Ostateczne rozwiązanie problemu nienawiści

Bartłomiej Kozłowski zwrócił mi uwagę na inicjatywę Stowarzyszenia przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”, zmierzającą do zmiany treści art. 256 § 1 Kodeksu karnego. Artykuł ten przewiduje obecnie karę dla tego, kto „propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość”. [...]

Opublikowano w: Polityka.
Komentarze są wyłączone

Dwa cytaty

„Prawo do głosowania powinno być kwalifikowane. Znaczy to, że ma być poprzedzone swoistym testem obywatelskim. Obywatel, żeby zagłosować, musi posiadać pewną ilość wiedzy i ponosić jakąś ofiarę na rzecz dobra wspólnego: czytać gazety, oglądać serwisy informacyjne… Ci, którym się tego nie chce (…) głosować nie powinni”. (Jacek Żakowski w wywiadzie dla „Super Expressu”, 2011 r.). [...]

Opublikowano w: Polityka.
Komentarze są wyłączone

Kingi Dunin hołd dla przymusu

Pani Kinga Dunin napisała ostatnio, że podatki są fajne. Bo „obniżanie podatków jest działaniem wspierającym egoistyczny indywidualizm, a ich podnoszenie, szczególnie dla najbogatszych, jest prowspólnotowe”. Czyli – zdaniem Pani Kingi – im mniej podatków, tym mniej wspólnoty, a więcej egoistycznego indywidualizmu. I odwrotnie – im więcej podatków, tym więcej wspólnoty, a mniej egoistycznego indywidualizmu. Idąc [...]

Opublikowano w: libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Propozycja dla koncernów tytoniowych

Choć nie palę, wkurzają mnie te wszystkie obowiązkowe ostrzeżenia na paczkach papierosów, w rodzaju „Palenie zabija”, „Palenie poważnie szkodzi Tobie i osobom w Twoim otoczeniu”, „Palacze tytoniu umierają młodziej”, „Palenie tytoniu może zmniejszyć przepływ krwi i powodować impotencję”, „Palenie tytoniu powoduje śmiertelnego raka płuc”, „Palenie tytoniu może spowodować powolną i bolesną śmierć” i tak dalej. [...]

Opublikowano w: humor, libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Cesarz powinien paradować nagi

Rząd chce ograniczyć dostęp do informacji publicznej. Do Sejmu wpłynął właśnie projekt nowelizacji dotychczasowej ustawy regulującej tę kwestię, przewidujący, iż: „Prawo do informacji publicznej w zakresie: 1) stanowisk, opinii, instrukcji lub analiz sporządzonych przez lub na zlecenie Rzeczypospolitej Polskiej, Skarbu Państwa lub jednostki samorządu terytorialnego, na potrzeby: a) dokonania rozstrzygnięcia lub złożenia oświadczenia woli w [...]

Opublikowano w: Polityka.
Komentarze są wyłączone

Liberalizm i europocentryzm

Pisząc o korzeniach liberalizmu moglibyśmy się cofnąć daleko w przeszłość. Żeby oszczędzić tego i wam, i sobie, postaram się zacząć i skończyć na XVII wieku, a konkretnie – na Johnie Locke’u. Sam liberalizm też zostanie zakresowo zawężony jedynie do jego nurtu fundamentalistycznego i libertariańskiego. Niniejszy liberalizm rozumiem trochę jak John Gray, który stwierdził, że wedle takiego punktu widzenia liberalne instytucje są postrzegane jako ucieleśnienie uniwersalnych wartości. Jest ten liberalizm więc, ponownie słowami Johna Gray’a, receptą na system uniwersalny. Zdaję sobie sprawę, że takie zawężenie tematu jest, metodologicznie rzecz biorąc, nieuzasadnione, niemniej jednak mam nadzieję, że mam podstawy, by tak uczynić. Po pierwsze, skupiam się na idei Johna Locke’a, a więc na korzeniach liberalizmu fundamentalistycznego; po drugie, w interesujących mnie czasach trudno dostrzec formę liberalizmu, ponownie za Gray’em, pluralistycznego, a więc nieeuropocentrycznego; wreszcie po trzecie, jest to temat, w którym w dyskusji okołofilozoficznej czuję się dosyć swobodnie.


Dla porządku jeszcze odniosę się do pierwszych dwóch powodów takiego ograniczenia tematu. Ktoś mógłby podnieść zarzut, że niedużo przed Locke’m liberalną teorię pluralistyczną nakreślił Thomas Hobbes. Nie chcę się tutaj wdawać w tę dyskusję, stwierdzę tylko dla porządku, że nie jestem pewien, na ile rzeczywiście odczytywanie Hobbes’a na nasz współczesny sposób pokrywałoby się z percepcją wieku XVII. Nie chodzi mi o to, że pojmujemy Hobbes’a w sposób „błędny”, cokolwiek miałoby to znaczyć. O ile jednak Locke podświadomie, a może i w pełni świadomie, zdawał sobie sprawę, że jego teorie mają uniwersalistyczne roszczenia, o tyle nie wiem, czy Hobbes zdawał sobie sprawę z przeciwnych tendencji jego własnych prac.

Główną tezą, jaką postaram się tu przedstawić i uzasadnić, jest twierdzenie, mam wrażenie, że niezbyt odkrywcze i kontrowersyjne, że współczesna doktryna liberalna uosabiana m.in. przez libertarian, ale również przez liberałów pokroju Rawlsa, Dworkina, czy Kymlickę, a wywodząca się od Johna Locke’a (u libertarian te korzenie są jawne, z kolei liberałowie w stylu Rawlsa i Dworkina dystansują się od Johna Locke’a, obie teorie jednak są w jednakowym stopniu uniwersalistyczne), jest doktryną europocentryczną i fundamentalistyczną. Gdyby wyrazić tę tezę jednym, prostym zdaniem, można powiedzieć, co następuje. Liberalizm polityczny, wywodzący się od Johna Locke’a, przez swoje roszczenia do uniwersalizmu jest doktryną fundamentalistyczną. Wydaje mi się, że powyższa teza została już dawno zaakceptowana przez świat akademicki, co może być uzasadnieniem niewielkiej liczby libertarian w tych kręgach, a z drugiej strony, jest kolejną poszlaką na naukową słabość doktryny libertariańskiej.

Jak każdy libertarianin doskonale wie, John Locke sformułował doktrynę praw naturalnych, która opierała się na triadzie życia, wolności i własności. [k]ażdy człowiek dysponuje własnością swojej osoby. Nikt oprócz niego samego nie ma do niej żadnego prawa. Możemy więc powiedzieć, że praca jego ciała i dzieło jego rąk są jego własnością. Jeśli więc jakaś rzecz, którą wydobędzie ze stanu, jaki jej natura nadała i w jakim ją pozostawiła, zostanie połączona z jego pracą, czyli czymś, co jest jego własnością, to ta rzecz staje się przez to jego własnością (Dwa traktaty…, s. 181) – tak brzmi słynny, skrócony passus idei prawa naturalnego. Oczywiście Locke czyni pewne zastrzeżenia, tzw. proviso, ale nie jest to główny zarzut, jaki do Johna Locke’a można mieć (w gruncie rzeczy nie wydaje mi się, by dołączenie do teorii owego proviso mogło być jakimkolwiek zarzutem). Locke czyni jeszcze jedno zastrzeżenie, które nas żywotnie będzie interesować, od którego wyjdziemy i wokół którego będziemy się obracać. Zanim jednak przejdziemy do sedna, pokuszę się o drobne wprowadzenie. Od razu powiem, żebym później nie zapomniał, że opieram się tutaj na artykule Mariusza Turowskiego, Europocentryzm – technologia i ontologia kolonizacji, zamieszczonym na stronach 391-319 26-27 numeru Nowej Krytyki. Locke’owska doktryna życie-wolność-własność może być, i była przez samego Locke’a odbierana w dwójnasób. Z jednej strony, wolność i własność to inne nazwy życia (a więc są to pojęcia, a także instytucje społeczne substytutywne), z drugiej strony – własność jest zbiorczą nazwą życia, wolności i majątku (Europocentryzm…, s. 306). Gdybyśmy pokusili się tutaj o wyznaczenie najważniejszej instytucji, musielibyśmy postawić na własność. Wynika to właśnie z uznania prawa do samoposiadaniu (czy lepiej: autowłasności) i stwierdzenia, że to we własności zawiera się życie, wolność i majątek. Własność jest zatem warunkiem podmiotowości.

Powyższe rozważania same w sobie jeszcze nie zapalają nam w głowach czerwonej lampki – skoro każdy jest właścicielem siebie, a własność tworzy podmiotowość, znaczy, że każdy z nas jest podmiotem. Sprawa jednak nie jest tak prosta, na jaką wygląda, a to przez locke’ańskie tezy o sprawiedliwej wojnie. Co ma sprawiedliwa wojna do podmiotowości? No, coś, wbrew pozorom, ma. Zacznijmy może od tego, że nie za bardzo wiadomo, co u Locke’a oznaczała sytuacja wojny sprawiedliwej (przynajmniej ja ani u Locke’a, ani w Internecie nie znalazłem zbyt wiele w tym temacie). Można zasadnie domniemywać, jak sądzę, że wojna sprawiedliwa jest przede wszystkim wojną obronną, a więc „nieagresywną” – jej celem jest zapobieżenie naruszania praw własności, wolności i życia prawowitych członków społeczności (ew., jeśli wolicie, jednostek). Ludzie z natury posiadają pewne uprawnienia – do siebie, do owoców swojej pracy, itd., których inni nie mogą prawomocnie naruszać. Jeżeli by do tego doszło, usprawiedliwiony jest konflikt zbrojny (przypomnijmy sobie w jakim kontekście społeczno-politycznym Locke pisał te słowa!). Powtórzmy jeszcze raz, bo jest to niezmiernie istotne w kontekście następnych akapitów: wojna jest sprawiedliwa (usprawiedliwiona, uprawomocniona), gdy jej celem jest obrona, czy odzyskanie naturalnie przynależnych ludziom praw. Abstrahując od wojny, można tę tezę uogólnić do twierdzenia, że moralnie naganne i bezprawne jest inicjowanie agresji, obrona przed agresją jest więc uprawniona.

Tak więc trawa, którą gryzie mój koń, darń, którą ścina mój sługa, czy kruszec, który wydobywam w miejscu, gdzie jestem wraz z innymi uprawniony to czynić, staje się moją własnością […]. Moja praca wydobyła je ze wspólnego stanu, w którym znajdowały się uprzednio i ustanowiła w nich moją własność. (s. 182, podkr. w oryginale)

Problemem powyższego rozumowania jest to, że nie opiera się bezpośrednio na słowach Johna Locke’a, być może więc są to li tylko moje domysły, wysuwane z perspektyw libertariańskich. Jeżeli jednak mam rację i Locke rzeczywiście w ten sposób ujmował wojny sprawiedliwe, są w jego teorii niebezpieczne uogólnienia i zastrzeżenia. Na stronie 221 Traktatów czytamy o niewolnikach, a więc ludzi[ach] będących jeńcami wziętymi do niewoli w sprawiedliwej wojnie. Zdaniem Locke’a, jeńcy ci tracąc swe życie, a wraz z nim wolność i majątek, znajdują się w stanie niewoli i nie są zdolni do dysponowania żadną własnością, nie mogą więc w tym stanie być traktowani jako członkowie społeczeństwa obywatelskiego, którego przecież naczelnym celem jest zachowanie własności. W powyższym passusie mamy dwie ciekawostki. Przede wszystkim, okazuje się, że i wojna sprawiedliwa może być agresywna, w sensie: odbierać ludziom przynależne im z natury prawa. Po drugie, odbierając im (bądź ograniczając) prawa do dysponowania samym sobą (niewolnictwo) zostają wykluczeni z wolnego społeczeństwa. Sami stają się własnością.

Z jednej strony możemy w powyższym twierdzeniu dopatrywać się podstawy laborystycznej teorii wartości (choć raczej własności). Bardziej by mnie jednak interesowało uzasadnienie tejże. O ile przyjmujemy bez mrugnięcia okiem, że kruszec, który wydobywam i mogę wydobywać (i wydobędę) będzie należał do mnie, o ile możemy się jeszcze zgodzić z trawą, gryzioną przez konia, o tyle zupełnie nie jesteśmy w stanie uzmysłowić sobie przejścia od „darni, którą ścina mój sługa” do „mojej pracy, która wydobyła je ze wspólnego stanu”. Dochodzi tutaj do pomieszania osób i własności, odbierania ludziom prawa do swojego ciała („nikt nie ma do nie[go] żadnego uprawnienia, poza nim samym”, s. 181). Jeżeli praca i jej owoce są „przedłużeniem ciała” (określenie, bodaj, Bastiata), to moja własność jest tożsama ze mną. Mój niewolnik jest tożsamy ze mną; mój niewolnik jest mną, a jego praca jest moją pracą. Niewolnik jest moją własnością, przestaję widzieć w nim człowieka, któremu przynależą jakiekolwiek prawa – niewolnik jest żywym inwentarzem, niczym krowa, owca, czy koń (który gryzie trawę). Ta degradacja (niektórych) ludzi do roli przedmiotów była, z punktu widzenia teorii liberalnej niezbędna. Liberalizm, jako zjawisko historyczne był po prostu ontologią imperializmu. Nic dziwnego, skoro Locke zaangażowany był w działalność Royal African Company, „przedsiębiorstwa”, które wysługiwało się armią do zajęcia terenów Afryki Zachodniej, a następnie handlowało niewolnikami. Nie było to jedynie akcydentalne zajęcie; Locke współtworzył również konstytucję Karoliny, która uprawomocniała niewolnictwo.
Myślę, że możemy pokusić się o stwierdzenie, że liberalizm był pierwotnie ideologią ekskluzywną, wykluczającą i bynajmniej nie emancypacyjną. Był wyrazem politycznych i ekonomicznych interesów konkretnych klas społecznych i nawet, jeśli by uznać, że „co było, a nie jest…”, nie należy o tym zapominać. Pozostaje pytanie, czy aby na pewno nie jest?

Opublikowano w: filozofia.
Komentarze są wyłączone

ABW właściwa do wszystkiego?

Prokuratura Rejonowa w Sieradzu odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy ABW i prokuratora w związku z przeszukaniem mieszkania i zatrzymaniem laptopa oraz dysków twardych należących do Roberta Frycza, autora strony Antykomor.pl. Według prokuratury, było to zgodne z art. 21 ust. 2 ustawy o ABW i Agencji Wywiadu, który dopuszcza możliwość wykonywania przez [...]

Opublikowano w: Polityka.
Komentarze są wyłączone

Blogerzy, uciekajcie z Polski

Administrator Blox.pl (platformy blogowej należącej do Agora SA) zablokował blog FoxMuldera – popularny i być może znany niektórym z odwiedzających tę stronę blog poświęcony głównie (ale nie tylko) polityce międzynarodowej. Powodem były wpisy dotyczące Rafała Pankowskiego, działacza Stowarzyszenia „Nigdy Więcej” – stanowiące właściwie obszerne cytaty z oryginalnych materiałów znajdujących się na stronie Phalanx.pl, sugerujących, że [...]

Opublikowano w: Polityka.
Komentarze są wyłączone

Prywata – debata

Jeśli się zgadzacie, to zaczniemy prywatą, później przejdziemy do rzeczy bardziej umysłogimnastycznych, by skończyć ponownie prywatą. Jeśli się nie zgadzacie, to obawiam się, że i tak nie macie na to wpływu.
W pierwszej więc kolejności chciałbym wszystkich odwiedzających przeprosić za tak długą nieobecność, ale nawał innych, niestety ważniejszych, obowiązków odtrącał mnie od zajęcia się tym, co zodiakalne byki lubią najbardziej (a bynajmniej nie jest to rozjebywanie w pył czerwonych, gdyż ponieważ dowiedziałem się ostatnio, że ponoć byki nie rozróżniają koloru czerwonego – chuj jeden zresztą wie, co tam byki widzą). Pierwsze przesłanki, że może mi brakować czasu pojawiły się już dawno temu, gdy jakiś cymbał postanowił, że doba będzie miała tylko 24 godziny. Później następny cymbał wymyślił, że nie można pracować więcej, niż 12 godzin dziennie, a następny cymbał, w tym momencie wkraczam ja, stwierdził, że jednak można, a nawet trzeba, bo przecież ktoś pracować musi, żeby nie pracować mógł ktoś. Tym sposobem oględnie dowiedzieliście się, że powodem mojej nieobecności był najzwyczajniej w świecie brak czasu. Brak czasu na sen, brak czasu na se… na bloga, brak czasu na cokolwiek. Na szczęście powoli wracamy do normy, a to z racji tego, że zaczynam urlop i w pracy pojawię się dopiero w okolicach połowy lipca. Anyway, zdaję sobie sprawę, że pod moim poprzednim wpisem pojawiły się komentarze, na które wartowałoby było odpowiedzieć. Tym bardziej wszystkich chciałem przeprosić, że tego nie zrobiłem. Przede wszystkim przeprosiny należą się Maćkowi Dudkowi, któremu obiecałem odpowiedź w postaci odpowiednich cytatów. Jeżeli chcesz, Maćku, możemy uznać, że zdezerterowałem, ale naprawdę tak byłem zaganiany ostatnio, że nie miałem czasu. 
W tym momencie pozwolę sobie przywołać tylko jeden cytat, który po mojemu, w pełni oddaje sens mojej argumentacji. Są to słowa Rothbarda z 67. strony Manifestu (wyboldowanie moje):

Wolność to stan, w którym prawa jednostki do posiadania własnego ciała i uczciwie nabytej własności materialnej nie są naruszane, nie spotykają się z agresją. Ktoś, kto kradnie, dokonuje inwazji i ogranicza wolność ofiary tak samo, jak ktoś bije inną osobę po głowie. Wolność i nieograniczone prawo własności prywatnej są ze sobą ściśle związane.

Jacek Sierpiński wysunął zastrzeżenie, że wprowadzanie pojęcia suwerenności do teorii libertariańskiej jest przyprawianiem gęby. Jak sądzę, opiera się na tym, że suwerenność ma takie, a nie inne konotacje. Nie przekonuje mnie ten argument, ale by uczynić zadość Jackowi pozwolę sobie przeformułować moją tezę: właściciel jest nie tyle suwerenem, co hm…, jak by to skleić? Powiedzmy sobie tak (za Rothbardem, rzecz jasna): prawo do samoposiadania oznacza, że każdy człowiek ma wyłączne prawo do sprawowania kontroli nad swoim ciałem. Ponieważ dokonujemy tutaj sztuczki i przenosimy coś, co odnosi się do człowieka, do świata zewnętrznego, uznajemy, że właściciel ziemi ma prawo wyłącznej jej kontroli i tak dalej. Tyle Rothbard. Owszem, gdzieś tam w Etyce wolności wspomina o jakiejś proporcjonalności, ale tak do końca to sam nie wie, czego chce, na co zwracał uwagę np. Mikołaj Barczentewicz. Jacek z kolei twierdzi, że tenże właściciel niekoniecznie ma prawo całkowitego decydowania o ludziach, użytkujących tę nieruchomość [...], albo zabicia dla kaprysu. Nawet, jeśli ktoś użytkuje jego nieruchomość [...] bez jego zgody, to ma prawo użyć siły tylko w takim zakresie, jaki jest potrzebny do wymuszenia tego, by ten ktoś przestał tego użytkować [...]. Ale mi właśnie o to chodzi, że na jakiej podstawie „tylko w takim zakresie”? Przecież libertarianizm ma doprowadzić do tego, by takie rzeczy działały same z siebie: mamy aksjomat, naruszenie i sankcję, wszystko jest proste. Przecież w żadnym aksjomacie nie będziemy mieli rozważań nt. proporcjonalności. Libertarianizm w ostatecznym rozrachunku opiera się, choć nie chce tego przyznać i usilnie temu zaprzecza, na innych. Bo przecież sądy i zdrowy rozsądek. Po pierwsze więc nie zdrowy rozsądek a po drugie nie tyle sądy, co po prostu wspólnota. A skoro wspólnota, to tu wracamy już do Rawlsa, Sandela i sporu komunitarian z liberałami.
Skoro już przy tym sporze jesteśmy, to się na chwilę przy nim zatrzymamy. Powiem wam, że jest to chyba najbardziej interesujące zjawisko z zakresu filozofii polityki XX wieku. W samym obrębie sporu moglibyśmy wyróżnić kilka różnych płaszczyzn, na których odbywają się debaty między jednymi, a drugimi. Pozwolę sobie nie referować całego sporu, ponieważ zależy mi tylko na małym, malusim jego wycinku, który nijak się ma do całości (tzn. trochę ma, ale w tym momencie to jest nieistotne). Jeżeli ktoś chciałby przystępnego wprowadzenia do debaty, polecam artykuł Ariela Modrzyka. Zacznijmy może od tego, że spór jest… dziwny. W gruncie rzeczy nigdy nie ustalono tego, czy spór jest o to, czy zachować liberalizm, czy go odrzucić, czy może po prostu o bardziej komunitarny liberalizm. Co do samych stron sporu, to i w obrębie poszczególnych ekip nie ma zbytniej jedności. Sandel i MacIntyre w ogóle się dystansują od komunitarian, obaj zresztą poruszają się na różnych płaszczyznach, możemy dostrzec gigantyczne różnice między np. Walzerem, a Bellah’em, między Taylorem i Etzionim. Z drugiej strony, by pokazać rozbieżności wśród stronników liberałów, wystarczy przywołać nazwiska, jakie się przewijają: Dworkin – Rawls – Nozick – Rorty. Na marginesie pozostawiam w gruncie rzeczy szalenie interesującą kwestię tego, jak to jest, tj. co jest w ich myśli takiego, że wszystkich możemy postawić po jednej stronie w kontaktach z komunitarianami. No bo powaga, gdzie w obrębie samego liberalizmu plasuje się Dworkin, a gdzie Nozick, tak? Rozumiecie ocb? Chodzi mi o to, że jednak istnieje coś, pytanie brzmi: co?, że możemy ich zaliczać do jednej ekipy?
Dobrze, jako się rzekło, zostawiam to na marginesie. Skupić bym się chciał za to na pewnym sporze w liberalnej rodzinie, a konkretnie na czymś, co dla niektórych czytelników może być kompletnie marginalne, choć w istocie prowadzi do dosyć sporych i istotnych rozbieżności. Chodzi mi o polemikę, jaką z Rorty’m wszczął Will Kymlicka. Na wstępie już powiem, że nie znam odpowiedzi Rorty’ego na zarzuty Kymlicki, więc może daremny jest mój wkład. 
Zacznijmy może od przedstawienia postaci i samej fabuły konfliktu. Rorty jest postmodernistycznym, burżuazyjnym liberałem o mocnym nastawieniu (neo)pragmantycznym. Skoro liberałem i do tego pragmatycznym, to od razu na myśl przychodzi Dewey, jako – zdaniem Rorty’ego – heglowski liberał, tj. gościu, który etykę polityczną rozpatruje w kontekście konkretnych tradycji społeczno-historyczno-interpretacyjnych. Po drugiej stronie mamy liberałów kantowskich, typu Rawls, hołdujących ahistorycznej i ponadkulturowej koncepcji moralności (i nie tylko). Rorty jest chyba najbardziej komunitariańsko nastawionym liberałem, przez co podziela niektóre zarzuty, wysuwane m.in. przez Sandela. Kymlicka z kolei stara się obronić tezy Rawlsa nie tyle przez odrzucenie Rorty’ego, co raczej reinterpretowanie samego Rawlsa. Tutaj zresztą też ciekawa sprawa, bo sam Rawls w późniejszych pismach postanowił zrewidować niektóre ze swoich tez i przyjąć zarzuty komunitarian. Rorty z kolei doszedł do wniosku, że skoro późny Rawls zgodził się z pewną częścią krytyki komunitariańskiej, to ani chybi pisma wczesnego Rawlsa również można tak odczytywać. 
Przechodząc do samego sporu w rodzinie, Rorty używa czterech argumentów przeciwko kantowskim liberałom.  Mnie interesuje tylko jeden, dotyczący języka i moralności. Moralność, zdaniem Rorty’ego – uważa Kymlicka – sprowadza się do stwierdzeń typu „My takich rzeczy nie robimy”. Rorty powołuje się na Sellarsa, twierdząc, że moralność jest pewnym wyrazem „grupowych intencji”, albo „my intencjonalnego”. W celu odrzucenia twierdzenia Rorty’ego Kymlicka daje głos muzułmańskiej kobiecie, która powiada: „seksualna dyskryminacja jest zła”. Ale przecież, zdaniem Kymlicki, wcale nie oznacza to, że powiedziała ona, jak by chciał Rorty, „my nie dyskryminujemy seksualnie” – wręcz przeciwnie, dyskryminujecie. Przeciwnie, twierdzi Kymlicka, ta kobieta mówi to, co mówi, właśnie dlatego, że takie rzeczy tam robione, zawsze były robione i są mocno zakorzenione we wszystkich mitach, symbolach i instytucjach tamtejszej historii i ta,temtejszego społeczeństwa [W. Kymlicka, Liberalizm a komunitarianizm [w:] Komunitarianie. Wybór tekstów, wybór i wstęp P. Śpiewak, Warszawa 2004, s. 174]. Gdybyśmy więc przyjęli punkt widzenia Rorty’ego, musielibyśmy usłyszeć, że owa kobieta mówi: „Nie robimy tu takich rzeczy, chociaż je robimy”.

Są dwa argumenty, jakie możemy wysunąć w odpowiedzi na tak postawiony zarzut i są to raczej argumenty komplementarne, niż alternatywne. Pierwszy z argumentów dotyczy precyzji wypowiedzi i zgodnie z nim, Rorty, mówiąc kolokwialnie, przegiął pałę i powiedział szybciej, niż pomyślał. Faktycznie bowiem, w ustach kobiety muzułmańskiej w Egipcie słowa „nie dyskryminujemy seksualnie” brzmiałyby (w obrębie tezy Rorty’ego) następująco: „nie dyskryminujemy seksualnie, ale dyskryminujemy seksualnie). Zwyczajnie więc, by zlikwidować sprzeczność możemy wysunąć tezę, iż moralność w intencji Rorty’ego dotyczy raczej potencji. Zgodnie z takim ujęciem, stwierdzenie „my takich rzeczy nie robimy” winniśmy zastąpić przez „my uważamy, że nie powinniśmy tego robić”. Oczywiście, jest to tylko częściowe odrzucenie argumentu Kymlicki, a to z tego względu, że daje pozostaje nieszczęsny zaimek „my”. Co bowiem może oznaczać, w ustach egipskiej muzułmanki stwierdzenie, że „my uważamy, że powinniśmy zaniechać dyskryminacji seksualnej”, jeśli dyskryminacja seksualna jest tam na porządku dziennym, a nawet jest szeroko akceptowalna? Kim jest owo „my”, o którym wspomina muzułmanka? Drugi argument, a w zasadzie kontynuacja powyższego, tylko na innym poziomie, jest właśnie poszukiwaniem desygnatu zaimka „my”. Jest to argument typowo rorty’ański, tj. Rorty sam go przywołuje, ale czyni to w innym niż powyższy kontekście. Dylematy moralne, stwierdza Rorty,

stanowią na ogół odzwierciedlenie faktu, że przeważnie utożsamiamy się z rozmaitymi wspólnotami, na ogół żywiąc jednakową niechęć do marginalizowania siebie w stosunku do nich. Rozmaitość takich identyfikacji wzrasta wraz z poziomem wykształcenia, tak samo jak wraz z rozwojem cywilizacji wzrasta liczba wspólnot, z którymi dana osoba mogłaby się utożsamiać. [R. Rorty, Obiektywność, relatywizm i prawda, Warszawa 1999, s. 298]

W świetle powyższych słów możemy pokrótce naszkicować nasz schemat argumentacyjny. Mnogość i złożoność relacji społecznych w obrębie jednej i więcej społeczności jest czymś naturalnym we współczesnym świecie. Jedna osoba może być wplątana w wiele, nierzadko sprzecznych (przynajmniej do pewnego stopnia) relacji. W świecie kultury zachodniej uważamy to za normalne, ostrożnie szacując, od ponad 100 lat. W świecie niezachodnim taki wynik szacunku byłby zdecydowanie przesadzony, co nie zmienia faktu, że złożoność relacji społecznych jest tam na porządku dziennym. W świetle tego stwierdzenie muzułmańskiej kobiety „my nie dyskryminujemy seksualnie” jest zbyt ogólne, by można było wysnuć z niego wniosek, dotyczący relacji między moralnością a faktycznością i potencją. Kobieta w gruncie rzeczy może należeć do społeczeństwa muzułmańskiego, gdzie dyskryminacja seksualna jest na porządku dziennym, ale może również postulować zaniechanie tego procederu. Jeśli tak, stwierdzenie „my nie dyskryminujemy seksualnie” odnosiłoby się do grupy jej stronników, którzy 1) rzeczywiście tego nie robią („my nie robimy takich rzeczy”) i 2) wysuwają postulat, dotyczący całego świata muzułmańskiego („my uważamy, że nie powinniśmy tego robić”). Powyższy schemat argumentacyjny ciężko jest w sposób jednoznaczny określić, jako komunitarny, bądź liberalny. Z pewnością mamy tu do czynienia z działaniem w obrębie dwu wspólnot, a konkretnie jednej wspólnoty (muzułmańscy przeciwnicy dyskryminacji seksualnej) i wspólnoty do niej nadrzędnej, metawspólnoty (ogół świata muzułmańskiego). A przecież wspólnota muzułmańskich przeciwników dyskryminacji seksualnej jest z kolei fragmentem jeszcze innej metawspólnoty – przeciwników dyskryminacji seksualnej nie tylko w świecie muzułmańskim. Z której strony byśmy na to nie spojrzeli, mamy tutaj do czynienia z przenikaniem się różnych wspólnot, kultur i tradycji interpretacyjnych. Mamy też, co chyba jeszcze ważniejsze, próbę reformy, podważenia, swojej własnej (meta)wspólnoty właśnie od wewnątrz. Wymaga to pewnej krytycznej samoświadomości, mówiąc słowami Stanley’a Fisha. Fish zwraca uwagę, że umysł nie jest strukturą statyczną, lecz złożeniem powiązanych przekonań, z których każde może wywierać nacisk na każde inne w ruchu, który może prowadzić do samoprzekształcenia. (S. Fish, Interpretacja, retoryka, polityka, Kraków 2008, s. 258) – jest „projektem w ruchu”.

Przy takiej interpretacji tezy Rorty’ego, zdaje mi się, że interpretacji dosyć bliskiej samemu Rorty’emu, zarzut Kymlicki wydaje się nietrafiony. Przynajmniej ten zarzut. Następne? Innym razem.

Obiecałem, że na koniec wracamy do prywaty. Otóż więc tak: 2 lipca, w sobotę, wyjeżdżam i do dnia 10., prawdopodobnie włącznie, nie będę miał dostępu do sieci. Oznacza to, że wszystkie komentarze, jakie się pojawią, zostaną przeze mnie przeczytane (i, miejmy nadzieję, skomentowane) dopiero po tym okresie. Na czas mojej nieobecności, chciałbym wam powiedzieć tyle: oglądajcie, kupujcie, ściągajcie, pamiętajcie, film The United States of Leland, na polski przetłumaczony jako Odmienne stany moralności. Najpiękniejszy film na świecie.

Opublikowano w: filozofia, libertarianizm.
Komentarze są wyłączone

Instalacje artystyczne zamiast domów

Dwie informacje: Pierwsza: „W 2006 roku Waldek Deska, znany muzyk reggae (współzałożyciel zespołu DAAB) wybudował na swej działce pod Kazimierzem domek (szopę z desek) za 10 tys. zł, w której zamieszkał wraz z żoną. Urzędnicy uznali to za samowolę budowlaną i wydali nakaz rozbiórki”. Waldek wciąż walczy o to, by nie zburzono mu domu. I [...]

Opublikowano w: Polityka.
Komentarze są wyłączone