiego. Małych dzieci nie trzeba uczyć zawodu, ale wprowadzić je w świat. Krótko mówiąc, kobietę na ogół zamyka się w domu z istotą ludzką w czasie, gdy zadaje ona wszystkie możliwe do postawienia pytania i jeszcze kilka niemożliwych. Byłoby dziwne, gdyby wobec tego kobieta zachowała ograniczone nastawienie umysłowe specjalisty.

Jeżeli ktoś mi powie, że ten obowiązek ogólnego kształcenia [...] jest sam w sobie zbyt wyczerpujący i mozolny, mogę zrozumieć taki punkt widzenia. Mogę odpowiedzieć tylko tyle, że rodzaj ludzki uznał, iż warto obarczyć kobiety takim zadaniem, aby zachować w świecie zdrowy rozsądek. Ale gdy ludzie zaczynają mówić o tym, że te domowe obowiązki są nie tylko trudne, ale ponadto nieistotne i nieciekawe, muszę po prostu wycofać się z dyskusji. Bo nawet przy największym wysiłku wyobraźni nie potrafię pojąć, co moi rozmówcy mają na myśli. Gdy zajęcia domowe nazywa się na przykład harówką, cała trudność bierze się z dwuznaczności tego słowa. Jeżeli oznacza ono tyle, co niezmiernie ciężka praca, to przyznaję, że kobieta haruje w domu rodzinnym tak, jak mężczyzna mógł harować przy budowie katedry w Amiens albo przy armacie pod Trafalgarem. Ale jeżeli miałoby to znaczyć, że trudna praca jest tym cięższa, bo jest błaha, szara, mało ważna dla duszy, to – jak już powiedziałem – poddaję się: nie rozumiem, co znaczą te słowa. [...] Jak można uważać opowiadanie cudzym dzieciom o regule trzech za robienie wielkiej kariery, a opowiadanie własnym dzieciom o wszechświecie za coś mało istotnego? Jak można twierdzić, że poszerzamy swoje horyzonty, kiedy jesteśmy jednym i tym samym dla każdego, a zawężamy, gdy dla konkretnej osoby jesteśmy wszystkim? Nie; obowiązki kobiety są ciężkie, ale dlatego, że są olbrzymie, a nie dlatego, że małe. Mogę współczuć pani Jones ze względu na ogrom jej zadań; ale nie mogę litować się nad nią z powodu ich rzekomej trywialności. [11]

*****

Chesterton potrafił być czasem bardzo konkretny, ale generalnie był generalistą. Jego krytycy zawsze śpieszą z zarzutami generalizacji, zapominając, że są to generalizacje, a te z natury dopuszczają istnienie wyjątków. Problem dzisiejszego świata polega na tym, że całą uwagę kieruje się na wyjątki. Żadnej nie poświęca się generalizacjom. Wyjątki stały się regułą. Kobieta wychowująca swoje własne dzieci jest dziś wyjątkiem. Ale Chestertonowski ideał Dystrybutyzmu wzywał do pozostania w domu nie tylko kobiety, ale również mężczyzn. Prowadzenie interesów z domu oraz idea samowystarczalności przyniosłyby nie tylko silniejsze, zdrowsze rodziny, ale silniejsze, zdrowsze społeczeństwo. Jeśli w społeczeństwie wszystko opiera się o pielęgnowanie, wzmacnianie i chronienie rodziny, społeczeństwo takie przetrwa całe wieki nawałnic.

Społeczeństwo oparte o domy jest w naturalny i nieunikniony sposób lokalne i zdecentralizowane. Jeżeli władza jest lokalna, jeżeli ekonomia jest lokalna, wtedy kultura jest także lokalna. To, co obecnie nazywamy kulturą, ani nie jest lokalne, ani nie jest kulturą. To amorficzne społeczeństwo, którego fundamenty stanowią: zjazd z autostrady i wysokie jarzące się znaki, wszystkie mówiące to samo. Nasza kultura to wygoda [convenience]. Wszyscy dogadzamy sobie [convene], dokonując zakupów w sklepie otwartym w dogodnych godzinach [convenience store], gdzie kupujemy benzynę, coś do pogryzania i gazetę; i uważamy, aby nie spojrzeć nikomu w oczy, nawet pochodzącemu z Pakistanu sprzedawcy, który macha naszą kartą kredytową nad laserową wiązką światła. Ten obrazek dużo mówi o naszym poszatkowanym społeczeństwie – biernym, niecierpliwym, uśpionym, samotnym, poza domem.

Do zbudowania społeczeństwa dystrybutystycznego byłoby trzeba „filozofii jasnej i trzeźwej”, a nie opartej o idee skompromitowane i niepotrzebne. Pierwszą jasną i trzeźwą ideą byłoby uznanie, że pieniądze nie są najważniejsze. Stanowią środek do celu. Celem jest spokojny, szczęśliwy dom. Wiele małych domów z wieloma lokalnymi bohaterami.

Jak zatem do tego doprowadzić? To wielkie pytanie, jeśli chodzi o Dystrybutyzm. Chesterton twierdzi, że najistotniejsze w Dystrybutyzmie jest to, że jest on dobrowolny. Jeśli jesteśmy istotami pozbawionymi wolnej woli, jeśli wszystko zostało ustalone z góry przez Boga, Przeznaczenie, Biologię, Kolejność Narodzin albo Wielki Wybuch – cóż, zdaje mi się, że nie warto tracić sił na gadanie o tym, jak urzeczywistnić społeczeństwo dystrybutystyczne. Zamiast tego rozsiądźmy się wygodnie i otwórzmy piwo.

Choć Chesterton dowodził, że idea społeczeństwa dystrybutystycznego zostałaby najpełniej zrealizowana, gdyby oprzeć ją o światopogląd katolicki, nie twierdził, że jest to niezbędna podstawa do osiągnięcia takiego społeczeństwa. Tak właściwie to dowodził, że społeczeństwu takiemu bliżej jest do różnych wyznań religijnych niż do jakiegokolwiek innego planu społecznego. Wolność religijna, która teraz, pod władzą olbrzymiego scentralizowanego rządu, rzekomo istnieje, w istocie rzeczy musi być przez ten rząd „egzekwowana”. Jak zaobserwowaliśmy, skutkiem tego tam, gdzie rządowy organ nadzorczy działa, aby „gwarantować” wolność, religia zostaje faktycznie stłamszona. Tymczasem władze lokalne (wspierane przez lokalne gospodarki) bardziej dbają o wolność religijną, bo osoby tego samego wyznania w naturalny sposób ciążą ku sobie. Główną przyczyną tego, że w naszym społeczeństwie wyznawcy tej samej religii mają tendencję do życia w rozproszeniu, a ludzie różnych wyznań żyją w uciążliwym pomieszaniu, jest to, że nasze społeczeństwo nie jest oparte na domu. Jest oparte o możliwości dostępne poza domem. Dobre posady są zawsze gdzie indziej. Ludzie wybierają miejsce, gdzie będą mieszkać nie ze względu na swoją religię, ale na swoją pracę. To wygoda. To nie filozofia.

Dylemat Dystrybutyzmu to w istocie dylemat wolności. Dystrybutyzmu nie da się ludziom narzucić; może on jedynie zostać przez nich wybrany. To nie system, który da się zaprowadzić odgórnie; może wzrosnąć jedynie od dołu. Może się wziąć tylko z tego, co Chesterton nazywa „nie-mechaniczną częścią człowieka, właściwościami nienaruszalnymi: twórczością i wyborem”. [12] Jeśli zaistnieje, wydaje się najbardziej prawdopodobne, że zostanie wprowadzony drogą powszechnej rewolucji. W każdym razie musi być popularny. Będzie to wymagało, aby w pewnym momencie posiadacze ogromnych, nadmiernych bogactw zrezygnowali z nich. W większości powszechnych rewolucji niekoniecznie realizowano to zawsze delikatnymi i godziwymi środkami. Religia może dostarczyć bardzo praktycznego rozwiązania, które pozwoli uniknąć wielkiego rozlewu krwi i dewastacji. Zazwyczaj to robi. Chrześcijańska argumentacja, jeśli zostanie wzięta na poważnie, powinna być dla bogacza bardziej przerażająca niż pospólstwo z siekierami i pochodniami. Chrześcijańska argumentacja dotyczy wieczności, a nie tylko wygód doczesnych. Centralna postać religii chrześcijańskiej powiedziała zupełnie jasno, że łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu trafić do królestwa niebieskiego. Niezależnie od tego, jak bardzo wytężony wysiłek może włożyć bogacz w próby wyhodowania mniejszych wielbłądów albo wyprodukowania większych igieł, niezależnie od tego, jak silnie sapie i tupie, nie zdoła uniknąć rzeczywistości, w której przywiązanie do bogactw to wystawianie swojej duszy na niebezpieczeństwo. Choć istnieją komentatorzy spieszący z łagodniejszą interpretacją tego fragmentu, jego przesłanie potwierdza, niestety, pozostała część Nowego Testamentu, szczególnie wyraźnie w dziewiętnastym rozdziale Ewangelii według św. Mateusza, gdzie czytamy o bardzo dobrym człowieku, który słyszy, aby sprzedał wszystko, co posiada, i rozdał ubogim (Mt 19, 16–22), oraz w Liście św. Jakuba, który w opisie tego, co będzie wiecznym udziałem bogaczy, nie jest ani trochę delikatny (Jk 5, 1–6). Wniosek jest jasny. Jak mówi Chesterton: „Obowiązkiem bogacza jest pozbyć się swojego bogactwa”. [13]

Ale bogaci to drobna cząstka problemu – tylko dlatego, że jest ich tak niewielu. Większa jego część to pewien rodzaj mentalności, który prowadzi tak wiele osób do pogoni za pieniędzmi. I znów religia dostarcza praktycznego rozwiązania. Jest przykazanie, które mówi: „Nie pożądaj”. W celu zbudowania społeczeństwa dystrybutystycznego trzeba by na nowo odkryć to słabo znane przykazanie i podkreślić jego wagę.

Większość ludzi nigdy nie słyszała o Dystrybutyzmie. Znają tylko socjalizm i kapitalizm i opowiadają się za którymś z nich, cierpiąc pod panowaniem obu tych połączonych systemów. Nasze szkoły wyświadczyły nam niedźwiedzią przysługę, bo nigdy nie uczono w nich o idei Dystrybutyzmu. Gdyby więcej ludzi miało z nią styczność, zrozumieliby, że ma ona sens. A przynajmniej zdaliby sobie sprawę z tego, że istnieje alternatywa dla idei socjalizmu i kapitalizmu, które, jak twierdzą, wprowadzają między nimi podziały, ale tak naprawdę jednoczą ich w rozpaczy. Obecnie wielkie szkoły uczą zazwyczaj najbanalniejszych idei. Ale Dystrybutyzmu, jak żadnego sekretu, nie da się wiecznie trzymać w tajemnicy, mimo zinstytucjonalizowanej cenzury. Będzie brany na poważnie mimo tych, którzy z niego szydzą. Aby zacytować Chestertona w odniesieniu do czegoś innego [do ideału chrześcijańskiego – przyp. tłum.], nie było tak, że Dystrybutyzm „wypróbowano i znaleziono w nim braki, ale uznano go za trudny i porzucono nie wypróbowawszy”. [14]

Można swobodnie bronić Dystrybutyzmu jako najlepszego systemu budowy sprawiedliwego społeczeństwa i silnej gospodarki. Możemy podjąć taką dyskusję, jeśli musimy, ograniczając siebie samych do podmiotów prawa, praktyki pracy, polityki własności, podatków i całej reszty podręcznikowych i gazetowych mądrości. Możemy dać odpowiedź na wszystkie twierdzenia i kontrargumenty wysuwane przez zwolenników socjalizmu albo kapitalizmu. Taka dyskusja byłaby niewątpliwie żywa i pożyteczna. Ale zawsze niepełnowartościowa. Dystrybutyzm to tylko część tego pełnowartościowego śniadania. Z pewnością potrzeba czegoś więcej niż płatków śniadaniowych z reklamy. Potrzeba czegoś więcej niż państwowego przydziału wodnistej papki. Możemy powiedzieć, że to chleb powszedni. Ale trzeba go uzupełnić o inne podstawowe rzeczy potrzebne do ludzkiego życia. Potrzebuje on mleka moralności, mięsa znaczenia, soku radości. Musimy mieć wskazówki, które nas poprowadzą, cel, który popchnie nas do działania, filozofię, która nas nasyci. Nie samym chlebem żyje człowiek.

_______

PRZYPISY

[1] G.K. Chesterton, Orthodoxy [Ortodoksja], [w:] Collected Works of G.K. Chesterton [Dzieła zebrane G.K. Chestertona], San Francisco 1987–2005, t. 1, s. 225. Wszystkie dalsze cytaty pochodzą z dzieł G.K. Chestertona; numery tomów i stron wg Collected Works [Dzieł zebranych], chyba że zaznaczono inaczej.

[2] The Catholic Church and Conversion [Kościół Katolicki i nawrócenie], t. 3, s. 104.

[3] „Illustrated London News”, 17 lutego 1906, t. 27, s. 126.

[4] The Common Man [Zwykły człowiek], New York 1950, s. 173.

[5] Orthodoxy [Ortodoksja], t. 1, s. 233.

[6] William Cobbett, Londyn 1925, s. 125.

[7] „Illustrated London News”, 3 stycznia 1914, t. 30, s. 17.

[8] „Daily News”, 23 marca 1907, z mikrofilmu.

[9] William Cobbett, dz. cyt., s. 212.

[10] What I Saw in America [Co zobaczyłem w Ameryce], t. 21, s. 37.

[11] What’s Wrong with the World [Co jest nie tak ze światem], t. 4, s. 117–119.

[12] George Bernard Shaw, t. 11, s. 441.

[13] „New Witness”, 14 października 1915, z mikrofilmu.

[14] What’s Wrong with the World [Co jest nie tak ze światem], t. 4, s. 61.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Dale Ahlquist, Part of This Complete Breakfast: G. K. Chesterton’s Distributism, http://www.ihspress.com/assets/files/BEYOND_Capitalism_Socialism_sample_chapter_5.pdf

Part of This Complete Breakfast: G. K. Chesterton’s Distributism opublikowano na stronie IHS Press. Part of This Complete Breakfast: G. K. Chesterton’s Distributism opublikowano jako rozdział książki Beyond Capitalism & Socialism: A New Statement of an Old Ideal, pod red. Tobiasa J. Lanza, Norfolk 2008, s. 31–39.

Tłumaczenie: Pius XII „Człowiek uprawiający ziemię wciąż reprezentuje naturalny porządek rzeczy chciany przez Boga – Papież o życiu na wsi”*

Przemówienie wygłoszone przez Jego Świątobliwość Piusa XII 15 listopada 1946 r. w Rzymie do delegatów zgromadzonych na Konwencji Narodowej Konfederacji Właścicieli i Zarządców Gospodarstw Rolnych.

_______

Powitanie

Za każdym razem, gdy witamy przedstawicieli zawodów tworzących ekonomiczne i społeczne życie narodu, doświadczamy szczególnej przyjemności. Dodatkową satysfakcję czerpiemy przy tej okazji, witając was, ukochanych synów, delegatów rozległej Narodowej Konfederacji, złożonej z wielkiej liczby właścicieli-zarządców gospodarstw rolnych. Ziemia, którą uprawiacie, to „żyzne pola”, „dulcia arva”, tak drogie szlachetnemu Wergiliuszowi (Bukoliki). To ziemia Italii, której trwałe i życiodajne zdrowie, której żyzne pola, słoneczne pagórki i cieniste lasy, której płodne winorośle i drzewa oliwkowe, której zadbane trzody opiewał Pliniusz (Naturalis Historia). „O fortunatos nimium, sua si bona norint, agricolas!” (Wergiliusz, Georgiki). „O więcej niż szczęśliwi rolnicy” – wołał wielki poeta wsi. – „Gdyby tylko znali swoje szczęście!”. Nie mogliśmy zatem pozwolić, aby ta okoliczność minęła bez słowa zachęty i napomnienia, szczególnie że wszyscy dobrze zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo odrodzenie moralne całego naszego narodu zależy od rozsądnej społecznie i stałej w wierze klasy rolników.

Kontakt z naturą

Żyjecie bardziej niż ktokolwiek inny w stałym kontakcie z naturą. Ten kontakt jest prawdziwy, ponieważ prowadzicie swoje życie w miejscach wciąż odległych od zbytków sztucznej cywilizacji. Pod słońcem Niebieskiego Ojca poświęcacie wasze życie wydobywaniu z głębi ziemi obfitych bogactw, które ukryła tam dla was Jego ręka. Wasz kontakt z Matką Ziemią ma również głębokie znaczenie społeczne, ponieważ wasze rodziny to nie tylko społeczności konsumentów, ale również i w szczególności wspólnoty producentów.

Zakorzenieni w rodzinie

Wasze życie jest zakorzenione w rodzinie – uniwersalnie, głęboko i całkowicie. W rezultacie przebiega w ścisłej bliskości z naturą. W tym leży wasza siła ekonomiczna i wasza umiejętność przezwyciężenia trudności w czasach kryzysu. Owo silne zakorzenienie w rodzinie stanowi o wadze waszego udziału we właściwym rozwoju prywatnego i publicznego porządku społecznego. Z tego względu jesteście wezwani do pełnienia niezbędnej funkcji źródła i obrońcy nieskazitelnego życia moralnego i religijnego. Ziemia bowiem jest jakby szkołą, która daje zdrowych na duszy i ciele ludzi do wszystkich zajęć, dla Kościoła i dla Państwa.

Kultura wiejska

Tym bardziej należy zatem wykazać się wielką troska o zachowanie dla narodu istotnych elementów tego, co można by nazwać autentyczną kulturą wiejską. Musimy chronić wartości takie jak pracowitość, proste i uczciwe życie, szacunek dla autorytetu, szczególnie dla autorytetu rodziców, miłość do ojczyzny i wierność tradycjom, które okazywały się na przestrzeni wieków krynicą dobra. Musimy pielęgnować gotowość do pomagania sobie wzajemnie w kręgu rodziny i między rodzinami; dom domowi. Wszystkie te przymioty musimy ożywiać prawdziwym duchem religijnym, bo bez takiego ducha te właśnie cnoty mają tendencję do przeradzania się w nieokiełznaną pogoń za zyskiem. Niech bojaźń Boża i wiara w Boga, wiara, która znajduje swój codzienny wyraz w modlitwach odmawianych wspólnie przez całą rodzinę, podtrzymuje życie osób pracujących na roli i kieruje nim. Niech kościół pozostanie sercem wsi, świątynią ludzi. Niech w każdą niedzielę gromadzi wyznawców, trwających przy świętych tradycjach swoich przodków. Tam wierni mogą wznieść swoje umysły ponad rzeczy materialne, chwaląc Boga i służąc Mu oraz zanosząc prośby o siłę do myślenia i życia w prawdziwie chrześcijański sposób podczas nadchodzącego tygodnia.

Godziwe wynagrodzenie

Uprawa ziemi ma ze swej natury charakter rodzinny, a zatem jest bardzo istotnym elementem społecznej i ekonomicznej pomyślności całego narodu. Człowiek uprawiający ziemię ma zatem szczególne prawo do godziwego wynagrodzenia za swoją pracę. W ciągu ostatniego wieku, a nawet obecnie, dochodziło do zniechęcających prób realizowania innych celów kosztem uprawy roli. Jeśli ktoś stara się o stojącą na najwyższym poziomie i najszybciej rozwijającą się gospodarkę narodową albo o zaopatrzenie narodu w produkty rolnicze możliwie najtańszym sposobem, w obydwu przypadkach stanie przed pokusą podporządkowania rolnictwa takim właśnie celom.

Obowiązki względem ziemi i bliźniego

Ciąży na was zatem obowiązek pokazania, że mimo swego rodzinnego charakteru uprawa roli nie oznacza rezygnacji z korzyści, jakie odnosi się w związku z innymi rodzajami działalności gospodarczej, a ponadto pozwala uniknąć związanych z nimi niebezpieczeństw. Bądźcie otwartymi na zmiany, troskliwymi i pełnymi inicjatywy włodarzami waszej ojczystej ziemi, której należy używać, ale nigdy nie nadużywać. Niech będzie widoczne, że jesteście rozumnymi, gospodarnymi ludźmi, otwartymi na postęp; ludźmi, którzy odważnie wykorzystują kapitał własny i innych dla wspomożenia i uzupełnienia waszej pracy – pod warunkiem, że takie wydatki nie będą stanowić zagrożenia dla przyszłości waszych rodzin. Pokażcie, że uczciwie prowadzicie sprzedaż, że nie bogacicie się podstępnie i zachłannie kosztem innych, i że jesteście życzliwymi nabywcami na waszych lokalnych rynkach.

Dobrze wiemy, jak często sprostanie temu ideałowi może się nie powieść. Mimo że dostrzegamy prawość intencji oraz godność w postępowaniu, którymi może chlubić się wielu rolników, nie ulega jednak wątpliwości, że obecne czasy wymagają wielkiej stałości przekonań i siły woli. Musicie przedkładać zdobywanie środków do życia w pocie czoła nad poddawanie się diabelskiej pokusie łatwego zysku, który oznaczałby wyzysk znajdującego się w naglącej potrzebie bliźniego.

Edukacja do życia na wsi

Egoizm wyraża się również w inny sposób poprzez błąd rodziców, którzy zbyt wcześnie przymuszają dzieci do pracy, zaniedbując ich formację duchową, kształcenie, edukację szkolną oraz specjalistyczne szkolenie zawodowe. Nic bardziej błędnego niż przekonanie, że człowiek uprawiający ziemię nie potrzebuje gruntownej i odpowiedniej edukacji, która umożliwi mu wykonywanie różnych pojawiających się obowiązków we właściwym czasie.

Grzech, ziemia i praca

To prawda, że grzech uczynił pracę na roli uciążliwą, ale to nie grzech sprowadził na świat taką pracę. Zanim pojawił się jakikolwiek grzech „Bóg dał człowiekowi ziemię, aby ją uprawiał – jako najpiękniejsze i najbardziej zaszczytne zajęcie w naturalnym porządku rzeczy”. Wskutek grzechu pierworodnego naszych pierwszych rodziców wszystkie grzechy uczynkowe ludzkości ściągały na ziemię ciążące coraz bardziej przekleństwo. Dotykały ją kolejne nieszczęścia wszelkiego rodzaju: powodzie, trzęsienia, zarazy, niszczące wojny i miny lądowe. W niektórych miejscach ziemia stała się jałowa, nieurodzajna i zniszczona – i odmówiła człowiekowi swoich ukrytych skarbów. Ziemia to wielkie zranione stworzenie; jest chora. Pochylając się nad nią – nie jako niewolnik nad czymś niewdzięcznym, ale jako lekarz nad powalonym chorobą pacjentem – rolnik z miłością, hojnie obdarza ją swoją troską. Ale miłość, mimo że jest tak potrzebna, nie wystarczy. Znać naturę, znać, można by powiedzieć, usposobienie własnego kawałka ziemi, czasem tak innego od sąsiedniego; umieć dostrzec bakterie niszczące ziemię, gryzonie ryjące pod nią korytarze, szkodniki zjadające jej owoce, chwasty atakujące uprawy; ustalić, czego jej brakuje, i dokonać wyboru kolejnych pór sadzenia, które wzbogacą ziemię, nawet gdy będzie odpoczywać – te i tak wiele innych rzeczy wymagają szerokiej i zróżnicowanej wiedzy oraz informacji.

Reformy ziemskie

W dodatku, całkiem niezależnie od procesu odbudowy wymuszonego przez wojnę, w wielu miejscach sytuacja dotycząca ziemi wymaga ostrożnych i dobrze zaplanowanych kroków wstępnych, które należy podjąć, aby dokonać jakiejkolwiek reformy w zakresie własności ziemi oraz kontraktów rolnych. Jak uczą nas historia oraz doświadczenie, bez takich działań improwizowana reforma przerodziłaby się w czystą demagogię. Zatem – zamiast przynosić zyski – byłaby zarówno bezużyteczna, jak i niebezpieczna, szczególnie dziś, gdy ludzkość wciąż musi bać się o swój chleb powszedni. W dawniejszych czasach stosunkowo często zwodnicze i pełne przechwałek nawoływania mówców bez zasad czyniły z mieszkańców wsi nieświadome ofiary wyzysku i niewolników podległych zwierzchności, której instynktownie starali się unikać.

Miasto czy wieś

Ze względu na to, że życie rolnika toczy się tak blisko natury i opiera w tak znacznym stopniu na rodzinie, tym drastyczniej ujawniają się w związku z nim pewne typowe rodzaje niesprawiedliwości. Są one najbardziej widoczne w konflikcie między miastem a wsią. Jaki jest powód tego konfliktu, tak charakterystycznego – niestety – dla naszych czasów?

Współczesne miasta, ze swoim nieprzerwanym wzrostem i olbrzymim zagęszczeniem mieszkańców, są typowym wytworem kontroli sprawowanej nad życiem ekonomicznym i samym życiem człowieka przez interesy wielkiego kapitału. Jak Nasz znakomity Poprzednik Pius XI pokazał tak celnie w Swojej encyklice Quadragesimo Anno, zbyt często zdarza się, że to nie potrzeby ludzkie – w zgodzie ze swą naturalną i obiektywną doniosłością – rządzą życiem ekonomicznym i korzystaniem z kapitału. Wręcz przeciwnie – kapitał i jego żądza zysku decydują o tym, jakie powinny być potrzeby człowieka i do jakiego stopnia zostaną zaspokojone. Zatem to nie ludzka praca w służbie wspólnej pomyślności jest tym, co przyciąga kapitał i zmusza go do służby. To raczej kapitał miota pracą i samym człowiekiem na wszystkie strony – jak piłką w grze. Jeśli z powodu tego nienaturalnego stanu rzeczy cierpi mieszkaniec miasta, w o ileż większej sprzeczności stoi to z samą istotą życia rolnika. Mimo wszystkich spotykających go trudności, człowiek uprawiający ziemię wciąż reprezentuje naturalny porządek rzeczy chciany przez Boga. Rolnik wie, że człowiek ma przez swoją pracę panować nad rzeczami materialnymi; rzeczy materialne nie mają panować nad człowiekiem.

Ucieczka do miasta

Na tym zatem polega głęboko ukryta przyczyna współczesnego konfliktu między miastem a wsią – ludzie stają się całkowicie różni w zależności od swojego punktu widzenia. Różnica poglądów staje się tym bardziej wyrazista, im bardziej kapitał, zrezygnowawszy ze szlachetnej misji starania o dobro wszystkich grup w społeczeństwie, przenika świat rolnika albo innym sposobem angażuje go w swoje niegodziwości. Świeci swoim złotem i pełnym uciech życiem przed oczami rolnika, aby wywabić go z jego ziemi do miasta, gdzie będzie mógł roztrwonić swoje ciężko zarobione oszczędności. Miasto zazwyczaj nie ma mu do zaoferowania nic poza rozczarowaniem; rolnik często traci tam zdrowie, siłę, szczęście, honor i samą duszę.

Monopol ziemski

Gdy ziemia zostaje w ten sposób opuszczona, kapitał spieszy, aby objąć ją w posiadanie; ziemia staje się wtedy już nie czymś, co się kocha, ale przedmiotem wyrachowanej eksploatacji. Ziemia – hojna opiekunka – tak miasta, jak i wsi – zostaje zmuszona do produkcji wyłącznie w celu spekulacji – podczas gdy ludzie cierpią głód; rolnik, obciążając się długami, powoli zbliża się ku ruinie; narodową gospodarkę ogarnia wyczerpanie wskutek płacenia wysokich cen za żywność, którą zmuszona jest importować z zagranicy. To wypaczenie prywatnej własności wiejskiej jest wysoce szkodliwe. Nowi posiadacze nie okazują ani miłości, ani troski temu kawałkowi ziemi, który z miłością uprawiało tak wiele pokoleń, a rodziny, które uprawiają ją i mieszkają na niej teraz, traktują bez serca. To jednak nie własność prywatna, choć prowadząca czasami do wyzysku, jest przyczyną tego wynaturzenia. Nawet w tych przypadkach, kiedy Państwo przywłaszcza sobie cały kapitał i wszystkie środki produkcji, interesy przemysłu i handlu zagranicznego, charakterystyczne dla miasta, biorą górę. Ktoś, kto faktycznie uprawia rolę, cierpi wtedy tym bardziej. Naruszona zostaje fundamentalna prawda, której Kościół trzyma się konsekwentnie w swoim nauczaniu społecznym. Kościół uczy, że cała gospodarka narodu stanowi pewną całość i że wszystkie możliwości produkcyjne danego terytorium narodowego powinny być rozwijane w zdrowych proporcjach. Konflikt między miastem a wsią nigdy nie osiągnąłby dzisiejszych rozmiarów, gdyby trzymano się tej podstawowej prawdy.

Każdemu to, co mu się należy

Wy, rolnicy, z pewnością nie pragniecie takiego konfliktu; chcecie, aby każda z gałęzi gospodarki narodowej otrzymała swoją należność; jednakże chcecie również zachować swoją część. Musicie zatem otrzymać wsparcie roztropnego planowania politycznego oraz rozsądnego prawa. Ale najistotniejsza część pomocy musi pochodzić od was samych, ze strony waszych związków spółdzielczych, szczególnie unii kredytowych. Wtedy być może uzdrowienie całej gospodarki przyjdzie ze strony rolnictwa.

Wspólnota pracy

I wreszcie słowo o pracy. Wy, uprawiający rolę, tworzycie w ramach waszych rodzin wspólnotę pracy. Wraz z innymi rolnikami i współpracownikami tworzycie kolejną wspólnotę pracy. Wreszcie, pragniecie utworzyć wielką wspólnotę pracy ze wszystkimi innymi grupami zawodowymi. Stoi to w zgodzie z nakazami Boga i natury. To prawdziwa katolicka koncepcja pracy. Praca łączy wszystkich ludzi we wspólnej służbie potrzebom innych i stanowi wspólny wysiłek na drodze do osobistej doskonałości ku czci Stwórcy i Zbawiciela. Bądźcie stali w szacunku dla waszej pracy jako istotnej wartości. Wy i wasze rodziny przyczyniacie się do wspólnego dobra; taka praca chroni wasze fundamentalne prawo do dochodu wystarczającego na utrzymanie harmonizujące z waszą godnością i potrzebami kulturalnymi jako ludzi. Oznacza również uznanie konieczności łączenia się z wszystkimi innymi grupami zawodowymi, które trudzą się dla różnych potrzeb społeczeństwa. Wasza praca to urzeczywistnienie waszego wsparcia dla zasad pokoju społecznego.

Błogosławieństwo końcowe

Z całego Naszego serca, drodzy synowie, przyzywamy Bożego błogosławieństwa dla was i waszych rodzin. Kościół zawsze błogosławił was w szczególny sposób i na wiele sposobów włączał wasz rok pracy w swój rok liturgiczny. Przyzywamy tych błogosławieństw dla pracy waszych rąk, z których święty ołtarz Boży otrzymuje chleb i wino. Niech Bóg da wam, cytując słowa Pisma Świętego, „z rosy niebieskiej i z tłustości ziemskiej obfitość zboża i wina” (Genesis XXVII, 28). Niech wasza ziemia, jak żyzne etruskie pola między Fiesole i Arezzo, tak podziwiane przez Liwiusza, „obfitują w zboże, bydło i inne wszelkie inne dobra”, „frumenti ac pecoris et omnium copia rerum opulenti” (Liwiusz, Ab Urbe Condita). Z tymi uczuciami i życzeniami udzielamy wam i wszystkim drogim wam osobom Naszego ojcowskiego Apostolskiego Błogosławieństwa.

_______

Pięćdziesiąt pięć lat wcześniej Papież Leon XIII napisał:

Zalety posiadania ziemi

„Otóż, jeśli się rozwinie zapobiegliwość w ludzie przez nadzieję posiadania kawałka ziemi, wówczas zniknie przepaść między olbrzymim bogactwem i straszną nędzą, a jedna klasa stanie się drugiej bliższą. Ponadto wzmoże się wydajność ziemi. Rośnie bowiem w człowieku ochota do pracy i pilności, jeśli wie, że na swoim pracuje; wnet przywiązuje się człowiek serdecznie do ziemi, którą pracą rąk własnych uprawia, spodziewając się od niej nie tylko środków do utrzymania życia potrzebnych, ale jeszcze pewnego dostatku dla siebie i dla swoich. I każdy przyzna; że to pobudzenie woli ludzkiej walnie przyczyni się do wzmożenia wydajności ziemi i bogactwa państw. I wreszcie trzecią korzyścią będzie; że łatwiej da się utrzymać ludzi w państwie, w którym ujrzeli światło dzienne; nie porzucaliby bowiem ojczyzny, gdyby im dawała możność prowadzenia znośnego życia.”

(Leon XIII, Rerum Novarum, 15 maja 1891. Cyt. w jęz. polskim za: Leon XIII, Rerum Novarum, nr 35, http://pl.wikisource.org/wiki/Rerum_novarum)

_______

PRZYPIS TŁUMACZA

* Tytuł pochodzi od tłumacza.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Pius XII, The Pope Speaks on Rural Life, http://www.ewtn.com/library/PAPALDOC/POPRURAL.HTM

The Pope Speaks on Rural Life opublikowano na stronie EWTN (Eternal Word Television Network).